61. Nazywam się...

    Zdjęcie Fusi z poderżniętym gardłem w kałuży krwi tak mną wstrząsnęło, że nie zauważyłem Inki, która niepostrzeżenie znalazła się obok. Wyjęła delikatnie telefon z mojej trzęsącej się ręki i zobaczyła to, co ja. Kazała mi usiąść na podłodze, bo podobno byłem biały jak kreda. Obawiała się, że zemdleję. 


– Ona nie żartuje – mówię, odzyskawszy wreszcie głos.
– Kto?
– Blanka.
– Kim jest Blanka? – Inka kuca przede mną i patrzy mi prosto w oczy. Mógłbym teraz z łatwością ją pocałować. Mimowolnie zaczynam chichotać. Co za idiotyzm, że w takich okolicznościach przychodzą mi do głowy takie myśli? – Spokojnie. Weź głęboki oddech. Nie spiesz się. – Kładzie mi ręce na ramionach w uspokajającym geście. Pewnie myśli, że to zwiastun ataku paniki, czy coś w tym stylu. 
Ogarnij się Fikcyjny. Nie rób ze siebie większego kretyna, niż jesteś – mówię do siebie w myślach i zaciskam powieki. Natychmiast pojawia się przed nimi to koszmarne zdjęcie. Czuję, jak łzy wzbierają pod powiekami. Zaciskam zęby. Oddycham. Próbuję skupić się na twarzy policjantki, by przegnać obraz krwi. Podejmuję decyzję. Muszę.

– Blanka Sobak to siostra Nataszy Sobak. Prała brudne pieniądze dla mafii narkotykowej. Natasza. A właściwie obie. Ja im przez pewien czas pomagałem. Tak w skrócie. – Z uwagą patrzę w oczy wciąż kucającej przede mną policjantki. – Gdy wszystko zaczęło się sypać, zgarnąłem ich hajs, tyle, ile się dało, posprzątałem po sobie i uciekłem. Zmieniłem kraj i nazwisko. Odciąłem się, zacząłem nowe życie. – Milknę, ale ona czeka na dalszy ciąg. Waham się tylko chwilę. – Nazywam się Waldemar Torawowski. Inka, ja okradłem mafię, a teraz oni mnie dopadli. Zabiją Justynę Kolanko i psy… zabili już Fuśkę, bo jakimś cudem dowiedzieli się pewnie, że się z tobą skontaktowałem. Chcą kasy. Ja… ja spełniłem żądanie, ale…
– Ile? – wydusza z siebie, wbijając we mnie nieprzeniknione spojrzenie. Zaciska szczęki. 
– Nie określili. Po prostu wszystko, co zabrałem razem z odsetkami. Za kilka lat…
– I wszystko im przelałeś?
– Tak. Nie, właściwie nie. – Zacząłem być szczery, to muszę iść tą drogą.
– Ile?
– Trzy miliony euro. Tyle oddałem.
– Trzy… O… – Inka podnosi się i rozgląda po ścianach, jakby pierwszy raz widziała świat. – Mówiłeś, że Rafał chciał milion.
– Jeśli z nimi cały czas współpracuje, to może specjalnie tak powiedział, a byłaby to pierwsza transza, bo raczej by mnie nie wypuścił. Może to była tylko gra na czas. Nie wiem. A jeżeli rzeczywiście chciał się od nich uwolnić…
– To nie zadowoliłby się jednym milionem, wiedząc ile masz – dokańcza moją myśl.

Nadchodząca wiadomość odzywa się w dłoni Inki. Podstawia mi komórkę pod nos:
– Odblokuj – mówi. Gdy to robię i natychmiast odwraca wyświetlacz ku sobie. Marszczy brwi i ponownie pokazuje mi ekran.

Nie było mowy o ratach. 

Wyrywam Ince telefon i szybko odpisuję.

Zabiłaś psa bo ci kasy mało?

Czekamy w ciszy na odpowiedź. Nawet nie wiem, kiedy wstałem. Teraz mierzymy się wzrokiem na stojąco. Telefon warczy krótko, a ja podskakuję, jakby poraził mnie prądem.

Za każdy taki szczeniacki wygłup leci następny. Wiem ile masz hajsu dupku.

