Fikcyjny... i co dalej?

Prace nad udoskonalaniem "Fikcyjnego ja" trwają! Na pewno będą zmiany i na pewno na lepsze :D

Celem ostatecznym, jak zapewne nietrudno się domyślić, jest wydanie książkowe :) 
Kto czytał uważnie blogową wersję, ten wie, że opowieść była spontaniczna, niewolna od błędów i różnych potyczek. Daleka od ideału jak towarzyszące jej amatorskie rysunki autorki ;)

Trzymacie kciuki! :D


Epilog

 – Wiesz, że cię lubię i wolałabym, żebyś tu został. Nikt nie pomagał mi tak jak ty, gdy tego potrzebowałam – mówi z poważną miną Monika. – Jest mi teraz cholernie ciężko, rodzina naprawdę jest ważna. – Prawie łamie się jej głos, nie mam odwagi jej przerwać. – Powinieneś skończyć te szopki i pojechać do swoich rodziców, wyjaśnić im wszystko, te wszystkie kłamstwa, w których żyłeś. Jak w ogóle tak dawałeś radę?
– Nie za bardzo miałem inne wyjście. Zabrnąłem po prostu za daleko. – Wzruszam ramionami. – Masz rację. Sprawa rozwiązana, nie ma co tego tak ciągnąć.
– Właśnie, Leoś, kurcze, Leoś naprawdę pasuje ci jakoś bardziej. – Uśmiecha się, choć w oczach błyszczą jeszcze łzy. 
Stoimy jeszcze chwilę pod blokiem. Monika zaskakuje mnie swoją spostrzegawczością, mówiąc o Ince i o tym, że zawsze mogę tu wrócić, umówić się z nią na kawę i kto wie, zacząć coś zupełnie nowego, ale tym razem legalnie pod prawdziwym nazwiskiem. W końcu przytulamy się na pożegnanie i wkładam ostatnią torbę na siedzenie obok kierowcy samochodu. Tylną kanapę zajmują Tola i Urwis. Po chwili zerkam w lusterko. Monika i Hrabek znikają za drzwiami klatki schodowej, a ja uruchamiam silnik. 
    Justyna Kolanko z ulgą oddała mi psy, a ja z nie mniejszą radością je wziąłem. Naprawdę mi ich brakowało. Szkoda, że są tylko dwa... Wciągnięta w to wszystko wnuczka Gwizdoniowej, chciała, jak najszybciej się da, zostawić za sobą wszystko, co wiązało się z jej pobytem w Polsce. Cholerna Blanka ściągnęła ją tu podstępem. 
Ruszając spod bloku, zauważam beemkę sąsiada kibica. Jak on się nazywał? Mateusz Lok? Chyba tak. Nigdy go nie podejrzewałem. To on, podobnie jak ja, pomagał w wyprowadzaniu Bimbra Grzegorzowi. W międzyczasie rył mu psychikę i manipulował pewnie jeszcze bardziej niż Rafał mnie. Grzegorz miał mnie obciążyć, ale nie zniósł presji, poddał się odnowionej chorobie, z którą walczył latami i pewnie już zawsze będzie pod kontrolą psychiatrów. Strasznie to smutne. Omiatam wzrokiem ulicę. Nigdy więcej jej nie zobaczę. Wbrew temu, co mówiła Monika, Inki też nie. To po prostu nie ma sensu. Muszę zrobić porządek ze swoim życiem i nigdy nie wracać do tego bajzlu. Jedynie psy będą mnie łączyć z tym życiem. Z życiem Leopolda Fikcyjnego. Dociskam gaz.



    Radio zaczyna rzęzić w tym samym momencie, gdy zapala się kontrolka rezerwy. Szlag. Mogłem zatankować w mieście. Jak na zawołanie niedaleko po prawej majaczy stacja benzynowa, zjeżdżam więc na prawy pas. Myśl o tym, że Natasza pozwoliła Blance tak się podłożyć, nie daje mi spokoju, chociaż odpędzam ją jak natrętną muchę. Co mnie to obchodzi? Już pozamiatane i nie ma co do tego wracać. Wkrótce stawię czoła rodzinie i będę musiał się tłumaczyć z tych wszystkich lat. Obiecałem sobie, że będę się trzymał jak najbliżej prawdy, a ta może nie być dla nich zbyt strawna. Cholera. Nie wytrzymuję. Nim dystrybutor skończy sikać benzyną do baku i naliczać jak szalony złotówki, piszę SMSa z moimi wątpliwościami do Inki. Nie odpisuje. Odkładam wreszcie pistolet i idę zapłacić. Może wezmę hot – doga... Gdy widzę te leniwie grzejące się kabanosy i parówki, burczy mi w brzuchu. 
– Nie możesz przestać o tym myśleć. – Słyszę głos Inki, gdy tylko odbieram połączenie. Balansuję jedzeniem i gorącym jak piekło kubkiem kawy, trzymając ramieniem telefon. – Może powinieneś zostać gliną? 
– Bardzo śmieszne.
– Wcale nie żartuję. Nadawałbyś się, naprawdę. Słuchaj, ta cała Natasza gdzieś wsiąkła. Podejrzewamy, że zaszyła się w Holandii. Blanka przyznała, że pożarły się o ciebie i o to, jak cię dopaść. Twierdzi, że Natasza chciała się ciebie ostatecznie pozbyć, ale ona przez wzgląd na stare czasy i oczywiście swoje dobre serduszko, nie mogła na to pozwolić. Natasza podobno odpuściła, a Blanka działała na własną rękę. Miała tylko oddać siostrze część twojej kasy. Wyobraź sobie, że planowała cię na koniec odzyskać. Tak przynajmniej twierdzi.
– Teraz rozumiem, dlaczego tak łatwo wpadła. Zawsze była mało rozgarnięta.
– Za to jaka jest piękna. – Śmieje się Inka. – Coś za coś.
– Ty jesteś dużo ładniejsza, a jednak piekielnie inteligentna – wypalam bez namysłu.  
– Nie wychylaj się – mówi poważnym tonem po chwili ciszy między nami. – W razie czego pozostań w kontakcie. – Rozłącza się, nim cokolwiek odpowiem.
Cholera, musztarda z pieprzonego hot-doga wylała mi się częściowo na rozpiętą kurtkę i koszulkę. Stawiam kubek na dachu samochodu i sięgam do środka w poszukiwaniu chusteczek. Co mi strzeliło do głowy, by na drogę założyć biały t-shirt? Mam chyba z piętnaście w odcieniach brązu, czerni i moro. Chustek ani śladu. Oczywiście, jaki facet wozi w aucie takie pierdoły... Koszulki powinny być w zielonej torbie w bagażniku. Tej pod tą drugą ze sprzętem. Przymykam oczy i wciągam powoli powietrze przesycone zapachem etyliny. Spokojnie Leoś. Spoglądam w przestrzeń za stacją. Rozległe, łyse pola drzemią bez ruchu pod cienką warstwą mgły. Jest cicho, zimno i kompletnie nic się nie dzieje. Czas ruszyć do przodu, zacząć normalnie żyć. Zahaczę się gdzieś, zacznę regularnie pracować, wezmę kredyt, a potem kupię lepszy wóz... 
– Przepraszam, czy jedzie pan na północ? – Odwracam się w stronę głosu. Za mną stoi wyraźnie wystraszona dziewczyna o długich blond włosach. – Mogę się z panem zabrać? – pyta błagalnie, nie czekając na odpowiedź na poprzednie pytanie. Rozgląda się nerwowo. Boi się. Odruchowo podążam za jej wzrokiem. Wokół nas jest pusto. Pickup, który tankował stanowisko obok, odjechał przed chwilą i prócz seata należącego zapewne do pracownika stacji, nie ma tu żadnych innych samochodów, a co za tym idzie ludzi. Dziewczyna czeka, wpatrując się teraz we mnie z uwagą. Nawet nie ma przy sobie żadnego bagażu, stoi, nerwowo przestępując z nogi na nogę, jakby się jej spieszyło. Zerka w stronę budynku stacji, a ja zauważam na szyi dziwnie znajomy kształt. Wiatr uprzejmie rozwiewa włosy. Zasycha mi w gardle na widok blizny. 


KONIEC



63. I wszystko jasne

    Od chwili uwolnienia Kolanko, Urwisa i Toli minęły trzy dni. Rzeczywiście Blanka była na tyle głupia, by zatrzymać się z zakładnikami w ruinach motelu. To, że Natasza pozwoliła jej na taki scenariusz, okazało się dla obu zgubne. Oczywiście Blanka nie była sama. Zgarnęli ją razem z facetem, który, jak sądzę, odnalazł mnie tam, gdy próbowałem wyciągnąć coś z Rafała. 
    Gdyby nie szybkie działania policji, pewnie udałoby się jej zwiać, ale uśpiona faktem, że jednak kasa spływała, a ja teoretycznie siedziałem murem w domu przy komputerze, nie spieszyła się. Tymczasem zamiast mnie na mojej sofie rozsiadł się aspirant Olszyniak, którego na upartego z daleka można ze mną pomylić.
Blanka z początku nabrała wody w usta podobnie jak Rafał z tą różnicą, że uwierzyła śledczym w bajkę o składanych w pokoju obok obszernych zeznaniach Rafała. Wystraszona zaczęła sypać. Oczywiście kłamiąc, by się wybielić. Wszystko zrzuciła na Fodora, który rzekomo ją szantażował, na mnie też próbowała, ale przede wszystkim winę wykonawczą przypisała Rafałowi. Kłamstwa nie pasowały do faktów, więc i wyjaśnienia musiała uzupełniać, zmieniać, przypominać sobie, że ach, to jednak było inaczej i tak dalej. Inka potem powiedziała mi, że mieli z nią niezły ubaw, chociaż przez te nieudolne próby kombinowania przesłuchanie trwało dużo dłużej niż powinno. 



