55. Niespodziewany gość

 Nie mogę dać się zastraszyć. Muszę wrócić do normalnego trybu życia. Przynajmniej w miarę normalnego. Inka oczywiście twierdzi, że muszę uważać, powinienem się ukryć i w ogóle jest zła, bo wnioskowała o przydzielenie mi odpowiedniej ochrony, ale spotkała się z odmową. Przeanalizowałem sytuację. Rafał nie wie, że powiedziałem policji co wiem, za to wie, że wcale nie wiem wiele. Byłem z nim otwarty. Niby gadał, że to nie jego sprawa, że nie chce się mieszać, ale w sumie całkiem sprytny to był wybieg, bo tym chętniej byłem z nim szczery, gdy nie wypytywał. Nie dopuścił do mojego spotkania z Markiem, więc ma świadomość, że nie mogę wiedzieć nic, co wniosłoby cokolwiek do sprawy. Zwłaszcza że Anglicy bez problemu mnie wypuścili. Gdybym był skarbnicą wiedzy, nie zrobiliby tego. Proste. Nie, nie ma sensu panikować. Chociaż z drugiej strony… Inka niechętnie wyjawiła mi, że Kockiego wypuścili z aresztu, zanim zgromadzili dostateczną ilość dowodów i dodali dwa do dwóch. Błyskawicznie przepadł jak kamień w wodę. Kasarley zaś nadal siedzi, ale odkąd pojawił się u niego nowy adwokat, nie puszcza pary z ust. Długo utrzymywał, że wcale nie zna Rafała i nigdy nawet go nie widział. Potem sobie go przypomniał, ale wkrótce wszystko odwołał, powiedział, że się pomylił, został zmanipulowany i w ogóle opacznie go zrozumieli, bo właściwie to nie zna żadnego Rafała Kockiego i nic nie wie. Grace, według tego, co powiedziała Inka, praktycznie straciła kontakt z rzeczywistością i przebywa na oddziale zamkniętym pilnie strzeżona. Ma taką sieczkę z mózgu, że lekarze nie dają zbyt wiele nadziei na jakiekolwiek sensowne przesłuchanie. Krótko po mojej wizycie pogorszyło jej się do tego stopnia, że muszą ją karmić. Oczywiście nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego tak się stało. Ingo Bobby Fodor, główny szef, zajęty jest robieniem w dudka międzynarodowych, choć głównie angielskich służb i nikt nie ma pojęcia gdzie jest. Widziałem zdjęcie jego facjaty. Nie znam typa. Właściwie nie mam żadnego znaczenia. Nie jestem w stanie zaszkodzić przestępcom, nie mam na nich niczego. Nie ma sensu, by się mną interesowali, a jeśli są na tyle sprytni, że nie dali się jeszcze pozamykać i wciąż kręcą swój złoty biznes, to orientują się lepiej niż policja całej Europy w tym, kto, co i po co, więc powinni o tym doskonale wiedzieć. Muszę przyznać, że doszedłszy do takiego wniosku, trochę śmielej patrzę w przyszłość. Monika nie wygadała się Dwornej, która nawet nie pytała jej o moją przeszłość. Przeszłość zresztą niemającą tu żadnego znaczenia. A ja… ja już nic więcej nie potrafię pomóc w sprawie, powiedziałem wszystko, co wiem, a jak widać to i tak niezwykle mało. Tylko dlaczego ciągle w tyle głowy mam to zdjęcie Kockiego z Kasarleyem? Coś niezidentyfikowanego mnie niepokoi, ale coraz bardziej skłaniam się ku temu, że to tylko mój złośliwy umysł, nic więcej. Zostawiłem Ince wiadomość głosową, by i mnie pokazała fotografię Grace z Rafałem. 
Dziś mam zamiar odebrać wreszcie psy z hotelu. Tylko swoje, bo Bimber znalazł miejsce u rodziny żony Grześka. Nim też się zajęli. Podobno leczy się w jakimś prywatnym ośrodku. Strasznie namieszał z tym przyznawaniem się do zamordowania Any, a potem zrzuceniem winy na mnie. Myślałem przez chwilę, że ktoś nim manipuluje, ale to pewnie po prostu jego choroba. Zupełnie się chłopina pogubił w życiu. Na tego sąsiada kibica też podobno wygadywał niestworzone rzeczy. Tylko dlatego, że uznano go za wariata, uniknął odpowiedzialności za składanie fałszywych zeznań i utrudnianie śledztwa. Wszystko poszło na karb depresji i okresowej niepoczytalności. 

    Zanim wezmę psy, zdecydowałem zmienić zamki, a przy okazji wizyty w sklepie, doszedłem do wniosku, że nie mogę żywić się tylko w Żabce i żerować na Monice, więc po zakupie zamków, wstąpiłem jeszcze do marketu. Siaty muszą jechać w bagażniku, bo wnętrze samochodu zarezerwowane jest przecież dla moich kundli. Cholera, już prawie osiemnasta, nie zdążę. Muszę zadzwonić, że się spóźnię. Wsiadam do auta i wyszukuję numer, nim ruszę… 
– Cześć stary. – Ktoś wyjmuje mi telefon z ręki. Obok mnie, w moim samochodzie siedzi... Rafał Kocki. Celuje do mnie z broni. – Ruszaj. Spokojnie, po prostu jedź. – mówi łagodnie.
Jadę. Daję się kierować. Co innego miałbym zrobić? On wie, że ja wiem. A może nie wie? Co robić? Co teraz?!
– Widzę, że lekko cię zszokowałem. Nie spodziewałeś się. Sorry stary za tego gnata. – Kątem oka widzę, jak macha niedbale pistoletem na wysokości mojego brzucha.
– Od kiedy to potrzebujesz broni? – pytam trochę nienaturalnym głosem. Staram się brzmieć jak zaskoczony kumpel, który nie ma nic do ukrycia. Będę udawał, że nic nie wiem o tym, kim naprawdę jest. Pewnie wie, że rozmawiałem z jego żoną, więc słyszałem o jego zatrzymaniu – Doszły mnie słuchy, że policja cię zgarnęła w Birmingham. Za mandaty czy posiadanie tego? – zerkam w kierunku broni. – Swoją drogą, po co ci to? – Czuję na sobie jego wzrok. Wie, że pajacuję, każe mi zawieźć się do lasu, a potem wykopać samemu sobie grób. Powiedzieć, że oblatuje mnie strach, to nic nie powiedzieć. 
– Jedź za miasto, pogadamy w jakimś spokojnym miejscu. – jego polecenie sprawia, że jeszcze bardziej cierpnie mi skóra. Zaciskam spocone ręce na kierownicy i próbuję się skupić, coś wymyślić. Telefon. Zabrał mi go, ale chyba nie wyrzucił. Włożył do kieszeni? Tak, chyba tak. Czyli mnie namierzą. Być może. Istnieje taka szansa. Cholera. Ale kiedy? Jak już będę martwy od kilku dni i zorientują się, że mnie nie ma? No dobra, może szybciej, lecz na pewno nie w ciągu najbliższych godzin, czyli, tak czy siak, zdąży mnie zabić. Robi się ciemno, budynki miasta są daleko w tyle, a przed nami las. Zerkam na Rafała. Ta podróż bynajmniej go nie nuży. Broń leży na udzie, wciąż skierowana lufą w moją stronę. To zły znak. Nie mam szans na odzyskanie jego zaufania. 

pistolet

– Skręć tam w prawo.
– W pole? – jęczę. Nie odpowiada, a ja grzecznie robię, co każe. Znikamy w gęstwinie czerniejących zbóż czy tam traw, nie mam pojęcia co to jest. Jedno jest pewne: tu jest kompletnie pusto. Przestrzeń i wiatr. Rafał zabiera kluczyki.  Wysiadamy. Wrzuca mój telefon do auta i zamyka je.  Podchodzi do mnie, ale niezbyt blisko i przygląda się, jakby coś chciał  wyczytać z mojej twarzy. Za chwilę już nic nie zobaczy na tym zadupiu, bo zrobi się zupełnie ciemno. Tylko co mi to da? 
– Słuchaj stary, pytałeś, po co mi to, to ci powiem. – zaczyna po chwili – Nie wiem komu mogę ufać, rozumiesz? Wrabiają mnie i jak dam się złapać, pójdę siedzieć za innych, za cudze przestępstwa, które są na tyle poważne, że zdechnę ze starości za kratami. – Jest zdenerwowany, cały czas się kręci, ściskając w ręce broń, jakby był na haju.
– Kto cię wrabia? – wyduszam pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Właściwie mam to w dupie, gorączkowo myślę, co robić, jak go podejść, zabrać mu pistolet i zwiać stąd. 
– Bobby, policja, wszyscy. Chcą ze mnie zrobić kozła ofiarnego, rozumiesz?
– Bobby? Kim...
– Nie pierdol, że nie wiesz kim jest Bobby! Mark miał na niego tyle, że mogliby go posadzić na dwieście lat. Albo dłużej – denerwuje się, a ja nie chcę go rozjuszać. No ale też nie mogę przytakiwać.
– Mark nie mówił mi wszystkiego. Nie przekazywał mi tego, co wiedział – tłumaczę, a Rafał wygląda na zaskoczonego –  Serio. Mark mnie zwyczajnie wykorzystał. Jak założył moją pluskwę, odciął mnie. Twierdził, że tak będzie bezpieczniej, że i tak mi udostępni. Nie zrobił tego. Miałem nadzieję, że go przekonam w Birmingham. Po to chciałem się z nim widzieć. 
– Ta. Ty z nim, czy on z tobą? – Rafał mruży oczy.
– No on zainicjował spotkanie, ale ja też czegoś po nim oczekiwałem. Chciałem go przekonać... 
– Co się wtedy stało? – przerywa mi. Najwyraźniej ma dość moich tłumaczeń, które szyję na bieżąco.
– No, nie przyszedł. – patrzy na mnie i czeka, więc czuję się zmuszony tłumaczyć. – Dobra, nie wiem, czy nie przyszedł, może dotarł jakoś później, ale czekałem długo – mówię po chwili ostrożnie. Przyznać się, że wiem o śmierci Marka? Jeśli się przyznam, zapyta, skąd wiem. Cholera.
– Tak?
– Słuchaj. Czekałem na niego tam w knajpie. Nieciekawa miejscówka. Ktoś dał mi w łeb, gdzieś mnie wywieźli. Może i Mark przyszedł, ale mnie nie zastał. Raczej stracił do mnie zaufanie. – Mam ochotę sobie pogratulować za wybrnięcie z sytuacji. Tak przecież mogło być. – Próbowałem się z nim kontaktować, ale bez skutku.
– Kto cię wywiózł?
– Nie wiem. Założyli mi coś na głowę i wrzucili do auta – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Tłukli mnie. Krzyczeli, że niby współpracuję z policją.
– A współpracujesz?
– Ja? Niby po co? To oni chcieli, żebym pojechał do Birmingham. Chcieli mnie przesłuchać w związku z Grace, ale nie mam pojęcia, w co się władowała. Wiem, że zdradzała mnie na prawo i lewo. Miała coś wspólnego z gościem, którego zamknęli. Gadaliśmy o tym, wiesz, co ja wiem, a tu się nic nie zmieniło – nawijam dalej. Rozpaczliwie próbuję się oczyścić z wszelkich podejrzeń. Robię ze siebie naiwnego głupka, który nic nie wie, tylko znalazł się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Po dłuższej chwili zaczynam się powtarzać, aż wreszcie milknę, jakbym czekał na werdykt. Uwierzy mi, schowa gnata i pójdziemy na piwo czy jednak będę musiał wykopać sobie tu grób? Nie mam łopaty – ta myśl dziwnie dodaje mi otuchy. Zaraz zwariuję od tego napięcia.
Rafał przygląda mi się długo, milcząc jakby zastanawiał się, w jaki sposób się mnie pozbyć. Cisza między nami nieznośnie się przedłuża. 
– Słuchaj, musisz mi pomóc – mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu.