– Nie wie. Nie ma takiej możliwości, by wiedziała.
– To bez znaczenia. Zabiła psa z powodu pieniędzy, nie dlatego, że wie o tym, że jesteś ze mną.

Czemu nie czuję żadnej ulgi?

– Idziemy.
– Dokąd?
– Po twój komputer i do firmy. – Łapie mnie za ramię.
– Nie! – odsuwam się. – Jak wejdę do mieszkania po sprzęt i wyjdę, będą dalej zabijać! Śledzą każdy mój ruch. Obserwują mnie, nie rozumiesz? Blanka doskonale wiedziała, co robię w mieszkaniu. Teraz udaję, że siedzę w kiblu.
– Spójrz. – Inka wskazuje na niewielkie okienko za mną. Jest zupełnie białe, zalepione śniegiem. – To pewnie ostatnia taka śnieżyca w tym roku. Jeśli ktoś obserwuje cię z bloków naprzeciwko, teraz ma przerwę w odbiorze. To długo nie potrwa. – Wskazuje głową klatkę schodową i oboje puszczamy się biegiem po schodach.

– Opowiedz mi o tej Blance – mówi Inka, gdy wyjeżdżamy z osiedla.
– Pewnie nie słyszałaś o sprawie Nataszy Sobak, bo to drugi koniec kraju – mówię to bardziej do siebie niż do niej. – To było kilka lat temu. Nie wiem dokładnie z kim robiła interesy, nie była zbyt rozmowna. W zasadzie miała obsesję na punkcie dyskrecji. Miałem szczęście, że w ogóle dowiedziałem się na czas o jej kłopotach. Wydaje mi się, że to były początki jej działalności, bo byłem jej jedynym hakerem, jeśli można to tak określić. Kasa przepływała przez kilka firm, preparowaliśmy faktury, robiłem transakcje bezgotówkowe tak, by nic nie wzbudzało podejrzeń na przykład urzędu skarbowego. Nie zastanawiałem się nad tym… Po prostu w pewnym momencie poczułem, jak grunt pali mi się pod nogami, zrozumiałem, że albo ja, albo ona. Myślę, że miała zamiar obarczyć mnie wszystkim w krytycznym momencie. Zresztą tak właśnie zrobiła, gdy zniknąłem z kasą. Zwaliła wszystko na innych, wyśliznęła się, a ktoś poszedł za nią siedzieć.

Stajemy na światłach. Inka dzwoni do Olszyniaka i poleca mu zdobycie wszelkich informacji  i akt sprawy, o której mówię.


Nie mogę się zdecydować: teraz pies czy suka?

Odczytuję wiadomość, gdy Inka skręca na skrzyżowaniu.
– Odpisz jej. Ile chce, jaką masz gwarancję, że po wysłaniu całej kasy da ci spokój. Improwizuj.
– Tylko się wkurzy i zabije…
– To tylko psy – przerywa twardo i zerka na mnie wzrokiem, którego nie poznaję. Przełykam ślinę i odpisuję. Po chwili przychodzi odpowiedź.

Jak kasa będzie się zgadzać to pogadamy.

– Napisz, że to chwilę potrwa, bo musisz pościągać forsę z różnych kont czy coś. Niech myśli, że się nad tym pocisz.
– Nie uwierzy.
– Uwierzy. Jest pewna, że trzyma cię w szachu.
– A jest inaczej?

Na posterunku zastajemy młyn. Wrota biega i na wszystkich warczy, blady Olszyniak dwoi się i troi, ściągają ludzi, Inka wpycha mnie do swojego gabinetu, gdzie siedzi już trzech policjantów w cywilu, których wcześniej chyba nie widziałem. Sytuacja jest bardzo nerwowa, ale jednocześnie czuję, że nie jestem sam, nie ode mnie wszystko zależy, nie ja mam tu istotne znaczenie. 
– Dajcie mu jakiejś kawy na litość boską! – drze się Wrota, zerknąwszy na mnie w locie. – Dworna do Kockiego!

Materializuje się przede mną plastikowy kubeczek z czarnym, parującym płynem. Czuję na sobie ciężar trzech par oczu.

Fikcyjny... i co dalej?

Prace nad udoskonalaniem "Fikcyjnego ja" trwają! Na pewno będą zmiany i na pewno na lepsze :D Celem ostatecznym, jak zapewne nietr...