    Zdziwiłem się, gdy przez przeszklone drzwi komendy zobaczyłem wysiadającego z radiowozu, skutego sąsiada kibica. Nigdy go nie podejrzewałem, a tymczasem to właśnie on mnie obserwował, manipulował Rurzyckim i zabił Anę Janiv. Plan był prosty: to ja miałem zostać wrobiony w to morderstwo, chyba że oddam kasę, jednak zanim siostrzyczki zaczęły mnie szantażować, sprawę skomplikował Mark Odonsky. Inka nie wdawała się w szczegóły, twierdząc, że i tak zbyt dużo mi mówi, lecz Fodor podobno zdecydował o zmianie planu właśnie ze względu na Marka. Redaktor chciał zdemaskować bossa, a w rzeczywistości nieświadomie dostarczał mu informacji o tym, co władze na niego mają. Dlatego zawsze był kilka kroków do przodu. Mark jednak zaczął się wymykać, bo jak się okazało nie wszystko mi przekazywał, coraz lepiej się zabezpieczał, więc zaczął stanowić zagrożenie. Wtedy wezwano mnie do Birmingham, bym złożył zeznania i pomógł w dotarciu do umysłu Grace. Podejrzewam, że i to mogło być zasugerowane przez Fodora, który przecież spokojnie może mieć niejedną wtykę w brytyjskiej policji, ale Inka twierdzi, że nie ma na to żadnych dowodów. Niewinna jak zawsze Blanka powiedziała, że Fodor chciał oszukać ją i Nataszę, uprowadzić mnie i wycisnąć ze mnie ich miliony, a je wrobić w morderstwa. Pamiętam Nataszę. Nie wyobrażam sobie, by pozwoliła komukolwiek na coś takiego. To, że zwiałem jej sprzed nosa z kasą, z pewnością wiele ją nauczyło. W przeciwieństwie do młodszej siostry była piekielnie inteligentna. Chociaż może nie aż tak, skoro zawierzyła młodszej i dała poprowadzić ostateczny szantaż z porwaniem. Coś mi się tu nie zgadza, ale teraz już nie mam zamiaru o tym myśleć. Przynajmniej spróbuję przestać.

– Możesz już wrócić do domu. – Głos Inki wyrywa mnie z zamyślenia. Odwracam się od okna, za którym szaleje wichura.
– To już koniec?
– Dla nas raczej masywny początek – wzdycha. Uwielbiam jej uśmiech. Chciałbym, żeby dla nas dwojga też tak było.
– Macie Nataszę?
– Jeszcze nie, ale kilka innych osób powiązanych ze sprawą albo raczej sprawami odłowiliśmy. Dla Fodora przestałeś się liczyć.
– No tak, żadnej kasy już nie zobaczy.
– Natasza miała zapłacić mu za pomoc w ściganiu ciebie, ale teraz…
– A jego macie?
– Niestety, to nie jest takie proste. Jest poza naszą jurysdykcją. To już sprawa międzynarodowych – rozłożyła ręce. – Ale podejrzewam, że jest już daleko poza Europą. 
– Dlaczego Ana? – pytam po chwili milczenia, widząc, że Inka ma zamiar zakończyć naszą rozmowę. – Została zamordowana tylko po to, by mnie obciążyć, szantażować?
– Dlaczego przyjechałeś właśnie tu? Do tego miasta? – odpowiada pytaniami na pytania.
– Rafał? – pocieram ręką czoło, jakby to miało mi jakoś pomóc. Czy to nie on sugerował, gdzie powinienem się zatrzymać? Z dala od rodzinnego miasta… Nie wiem, czy to strzępki wspomnienia, czy może próbuję sobie coś wmówić.
– Kocki istotnie bywał tu wcześniej. U Mateusza Loka.
– Loka? – Nie wiem, o kim teraz mowa.
– Twojego sąsiada. Zgarnęliśmy go w ostatniej chwili. Był już spakowany i jedną nogą w swojej beemce. To on obserwował Anę od pewnego czasu jeszcze zanim ty się tu pojawiłeś. Znaleźli ją i sprawdzali. Fodor nie lubi, gdy mu dziewczyny zwiewają. Jest cierpliwy. Wie, że zguby są ostrożne do czasu. Każda, którą zdoła odnaleźć, wcześniej czy później zostaje znaleziona martwa.
– Jak ta z Londynu…
– Jak ta z Londynu. Być może przedłużyłeś Anie Janiv życie o kilka miesięcy. Lok mógłby zabić ją wcześniej, ale widocznie zmienili plany, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Musiał poczekać na ciebie. Zbieraj się. – Powoli, jakby się ociągała, podchodzi do drzwi. – Twoje dokumenty są nieważne. W dyżurce odbierzesz zaświadczenie o zgłoszeniu utraty. Wyrobisz sobie nowe w urzędzie. Tym razem prawdziwe, Waldemarze Torawowski. – Uśmiecha się blado i odwraca w kierunku schodów na piętro. 

    Czy chcę znowu być Waldkiem, synem Dariusza i Eweliny? Czy chcę wracać tam? Być… sobą? Porzucić Leopolda Fikcyjnego, którego nawet polubiłem? To nie będzie łatwe. Trzeba będzie znowu... zacząć od nowa.


62. Zebranie

    Nie wiem jak to możliwie, że policja, tajniacy i cała reszta wcześniej nie wiedzieli nic o powiązaniach sióstr Sobak z Fodorem. Może nie doceniłem siostrzyczek? Od Inki dowiedziałem się, że sprawa, z którą związana była Natasza została zamknięta. Wsadzili bowiem kilka osób, wszystko zostało wyjaśnione a szajka rozbita. Natasza zaś według akt w ogóle nie grała tam istotnej roli. Nie do wiary! Nie doceniłem jej. Nikt się nią nie interesował, a ona sobie czmychnęła, zaszyła się gdzieś razem z siostrą i zaczęła nowe życie. Trochę jak ja z tą różnicą, że mnie nie ciągnie do szefów mafii. 
Nigdy o mnie nie zapomniały, nie darowały mi. Byłem głupi myśląc, że z czasem jestem coraz bezpieczniejszy. Tylko jak to się stało, że akurat z Grace musiałem się związać, a ona… 

– Śpisz? – Inka uchyla drzwi do kanciapy, gdzie mnie umieścili, teoretycznie po to, abym odpoczął i przespał się, a w rzeczywistości, bym nie przeszkadzał, ale był pod ręką. Nie jestem w stanie zmrużyć oka. Może dlatego, że wrzucili mnie tu raptem godzinę temu zaraz po tym, jak pod bacznym okiem tutejszych informatyków zrobiłem szereg operacji zgodnie z instrukcjami Blanki i oddałem grzecznie przestępcom kolejnych kilka baniek. 
– Jeśli wypiję jeszcze jedną kawę… – próbuję żartować, widząc parujący kubek w jej ręku. Uśmiecha się i odstawia go na parapet.
– Też mam już dość, ale jesteśmy na dobrej drodze. Wrota się zgodził, więc może rzeczywiście się wywiniesz – mówi szybko. Czyżby bardziej niż ja przedawkowała kofeinę?
– Mógłbym zostać koronnym.
– Spokojnie. To nie jest takie proste. Nikt nie postawił ci nawet zarzutów. Poza tym, o takim postępowaniu decyduje sąd.
– Najpierw musielibyście mnie zamknąć?
– Niekoniecznie, ale to teraz nieistotne.
– Ciągle nie mogę uwierzyć w to, że Grace doprowadziła do mnie siostry Sobak – kręcę głową z niedowierzaniem.
– Myślę, że one nigdy nie przestały cię szukać. Fodor ma wiele powiązań, zna ludzi. W zasadzie jest częścią dużej… nazwijmy to siatki. Gdzieś tam znalazła się też Natasza Sobak. Gdyby nie ty, nikt nie zwróciłby na nią uwagi. Współpracuje jednak z Fodorem, a ten pośrednio z Grace. Gdyby nie wpadka Grace i Kasarleya, prawdopodobnie Sobak nie znalazłaby cię tą drogą. Lokalnie zrobiło się głośno o twojej byłej żonie. Możliwe, że gdzieś pojawiło się twoje zdjęcie. Może w mediach społecznościowych jedna z sióstr rozpoznała cię przy boku poszukiwanej? Kocki już wtedy działał dla Sobak, jeszcze nie wiemy co konkretnie robił, ale od pewnego momentu obserwował cię dla nich. 
– Powiedział coś?
– Zaczyna się powoli pruć – przyznaje i spogląda w bok. Wiele mi nie powie.
– Czemu od razu się za mnie nie zabrały? Pozwoliły mi uciec do Poole, potem do Polski. Nie rozumiem.
– Wielu rzeczy w tej sprawie jeszcze nie rozumiemy. Wszystko w swoim czasie. Zbieraj się. Przyjechali z Warszawy. Jest już inspektor z CBŚP. Ściągają też detektywa, który zajmował się sprawą Sobak. Taki zrobił się dym, że nie zdziwię się, gdy przyślą kogoś z abwery.
– Wszystkich na nogi postawiliście. A co z Kolanko?
– Lada chwila się dowiemy. Szczerze wątpię, by była więziona w tym starym motelu. To by było głupie. Zwłaszcza że, młodsza Sobak zasugerowała ci to miejsce – pokręciła sceptycznie głową – Myślę, że zrobiła to specjalnie, byśmy rozproszyli ludzi, tracili czas.
– Niekoniecznie. To by było do niej podobne. Bardziej mnie dziwi, że Natasza powierzyła Blance takie zadanie. A może są razem?
– Zobaczymy. Czarni są w drodze. Chodź, trzeba zebrać fakty.

    Za drzwiami czekał inny policjant. Idę więc z tą obstawą korytarzami. Inka przodem, ja w środku, a za mną milczący byk w mundurze. Wchodzimy bocznymi schodami, które pierwszy raz widzę, na drugie piętro i wreszcie otwierają się przede mną drzwi sali. Nie spodziewałem się takiego miejsca w budynku pełnym klitek. Ogólny gwar na chwilę ucicha i wszyscy na mnie patrzą. Trwa to jednak nie dłużej niż pół sekundy. Inka przedstawia mnie, streszcza rolę, jaką w tym wszystkim odgrywam, po czym jakiś facet w cywilu przejmuje pałeczkę i zaczyna mnie wypytywać. 