54. Zdjęcia

    Gdy za Moniką zamykają się drzwi, wokół mnie zapada cisza. Może to cisza przed burzą? Gdyby nie rupiecie pod nogami, pewnie krążyłbym po pokoju jak zwierzę w klatce. Podnoszę cholerny regał. Ten, kto go przewrócił, nie mógł być ułomkiem. Wyrwał przy okazji z betonowej, nośnej ściany śruby razem z kołkami i tynkiem. Tu samo sprzątanie nie pomoże, przydałby się remont, ale nie będę teraz przecież szpachlował dziur w ścianach. Ustawiam regał byle jak i zabieram się za zbieranie książek z podłogi. Właściwie moja prawdziwa tożsamość, rodzina i przeszłość nie mają nic do tego, co dzieje się teraz. Nie ma znaczenia kim byłem i co robiłem lata temu. Nawet jeśli to by teraz wyszło, niczego kluczowego nie wniesie. No tak, ale moją relację z Inką trafi szlag. Cholera, zaczynam się śmiać sam ze siebie. Jaką relację? Posadzą mnie. Przypomną sobie o dawnej sprawie z siostrami Kabas i zwyczajnie pójdę siedzieć. Inki nawet więcej nie zobaczę. Serce podjeżdża mi do gardła i wali jak oszalałe. Rzucam książki na ziemię i biegnę do kuchni. Odkręcam kran i nalewam wodę do szklanki. Cieknie po trzęsącej się ręce. Zimny płyn z trudem przepycha się przez suche, zaciśnięte gardło. W tym momencie Monika rozmawia z policjantką. Może właśnie opowiada jej wszystko. Dworna potrafi wydobywać informacje. Jedyne do siebie mogę mieć pretensje. Ogarnia mnie niemoc. Siadam na podłodze i próbuję opanować panikę. To wszystko zaczyna mnie przerastać. A może dawno przerosło, ale dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. 
    Rafał znał Grace. Na jednym ze zdjęć był z Kasarleyem. Wyglądał trochę inaczej… W Poole zawsze był krótko ostrzyżony, ogolony. Nosił tę swoją dżinsową, wytartą czapkę z daszkiem i koszulki polo pod kraciastymi, flanelowymi koszulami. Na zdjęciu ma dłuższe włosy, brodę i skórzaną kurtkę, której z pewnością nigdy u niego nie widziałem. Właściwie można by uznać, że to jakiś inny facet, gdyby nie charakterystyczna sylwetka i twarz. Taki sam skrzywiony nos, te same oczy… Mówi do Kasarley'a z ręką na jego ramieniu. Pewnie poklepywał go, tłumacząc coś, zupełnie tak samo, jak mnie. Nieraz. Jest coś w tej fotografii… Myślałem, że to po prostu sam fakt, że Rafał okazał się kimś innym, ale nie, to nie to. Coś innego mi umyka jak zapomniane, choć dobrze znane słowo na końcu języka. Nie wiem, nie umiem tego określić. Powinienem był poprosić o kopię tego zdjęcia, choć pewnie i tak bym nie dostał. W pamięci wszystko się zaciera, gdzieś rozpływa i tylko denerwuje, bo wiem coś, czego nie jestem w stanie wygrzebać i sobie uświadomić. Skoro Inka jest u Moniki, może powinienem… nie, to fatalny pomysł. A Mark? Jego śmierć zaskoczyła nawet gliny z UK. Wiedzieli, że interesuje się sprawą, ale nie mieli i nadal prawdopodobnie nie mają zielonego pojęcia o tym, że ściągał od nich dane, szpiegował ich pracę. Według Inki poszlaki wskazują na Rafała jako mordercę. Rafał mordercą. Przecież to brzmi absurdalnie! Mark został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Nie określono dokładnie czasu jego zgonu, bo był już w dość zaawansowanym stadium rozkładu. Rzeczywiście był odludkiem, skoro nikt nie znalazł go wcześniej. Dopiero smród wydobywający się z mieszkania zainteresował sąsiadów i listonosza, któremu zawsze wcześniej otwierał. Do czasu. Ze wstępnych oględzin wynika niezbicie, że sam nie umarł. Wychodzi na to, że Mark został zamordowany właściwie niedługo po tym, jak mnie uprowadzono. W mieszkaniu nie było śladu żadnych danych czy informacji o tym, że Mark rozpracowywał mafię. Podejrzewałem go, a tymczasem bardziej prawdopodobne jest, że rzeczywiście zbierał materiały i był gotów rozbić tę szajkę. Inka nie powiedziała tego wprost, ale bardzo subtelnie zasugerowała, że ja mogłem podzielić jego los. Nadal mogę, bo tak naprawdę nie wiedzą ile wiem. Zrywam się. Ignoruję zesztywniałą po siedzeniu na podłodze nogę i podbiegam do okna. Z góry idealnie widać ulicę i parking. Nie ma śladu podejrzanego SUV-a. Niczego podejrzanego. Za to widzę Dworną. Wsiada do samochodu. Czas dowiedzieć się, co udało jej się wyciągnąć od Moniki. 

– Nie jesteś aż takim pępkiem świata, jak ci się wydaje. – mówi Monika, widząc moje pytające spojrzenie, gdy tylko przekraczam jej próg. – Idziesz ze mną? – zapina smycz Hrabkowi.
– Jasne. Rozmawiałyście o tym, co i mnie dotyczy?
– Oczywiście. Pytała o ten samochód, który cię gonił i pokazała mi zdjęcie jakiegoś faceta, którego w życiu nie widziałam. O twoje liczne tożsamości nie wypytywała. – rzuca mi wymowne spojrzenie. – Ja naprawdę nie wiem, jak ty możesz tak żyć.
– Ciszej. – Klatka schodowa nie jest dobrym miejscem dla takich rozmów. – Muszę dokończyć porządki i odebrać wreszcie psy – zmieniam temat.
– Przydałoby się. Fortunę zapłacisz za ten psi hotel. A babka już do mnie dzwoniła dwa razy. W życiu nikt na tak długo nie zostawił u niej psów.
Wychodzimy na zewnątrz. Rozglądam się dyskretnie, próbuję dostrzec, czy ktoś nie siedzi w najbliżej zaparkowanych samochodach, które nie należą do sąsiadów. To ten moment, gdy dzień przechodzi w noc, wszystko szarzeje i ciemnieje, a ja mam wrażenie, że gorzej widzę.
– Co tak strzelasz oczami? – Monika jest wyraźnie rozbawiona.
– Ten facet ze zdjęcia Dwornej. Jak wyglądał?
– Normalnie – wzrusza ramionami – Tak… zwyczajnie po prostu. Jak setki innych.
– Jak setki innych,  nigdy go nie widziałaś?
– No bo nie widziałam. – odpowiada niezbyt inteligentnie, ale po chwili dodaje – Ale w sumie racja. Może i widziałam, ale nie zwróciłam uwagi. Taki zwyczajny typ. Lekko przy tuszy, jakby zapuszczony, wiesz, taki, co nie za bardzo o siebie dba. Na zdjęciu był z drugim facetem i myślę, że to tego drugiego widziałam kiedyś z Grześkiem.
– Co? Chwila. Ustalmy najpierw. – Mam wrażenie, że jesteśmy jak ślepy z głuchym, którzy gadają o kolorach. Próbuję zwizualizować sobie fotkę z Rafałem i Kasarleyem. – Czy to było zdjęcie dwóch facetów, gdzie jeden drugiego klepie po ramieniu? Grubszy chudszego?
– No tak.
– I widziałaś Grześka z grubszym, czy chudszym?
– Z tym drugim przecież mówię.
– Czyli z chudszym – staram się mówić spokojnie.
– Rany, Leoś, no tak. O grubszego w skórzanej kurtce z brodą pytała mnie detektywka, a ja widziałam tego drugiego, tego wymoczkowatego z Grześkiem jak wsiadali do auta.
– Kiedy to było? – głupieję, bo przecież Kasarley siedzi.
– No dawno. Właściwie chyba, zanim ty się tu przeprowadziłeś albo jakoś tak niedługo po, nie pamiętam aż tak dokładnie, ale zwróciłam uwagę, bo wracałam z fitnessu i zakupów, miałam torbę i dwie siaty, a tu trzech chłopów wychodzi z klatki i żaden mi nawet drzwi nie przytrzymał. Tylko się gapili na mnie tępo.
– Trzech?
– Umówiłeś się z tą Dworną, że takie same pytania zadajesz? Grzesiek, ten drugi, chudy, wytatuowany z foty – wskazuje palcem jakby na zdjęcie, którego nie mam i jeszcze ten sąsiad kibol, co cię ściskał, jak cię pierwszy raz spotkałam.
– O. To ciekawe.
– Może po prostu w tym samym czasie wychodzili – wzrusza ramionami, po czym odpina Hrabka ze smyczy – Łysy, znaczy sąsiad poszedł sobie gdzieś, jak znam życie, to do monopolowego, a tamci dwaj wsiedli do samochodu. Odwróciłam się za nimi, bo Grzesiek nawet się nie odezwał, a zawsze był kulturalny i się kłaniał. No ale wiesz, kto z kim przestaje…
– I odjechali?
– A nie wiem, wściekła byłam, poszłam. Więcej tamtego typa nie widziałam.
– Albo nie zwróciłaś uwagi.
– Jak mówię, że nie widziałam, to nie widziałam, ślepa nie jestem. W przeciwieństwie, do tego drugiego, grubszego, ten, co tu był miał wyjątkowo charakterystyczny wygląd. Hrabek! Co tam żresz? Ale wiesz, ta twoja była żona, to całkiem ładna.
– Ją też widziałaś?!
– No na zdjęciu od policjantki. Wypluj to! Wypluj! Biegać miałeś, nie żreć!
– Tylko na zdjęciu? – wolę się upewnić.
– Myślisz, że przyjechała tu za tobą? W sensie wcześniej?
– Wątpię, a co to było za zdjęcie?
– Właściwie były dwa. Jedno takie zwykłe en face, a drugie z tym grubym facetem.
– To ciekawe. – Mnie Inka nie pokazała Grace na jednym obrazku z Rafałem. Czy dlatego, że znam oboje i byłoby to bezcelowe, czy może wolała, bym go nie zobaczył? – Mogłabyś opisać mi to drugie?
– Z nim? Mogło być zrobione w jakimś pubie. Trochę ciemnawe i nieostre. Ona siedziała przy stoliku, a on stał nad nią – Monika przerywa, jakby się wahała – Wracamy, w ogóle mnie nie słuchasz – zwraca się do psa, a ja czekam na ciąg dalszy. Już otwieram usta, by ją dalej wypytywać, gdy wzdycha i zerka na mnie – No wyglądali, jakby mieli się ku sobie, ale wiesz, może było na przykład głośno i dlatego nachylał się tak…
– Monia, nie żywię do Grace żadnych pozytywnych uczuć od dawna. Ważne są fakty. Całował ją?
– No nie, ale nachylał się, jakby chciał, a ona się śmiała. Wyglądali, czy ja wiem, jak starzy kumple albo kochankowie. 
Czuję, że muszę zobaczyć tę fotkę. 