– Jak się spało panie Torawowski? – dziwnie słyszeć własne nazwisko, od którego zupełnie się odzwyczaiłem.
– Dziękuję. Nie spałem.
– O, to błąd. Ponad godzinę pan miał. Coś się panu w tym czasie przypomniało? – mówi szybko jak automat.
– Nie sądzę…
– Dobra. To podsumujmy co pan wie – wzdycha ciężko. – Może aspirant Dworna? – odwraca się gwałtownie.
Inka zerka na mnie, po czym podchodzi do tablicy, na której umieszczono między innymi zdjęcia znanych mi twarzy i zwraca się do zebranych. Wiem, że nie jest moim adwokatem, ale jestem spokojny. Z pewnością nie jest też oskarżycielem. Ledwie zaczęła mówić otwierają się drzwi i do sali wkraczają zupełnie nowe dla mnie twarze. Przedstawiają się. Jest i inspektor. Po chwili zamieszania oczy wszystkich kierują się na Inkę. 
– Jak przed chwilą powiedziałam – zaczyna z naciskiem na „przed chwilą”, a ja mimowolnie się uśmiecham. – Pan Waldemar Torawowski – wskazuje na mnie – znany nam uprzednio jako Leopold Fikcyjny, to nazwisko, którym przedstawiał się od momentu przyjazdu do kraju we wrześniu zeszłego roku oraz Andy Horn, tym nazwiskiem posługiwał się podczas pobytu w Wielkiej Brytanii w latach dwa tysiące szesnaście dwa tysiące dwadzieścia, ukrywał się przez ten czas przed Nataszą i Blanką Sobak, siostrami znanymi gorzowskiemu wydziałowi wewnętrznemu – wskazuje na  tablicę, na której znajdują się zdjęcia obu sióstr. – Natasza Sobak kierowała grupą przestępczą zajmującą się fałszerstwami i współpracowała z zachodnią mafią narkotykową, która została rozbita w dwa tysiące szesnastym roku. Torawowski jako partner Blanki Sobak został wtajemniczony do interesu i współpracował przy wyprowadzaniu pieniędzy.
Otwieram usta, by zaprotestować, bo nie jest to precyzyjna informacja, ale Inka w tym momencie spogląda na mnie takim wzrokiem, że zamykam japę natychmiast.
– Dalej, dalej. – Niecierpliwi się ten, który wyznaczył ją na sprawozdawcę.
– Torawowski zorientował się, iż w wyniku działań policji proceder prowadzony przez Nataszę Sobak lada dzień zostanie zdemaskowany. Wówczas zagarnął pochodzące z nielegalnych źródeł pieniądze, do których miał dostęp elektroniczny i zniknął. Stał się jednocześnie wrogiem numer jeden pań Sobak, które praktycznie ogołocił do zera, a co za tym idzie, również wrogiem mafii. Torawowski wyjechał z kraju i dzięki nielegalnym pieniądzom zdobył tożsamość Andiego Horna. Jako Horn po pewnym czasie poznał w angielskim mieście Dudley w hrabstwie West Midlands Grace Latison, z którą pracował w jednej firmie. Zostali małżeństwem. Świadek – znowu wskazuje na mnie – nie był świadom powiązań Latison z grupą Ingo Fodora pseudonim Boby. Latison została zatrzymana w związku z nieudanym szantażem wobec prokuratora Anthoniego Rodeya, który miał pod jej wpływem doprowadzić do uwolnienia niejakiego Owena Kasarleya, dość istotnego pracownika Fodora, zajmującego się handlem żywym towarem. – Siega po marker i otacza zielonym kółkiem wymienione nazwiska, zamykając je w jeden zbiór. –  Podejrzewamy, iż w partnerze życiowym Grace Latison, Andym Hornie, rozpoznały obecnego tu Waldemara Torawowskiego. Nie mamy jeszcze informacji o tym, czy znały Grace Latison, czy z nią współpracowały, ale z pewnością miały możliwość styczności dzięki Fodorowi, dla którego właściwie wszystkie w tym okresie pracowały. Prawdopodobnie, chcąc odzyskać pieniądze, a nie spłoszyć, Sobak rozpoczęły obserwację i manipulację. Tu na scenę wkracza aresztowany przez nas Rafał Kocki. – I kolejne zdjęcie zostaje połączone markerem z innymi. – Jesteśmy w trakcie rozpracowywania podejrzanego. Obecnie wiemy, że pracował dla Nataszy Sobak. Czy i jakie powiązania miał wcześniej z Fodorem wyjaśni, miejmy nadzieję dalszy tok śledztwa. Zadaniem Kockiego było zaprzyjaźnienie się z Hornem i zdobycie zaufania. To Kocki skontaktował Horna z Markiem Odonskym, reporterem, który na własną rękę próbował rozpracować powiązania Kasarleya i dobrać się do mafii. Można powiedzieć, że obaj – Andy Horn oraz Mark Odonsky padli ofiarami manipulacji Kockiego na zlecenie Sobak i Fodora. Wróćmy do Grace Latison…

    Słucham przemówienia Inki i wszystko układa mi się w głowie. Niby znam dobrze wszystkie te puzzle, ale dopiero teraz ściśle przylegają do siebie. Opowiada o Grace tak beznamiętnie, skrótowo, że i dla mnie moja była żona staje się kompletnie obcą osobą. Jedną z postaci na scenie wydarzeń. Kurcze, a może całe to zamieszanie z Grace wpłynęło na to, że Sobaczki nie dobrały się do mnie już wtedy? Trzeba było uciszyć sprawę, a nie ryzykować. Czy dlatego Grace tak oczerniała mnie po rozwodzie? Bym się zwyczajnie wyniósł? By spokojnie mogli zabrać się za mnie na innym terenie? Dlaczego więc Rafał tak namawiał mnie do powrotu do Polski? Słucham dalej Inki. Dobra jest. Składa to wszystko tak syntetycznie, że bardziej się nie da. 
Zaczyna mówić o powiązaniach Grace z Kasarleyem i dziewczynami z blizną, gdy komisarz przerywa jej, unosząc dłoń.
– Mamy ich! – mówi, trzymając telefon przy uchu. 

61. Nazywam się...

    Zdjęcie Fusi z poderżniętym gardłem w kałuży krwi tak mną wstrząsnęło, że nie zauważyłem Inki, która niepostrzeżenie znalazła się obok. Wyjęła delikatnie telefon z mojej trzęsącej się ręki i zobaczyła to, co ja. Kazała mi usiąść na podłodze, bo podobno byłem biały jak kreda. Obawiała się, że zemdleję. 


– Ona nie żartuje – mówię, odzyskawszy wreszcie głos.
– Kto?
– Blanka.
– Kim jest Blanka? – Inka kuca przede mną i patrzy mi prosto w oczy. Mógłbym teraz z łatwością ją pocałować. Mimowolnie zaczynam chichotać. Co za idiotyzm, że w takich okolicznościach przychodzą mi do głowy takie myśli? – Spokojnie. Weź głęboki oddech. Nie spiesz się. – Kładzie mi ręce na ramionach w uspokajającym geście. Pewnie myśli, że to zwiastun ataku paniki, czy coś w tym stylu. 
Ogarnij się Fikcyjny. Nie rób ze siebie większego kretyna, niż jesteś – mówię do siebie w myślach i zaciskam powieki. Natychmiast pojawia się przed nimi to koszmarne zdjęcie. Czuję, jak łzy wzbierają pod powiekami. Zaciskam zęby. Oddycham. Próbuję skupić się na twarzy policjantki, by przegnać obraz krwi. Podejmuję decyzję. Muszę.

– Blanka Sobak to siostra Nataszy Sobak. Prała brudne pieniądze dla mafii narkotykowej. Natasza. A właściwie obie. Ja im przez pewien czas pomagałem. Tak w skrócie. – Z uwagą patrzę w oczy wciąż kucającej przede mną policjantki. – Gdy wszystko zaczęło się sypać, zgarnąłem ich hajs, tyle, ile się dało, posprzątałem po sobie i uciekłem. Zmieniłem kraj i nazwisko. Odciąłem się, zacząłem nowe życie. – Milknę, ale ona czeka na dalszy ciąg. Waham się tylko chwilę. – Nazywam się Waldemar Torawowski. Inka, ja okradłem mafię, a teraz oni mnie dopadli. Zabiją Justynę Kolanko i psy… zabili już Fuśkę, bo jakimś cudem dowiedzieli się pewnie, że się z tobą skontaktowałem. Chcą kasy. Ja… ja spełniłem żądanie, ale…
– Ile? – wydusza z siebie, wbijając we mnie nieprzeniknione spojrzenie. Zaciska szczęki. 
– Nie określili. Po prostu wszystko, co zabrałem razem z odsetkami. Za kilka lat…
– I wszystko im przelałeś?
– Tak. Nie, właściwie nie. – Zacząłem być szczery, to muszę iść tą drogą.
– Ile?
– Trzy miliony euro. Tyle oddałem.
– Trzy… O… – Inka podnosi się i rozgląda po ścianach, jakby pierwszy raz widziała świat. – Mówiłeś, że Rafał chciał milion.
– Jeśli z nimi cały czas współpracuje, to może specjalnie tak powiedział, a byłaby to pierwsza transza, bo raczej by mnie nie wypuścił. Może to była tylko gra na czas. Nie wiem. A jeżeli rzeczywiście chciał się od nich uwolnić…
– To nie zadowoliłby się jednym milionem, wiedząc ile masz – dokańcza moją myśl.

Nadchodząca wiadomość odzywa się w dłoni Inki. Podstawia mi komórkę pod nos:
– Odblokuj – mówi. Gdy to robię i natychmiast odwraca wyświetlacz ku sobie. Marszczy brwi i ponownie pokazuje mi ekran.

Nie było mowy o ratach. 

Wyrywam Ince telefon i szybko odpisuję.

Zabiłaś psa bo ci kasy mało?

Czekamy w ciszy na odpowiedź. Nawet nie wiem, kiedy wstałem. Teraz mierzymy się wzrokiem na stojąco. Telefon warczy krótko, a ja podskakuję, jakby poraził mnie prądem.

Za każdy taki szczeniacki wygłup leci następny. Wiem ile masz hajsu dupku.

– Nie wie. Nie ma takiej możliwości, by wiedziała.
– To bez znaczenia. Zabiła psa z powodu pieniędzy, nie dlatego, że wie o tym, że jesteś ze mną.

Czemu nie czuję żadnej ulgi?

– Idziemy.
– Dokąd?
– Po twój komputer i do firmy. – Łapie mnie za ramię.
– Nie! – odsuwam się. – Jak wejdę do mieszkania po sprzęt i wyjdę, będą dalej zabijać! Śledzą każdy mój ruch. Obserwują mnie, nie rozumiesz? Blanka doskonale wiedziała, co robię w mieszkaniu. Teraz udaję, że siedzę w kiblu.
– Spójrz. – Inka wskazuje na niewielkie okienko za mną. Jest zupełnie białe, zalepione śniegiem. – To pewnie ostatnia taka śnieżyca w tym roku. Jeśli ktoś obserwuje cię z bloków naprzeciwko, teraz ma przerwę w odbiorze. To długo nie potrwa. – Wskazuje głową klatkę schodową i oboje puszczamy się biegiem po schodach.

– Opowiedz mi o tej Blance – mówi Inka, gdy wyjeżdżamy z osiedla.
– Pewnie nie słyszałaś o sprawie Nataszy Sobak, bo to drugi koniec kraju – mówię to bardziej do siebie niż do niej. – To było kilka lat temu. Nie wiem dokładnie z kim robiła interesy, nie była zbyt rozmowna. W zasadzie miała obsesję na punkcie dyskrecji. Miałem szczęście, że w ogóle dowiedziałem się na czas o jej kłopotach. Wydaje mi się, że to były początki jej działalności, bo byłem jej jedynym hakerem, jeśli można to tak określić. Kasa przepływała przez kilka firm, preparowaliśmy faktury, robiłem transakcje bezgotówkowe tak, by nic nie wzbudzało podejrzeń na przykład urzędu skarbowego. Nie zastanawiałem się nad tym… Po prostu w pewnym momencie poczułem, jak grunt pali mi się pod nogami, zrozumiałem, że albo ja, albo ona. Myślę, że miała zamiar obarczyć mnie wszystkim w krytycznym momencie. Zresztą tak właśnie zrobiła, gdy zniknąłem z kasą. Zwaliła wszystko na innych, wyśliznęła się, a ktoś poszedł za nią siedzieć.

Stajemy na światłach. Inka dzwoni do Olszyniaka i poleca mu zdobycie wszelkich informacji  i akt sprawy, o której mówię.


Nie mogę się zdecydować: teraz pies czy suka?

Odczytuję wiadomość, gdy Inka skręca na skrzyżowaniu.
– Odpisz jej. Ile chce, jaką masz gwarancję, że po wysłaniu całej kasy da ci spokój. Improwizuj.
– Tylko się wkurzy i zabije…
– To tylko psy – przerywa twardo i zerka na mnie wzrokiem, którego nie poznaję. Przełykam ślinę i odpisuję. Po chwili przychodzi odpowiedź.

Jak kasa będzie się zgadzać to pogadamy.

– Napisz, że to chwilę potrwa, bo musisz pościągać forsę z różnych kont czy coś. Niech myśli, że się nad tym pocisz.
– Nie uwierzy.
– Uwierzy. Jest pewna, że trzyma cię w szachu.
– A jest inaczej?

Na posterunku zastajemy młyn. Wrota biega i na wszystkich warczy, blady Olszyniak dwoi się i troi, ściągają ludzi, Inka wpycha mnie do swojego gabinetu, gdzie siedzi już trzech policjantów w cywilu, których wcześniej chyba nie widziałem. Sytuacja jest bardzo nerwowa, ale jednocześnie czuję, że nie jestem sam, nie ode mnie wszystko zależy, nie ja mam tu istotne znaczenie. 
– Dajcie mu jakiejś kawy na litość boską! – drze się Wrota, zerknąwszy na mnie w locie. – Dworna do Kockiego!

Materializuje się przede mną plastikowy kubeczek z czarnym, parującym płynem. Czuję na sobie ciężar trzech par oczu.

60. Pieniądze albo życie

     Natarczywy dzwonek telefonu wygania mnie spod prysznica. Wyskakuję na mokrą podłogę i z trudem łapię równowagę. Kiedyś naprawdę się tu zabiję. Biorę telefon mokrą ręką. Wyślizguje się, ale łapię go w locie. 
– Cześć kochanie, kopę lat! – to… Blanka. Nie wierzę. Mam halucynacje ze zmęczenia? Odsuwam telefon od ucha. Numer Kolanko.
– Halo?!
– Głuptasie, nie poznajesz? – perlisty śmiech drąży dziurę w moim umęczonym umyśle. – Trochę zleciało, ale jestem pewna, że mnie doskonale pamiętasz, kochanie.

Zasycha mi w gardle. Nie wiem co powiedzieć. Czego chce? Jak mnie znalazła? Rafał! Jasne! Musiał być z nimi w kontakcie. Pracuje dla nich cały czas. Kolanko też? Zaraz oszaleję.

– Hej, jesteś tam? Wiem, że zbierasz szczękę z podłogi, ale skup się lepiej.
– Jestem. Czego chcesz? – wyduszam ze siebie.
– A jak myślisz, durniu? Cała kasa z odsetkami dziś ma zmienić właściciela. I nie próbuj kontaktować się z tą swoją wywłokowatą policjanteczką. Widzimy cię.
– Blanka, spotkajmy się, porozmawiajmy, dobrze?
– Kobieta i psy zostaną zadźgane, a na narzędziu zbrodni policja odkryje twoje odciski palców. Pożyczyłam sobie twój nóż z kuchni. Oczywiście nie masz nic przeciwko temu, prawda? – chichocze – Swoją drogą całkiem niezłe miejsce na zbrodnię znalazłeś ostatnio. Ale to czy się stanie, zależy od ciebie. Teraz…
– Nie, Blanka…
– Zamknij się kurwa i słuchaj! Twój żałosny komputer jest na regale z książkami. Przygotujesz teraz konta, na których trzymasz kasę tak, by ją wysłać tam, gdzie ci wskażę.
– To nie jest…
– Wiem, że ogarniasz Tora. Wyobraź sobie, że mam swoich speców, lepszych od ciebie. Zalogujesz się bezpiecznie tak, jakbyś chciał skontaktować się z Markiem. Dalej będą instrukcje.
– Kurwa! Blanka!
– Czas start, chcę widzieć, że działasz. Inaczej będziesz miał krew na rękach.
– Czekaj! – drę się, ale połączenie zostało przerwane.



    Szumi mi w uszach. Sens słów Blanki dociera do mnie jak przypływ. Regał? Jest mój laptop! Wewnętrzny opór powstrzymuje mnie, by po niego sięgnąć. Nie mogę przecież tego zrobić. Nie mogę tak ot oddać jej całej kasy. Co, jeśli posłucham, a ona i tak kropnie tę kobietę? Na pewno to zrobi. To koniec. Ja pierdolę! Co robić?! Jak przez watę dociera do mnie dźwięk telefonu. 
– Przyjadę do ciebie po trzynastej, ok? – głos Inki brzmi, jakby był z innego świata – Najlepiej nigdzie nie chodź, jeśli nie musisz.
– Jasne – odpowiadam odruchowo i zaciskam oczy, jakby to miało pomóc mi w podjęciu decyzji. Otwieram usta i orientuję się, że rozmowa została przerwana. Cholera! Telefon znowu ożywa.
– Nie odbieraj od glin. Z nikim się nie kontaktuj. To ostatnie ostrzeżenie – piskliwy głos mnie zaskakuje. Skąd ta suka wie? Rozglądam się jakbym miał psychozę. A może mam? Sprawdzam spis połączeń. Ostatnia Inka… Jak? Albo to jakiś cholernie wysublimowany koszmar, albo jestem w potrzasku. Co robić?
Rozglądam się po pokoju. Czy Blanka w obecności Kolanko zainstalowałaby kamerę? Blanka? Przecież ona potrafi instalować co najwyżej sztuczne rzęsy. Okno. Podchodzę do szyby. Po drugiej stronie ulicy stoi szeroki blok, właściwie to ciąg bloków po kilkanaście pięter. Dziesiątki okien. Za jednym z nich może siedzieć obserwator z lornetką. Żebym chociaż miał zasłony… 

    Wracam do regału i ściągam z góry laptopa. Po jaką cholerę go tu położyła? Od razu rzuca się w oczy mały, połyskujący pendrive. Wyrywam go i rzucam na podłogę z obrzydzeniem. Próbuje pokonać mnie swoją własną bronią. Odnalezienie tego, co mi zostawiła i wyczyszczenie dysku zajmie trochę czasu. Uruchamiam kompa w trybie awaryjnym, żeby zidentyfikować, co przybyło. Co jest? Mam ograniczony dostęp do rejestru? Co się dzieje? Czuję jak swędzące kropelki potu rosną na moim czole. System uruchamia się bez mojego udziału! Przecież nie… Dlaczego antywirus się nie zabrał od razu do roboty? Nie wiem co za gówno Blanka podpięła, ale najwyraźniej ten, kto to opracował, był przygotowany na moją prewencję. Tylko co z tego? Nawet jeśli wyrzucę tego cholernego laptopa przez okno, niczego to nie zmieni. Nie, nie mam zamiaru oddawać im całej kasy. Zamykam oczy i przez chwilę skupiam się na oddychaniu. Wypuszczam głośno powietrze i zaczynam robić dokładnie to, czego oczekują. Chcą kasy? To ją dostaną. Tyle ile uznam za stosowne. Przecież nie wiedzą ile mam. Uśpię czujność Blanki. Uwierzy, że się poddaję. Zerkam na zegar. Jest jeszcze trochę czasu do przyjścia Inki.
Daję się prowadzić jak baran na rzeź,  wreszcie robię transfer i wstaję, odsuwając komputer tak, by patrzył kamerą w okno. Gapcie się sami na siebie. Powstrzymuję się, by nie pokazać środkowego palca. Idę do łazienki, włączam światło i tuż przy ścianie, by nie zostać zauważonym, przesuwam się w kierunku drzwi. 