53. Komplikacje

    Po kilku godzinach w klaustrofobicznym policyjnym pokoiku czuję się gorzej niż podczas przeżywania porannego kaca. Kto by pomyślał, że długie rozmowy z Inką tak dadzą mi w kość. Gdy komisarz do nas dołączył, nawet nie zająknęła się na temat mojego wybryku z poprzedniego dnia. Przeszła za to gładko na formę oficjalną. Wrota najwyraźniej się spieszył, był myślami gdzieś indziej i całkowicie oddał pałeczkę Dwornej. Zmył się po półgodzinie, a my kontynuowaliśmy do popołudnia. Swoją drogą niesamowite do jak wielu rzeczy można dojść podczas takiej rozmowy z policjantką, ile się przypomina i jak niektóre elementy zaczynają się składać w całkiem sensowne fragmenty. Niczym puzzle. Nie przyznawałem się długo do tego, że mam trochę zdjęć w telefonie ze swojego wczorajszego chaotycznego buszowania w komputerze Wroty. Ona nawet nie pytała. W pewnym momencie uznałem jednak, że sam o tym powiem. Nawet nie była zdziwiona. Raczej zadowolona. Jakby wiedziała, że nic nie ukryję. Zaufałem jej, ona zaufała mnie. W efekcie zaczęliśmy analizować wszystko krok po kroku, a to, co miałem w telefonie, przestało być dla mnie tajemnicą. Ba, poczułem się jak detektyw na tropie wielkiej sprawy. Wiem, dziecinne. Zmęczenie, głód, powrót bólu głowy, którą zmusiłem do nadmiernego móżdżenia sprawiły jednak, że ledwie żyję. Inka chciała mnie odwieźć do domu, ale zgodnie uznaliśmy, że to nie jest najlepszy pomysł. Nawet nieoznakowanym samochodem. 

– Co się pan tak rozglądasz? Uciekłeś psom z aresztu? – śmieje się rubasznie taksówkarz.

– Gorzej. Boję się, że mnie baba śledzi. – odpowiadam głupkowato. Niech się kierowca pobawi moim kosztem, czemu nie.

– O! No to gruuubo. Faktycznie wyglądasz pan jak ofiara przemocy domowej. – cieszy się.

– Dzięki. Niech pan na drogę patrzy.

– Co za czasy. Panie...

Przestaję słuchać taksówkarza, który rozkręca się ze swoim monologiem. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, czego dowiedziałem się dziś o Rafale. Tyle godzin spędziliśmy razem na szczerych rozmowach, myślałem, że mi naprawdę pomaga, że jest uczciwy. Byłem gotów ręczyć za niego. Tymczasem on... 

Za młodu Rafał Kocki był znany warszawskiej policji z udziału w rozbojach, bójkach, chuligańskich ekscesach. Był jednak od zawsze sprytny i długo wymigiwał się wymiarowi sprawiedliwości, aż wreszcie wpadł na jakiejś grubszej robocie. Odsiedział swoje, a potem zniknął. Wyjechał za granicę. Słuch po nim zaginął, więc nikt się nim więcej nie interesował. Prawdopodobnie już wtedy nawiązał kontakty w środowisku i zaczął działać w organizacji przestępczej związanej z przemytem. Zawsze w cieniu, zawsze ostrożny, nie zwracał na siebie uwagi, jednak gdy brytyjscy śledczy wzięli pod lupę Kasarleya, dostrzegli i Kockiego. Inka przeczytała mi fragment raportu opisującego spotkanie Rafała z Grace. Odbyło się kilka tygodni po naszym rozwodzie. Mniej więcej od tego czasu policja zaczęła interesować się Rafałem, w ogóle zwracać na niego uwagę i kopać w przeszłości. Koniec końców dowiedziałem się od Dwornej, że Kocki świetnie znał Kasarleya, był kontaktem między Grace a Fodorem, szefem grupy. Organizował dokumenty dla transportów, fałszywe umowy dla ściąganych na zachód dziewczyn, a od pewnego czasu nawet prowadził swoistą rekrutację. Wyobrażam sobie, jak wzbudzał zaufanie dobrotliwym wyglądem, swoim pełnym empatii zachowaniem, jak łatwo było uwierzyć marzącym o karierze za granicą dziewczynom, temu facetowi. Cholera, sam uwierzyłem w te wszystkie jego bajki. Do Poole przyjechał się mną "zająć" w ramach odmiany i zapewne po to, by zejść z oczu władzom, chociaż myślę, że nie tylko. Właściwie to on namówił mnie do powrotu do Polski. Cholera, może jakoś podprogowo przemycił mi pomysł na zamieszkanie w tym mieście? Jestem wściekły, że tak dałem się oszukać, że Rafał nie jest tym, kim był w moim wyobrażeniu, tak perfidnie mnie zmanipulował, ale jednocześnie czuję swoisty respekt. Sukinsyn jest lepszym psychologiem niż Johansson. Może zresztą ta cała terapia u doktora też była ustawiona? Może Johansson prowadził ją pod dyktando Rafała? Wg Inki psychoterapeuta jest czysty, ale policja wcale nie musi wiedzieć, czy wymienili się po cichu kopertami z gotówką i informacjami, czy nie. 
Co ciekawe żona i dzieci Kockiego są jego prawdziwą rodziną. Ożenił się dwa lata temu, przysposobił trójkę jej dzieci i tylko ostatnie jest jego. Tego też nie wiedziałem. Rodzinka pewnie działała jak zasłona dymna. Podobno żona do niczego się nie przyznaje, zaprzecza jakoby wiedziała cokolwiek o powiązaniach Rafała, uparcie twierdzi, że to uczciwy człowiek, pracuje w porcie i jest oddany rodzinie. Może rzeczywiście nie wiedziała. Zupełnie jak ja nic nie wiedziałem o prawdziwej Grace...
To, co pobieżnie powiedziała mi Inka, z pewnością jest tylko czubkiem góry lodowej. Oczywiście zrobiła to, bym uświadomił sobie, w jakie wdepnąłem bagno i powiedział wreszcie wszystko, co wiem. Chyba pokłada we mnie zbyt duże nadzieje.

Mieszkanie wygląda jeszcze gorzej niż wczoraj. Nie wiem, od czego zacząć. Nie miałem zbyt wielu rzeczy, ale i tak jest co sprzątać. Wyciągam spod zlewu rolkę największych worków na śmieci i zabieram się do roboty. Jak skończę, będzie tu puściej niż w hotelowym pokoju. 

– Hej, pomóc ci? – podskakuję, usłyszawszy za sobą głos Moniki. – Spoko, to tylko ja. Swoją drogą powinieneś teraz zamykać drzwi na zamek. A najlepiej wymienić wszystkie. To co, ja może ogarnę te skorupy, a ty podnieś regał.

– Dzięki. 

– Nie ma sprawy Waldek.

– C... co?

– No regał...

– Nie, jak mnie nazwałaś?

– Mówiłeś...

– Zostaw to na chwilę. Powiedz mi, co ci naopowiadałem zeszłej nocy. Mów! – Ściszam drżący ze zdenerwowania głos. 