    Nigdy nie podejrzewałem, że Aniela może być mi taka potrzebna. Pukam bezskutecznie. Dzwonię. Napięcie rozsadza mi czaszkę. Słyszę szuranie. To nie są kroki Kłopocińskiej...
– Taaak? – drzwi otwiera sąsiad.
– O! Dzień dobry. Zastałem żonę?
– Żonę? – pyta zdziwiony.
– Pana żonę. Panią Anielę?
– A! Ją – zaskoczył – Do Kryśki poszła.
– Cholera, a kiedy wróci? – pytam szybko, by wykorzystać przebłysk przytomności sąsiada. Zaczyna się śmiać. Klepie się ręką po udzie. Rzeczywiście niezły ubaw. – Panie Kłopociński? – ponaglam.
– Człowieku, skąd ja mam wiedzieć? Jak się dwie stare plotkary spotkają, to… ech, szkoda gadać. Coś ważnego pan chciał?
– Czy ja mógłbym zatelefonować? – może nawet tak będzie lepiej. Na pewno szybciej i dyskretniej. – Coś mi komórka szwankuje i…
– Oczywiście, sąsiedzie – już nie słucha, odwraca się tyłem i człapie do pokoju, a ja z nim. Starsi ludzie bywają okropnie nieuważni. Mógłbym walnąć go w łeb i splądrować… Zauważam lustro, a w nim badawczy wzrok wpatrującego się we mnie sąsiada. Cofam, co pomyślałem.

– Przyjedź prywatnym samochodem, zaparkuj gdzieś dalej i wejdź do bloku przez dziewiątkę. Spotkamy się na poddaszu – mówię cicho, osłaniając słuchawkę dłonią, gdy tylko usłyszałem głos Inki. Sąsiad ma na mnie oko z kuchni. Teraz pewnie Inka zacznie zadawać pytania, a nie ma na to czasu.
– Będę za kwadrans – szybko się rozłącza. Jednak mamy solidną nić porozumienia. Sąsiad łypie w moją stronę, więc głośno mówię do telefonu: To świetnie, dziękuję. Do widzenia.
Chcę od razu iść na górę, ale to mogłoby wzbudzić podejrzenia. Ileż można siedzieć w łazience? Wracam więc do siebie. Próbuję zachowywać się naturalnie. Robię kawę, zalewam wrzątkiem jakieś danie instant. Omijam szerokim łukiem komputer. Blanka się nie odzywa. To dobry znak. Dobra, już czas. Znów udaję, że idę do łazienki. 
Czy ta winda zawsze była taka powolna? Wysiadam wreszcie na ostatnim piętrze i wchodzę na poddasze. Lada chwila powinna się pojawić. Telefon wibruje krótko w tylnej kieszeni. Otwieram wiadomość ze zdjęciem.

Właśnie zabiłeś jednego pieseczka. Rób tak dalej. 



59. Koleżanka

 – Jak to odebrane? Przez kogo?!
– Przez właścicielkę oczywiście.
– Monikę?
– Przez właścicielkę – powtarza uparcie – naprawdę dziwię się, że takiemu… takiemu… – poirytowana szefowa psiego hotelu z niechęcią mierzy mnie wzrokiem – niezaradnemu człowiekowi – jestem pewien, że chciała użyć innego epitetu – powierzyła opiekę nad zwierzętami.
– Proszę mi powiedzieć komu dała pani psy. Właścicielka od dawna nie żyje – staram się opanować głos.
– Yyy… – chwyta nerwowo wymięty, gruby zeszyt A4, który od razu otwiera się na właściwej stronie – Justyna Kolanko?
– Mogła mnie uprzedzić… – mówię do siebie, odwracając się na pięcie.

    Dwadzieścia minut później walę bezskutecznie w drzwi nieżyjącej sąsiadki. Hałasy nie uchodzą uwagi Kłopocińskiej, która błyskawicznie pojawia się w pobliżu. 
– Nikogo nie ma. Już pojechały. Uhh… kiepsko pan wyglądasz – daje krok w tył. Pachnę chyba też nie najlepiej.
– Kolanko?
– A tak, tak. Wnusia Rozalii.
– Pukała do mnie? – wskazuję na moje drzwi.
– A skąd mam wiedzieć? Przecież ja się nie interesuję…
– Pani Anielo! Kiedy tu była?
– No wczoraj. Pod wieczór jakoś, a co?
– I nie wróciła?
– No przecież widzisz pan, że nikogo nie ma.
– Wie pani dokąd pojechała? – pytam szybko, a ona przygląda mi się, zwężając oczy.
– Niech się pan doprowadzi do porządku, sąsiedzie – mówi po chwili ciszy. – Pan w ogóle nie wie co się dookoła dzieje. Jakiś nieprzytomny pan jesteś! – kręci głową ni to z naganą, ni z politowaniem.
– Pani Anielo…
– Nie musi nic mówić – unosi rękę, jakby broniła się przed tym, co chcę powiedzieć – Ja się nie wtrącam w cudze sprawy! Pan młody jest, musi się wyszaleć, ja rozumiem, ale to nieładnie, żeby dziewczyna przez pana płakała. Miałam pana za lepszego.
– Pani Anielo, ja naprawdę muszę…
– Tak? A zeszłej nocy, to gdzie się szlajał?
Rezygnuję, niczego się od niej nie dowiem. Zostawiam Kłopocińską z jej pytaniami i lecę do Moniki. Tu też głucho. Nawet Hrabka nie słychać. Co ona przed chwilą powiedziała? Pojechały? Monika z Kolanko? I kto płakał? Co tu się dzieje do cholery?! Wbiegam po schodach z powrotem na górę.

– Pani Anielo, przepraszam, z kim Kolanko pojechała? Z Moniką? – łapię sąsiadkę jeszcze na klatce przy jej drzwiach. Musiała stać przy drzwiach i nasłuchiwać. Patrzy na mnie jak na szaleńca.
– Co pan opowiada za dyrdymały? Monika rano wyjechała. Widziałam, jak wkłada walizkę do bagażnika. Pokłóciliście się? Ładna z was była para, panie Leosiu.
– Co? – pytam odruchowo, nic z tego nie rozumiejąc. Wyjmuję z kieszeni telefon. Muszę zaraz do niej zadzwonić.
– A Justynka, wnusia świętej pamięci Gwizdoniowej, to była z jakąś koleżanką. Nie wiedziałam, że dał pan jej swoje klucze. Były po jakieś dokumenty. Strasznie pan blady. Nie powinno się tak całymi nocami poza domem…

    Puszczam mimo uszu dalsze uwagi i wpadam do swojego mieszkania, trzaskając drzwiami. Co tu się do kurwy nędzy dzieje?! Nikomu nie dawałem kluczy. Cholera, nie zdążyłem wymienić zamków, nowe ciągle są w samochodzie. Mieszkanie wygląda jak wcześniej. Gdyby to znowu byli tamci… Chwila. Kolanko. Na pewno zapisałem jej numer. Gorączkowo grzebię w telefonie. 
– Pani Justyno, muszę z panią pilnie porozmawiać. Proszę o kontakt! – nagrywam się na pocztę głosową i od razu dzwonię do Moniki. Czekając na połączenie, szukam laptopa. Powinien leżeć na stoliku albo sofie. Albo…
– Gdzie ty się podziewasz? – mówi Monika bez wstępów.
– A ty? Wiesz co tu się w ogóle dzieje?
– Może byś też coś wiedział, jakbyś łaskawie czytał wiadomości, które ci wysyłam – prycha – Zapadasz się jak kamień pod ziemię i jeszcze do mnie masz jakieś pretensje?
– No dobra, przepraszam – przełączam się na głośnik i sprawdzam SMS-y. Rzeczywiście jest tego od cholery – Możesz mi streścić? – zmieniam ton.
– Mam tylko chwilę, zaraz jadę z matką do zakładu pogrzebowego. Wczoraj zmarł mój ojciec, więc pojechałam do domu rodziców. Muszę się zająć tu wszystkim, mama jest załamana i potrzebuje pomocy – dopiero teraz zauważam napięcie w jej drżącym głosie.
– Dlatego płakałaś... – przypominam sobie wyrzut Kłopocińskiej – Bardzo mi przykro – dodaję szybko. Brzmię banalnie.
– No dzięki.
– Trzymasz się? Jeśli potrzebujesz…
– Nie, nie. Daję jakoś radę. Dzięki. 

    Nie ma sensu zawracać jej teraz głowy. Zamiast wypytywać, kończę rozmowę i sprawdzam te cholerne wiadomości. Monika pisała, że Dominiszewska, ta z psiego hotelu, znowu dzwoniła i pytała, bo nie mogła się do mnie dodzwonić. To pewnie było wtedy, gdy Rafał terroryzował mnie swoim pistoletem. Krótkie: gdzie się podziewam, dlaczego znowu nie odebrałem psów, jestem jakiś niepoważny, co się ze mną dzieje, zaczyna się martwić, czy byłbym łaskaw się odezwać… I info o tym, że pojawiła się Kolanko i odebrała psy. Chwila… Monika się z nią widziała? Czytam dalej… Nie, to chyba Dominiszewska do niej napisała. Tak przynajmniej wynika z chaosu jej wiadomości. Tyle na ten temat. Niewiele treści jak na tak dużą ilość SMS-ów. Ostatni jest już z dziś i informuje o śmierci ojca oraz wyjeździe. 
Podpinam telefon do ładowania i rozglądam się za sprzętem. Skąd Kolanko miała klucze i po jaką cholerę w ogóle tu wchodziła? Po mój komputer? To przecież absurdalne. Pulsuje mi w głowie. Jestem potwornie zmęczony, a jednocześnie nie potrafię nawet usiąść. Kłopocińska! Musi wiedzieć coś więcej.
 
    Zatrzymuję się z ręką nad dzwonkiem i zaciskam ją w pięść. Winda jest na parterze, więc zbiegam po schodach. Jest tylko jedne sposób, by trafić odpowiednio do tej kobiety. 

– Znowu pan? – wita mnie poirytowana Aniela, a ja podstawiam jej pod nos moją broń: ciasto o wdzięcznej nazwie "Jamajka z wiśnią" z najbliższej cukierni.
– Pani się nie złości pani Anielo – uśmiecham się najsłodziej, jak potrafię, a Kłopocińska szerzej, choć wciąż niepewnie, otwiera drzwi. Na jej ustach błądzi rodzący się uśmiech.
– Słodzi pan? – pyta po chwili, gdy grzecznie siedzę przy stole i czekam na kawę.
– Nie, dziękuję. A ta wnuczka pani Gwizdoniowej…
– Świętej pamięci Gwizdoniowej – poprawia mnie – Justysia.
– Justysia. To… pani ją dobrze zna?
– Dobrze, niedobrze. Pamiętam ją jak o… taka była. Kokardy jej takie wiązali czerwone na tych mysich ogonkach. Ładna dziewuszka, taka, wie pan – porusza dziwnie ramionami –  sprytna i…
– Tak, tak. A pani ma z nią jakiś kontakt? – przerywam jej, zanim się rozkręci na dobre i ugrzęźnie we wspomnieniach. – Kojarzy panią?
– Czy kojarzy? – unosi czarne pijawki brwi i zaczyna się śmiać – Justysia do mnie na działkę przychodziła czereśnie zbierać w każde lato, a czemu pyta?
– Bo widzi pani, ja chciałbym z nią porozmawiać, wytłumaczyć no i przekazać te… no… zalecenia behawioralne dla psów, karmy i tak dalej, skoro je już na dobre zabrała.
– Zalecenia beha… acha.
– No właśnie. Mam wrażenie, że nie chce ode mnie odebrać telefonu. Może się obraziła. Czy mogłaby pani zatelefonować do niej?
– Ja tam się nie chcę wtrącać – zatapia łyżeczkę w kawałku ciasta, a ja robię proszącą minę, naśladując Urwisa przy lodówce. – Ostatecznie mogę zadzwonić. Przekażę, że są zalecenia beha… Pij pan tę kawę, bo wystygnie.
Kłopocińska podnosi się z teatralnym westchnieniem i wychodzi. Zaraz wraca z zeszytem i okularami. Wyszukuje odpowiedni kontakt i wbija po jednej cyfrze numer na stacjonarnym telefonie. Nikt nie odbiera. Wybiera więc inny. Rozpoznaję ten sam, który mam. Również cisza.
– Nie odbiera.
– A ta koleżanka, z którą tu była. Pamięta ją pani?
– Co mam nie pamiętać. Alzheimera nie mam. Widziałam je obie, jak przyszły i otwierały pana drzwi. Akurat wychodziłam po jajka – zerka na mnie badawczo. Nie śmiałbym jej oczywiście podejrzewać o zaglądanie na klatkę z ciekawości. – Justysię od razu poznałam, chociaż się..., to znaczy wydoroślała. Zamieniłyśmy słowo. To ta druga miała klucze. Powiedziała, że pan chciał, by odebrały jakieś dokumenty psów. Czemu pan u mnie nie zostawił? Przekazałabym. Justysia swoja, ale ta druga obca… Nie wiem, ja bym tak ochoczo obcym kluczy do swojego mieszkania nie dawała.
– Ma pani rację, mój błąd. A jak wyglądała ta koleżanka?
– Strojnisia taka. Blondyna. A jaka wymalowana! Wie pan, jakby na dyskotekę szła. Nie wiem skąd Justysia taką koleżankę wytrzasnęła. 
– Może to któraś sąsiadka? Koleżanka z osiedla.
– Niemożliwe.
– Dlaczego?
– Wie pan, ja nie znam wszystkich, bo przecież nie interesuję się życiem innych, mam swoje sprawy, ale gdyby na naszym osiedlu mieszkał ktoś o takim głosie, to na pewno bym wiedziała – kiwa głową z miną znawcy.
– Jakim głosie?
– Piskliwym. Od razu widać, że fałszywa. Kłapała tymi sztucznymi rzęsami – rozczapierza palce przed twarzą – uśmiechała się sztucznie, a jak zapiała, to aż… wie pan jak u nas po klatce niesie. Okropna kobieta.
– Brzydka?
– Gdzie tam brzydka! Pan mnie nie słucha – obrusza się – Bardzo ładna. Taka zgrabna blondyneczka, tylko z toną tapety i głosem koguta! 

    Z trudem dojadam swój kawałek Jamajki i dopijam kawę. Opis idealnie pasuje do Blanki, ale to przecież niemożliwe! To śmieszne, że w ogóle o niej pomyślałem. Zupełnie niedorzeczne.  

58. Bezsenna noc

Rafał kłamie. A przynajmniej nie mówi mi całej istotnej prawdy. Wolałbym wycisnąć z niego więcej, zanim oddam go Ince. Wie doskonale, że to zrobię, że teraz nie ma już szans, bym mu zaufał. Nie ma możliwości, byśmy po prostu podali sobie ręce i rozeszli się w swoje strony. Miałem być winnym śmierci Any, jak twierdzi Rafał. Po co chcieli mnie w to wrobić, już nie mówi. Kręci. To kompletnie bez sensu. Co więcej, policja takiego scenariusza chyba nawet nie wzięła pod uwagę. Na pewno nie. To czysty idiotyzm. 
Latarka świeci coraz słabiej. Obserwuję Rafała. Widać, że szyje na bieżąco, unika mojego wzroku, denerwuje się i poci. Boi się. Na pewno nie mnie. Może tego, że go wydam glinom? I, że dorwie go ten cały Fodor? Jeśli tak, to dlaczego przeciąga, jakby grał na czas? Co mu to da? Mam już dość, tracę cierpliwość. 



Niespodziewanie przez szpary błyska światło. Słyszę odgłos kół na żwirze. Kurwa. Zrywam się i szybko podchodzę do okna, by zajrzeć na zewnątrz między framugą a krawędzią byle jak przybitej deski. Ktoś zaparkował obok mojego auta i wysiada. Nie wyłączył świateł, ale i tak niewiele widzę. Ma broń. Celuje w mój samochód, sprawdza… jasna cholera!
– Kurwa, to ludzie Fodora! – krzyczy szeptem Rafał. Nie widzę go teraz, ale po głosie słychać, że jest przerażony. Szura, wije się, jakby próbował wykrzesać ze siebie jakąś nadludzką siłę i rozerwać więzy. Podbiegam do niego, rozwiązuję częściowo i łapię za ramię. Ręce zostawiam skrępowane. Na wszelki wypadek wbijam lufę pistoletu pod żebra. Żeby wiedział.
– Cicho bądź – mówię prosto do ucha.
– Zabiją nas!
– Tak? To co kurwa proponujesz? Co? Rusz się.
Ciągnę Rafała w kierunku frontowego wyjścia. Zaraz tu wejdą. Jeżeli od frontu, też ktoś jest, to po mnie. Właściwie po nas. Podłoga skrzypi złośliwie, ale nie czas na delikatne pląsy. Drzwi są oczywiście zamknięte. Okno obok nie ma szyby, zasłania je jedynie gruby kawał dykty. Tu nie mam jak wyjrzeć, by sprawdzić, czy na zewnątrz jest czysto. Jest ciemno jak w dupie, a na szukanie szpar nie ma czasu. Walę łokciem w osłonę okna, aż przeszywa mnie prąd aż po same palce. Omal nie upuszczam broni. Jasna cholera! Nie mam wyjścia. Potrzebuję obu rąk, więc puszczam Rafała. Napieram ramieniem. Blokada ustępuje, ale niechętnie. 
– Przesuń się – mówi Rafał. Walimy obaj z całej siły. Na zapleczu słychać rumor. Trzaskają drzwi. Rumor na dole i skrzypienie od strony schodów. Chyba zaczęli od zaplecza i góry. Błyskawicznie przełazimy przez częściowo odblokowane okno, a płyta, wciąż przymocowana od góry, opada z głuchym puknięciem za nami na swoje miejsce.
Wygląda na to, że jest pusto. Lecę w ciemnościach, potykając się, by okrążyć budynek i dostać się do  samochodu. Jeśli nikt nie został na zewnątrz, mamy szczęście. Nie mogę włączyć latarki i po prostu sprawdzić. Skradam się. Rafał sapie tuż za mną. Dobiegam do auta. Nie ma czasu zaglądać do wozu obok. Rzucam tylko okiem. Powinienem wsadzić Rafała do bagażnika, ale nie ma na to czasu. 
– Do tyłu! – rzucam cicho przez zęby, szarpiąc go. Najszybciej jak się da, zapinam mu pas tak, żeby nie było mu łatwo odpiąć go związanymi rękami. Dodatkowo przymocowuję mu łapy do drugiego pasa, by nie dosięgnął do zapięcia. Wskakuję za kierownicę i przekręcam kluczyk. Jeśli teraz się zakrztusi… kamień z serca. Nigdy dotąd odgłos uruchamianego silnika nie brzmiał piękniej. Wrzucam wsteczny, koła buksują. Omal nie rąbię w auto obok. Zerkam w czarny otwór drzwi budynku. Gdy wyskakuję na drogę, tracąc na chwilę przyczepność, słyszę ryk uruchamianego za budynkiem samochodu. 
Fatalnie się gna nieoświetloną krętą drogą bez włączonych reflektorów. Prędzej się tu rozwalę na jakimś drzewie, niż mnie dogonią. Po kilku zakrętach ryzykuję i włączam światła. Liczę jednak na to, że nawet jeśli tamci usłyszawszy mój samochód, natychmiast pobiegli do wyjścia, mam niewielką przewagę. Właściwie przy odrobinie mojego szczęścia mogli nawet ruszyć w przeciwną stronę.  
– Kto to kurwa był? – wrzeszczę. – Jak nas znaleźli?!
Rafał siedzi cicho. Zerkam w tyle lusterko. Mam przeczucie, że zaraz pojawią się tam światła. Wyszarpuję z kieszeni telefon. Wypada mi na podłogę. Cholera jasna! 
– Ej! Zabijesz nas! – gdyby nie pasy, Rafał latałby po tylnym siedzeniu jak wór kartofli. W ostatniej chwili unikam spotkania z rowem, ale znajduję smartfona. Ręka drży mi irytująco, gdy próbuję go odblokować i wybrać numer Inki. Rafał szarpie się z tyłu. Mocuję telefon w uchwycie na szybie i wyjmuję pistolet spod uda.
– Spokojnie, stary – mówię, zerkając za siebie – Wciąż mam twoją pukawkę, pamiętasz? – macham lufą w jego stronę.
– Nie dzwoń po gliny idioto! – ryczy desperacko dokładnie w momencie, gdy sygnał oczekiwania na połączenie ustępuje zaniepokojonemu głosowi Inki.
– Fikcyjny?
– Mam Rafała! Gonią mnie. – Zerkam nerwowo do lusterka w niezmąconą czerń. Pewnie zaraz się pojawią. – Zaraz zjadę ze starej krajówki na autostradę w kierunku miasta.
– Zjedź na posterunek autostradowy. Jestem w drodze. – Inka wydaje polecenie, a ja się czuję, jakbym wynurzał się na powierzchnię. Rozłącza się.
– Pojebało cię?! – Rafał cały czas się drze, jakby go ktoś przypiekał żywym ogniem. Dociskam gaz. Do zjazdu brakuje zaledwie kilku kilometrów. Powinienem zdążyć, zanim ten kretyn wypnie się z pasów i rzuci na mnie.