– No wiesz... – przestraszona Monika cofa się, by odsunąć ode mnie.

– Spokojnie, Monia, słuchaj, ja byłem pijany w trzy dupy, nie pamiętam po prostu. Zrozum, jestem teraz w trudnej sytuacji. Ktoś chce mnie dopaść, policja naciska, a ja nic nie wiem. – Tłumaczę, próbując uspokoić i ją i siebie. – Chodź, usiądźmy. Powiedz mi, co usłyszałaś wczoraj ode mnie. Co ci opowiadałem?

– Mam ci streścić, co mówiłeś mi o sobie? – nadal patrzy na mnie ze zdumieniem. – No... więc mówiłeś, że twoja żona cię oszukała, jesteś po rozwodzie, uciekłeś czy jakoś tak. Że cię zdradzała z jakimiś przestępcami... Wybacz, ale tak to zawile opowiadałeś, płakałeś przy tym i w ogóle. Sama też trzeźwa nie byłam.

– Co mówiłem o Waldku?

– Że tak masz na imię. Mówiłeś, że tęsknisz za rodziną, opowiadałeś o ciotce, bracie, że zawiodłeś rodziców, nigdy nie spojrzysz im w twarz. Dużo mówiłeś o swoich uczuciach, ale gdy pytałam cię, dlaczego wobec tego do nich nie zadzwonisz, nie pojedziesz, to stwierdziłeś, że i tak nie zrozumiem – wzruszyła ramionami – W zasadzie nie wiem, dlaczego w ogóle zmieniłeś nazwisko. I jeszcze to udawanie Anglika po drodze. Nie obraź się, że nie jestem pewna czy w pijanym widzie nie wplątałeś jakiegoś scenariusza filmowego w swoje życie, bo naprawdę gadałeś od rzeczy.

– Tak... no trochę tak... – mówię, zastanawiając się, czy rzeczywiście nie pójść tą drogą. – To może nie nazywaj mnie Waldkiem?

– Ale jak to? Przecież obiecałeś mi, że zadzwonisz do matki, naprawisz to! Naprawdę chcesz tak żyć? Bez najbliższych? W kłamstwie? 

Jęknąłem, ale nie skomentowała, bo właśnie dzwoni jej telefon.

– Tak... Oczywiście... Teraz?... A nie, jestem, tylko tu na górze u... Leopolda – spogląda na mnie wymownie – Tak, zejdę. – naciska czerwoną słuchawkę i unosi brwi – Detektywka. 

– Kto?

– Pani Dworna Irena, przecież mówię. Chce ze mną porozmawiać. O tobie, jak sądzę. Nieoficjalnie.  

– Ja pierdolę... 

– No ja pierdolę. Co ja jej mam powiedzieć? Wczoraj mi mówiłeś to wszystko w wielkiej tajemnicy, ciągle powtarzałeś, że nikt nie może się dowiedzieć, bo chociaż nic złego nie zrobiłeś, to tak musi być, bo tak i już. 

– Monika, jeśli ty jej powiesz...

– Hej, stop! Za kogo ty mnie masz! Kto mi wczoraj mówił, że jestem jedyną godną zaufania osobą, jaką znasz, że tylko ja cię rozumiem? No kto? Chyba że to też był tylko pusty, pijacki bełkot i...

– Nie! Oczywiście, że nie. To znaczy tak, jesteś godna zaufania. Inaczej przecież nie otworzyłbym się przed tobą – kłamię jak najęty, ale nie mam wyjścia. Obawiam się, że jak Monika się zestarzeje, to niewiele się będzie różnić od plotkary Kłopocińskiej. W co ja się wpieprzyłem! – Dobra, Monia. Zróbmy tak. Rozmawiaj z policją tak, jakby tej wczorajszej nocy nie było ok? Jakbyś nie wiedziała nic z tych rzeczy, o których ci mówiłem.

– A jak zapytają, to kłamać mam?

– Nie, tylko nie bierz pod uwagę, no kurcze, uznajmy, że wczoraj opowiadałem ci rzeczywiście scenariusz filmu. O jakimś gościu, który zmieniał tożsamość, bo chciał się odciąć od rodziny czy jakiś tam innych osób. Rozumiesz? Jestem Leopold Fikcyjny, twój sąsiad, kolega, mam psy, musiałem wyjechać, bo powiązano mnie ze sprawą martwej Ukrainki, dostałem trochę po łbie, wróciłem i tyle. Nic więcej nie wiesz.

– Sąsiad, kolega. – podsumowuje, dziwnie na mnie patrząc, aż mnie naszła nagła chęć ucieczki. Co ja jeszcze narobiłem tamtej nocy? 

Coś zabrzęczało. Spuszcza wzrok na telefon.

– Już jest. 

– Monia, proszę... – moja prośba brzmi jak skamlenie psa. A jeszcze rano byłem po prostu Leosiem…

52. W winie zguba

 – Dobra. Jeszcze raz, bo nic z tego chaosu słów nie rozumiem. Twierdzisz, że ktoś cię zaatakował, tak? – niepokój, jaki towarzyszy temu pytaniu, daje przyjemne wrażenie, że Inka jednak odrobinę się o mnie troszczy. Chciałbym, by jej na mnie zależało, ale obawiam się, że to tylko troska zawodowa. 
– Nie do końca. Chcieli mnie zepchnąć z drogi, ale gdy zobaczyli gliny, znaczy policję drogową, odpuścili. Nie zdążyłem wyhamować, więc zostałem zatrzymany i...
– Chwila. Zostałeś zatrzymany przez drogówkę z powodu przekroczenia prędkości, gdy napastnicy cię gonili? – chyba uznała, że trochę to potrwa, bo siada
 wreszcie po przeciwnej stronie stołu w salonie Moniki. 
– No tak właśnie mówię. 
– Rozumiem, że ich też zatrzymano.
– No właśnie nie. Wyhamowali jakoś. Słuchaj, tam jest jakby pod górę. Ja wyskoczyłem, oni siedzieli mi już prawie w bagażniku, ale zauważyli widocznie, że coś jedzie i ostro dali po hamplach. W SUV-ie wyżej się siedzi, to pewnie lepiej widać drogę. No a ja pojechałem dalej. Uciekałem, więc wcale nie miałem zamiaru hamować, zwłaszcza że nie zorientowałem się tak od razu, że to policja. A potem, jak oni mnie spisywali, to tamci...
– Dlaczego im nie powiedziałeś? 
– A co by to dało?
– Jak to co? – wyraźnie się denerwuje – Człowieku, to się mówi natychmiast! Można było ich złapać, a tak... No nic. Widziałeś kierowcę? Pamiętasz rejestrację?
– Nie... 
– Marka, model, jakieś cechy charakterystyczne?
– Audi... czarne...
– Coś więcej? Nic?
– No... nic. – Czuję się jak dureń. Miałem milion szans, chociażby na zapamiętanie tablic, cholera, nawet mi to do głowy nie przyszło. 
– Nie przejmuj się. Byłeś zdenerwowany, to zrozumiałe – Inka spuszcza z tonu. Pewnie jest jej mnie żal. Tak. Jestem godny pożałowania. Niczego więcej. – Jest już późno, także nic nie zwojujemy. Wrota poszedł do domu, a ja mam jeszcze masę roboty. Załatwię, żeby patrol tu się pokręcił dzisiejszej nocy i żeby wypatrywali tej terenówki, chociaż teraz pełno takich. Nigdzie się nie ruszaj. Jutro rano widzę cię na komendzie. Wrota zmyje ci głowę, za to, że sobie poszedłeś. – Najwyraźniej zbiera się do wyjścia.
– Powiedz mi  co się dzieje? 
– Koło dziewiątej, ok? Możesz tu zostać na noc?
– U Moniki? Zapytam ją, jak wróci, ale...
– Byłoby lepiej, żebyś dziś jeszcze nie wracał do swojego mieszkania. Czynności są zakończone, ale tak będzie bezpieczniej. – Wstaje, unikając mojego wzroku.
– Inka. – Jestem szybszy, staję jej na drodze. – O co chodzi z zatrzymaniem Rafała Kockiego? Co z Markiem Odonskym, tym reporterem, z którym miałem się spotkać, gdy mnie porwano? Co z Grace? I gdzie jest teraz Rurzycki? Wiecznie słyszę tylko pytania, tymczasem dopiero wyleczyłem siniaki, a ktoś rozpieprzył mi mieszkanie, śledzą mnie, a ja nie wiem, co się do cholery dzieje. Ja muszę...
– Nie dziś, ok? Wszystko w swoim czasie. – Inka ucina, a drzwi otwierają się i do przedpokoju wpada Hrabek. – Nie wychodź już dziś, a jutro sam i prosto do nas, rozumiesz? – mówi śmiertelnie poważnie, patrząc mi prosto w oczy. – To nie jest zabawa. – Odwraca się ode mnie ku wyjściu. – Pani Moniko, prosiłabym, by pani przenocowała dziś pana Fikcyjnego, jeśli to możliwe.
– Co? Yyy... A tak, nie ma sprawy. Może spać na kanapie. A coś się stało nowego? – zaskoczona Monika zerka na mnie pytającym wzrokiem.
– Po prostu tak będzie prościej. Jego mieszkanie jeszcze nie nadaje się do... niczego, a już jest późno. – Inka krótko wyjaśnia, a ja się czuję jak przedszkolak, któremu panie organizują leżakowanie.
– Czy to ma związek z tymi ludźmi, którzy go śledzili? – pyta przytomnie Monika. Z rozpędu opowiedziałem jej o tym z grubsza. Inka odwraca się na moment i karci mnie wzrokiem.
– To jeszcze ustalimy. Spokojnej nocy.