Dworna i Olszyniak patrzą na mnie jak na okaz w zoo. Właśnie zrelacjonowałem im wydarzenia ostatnich godzin. Teraz pewnie zaczną pytać szczegółowo dokładnie o to samo.
– Co z nim? – pytam o Rafała.
– Nic. Na razie zostanie u nas – opowiada lakonicznie Inka – Jeszcze wody? – wskazuje na pusty plastikowy kubek, którym się bawię. Wyjmuje mi go z ręki i podchodzi do butli z wodą, nie czekając na odpowiedź. – Możesz opisać samochód, którym przyjechali pod motel?
– BMW piątka. Czarny albo grafitowy. Dziwne, że mnie nie dogonili…
– A gonili?
– Właściwie, to... nie wiem. Ruszyli za mną. Jechałem bez świateł, ale…
– Ale to bez znaczenia – stwierdza Inka.
– To bez sensu.
– Niekoniecznie – podejmuje, ale urywa, jakby ugryzła się w język. Zerka w bok, jakby przypomniała sobie o obecności kolegi, który cały czas siedzi cicho. – Wróćmy do twojej rozmowy z Kockim.
W pokoju, gdzie składałem przed chwilą zeznania nie było okna ani zegara, toteż zaskoczony dniem mrużę oczy, gdy wreszcie wychodzimy na zewnątrz. Jest potwornie zimno. Policjanci mają chyba równie dość, jak ja. Olszyniak marudzi coś pod nosem o swoim dyżurze, ale Inka nie nie zwraca na niego uwagi, wypisując z innym policjantem jakieś papiery. Stoimy więc we dwóch i w ciszy wypuszczamy kłęby pary. 
– Dobra, odstaw auto i jedź do domu. – Inka rzuca Olszyniakowi kluczyki – Jadę z nim.
– Ale…
– Jak nie lubisz spać, to się zamieńmy – wyciąga rękę, ale aspirant szybko wycofuje się w stronę radiowozu. – Tak myślałam. Jedziemy do ciebie.
– Do mnie? – dziwię się, a ona nie czekając, maszeruje do mojego auta.
– Ciekawe historie opowiada ten twój kolega – Inka rzuca niby od niechcenia, gdy powoli odmarzamy pod wpływem samochodowego ogrzewania. Czekam na ciąg dalszy – Nie podejrzewałam cię o takich kolegów.
– Nie wiedziałem, że Rafał jest tym, kim jest. Manipulował mną cały czas.
– Udawał przyjaciela, kłamał, wrabiał cię i szantażował – wymienia, wpatrując się we mnie. Wbijam wzrok w drogę. – A ty?
– Ja?
– Jesteś niewinny – mówi po dłuższej chwili ciszy w taki sposób, że przez plecy przebiegają mi ciarki niepokoju. – Adam Horn, prawy obywatel, uwikłany w związek z kobietą współpracującą z przestępcami, dowiaduje się o jej podwójnym życiu, zostawia ją, żyje sam, zmienia nazwisko, by zacząć życie od nowa. Miało być tak pięknie, bezproblemowo, a tymczasem… – urywa, unosząc brwi. Nie wiem, po co ten sarkazm, do czego zmierza, ale po chwili milczenia wzdycha cicho.
– Nie rozumiem, co masz na myśli? – czuję, że chciała mi powiedzieć coś istotnego, jednak rezygnuje.
– Na razie jedź do domu. Siedź w mieście.
– Będziecie mnie obserwować?
– Podrzuć mnie na Słowackiego. 

57. Zamiana ról

    Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem telefon. Tak jak przypuszczałem, Monika dobijała się do mnie z największą częstotliwością. Nie odebrałem psów, więc właścicielka hotelu nie dodzwoniwszy się do mnie, zaatakowała Monię, a ta wszelkimi możliwymi kanałami próbowała mnie dorwać. Dzwoniła też Inka. Wysłała zdjęcie Grace z Rafałem. 
Zerkam na fotkę, nim zajmę się resztą. Scena wydaje się znajoma… To może być mylące, bo znam przecież obie osoby i chociaż nie widziałem ich nigdy razem… Nie widziałem? A może jednak? Nie kojarzę wnętrza restauracji, na pewno w niej nie bywałem, ale mam wrażenie, że gdzieś już widziałem tę kolorystykę. I ten obraz. Szeroki, choć wąski. Idealnie dopasowany do rozmiaru ściany jakby stworzony dla niej na zamówienie. Przedstawiający morze podczas sztormu. Jasna cholera, to nie czas na kontemplowanie sztuki. Mam nieprzytomnego faceta w bagażniku! Odpisuję pospiesznie Monice, że złapałem gumę, rozładował mi się telefon i tak dalej, ale sytuacja już jest opanowana. Psy odbiorę jutro. 
   
    Co mam zrobić z Rafałem? Nie wniosę go przecież do mieszkania, nie zostawię w aucie… Żebym chociaż miał jakiś garaż, cokolwiek… Mógłbym go wywieźć, jak mnie wywieźli, na jakiś parking w budowie. Szkoda tylko, że nie wiem o żadnym w okolicy. Inna sprawa, że u nas pewnie zakłada się monitoring, zanim wyleją fundamenty, bo inaczej cement by ukradli. Cholera. Ruszam powoli, rezygnując ze zjechania w stronę centrum. Zamiast tego skręcam z oświetlonej obwodnicy na starą krajową drogę, o której chyba wszyscy zapomnieli, co wnioskuję po coraz liczniejszych dziurach. Jeszcze całkiem niedawno była to jedna z najbardziej uczęszczanych szos. Przy zarośniętym chaszczami wjeździe do lasu stały niegdyś panienki w krótkich, odblaskowych miniówach. Kawałek dalej mijam szczątki zapomnianej przez świat i ludzi stacji benzynowej. Właśnie! Tu gdzieś był zajazd. Jadę powoli wypatrując budynków w ciemnościach. Pamiętam, że w okolicy była jakaś karczma z motelem, migała konwulsyjnie wielkim neonem. Nie dało się jej nie zauważyć, chociaż była oddzielona od drogi szpalerem drzew i parkingiem. Wypatruję jej, wpadając co chwilę kołem w jakąś dziurę. Jeśli Rafała to nie ocuci, znaczy, że mam martwe ciało w bagażniku. Włosy na karku stają mi dęba. Zaciskam mocniej ręce na kierownicy. Zaraz dotrę do skrzyżowania, nie możliwe, by zupełnie wyburzyli tamten budynek. Zawracam, gotów jechać dwadzieścia na godzinę, w celu przeczesania okolicy. Na szczęście nikt nie zwraca na mnie uwagi, bo jestem sam na tej nieszczęsnej drodze. Tylko raz ktoś śmignął z naprzeciwka, oślepiając mnie na chwilę światłami. 
    Jest! Dostrzegam w ciemności kant dachu ledwie muśnięty światłem bladego księżyca. Zjeżdżam, oświetlając reflektorami budynek z oknami zabitymi dyktą. Wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy. Po żeliwnym ogrodzeniu, które teraz sobie przypominam, nie pozostał nawet ślad. Klepisko parkingu wygląda jakby się skurczyło. Zajeżdżam za budynek po porośniętej chwastami drodze. Przynajmniej wydaje mi się, że była tu kiedyś droga. Nieutwardzona, ale jednak. 
    Wszystko zamknięte jest na głucho. Widać, że od co najmniej dziesięciu lat nikt tutaj nie zaglądał. Cud, że w ogóle pamiętałem to miejsce. Gdy byłem dzieciakiem, jeździliśmy co roku na nadmorskie wakacje. Podczas jazdy kłóciłem się z bratem zażarcie, co nam akurat w tamtym okresie praktycznie się nie zdarzało. Była wtedy potworna burza, czyli idealna atmosfera dla naszego konfliktu. Zatrzymaliśmy się i zostaliśmy tu na noc. Pamiętam, bo to były moje ostatnie wspólne wakacje ze starymi. Kto by pomyślał, że po latach przywiozę tu związanego Rafała. 
    Drzwi od strony zaplecza są kompletnie zastawione jakimiś dechami, paletami i cholera wie, czym jeszcze. Gdy wreszcie do nich docieram, okazują się zamknięte. Futryna jest na szczęście tak zbutwiała, że kilkoma mocnymi szarpnięciami wyrywam rachityczny zamek. Uderza mnie stęchły odór pleśni i starości. Mam nadzieję, że nikt tu nie umarł. Wracam do auta po latarkę, którą odnajduję między rupieciami na tylnym siedzeniu. Oby tylko działała. 
    
    Miejsce jest idealne. Puste, stare, mroczne i opuszczone. W środku znajduję resztki mebli, zjedzony przez myszy dywan. Z zaplecza przechodzę do części dla gości. Kuchnia, bar i jadalnia są zupełnie puste, nie licząc dwóch stołów i kilku krzeseł. Wiedziony ciekawością zaglądam do pokoi motelowych, do których wchodzi się z wąskiego korytarza. Jest ich zaledwie osiem. Cztery małe dwójki, trzy większe i jeden apartament. Na piętrze chyba mieszkali gospodarze, ale tam nie będę teraz wchodził. To nie wycieczka krajoznawcza, a ja mam gościa do zameldowania. 
    Gdy wychodzę na zewnątrz, mam wrażenie, że reflektory trochę przygasają. Świetnie, jeszcze mi tu akumulator padnie. Szybko wyłączam światła i wyjmuję kluczyki. Zapadają egipskie ciemności. Czekam, aż wzrok przywyknie do warunków, obmyślając jednocześnie, jak wytargać Rafała z bagażnika i gdzie go umieścić. Wracam po dywan. Położę go na nim i wciągnę do środka. Proste.