    Dawno nie wlałem w siebie tyle wina. Właściwie to chyba nigdy... Czy ja w ogóle kiedykolwiek wcześniej piłem słodkie, czerwone wino? Idąc do łazienki, dochodzę do wniosku, że całkiem nieźle się czuję. Ani kaca, ani bólu głowy... Chociaż jestem niewyspany, a budzik Moniki zadzwonił o jakieś kompletnie nonsensownej godzinie, jestem w dobrej kondycji. 
– Szybciej tam, przecież się spieszę! – Monika wali w drzwi. Cholera, obsikałem deskę. 
– Już, zaraz! – mój głos jakoś nienaturalnie wybrzmiewa w tej łazience. Skąd tu takie echo? W takim ciasnym i zagraconym pomieszczeniu. Swoją drogą, po co jej te wszystkie rzeczy? Szykuje się na jakiś kosmetyczny armagedon i wykupiła zawartość okolicznych drogerii? Wycieram pośpieszne sedes i spuszczam wodę. 
– Ej, bo jeszcze muszę wyjść z psem przed pracą!
– Co? To może ja pójdę?
– Ty? Ty masz jechać na komendę.
– Ale to dopiero za półtorej godziny...
– Chcesz tak jechać? Chyba musisz się ogarnąć, prysznic wziąć. A, nie nie! Ja pierwsza. – Wypycha mnie z łazienki i omal nie przytrzaskuje ręki. 
– To pięć minut przecież... – mówię zrezygnowany raczej do siebie. Ten szum z toalety nie ustaje. To niemożliwe... O cholera... uświadamiam sobie, że w mojej głowie narasta tornado, które jakimś cudem pojawiło się w samym środku, gdzieś za oczodołami i szaleje promieniście, bombardując szpilami bólu wszystkie napotkane na swej drodze komórki. Szum nasila się nieznośnie.
Monika wyciągnęła wczoraj z lodówki butelkę przeraźliwie słodkiego wina, które szybko się skończyło i zostało zastąpione drugim, takim samym, a potem chyba kolejnym, chociaż nie jestem pewien. Wchodziło idealnie i rozwiązywało język koncertowo. Cóż, nie mogę tak do końca zrzucać winy na wino... Potrzebowałem z kimś pogadać, otworzyć się, wyżalić, a przede wszystkim wyrzucić to z siebie. Zdaje się, uświadomiłem sobie, że jestem żałośnie samotny, zagubiony i nieszczęśliwy. Opowiedziałem jej o... wszystkim?... Cholera, zaraz mi eksploduje mózg, a muszę go wysilić, skoncentrować się... Na pewno powiedziałem o tym, co zdarzyło się w Birmingham, o mojej przeszłości z Grace, tym jak mnie załatwiła i jak sama skończyła. Wygadałem się, że nazywam się Andy Horn, ale... chyba nawijałem o zmyślaniu historii z dzieciństwa... Monika mówiła, że nie uwierzyłaby mi, iż jestem Anglikiem, bo zachowuję się za bardzo "po polsku" jak na Anglika. O ja pier... 
– Leoś! Przynieś mi telefon! Zostawiłam obok kawy! Muszę zamówić taryfę! – Marta drze się zza zamkniętych drzwi.
– Już! – lecę do kuchni, a właściwie przetaczam się z trudem. Na widok pełnego dzbanka kawy, zaczynam nagle czuć jej boski aromat. Nie jest już gorąca. Mam ochotę pić prosto z dzbanka, ale zmuszam się, by nalać sobie do kubka, jak cywilizowany człowiek. 
– Jest?!
– Już, no. – Przełykam pospiesznie i dostaję czkawki. Robi mi się niedobrze.
Chwileczkę. Monika nadal nazywa mnie Leosiem, więc jak ja to... A no tak, skoro nie uwierzyła w moją brytyjską tożsamość, to pewnie uznała, że była tymczasowa, a ja byłem i jestem po prostu Fikcyjnym. A może jakiś instynkt samozachowawczy mnie uratował i zmodyfikowałem dla niej moją historię? Muszę sobie przypomnieć.
– To idziesz z tym psem, czy nie? – owinięta ręcznikiem wystawia głowę z zaparowanej łazienki. Bez makijażu wygląda, jakby była dziesięć lat młodsza. 
– Powiedziałaś...
– Cholera. Dawaj ten telefon. Wyglądasz koszmarnie, świeże powietrze dobrze ci zrobi. Idź już. – macha ręką jakby odganiała muchę i znika za drzwiami. Wzdycham, co jest błędem, bo mój alkoholowy oddech nadal jest ze mną. Wolałbym już umyć zęby. Rozważam krótko szybką wizytę we własnej łazience, ale Hrabek najwyraźniej podsłuchał rozkaz swej pani i kręci kółka wokół moich nóg. Schylam się więc, by założyć mu szelki. Szum w głowie przechodzi w rytmiczne łupanie, zlewając się z denerwującym stukotem psich pazurów o panele. 

    Jazda windą nie była dobrym pomysłem. Mam wrażenie, że żołądek odczepił się ze swojego miejsca i jeździ mi w trzewiach od przełyku po jelita i z powrotem. Zamykam oczy, ale jest tylko gorzej. Nigdy więcej nie tknę alkoholu. A wina to już na bank. Mogę złożyć uroczystą przysięgę.
    Hrabek uczepił się latarni i odczytuje nosem wiadomości pozostawione przez inne psy. Rozglądam się dyskretnie. Żadnej czarnej terenówki nie widzę. Jedynie szary Jeep sąsiadów. Parking wzdłuż ulicy już częściowo opustoszał. W klatce naprzeciwko sprzątaczka szoruje drzwi, które ktoś upstrzył sprayem. Czuję się jakoś nieswojo, jakby ktoś mnie obserwował... Zerkam do góry, ale Kłopocińskiej w oknie nie ma. Rozglądam się. Kilkanaście metrów za mną stoi oparty o samochód sąsiad kibic, którego kiedyś spotkałem w windzie. Gapi się w telefon. Swoją drogą dawno go nie widziałem. Dalej jakaś babka pędzi dzieciaka, zapewne do przedszkola. Sadzi wielkie kroki we wściekle różowych tenisówkach, a mały bez marudzenia, ale z miną nietęgą, przebiera nóżkami, próbując za nią nadążyć. Na niebezpiecznego przestępcę nie wygląda. Chyba dostaję paranoi. Ciągnę psa w kierunku trawników, gdy akurat postanowił zadrzeć nogę do góry przy latarni. 
– Sorry, Hrabek. – mówię, bo spojrzał na mnie z wyrzutem, balansując na trzech łapach. 