    Coś klei się do mojego spoconego czoła. Pewnie tona pajęczyn. Jest mi wszystko jedno. Siedzę na podłodze obok Rafała i dyszę ciężko. Muszę zacząć biegać albo jakiś sport uprawiać. Jak to wszystko minie, zapiszę się na siłownię. Wciąganie bezwładnego ciała na ciężkim, nabitym tonami kurzu i ziemi naniesionej pewnie przez pokolenia gryzoni dywanie to nie jest moja ulubiona forma wysiłku fizycznego. Progi, zakręty, rupiecie po drodze, na które nie zwróciłem wcześniej uwagi. I on. Ciężki jak jasna cholera. Powinien schudnąć. Definitywnie. Patrzę z odrazą na Rafała, który…, o cholera, odzyskuje przytomność! Jest związany, ale wypadałoby go do czegoś jeszcze przytwierdzić. Dzikie charczenie wydobywa się z jego ust. Wstaję i stoję nad nim, czekając. 
– Kurwa… zabierz to… – mówi niewyraźnie, kaszląc. – Wyłącz to!
Odsuwam nieznacznie snop światła latarki z jego twarzy na klatkę piersiową. Zaczyna się szamotać. Klnie coraz głośniej. Krzyczy. Czekam aż opadnie z sił, które wykrzesała z niego uwolniona przez strach adrenalina. Jestem pewien, że myszy, pająki i inne robactwo właśnie ucieka w cholerę ze swej spokojnej jak dotąd przystani. 
– Skończyłeś? – pytam, gdy w końcu przestaje się wydzierać.
– Czego kurwa chcesz? Rozwiąż mnie!
– Nie ma sprawy. Trzeba było tak od razu – podchodzę i sięgam do pasków przy rękach. Zatrzymuję się kilka centymetrów od więzów. Patrzę mu prosto w twarz. – Najpierw mi wszystko opowiesz. Potem się zobaczy.
– Posłuchaj, ja nie żartowałem. Jeśli nie odbierzesz na czas wiadomości i…
– Przestań pierdolić. Wiem, że tonący brzytwy się chwyta, ale to nawet brzytwa nie jest. Jesteś stary w czarnej dupie i pogódź się z tym. Teraz dla odmiany zaczniesz mówić prawdę. Kim tak naprawdę jesteś? Bo zakładam, że od początku naszej znajomości łżesz i manipulujesz. Co łączy cię z Grace? Z Fodorem i Sobaczkami? Kto zabił Marka, Anę i rozpierdolił mi mieszkanie?
– A skąd ja mam to wiedzieć?
– Możemy tu siedzieć do rana. Potem dostaniesz w łeb. Trochę już dostałeś, więc nie wiem jak to się skończy, nie mam wprawy i mogę cię przypadkowo zabić. Jeśli jednak przeżyjesz, spędzisz tu sam trochę czasu. Oczywiście dodatkowo cię zwiążę, żebyś się nie wydostał. Będziesz tu sobie siedział, póki nie znajdę czasu na odwiedziny. A wierz mi, jeśli ty machając tą swoją pukaweczką kazałeś mi wywieźć nas na zadupie, gdzie nikt nie zagląda nocą, to w porównaniu z tym miejscem, było to centrum Warszawy. Tutaj nawet psy dupami nie szczekają, bo ich kurwa nie ma. Jeśli ktokolwiek tu przyjdzie to ja. A ja tylko po to, by zadać te same pytania. Rozumiesz?
– Rozgadałeś się.
– To teraz twoja kolej.
– Głupi jesteś. Im dłużej mnie tu trzymasz, tym mniejsze masz sza…
– Nie pierdol.
– Co mam ci powiedzieć? Tu nie ma o czym gadać. Jesteś skończony.
– Ja? – cholera, nie będzie łatwo. Rafał mimo beznadziejnego położenia, zupełnie nic nie robi sobie z moich gróźb. Nie boi się. Wstaję i wychodzę do samochodu po pistolet. Przystawię mu go do głowy, przestrzelę mu łydkę. Niedobrze mi się robi na samą myśl. Wyjmuję ze zgrzewki butelkę wody gazowanej, którą niedawno kupiłem i wracam do środka. Siadam na podłodze, kładę pistolet na ziemi obok tak, by Rafał go widział i piję wodę. Oblizuje suche usta. Na pewno czuje metaliczny smak krwi. 
– Rozwiąż mnie, pogadajmy – zaczyna. Naprawdę myśli, że mógłbym zrobić coś tak głupiego. Bekam głośno. – Chociaż pomóż mi usiąść. Wyjaśnię ci, o co w tym chodzi – próbuje dalej, ale milczę. – Kurwa, co ci po tym wszystkim? To jest straszne bagno, stary. Nie wyjdziesz z tego. Masz jeszcze szansę. Potrafisz się ukryć. Zrozum, jesteśmy po tej samej stronie barykady. Fodor chce się ciebie pozbyć. Mnie też. Możemy po prostu wyjechać, zniknąć. Pomogę ci się ukryć, a w zamian załatwisz mi nowe papiery tak jak sobie. Znikniemy, rozejdziemy się i wszystko będzie dobrze, stary no… Daj łyka.
Siedzę dalej  czekam. Milczenie o dziwo lepiej działa niż straszenie, chociaż na razie tylko zwyczajnie pieprzy. Rafał zaciska szczęki. Jest wściekły, że jego gadka nic nie zmieniła. Chyba dociera do niego, że nie dam się przekupić jak dzieciak cukierkami. Cisza zaczyna się przedłużać.
– No dobra – wstaję – Woda mi się skończyła, głodny jestem, a do tego późno się zrobiło. I strasznie tu piździ. Zostawiłbym ci jakiś koc, ale nie mam. Jak się wyśpię, odbębnię robotę i odbiorę wreszcie psy, przyjadę na następną pogawędkę. Może przywiozę ci jakąś kanapkę. Nadal lubisz parmeńską? – zgniatam pustą butelkę, podnoszę pistolet i kieruję się do wyjścia.
– Nie pierdol, że mnie tu zostawisz?! Stój, kurwa!
– Dobra, ostatnia szansa na dziś. Zaczynasz mówić z sensem albo idę – zatrzymuję się w drzwiach. Nie słyszę odpowiedzi, więc robię krok.
– Stój, kurwa! Dobra już. Wszystko ci powiem.
Odwracam się, ale nie wracam. Czekam bez słowa.
– Musisz mi coś obiecać. Wiem, że jesteś kurwa dobrym człowiekiem, wiem to. Musisz mi obiecać… – widzę, jak się denerwuje, poci, nawet nie narzeka już na snop światła z latarki, którym bezlitośnie w niego mierzę – Ja muszę ochronić moją rodzinę. Rozumiesz? Chciałem wyciągnąć od ciebie kasę, żeby się z tego wszystkiego wyrwać. Odkąd sprawy zaczęły się sypać, Bobby przestał mi ufać, szantażuje mnie. Chce zrobić ze mnie kozła ofiarnego, bo wie, że nie będę kablować, ma w garści moją rodzinę. Dzieci. To jest bezwzględny człowiek, stary. Ja przy nim jestem jak pierdolona chihuahua przy szkolonym na mordercę pitbullu. Od lat utrzymuje się na rynku, robi co chce, zresztą wiesz, Mark go rozpracowywał, ale i tak liznął co najwyżej czubek góry lodowej.
– Streszczaj się.
– Wyślesz mojej żonie kasę. To jest moja cena za prawdę. Musisz ochronić moją rodzinę. Tylko na tym mi zależy. Żeby wyjechała z dzieciakami z nowym nazwiskiem na jakiś jebany koniec świata. I żeby miała na nowy start. Potem sobie poradzi. Stary, ja nie żartuję. Możesz mieć krew moich dzieci na rękach, jeśli…
– Dobra, załatwione – ucinam.
– Ja naprawdę…
– Zrobię to. Ochronię twoją rodzinę. Musisz mi zaufać. Nie spiszemy umowy, po prostu musisz mi zaufać.
– I wypuścisz mnie.
– Nie przeginaj, bo pójdę.
– Jak ci powiem, co wiem.
– Obiecuję, że zrobię wszystko, by twoja rodzina była bezpieczna. A teraz mów. Może zacznijmy od tego, skąd znasz Grace.
– Twoją byłą? – pyta głupio. Już wiem, że będzie ściemniał. – Opowiadałeś mi o niej.
Zaciskam szczęki i wyjmuję telefon, by pokazać mu ostatnie otrzymanie od Inki zdjęcie. Podstawiam mu je pod nos. Musi zrozumieć, że nie warto łgać. Jest zaskoczony. Naprawdę miał mnie chyba za naiwnego idiotę, któremu można opowiadać bajki. Milczy, a ja czekam. Cisza się przedłuża. Może zmienić strategię? Nie będę tu z nim tak siedział całą wieczność. 
– To prawda, znam Grace – wreszcie po chwili wahania zaczyna cicho – Znałem ją, zanim poznałem ciebie. Pilnowała niektórych ludzi dla Fodora. Sprawdzała ich, można powiedzieć. A ja pilnowałem jej. Byłem takim pośrednikiem. A potem, jak ty się coś tam niby zorientowałeś. Sorry, ale ważne było, byś myślał, że ona po prostu jest zwykłą kurwą. Można było tak albo czapa. Gdy przyjechałeś do Poole, przyjechałem za tobą. Ściągnąłem tam rodzinę, obserwowałem cię. Potem sam wiesz.

Fikcyjny... i co dalej?

Prace nad udoskonalaniem "Fikcyjnego ja" trwają! Na pewno będą zmiany i na pewno na lepsze :D Celem ostatecznym, jak zapewne nietr...