– Mam nadzieję, że nie przyjechałeś własnym samochodem? – pyta Inka, przyglądając mi się z uwagą. Najwyraźniej ma dziś lepszy humor, bo uśmiecha się do mnie i nie używa oficjalnej formy, choć jesteśmy na posterunku. Zauważam, że nie nosi już munduru. – Mamy ogólnodostępny alkomat, jakbyś chciał sprawdzić. Komisarz, na twoje szczęście, jest  w terenie.  
– Nic mi nie jest, ale dzięki. Chciałbym dziś wrócić do swojego mieszkania. – zmieniam temat. Widziałem u Moniki na fantazyjnym stojaku zapas kilku butelek z tym okropnym winem. Wolałbym nie ryzykować drugiego wieczoru. 
– Nie ma przeciwwskazań. Niestety nie mogę zapewnić ci żadnej ochrony, więc miej oczy dokoła głowy. – ostrzega, a ja dochodzę do wniosku, że angielska postawna emerytka w charakterze bodyguarda, jaką miałem w Birmingham, to tutaj nieosiągalny luksus – Przypomniałeś sobie może jakieś szczegóły z wczorajszego zajścia?
– Nie bardzo... – pocieram skronie palcami. Ibuprofen, który łyknąłem przed wyjściem, powinien już działać. Może był przeterminowany?
– Przyjrzyj się tym zdjęciom. – Inka chwilę mnie obserwuje, po czym wzdycha, grzebie w jakiejś teczce i wreszcie podsuwa mi lepszej i gorszej jakości wydruki. Przyglądam się wizerunkom ludzi, ziarnistym ujęciom z kamer przemysłowych, zdjęciom samochodów. Kręcę głową. – Spokojnie, masz czas. Zastanów się. 
Dostrzegam bardzo podobnego SUV-a. Zgadza się marka, kolor, model chyba też. Gapię się na niewyraźną, ale odczytywalną tablicę rejestracyjną... Jak mogła wyglądać w lusterku... Cholera, to może być to samo auto! 
– Tak? – Dworna widzi moje poruszenie.
– Nie pamiętam całego numeru, ale na dziewięćdziesiąt procent to jest ten samochód! Zwróciłem uwagę, że nie jest stąd. Tak! Tamten był z podkarpackiego! RSA. Tak, jak tu. Potem jak ruszył za mną z kopyta i już byłem pewien, że mnie goni, jakoś wyleciało mi to z głowy. Kto to jest? Czego ode mnie może chcieć?
– Nie wiem, czego od ciebie chcą, ale raczej nie są to ludzie, z którymi warto zadzierać – odpowiada powoli wymijająco, wyraźnie się zastanawiając. Mam ochotę wyciągnąć ją zza tego biurka i dosłownie przyprzeć do muru, by mi wreszcie coś powiedziała. Szkoda, że wczoraj wieczorem nie miałem szansy przestudiować tego, co sfotografowałem telefonem w gabinecie Wroty. Może łatwiej byłoby mi cokolwiek z tego wszystkiego poskładać, a tak czuję się, jak dziecko we mgle.
– Skoro...
– Posłuchaj. – Przerywa mi twardo, poważniejąc jeszcze bardziej. – Albo doskonale wiesz, o co chodzi i świetnie grasz albo wdepnąłeś w niezłe gówno, o którym nawet nie masz pojęcia. Czy wcześniej widziałeś ten samochód? – dźga palcem zdjęcie.
– Nie, nie wiem, może. Takich jest pełno. Nie zwróciłem uwagi – rozkładam ręce. 
– A rozpoznajesz tego człowieka? – wysuwa spod spodu kiepskie jakości wydruk.
– Hm... to może być każdy. Nie widać nawet twarzy.
– Po sylwetce, ubraniu, nie przypomina ci kogoś? A ten? – stuka w klawiaturę, po czym odwraca w moją stronę monitor z portretem pamięciowym... Rafała...
– To, to mój przyjaciel z Poole... – opada mi kopara. Grafika jest tak dobra, że nie mam najmniejszych wątpliwości, kogo widzę.
– Na twoim miejscu nie nazywałabym go przyjacielem – kręci głową Inka. – Według informacji jakie zgromadzili brytyjscy śledczy rozpracowujący grupę przestępczą zajmującą się handlem żywym towarem i przemytem narkotyków, którą zawiaduje niejaki Ingo Fodor pseudonim Bobby, Rafał Kocki był jednym z kontaktów na Europę Śrdokowo–Wschodnią. Współpracował prawdopodobnie z Owenem Kasarleyem oraz, z większą pewnością, Grace Latison co najmniej od czterech lat. 
– Ale jak? – podejmuję słabym głosem, po dłuższej chwili ciszy, której potrzebowałem, by zrozumieć, co ona do mnie mówi. – To niemożliwe. Gdy zamieszkałem w Poole, Rafał już tam przecież był od lat. Pracuje w porcie. Ma żonę, dzieci... Poznaliśmy się przypadkiem, no i przecież to byłby jakiś kosmiczny zbieg okoliczności, że w Poole...
– Niestety nie. – Inka wchodzi mi w słowo. – Kocki pojawił się w Poole po tobie. Prawdopodobnie miał cię obserwować, zbliżyć się. Chlałeś, byłeś niestabilny. W każdej chwili mogłeś zacząć gadać byle komu o swojej eks, może drążyć, szukać informacji. Oczywiście od razu mogli cię zepchnąć nocą do kanału La Manche, lecz ciała czasem wypływają i robi się smród. Kocki wcześniej był widziany w Birmingham, ale wtedy nie było wiadomo, że jest jakkolwiek związany ze sprawą. 
– No a Mark? Mark Odonsky? Rozumiem, że i on jest tym złym. To Rafał mnie z nim skontaktował. Tylko że Mark zbierał materiały przeciwko mafii... Nic z tego nie rozumiem, to się nie trzyma kupy! W dodatku Odonsky nie żyje. 
– Twierdzisz, że Mark Odonsky nie żyje? – spojrzenie Inki przeszywa mnie na wylot. 
– Co? No, podobno... – cholera jasna, przecież tę informację podejrzałem w komputerze komisarza. Pewnie nie mam prawa tego wiedzieć. Kurwa mać. Dworna wreszcie zaczęła mi coś mówić, może nawet zaufała mi, że nie mam z tym nic wspólnego, a ja się  zaraz tak wkopię, że zostanę głównym podejrzanym. Albo już się wkopałem. Czuję jak krew odpływa mi z twarzy. Co jak mam teraz powiedzieć? Co?
– Skąd wiesz, że Mark Odonsky nie żyje? – pytanie przeszywa ciszę i pozostawia ciszę. Dworna nie spuszcza ze mnie wzroku. Gotowa rzucić się na mnie, założyć kajdanki i zawlec do celi. Co robić?!
– Znalazłem te informacje w komputerze komisarza Wroty. – Wyrzucam szybko prawdę, nim zrozumiem, że to samobójstwo i się rozmyślę. Na twarzy Inki odmalowuje się zdumienie. Tego się nie podziewała.
– To nie jest miejsce na żarty – poważnieje. 
– Naprawdę. Komisarz wyszedł z innym policjantem, a ja zostałem na korytarzu. Nie zamknął drzwi na zamek, więc wszedłem. Nadal był zalogowany, więc... Ja chciałem się tylko czegoś dowiedzieć. Nikt nic mi nie mówi. Ktoś próbował mnie ukatrupić, ktoś rozpieprzył mi mieszkanie. Nie skorzystałabyś z okazji zajrzenia do akt? 
– No i co ja mam teraz z tobą zrobić? Wiesz, że to przestępstwo? 
– Nic nie zabrałem, nie ruszyłem nic!
– A jednak. 
– Zamkniesz mnie teraz? – jęczę.
– A mam za co? – przygląda mi się i zastanawia. – Jeśli będzie zachodziło podejrzenie, że możesz mataczyć, zostaniesz zatrzymany. Powiedzmy, że jeszcze nie zachodzi. Natomiast myślę, że zważywszy na wydarzenia, o których wspomniałeś, w twoim interesie jest powiedzieć mi wszystko, co wiesz na temat Marka Odonskiego i Rafała Kockiego.
– Ale Rafał...
– Wszystko. Co robił, kiedy, z kim się spotkał tu czy tam, kogo zapamiętałeś, czego byłeś świadkiem, co widziałeś. Wszystko. Tak, wiem, to nie jest łatwe – podnosi rękę na znak, że nie skończyła i mam grzecznie słuchać. – Zacznijmy więc od początku. Od dnia, gdy poznałeś Grace Latison. 

51. Podwójna ucieczka

– O! – wyrywa mi się ze zdziwienia i radości. Teraz wiem, jak czuje się pies, gdy właściciel wraca do domu. Gdybym miał ogon, merdałbym nim zapamiętale. Na szczęście opanowuję chęć radosnych podskoków, odchrząkuję i witam się, jak na obywatela przystało. 

– Możemy porozmawiać? W środku? – pyta Dworna, która najwyraźniej przyszła właśnie do mnie. 

– Naturalnie, tylko uprzedzam, mam bałagan. – Popycham przed nią drzwi, by stanęły otworem. – Proszę.

– Wow, przebiłeś nawet moją kuzynkę, która nigdy nie skalała się sprzątaniem swojego pokoju, gdy była dzieckiem.

– Szukałem wykałaczki – plotę byle co, wciągając z rozkoszą ledwie wyczuwalny, ale na mnie zawsze działający, zapach Inki.

– Kiedy to się stało? Nie wyglądasz na zmartwionego – wskazuje ręką wnętrze mojego mieszkania i odwraca się do mnie, unosząc brwi. 

– Wychodzi na to, że gdy wypoczywałem na all inclusive w Birmingham. Ale mogę ci podać rysopis sprawców.

– Od Anieli Kłopocińskiej? – zadaje retoryczne pytanie i nieznacznie się uśmiecha. – Zgłosiłeś to?

– Właśnie miałem zamiar. 

– Zadzwonię po techników. Mam nadzieję, że nic nie ruszałeś.

– Tylko krzesło. Chyba... – Wskazuję na mebel, na którym niedawno siedziała przyparta do muru sąsiadka. Inka stąpa ostrożnie i się rozgląda. 

– Rozpoznajesz ich po jej opisie?

– Niestety nie. A... jesteś tu służbowo czy prywatnie – pytam, próbując ukryć nadzieję w głosie, ale chyba nie do końca mi się to udaje. Jest ubrana zwyczajnie, po cywilnemu.

– Dotarły do mnie słuchy, że wróciłeś. Przyszłam porozmawiać o sprawie. Widzę jednak, że trochę się nam to wszystko komplikuje. Nie ma śladów włamania... – podchodzi do drzwi i ogląda je z zainteresowaniem. 

– Mieli klucze. Nawet byli tak mili i je zostawili. Zobacz. – sięgam w kierunku stolika.

– Zostaw! Niczego nie ruszaj. Może jednak to ktoś znajomy?

– Bynajmniej. Musieli ukraść klucze z hotelu. 

– Dlaczego tego nie zgłosiłeś? – zerka na mnie podejrzliwie.

– Wtedy nie wiedziałem – wzruszam ramionami. – Ktoś był w moim pokoju, zostawił uchylone drzwi, ale nic nie zgięło, nic nie było nawet przestawione, więc...

– W naszym hotelu? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?

– Nie byłem pewien czy...

– Przyślij mi chłopaków na Wrzosową do włamania. Najlepiej, żeby Witek przyjechał. – Inka już mnie nie słucha, dzwoni. – Tak, tak, byłoby super. Jeszcze oficjalnie nie zgłoszone, ale akurat jestem na miejscu. Trzynaście przez dwadzieścia pięć. No tak, u niego. Ja przyjmę, nie ma problemu. – Rozłącza się i spogląda na mnie z naganą w oczach, ale nic nie mówi. 

– Próbowałem się z tobą skontaktować, ale...

– Mam nowy numer. Przenieśli mnie. 

– A... a dokąd? – mój głos brzmi piskliwie. Cholera, muszę wziąć się w garść. Ciągle wychodzę na kretyna.

– Do pionu operacyjnego. Cieszę się, że wróciłeś do zdrowia. Dziwię się za to, że wróciłeś tutaj. 

– Dlaczego? Tu jest mój dom. 

– Tak... mój dom, moja ulica, mój kraj... Jesteś Anglikiem, tam zapewne bardziej czujesz się, jak w domu – nie podoba mi się jej ton, badawcze, zimne spojrzenie. 

– No, ale tu się przeniosłem... No i mam tu zobowiązania.

– Tak?

– Psy. Nie mogą wiecznie mieszkać w hotelu. No i pracę.

– Za chwilę przyjadą technicy. Spiszemy protokół, bo właśnie mi zgłaszasz włamanie. I wracamy do oficjalnej formy, rozumie pan, panie... Horn – Fikcyjny?

– Oczywiście – wyduszam z siebie. 

    Gdy w mieszkaniu zaroiło się od policji, pojechałem z Dworną na komendę. To nie była sympatyczna rozmowa. Nie wiem, co ugryzło Inkę. Może awans ją zmienił? Przesłuchiwała mnie jak przestępcę, a potem pałeczkę przejął Wrota. Niby chodziło o przyjęcie zgłoszenia o włamaniu, ale pytaniom nie było końca. Jakbym znowu był w samym środku sprawy związanej z Grace, z tym że komisarza coraz bardziej interesowało wszystko, co mogę wiedzieć o Rafale i Marku. Skubaniec doskonale wie, że nie wszystko mu mówię. Nie przyznam się przecież do tego, że pomogłem Markowi dobrać się do akt i policyjnych materiałów. Zatoczyliśmy krąg ze dwa razy, po czym znowu komisarz wrócił do rozmowy o włamaniu. Zaczynam się czuć tak, jakbym sam był jakimś oprychem, który rozpieprzył własne mieszkanie. Jeśli Inka od niego uczy się, jak rozmawiać z obywatelami, to... 

– Panie Horn? – Wrota wyrywa mnie z zamyślenia. Patrzy przenikliwie, jakby właśnie mnie na czymś przyłapał. – Pytałem o okoliczności utraty kluczy.

– Mówiłem już, że musieli ukraść mi je w Birmingham.

– Czy wówczas zauważył pan nich brak?

– No... nie, właściwie wtedy to nie. Mówiłem, że...

– Więc skąd pewność, że to było akurat w tamtym hotelu?

– Tak myślę...

– Myśli pan, czy jest pewien?

– W sumie... A właściwie co to za różnica? Czy w tym hotelu, czy w innym, czy może, nie wiem, w taksówce? To są moje klucze. Charakterystyczny komplet, który znalazł się w mieszkaniu przede mną, w dodatku wtedy, gdy jeszcze siedziałem z fioletową gębą zamknięty na Wyspach. – Zaczyna mnie denerwować to podejrzliwe, natarczywe spojrzenie komisarza. – Nie wiecie ani kto mnie tak tam urządził, ani kto tu wywrócił moje mieszkanie do góry nogami, a interesuje was, w którym dokładnie momencie buchnęli mi klucze? To jakiś absurd!

– Wszystko jest ważne. – spokojnie mówi po dłuższej chwili milczenia. Chyba przyzwyczajony jest do niecierpliwych frustratów. 

    Nie dane nam dłużej rozmawiać, bo do gabinetu wchodzi inny policjant, szepcze  komisarzowi do ucha coś, co sprawia, że ten pochyla się nad ekranem komputera, po czym wybiega z pokoju. Funkcjonariusz wyprasza mnie więc na korytarz i gna za tamtym. Stoję jak ta pierdoła pod ścianą. Kiedyś tu było krzesło. Teraz można tylko stać lub iść, ale nie wiem, czy mam tu czekać, czy co... Wokół mnie pusto i cicho. Chwileczkę... Rozglądam się jeszcze raz i podchodzę do drzwi. Wrota nie zamknął ich na klucz! Nie do wiary! Cholera, a jak zaraz wróci? Waham się sekundę i wchodzę. No i co ja tu znajdę w tym bałaganie? Może się nie wylogował. Nawet nie sięgnął do klawiatury przed wyjściem. Ruszam nerwowo myszą. Ekran rozświetla się. Cholera, że też nie mam przy sobie pendrive'a z trojanem albo chociaż i bez żeby skopiować co nieco. Gorączkowo przeglądam to, co Wrota aktualnie ma pootwierane. Mój profil. Dane... O. Sporo tego. Analizują mnie całkiem dokładnie. Daty, miejsca, Grace... Andy Horn ze znakiem zapytania. Boldem. Odnośnik do uwag. Tylko gdzie te uwagi? Cholera. Nie dam rady tego tutaj ogarnąć. A to co? Rozwijam wiadomość, którą Wrota dostał prawdopodobnie tuż przed wyjściem. Mark Odonsky, dziennikarz. Powiązany ze sprawą Ingo Bobby Fodora. W nawiasie Owen Kasarley, Grace Latison, Rafał Kocki i... Andy Horn. Znaleziony martwy w... Oblewa mnie zimny pot. Trzęsą mi się ręce, ale robię zdjęcia tego, co widzę na ekranie, przewijam strony otwartych dokumentów, notatek, uruchamiam inne z folderu, pstrykam bez czytania. Może jest też coś w tych teczkach? Cholera, wszystko spada. Zbieram kartki naprędce sprawdzając, czy to coś związanego z tą sprawą i ze mną. Jakiś trzask. Wybiegam w panice na korytarz.

    Przez nikogo niezatrzymany wyszedłem z komendy, powstrzymując się z całych sił od biegu. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem przed siebie. Nie wiem, gdzie jechać, co robić, z kim mogę o tym pogadać. Jeżdżę bez sensu po mieście. Czy mogę już wrócić do mieszkania, czy powinienem tam wracać? Dlaczego wsadzili mnie w jeden nawias razem z Kasarleyem? I ten pogrubiony znak zapytania... Trzeba było grzebać dalej, nie dać się spłoszyć jak jakaś dziewica. Walę ręką w kierownicę z bezsilności, chociaż mam ochotę rąbnąć w nią łbem. Hamuję przed czerwonym światem i prawie spełnia się moje życzenie. Chwila. Znaleziony martwy? Mark? Próbuję sobie przypomnieć to zdanie. Czy wynikało  niego, że to Mark Odonsky nie żyje? Muszę dorwać Dworną. Nawet jeśli nie darzy mnie już choćby cieniem sympatii, prędzej chce wsadzić za kratki, to muszę z nią porozmawiać. Powinienem wrócić na komendę. W sumie to idiotyczne, że stamtąd zwiałem. Trzeba było sterczeć na tym korytarzu albo wrócić do gabinetu i dalej myszkować. Właściwie nie podpisałem nawet swoich zeznań. 


Pościg ogon śledzenie

    

    Albo w tym mieście jeżdżą same czarne SUV-y, albo jeden się do mnie przykleił. Mam zamiar skręcić w lewo, ten za mną też miga lewym kierunkowskazem. Tymczasem korzystam z zielonej strzałki i zmieniam zdanie. Skręcam w przeciwną stronę. On również. To nie może być zbieg okoliczności. Robi mi się gorąco. Automatycznie dociskam gaz. Terenówka zostaje w tyle. Ktoś jej się wepchnął przed maskę, więc korzystam z okazji i przyspieszam jeszcze bardziej. Teraz wykorzystam światła i luźniejszą trasę. Ha! Niezły jestem. Po SUV-ie ani śladu. Wszystko fajnie, tylko wyjechałem na zadupie. Przede mną droga przez lasy i wsie albo zjazd na autostradę. Bez sensu. Nie wybieram się nad morze. Pojadę prosto, objadę najwyżej kilka wsi i wrócę do miasta od zachodniej strony. By nie tracić czasu, stukam w telefon, by zadzwonić na policję. Może uda mi się złapać Dworną. Jasne. Ekran rozświetlił się i wyłączył. Gdzieś tu miałem kabel do ładowania... Sięgam do schowka na rękawiczki, gdy kątem oka widzę, jak coś wybiega mi przed samochód. Cholera jasna. Ała! Hamuję na szlag, kot ucieka, a klapa schowka przytrzaskuje mi rękę. Chrzanić kabel. Zerkam w tylne lusterko. Gdyby ktoś za mną jechał, pewnie siedziałby mi już w tyłku. Nie do wiary! To ten sam SUV. Albo podobny. Jest daleko, ale szybko się zbliża. Zapieprza ze dwa razy szybciej niż pozwalają przepisy. Duszę pedał gazu. Silnik wyje z bezsilności. Trzeba było myśleć o koniach mechanicznych, gdy się kupowało auto. Cóż, te, które mam muszą wystarczyć. Mobilizuję samochód i po chwili gnam przez wieś stówą. Mijam ostatnie domy terenu zabudowanego, rozpędzam się na maksa i śmigam między polami. Terenówka prawie siedzi mi na tyłku. Zerkam nerwowo w lusterko, ale nie jestem w stanie rozpoznać kierowcy. Dojeżdża pod zderzak, zjeżdża na lewo, trzymając tempo. Cholera, zaraz zacznie mnie spychać! Depczę gaz, ale już szybciej nie dam rady. W dodatku teren się wznosi. Co jest? Odpuścił? Hamuje. Czy... Przed nami, na sąsiednim pasie majaczy samochód. No tak, lepiej mnie zabić bez świadków. Zwłaszcza takich. Chyba nigdy dotąd nie ucieszył mnie tak widok radiowozu. Prześladowca maleje we wstecznym lusterku, więc i ja zwalniam. Radiowóz mruga światłami, a policjant wychodzi na drogę z lizakiem. Już się mieszczę w przepisowej prędkości, ale ciut za późno. 

– Dzień dobry, sierżant Eryk Mewa. A dokąd się tak panu spieszy? – policjant drogówki patrzy na mnie z góry, gdy otwieram okno, a jego kolega parkuje radiowóz za mną. SUV mija nas niespiesznie. – Dokumenty poproszę. Powodem zatrzymania, proszę pana, jest nadmierna prędkość. Czy wie pan, z jaką maksymalną prędkością można poruszać się na tej drodze? 

– Dziewięćdziesiąt?

– Bardzo dobrze. A pan ile jechał?

– No... trochę szybciej, nie wiem, naprawdę. – Mam ochotę wyskoczyć z auta i wyściskać ich za uratowanie mi skóry. Zamiast tego udaję skruszonego. Czarny wóz zniknął za zakrętem. Nie ma sensu mówić im, że to przed nim tak wiałem. Wyszedłbym tylko na kretyna, który zmyśla bzdury, by wykręcić się od odpowiedzialności. Poza tym nie wyglądają na takich, którzy mieliby ochotę na pościg.

– No to proszę tu zobaczyć. – Bierze od kolegi urządzenie i pokazuje mi palcem pomiar. 

– Sto trzydzieści osiem – odczytuję.

– No... a było więcej. Gdyby nie zaczął pan hamować przed zmierzeniem, obawiam się, że byłoby po prawie jazdy. No i po co się tak spieszyć? Do żony? Dziewczyny? 

– Tak, tak, do dziewczyny jechałem. 

– A mógł pan nie dojechać. Są już punkciki?

– Nie, chyba nie...

– Chyba? Dobrze, sprawdzimy. Przyjmuje pan mandat, czy...

– Przyjmuję. Oczywiście.

– I słusznie. To będzie niestety czterysta złotych i osiem punktów. – Mówi ze współczuciem w głosie – Proszę chwilę zaczekać. Nie, nie trzeba wysiadać. Chce pan kredytowy czy płacimy na miejscu?

– A mogę kartą?

– Oczywiście. U nas jak w Biedronce, proszę pana. Pin i zielony.

– To poproszę – jęczę. Chyba za bardzo wczuwam się w rolę. 

– Pan się nie martwi. Kocha, to poczeka. Lepiej późno niż nogami do przodu. 

    Zamiast po zapłaceniu mandatu kontynuować jazdę "do dziewczyny", zawracam i jadę przez dłuższą chwilę za radiowozem, zerkając za siebie. Jeśli ciekawość ich zmusi do ponownego zatrzymania, powiem, że zabrali mi ostatnie cztery stówy i nie mam po co pokazywać się u kobiety taki goły. Widzę, jak kierowca zerka na mnie w lusterko. Najważniejsze, że tamten samochód się gdzieś stracił. Przynajmniej na razie. Co teraz? Najsensowniej byłoby wrócić na komendę i powiedzieć o SUV-ie komisarzowi. Zgłosić to od razu. Zmierzam jednak do domu. Muszę się zastanowić, zebrać to wszystko do kupy, a przede wszystkim naładować telefon, by przeczytać informacje ze zdjęć zrobionych w gabinecie Wroty, zanim znowu będę gadał z glinami. 

    Niepewien czy mogę wejść do własnego mieszkania, poszedłem do Moniki. Oczywiście zarzuciła mnie pytaniami, ale na szczęście udostępniła odrobinę prądu dla mojego telefonu. Ten, ledwie się uruchomił, rozbrzmiał sygnałami nieodebranych połączeń i wiadomości tekstowych. Jedna powtarza się kilka razy.

Proszę o pilny kontakt, I. Dworna.

50. Pobojowisko

    Nie wiem komu zależało, by mnie zatrzymać w tamtym ciasnym apartamenciku, ale angielscy policjanci wyglądali nawet na zadowolonych, gdy zażądałem opuszczenia tego miejsca. Wormson wzruszył ramionami i powiedział, że w porządku, nikt mnie tam nie trzyma. Głupawo się uśmiechnął na widok zdumienia, które zapewne odmalowało się na mojej twarzy. Zapytałem, czy będą mnie jeszcze przesłuchiwać, czy planują moje spotkanie z Grace, czy muszę pozostać w Wielkiej Brytanii i na wszystko uzyskałem zbiorczą odpowiedź: nie. Musiałem tylko podpisać, że dobrowolnie się wynoszę, niniejszym rezygnując z ochrony (co chyba miało dotyczyć tej emerytki z dołu) i mam świadomość ewentualnego zagrożenia bla bla bla. Próbowałem dowiedzieć się czegoś o Grace, bo jakby nie było jestem człowiekiem wrażliwym na los bliźnich i chociaż tej konkretnej osoby nie znoszę, to jednak... W każdym razie niczego mi nie powiedzieli, prócz tego, że jest pod odpowiednią opieką i konfrontacja ze mną nie będzie powtórzona. Zebranie manatek zajęło mi jakieś osiem minut i tyle mnie widzieli. 
    Pokręciłem się po mieście, by sprawdzić, czy nikt za mną nie łazi, odwiedziłem bankomat, a potem sklep. Nabyłem nowego laptopa i telefon, po czym zadekowałem się w podrzędnym, ale i tak przepłaconym hotelu w pobliżu lotniska. Dostałem mały, przykurzony pokój ze skrzypiącym łóżkiem. Za to z nie najgorszym wifi. Postanowiłem nawiązać kontakt z Markiem, a przynajmniej spróbować. Zabezpieczyłem połączenie po zęby, by nie był w stanie sprawdzić gdzie jestem, próbowałem i próbowałem przez kilka ładnych godzin, ale skurczybyk nie odpowiadał. Są różne opcje: albo tak jak myślałem wcześniej, wrobił mnie i dał się kupić lub zastraszyć, albo podwinął ogon pod siebie, albo nie ufa mi już i dlatego siedzi cicho, a swoje kombinuje. Może go gliny zdemaskowały? Gdyby tak było, bardziej interesowaliby się nim, przepytując mnie. Tę ostatnią możliwość odrzuciłem najszybciej. 
    Pozostało mi wykupić bilet na lot. Jedna rzecz jednak wciąż nie dawała mi spokoju. Na jaką cholerę aresztowano Rafała? Co może mieć z tym wspólnego? Korzystając z szyfrowanego połączenia zadzwoniłem przez Skype'a do jego żony. Odebrała szybko, gadała dużo, ale niczego konkretnego nie powiedziała. Jest zrozpaczona, nie wie, co teraz będzie, kiedy go wypuszczą i tak dalej. Za co go zgarnęli nie potrafiła powiedzieć. Albo nie chciała. Pytała za to, gdzie jestem, czy przyjadę do Poole, czy mógłbym jakoś pomóc staremu kumplowi. Strasznie ciężko się z nią rozmawiało. Nie słuchała, nie odpowiadała, tylko nawijała swoje. W sumie się nie dziwię, też bym panikował na jej miejscu. Powiedziałem, że zrobię, co w mojej mocy i się rozłączyłem. Co za burdel. 
    Siedzę w samolocie. Po niemal nieprzespanej nocy boli mnie głowa. Lot, chociaż niespełna dwuipółgodzinny, potwornie mi się dłużył, więc z ulgą przyjmuję fakt, że podchodzimy wreszcie do lądowania. Czuję się jak zdrajca. Powinienem był pojechać do Poole albo chociażby nawet w Birmingham uczepić się tamtego komisarza, albo Wormsona i kategorycznie zażądać wyjaśnień, powiedzieć im, że to jakieś nieporozumienie, Rafał z pewnością nie jest niczemu winien. Może i wyszedłbym na głupka, ale coś powinienem dla niego zrobić. Przecież on ma dzieciaki, jedno niepełnosprawne, jest im potrzebny. Tymczasem dla uspokojenia sumienia przelałem jego żonie trochę kasy. Tylko na to mnie stać. Co ze mnie za przyjaciel? 
Próbuję skupić się na czymś innym, ale moje myśli uparcie wracają do Rafała... Może to ten facet od jachtu go w coś wpakował. Mógł chcieć zemsty, a jak wiadomo, dla bogatego nic trudnego. Niemożliwe, by go zamknęli w związku ze sprawą Kaserleya i Grace. Co on mógłby mieć z tym wspólnego? Chyba że Mark... Tak, może Mark go wrobił. To przecież jemu kazał przekazać, gdzie mieliśmy się spotkać. Nie powinienem był wracać. Podskakuję na siedzeniu, gdy koła maszyny spotykają się nagle z ziemią. Cóż, chyba za późno na takie wnioski. 

    Moje mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej, gdy je ostatnio widziałem. Przynajmniej drzwi są nienaruszone, bo kulturalnie otworzyli sobie kluczami, których nie mogłem się doszukać w moim bagażu. Musieli je zwinąć z hotelu, gdy siedziałem w The Figure Of Eight. Czuję dziwną w tej sytuacji ulgę, że ich sam nie zgubiłem. Dotąd byłem pewien, że mam je w plecaku. Wnętrze wygląda jak po przejściu trąby powietrznej. Durnie, nie mogli niczego znaleźć, bo zwyczajnie niczego istotnego nie zostawiłem. Oczywiście drugi, ten zostawiony laptop zniknął. Uśmiecham się triumfalnie. Nie jestem taki głupi, jak myślą. Miałem przeczucie z tym, żeby podmienić dyski. Przechadzam się po podłodze usianej... wszystkim. Muszę to ogarnąć, zanim odbiorę psy, żeby nie pokaleczyły sobie łap rozbitym szkłem. Ci, którzy tu byli musieli nieźle się wściec, nic nie znalazłszy. Swoją drogą nie mogli być cicho. Kłopocińska! Ona na pewno widziała wandali. Tu przecież nic nie dzieje się bez jej wiedzy. Na bank odgłosy demolki nie uszłyby jej uwadze. Pewnie zgłosiła włamanie na policję. Tylko dlaczego mnie nie powiadomiono? No i chyba powinno to być jakoś zabezpieczone, zamknięte, żeby byle kto nie wlazł. Wychodzę, nie kłopocząc się otwartymi na oścież drzwiami i idę prosto do Anieli. Dzwonię, ale nie otwiera. Jest w środku, słyszę charakterystyczny odgłos odsuwania przesłony wizjera. Uwieszam się na dzwonku jak niegdyś ona na moim. Nasłuchuję. Co ona do cholery wyprawia? 
– Pani Anielo! Proszę otworzyć! To ja, Leopold! – drę się. Może wystraszy się, że zwrócę uwagę innych lokatorów i narobię jej wstydu. Bingo! 
– Czego pan chcesz? – warczy przez szparę zablokowanych łańcuszkiem drzwi.
– Pani Anielo, to ja, przecież pani nie zjem. Pamięta mnie pani? Mieszkam...
– Wiem, gdzie pan mieszkasz! – niecierpliwi się – Ja nie mam panu nic do powiedzenia!
– Ktoś włamał się do mojego mieszkania, wszystko jest poniszczone, pani na pewno słyszała. Czy ja mogę wejść, porozmawiać? – ściszam konspiracyjnie głos.
– Ja niczego nie słyszałam i nie widziałam. Idź pan stąd! – trzaska drzwiami tak, że gdybym wsunął stopę w szparę, jak robią to w filmach, nie miałbym stopy. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, przyznaję. Co teraz? Monika. Zerkam na zegarek w telefonie. Minęła siedemnasta. Możliwie, że jest już w domu.
– Na szczęście – wołam na jej widok z ulgą i wpadam do przedpokoju przez szeroko otwarte przez nią drzwi. Gdzieś podskórnie obawiałem się, że i ona może się odciąć. Zaczynam się przyzwyczajać do absurdów wokół mnie.
– Co za niespodzianka! Nie dzwoniłeś, że wracasz – cmoka mnie w policzki i przytula jak starego kumpela – Kiedy przyleciałeś? Chodź, zrobię kawy. Musisz mi wszystko...
– Monia, wiesz coś o włamaniu do mojego mieszkania? – wchodzę jej w słowo.
– Co? 
– Czyli nie wiesz. A Kłopocińska coś o mnie mówiła? Dziwnie się zachowuje.
– Jak dziwnie?
– Nie chce ze mną rozmawiać i twierdzi, że nic nie wie o włamaniu, a tam jest wszystko rozpieprzone! Po cichu takiego czegoś nie da się zrobić.
– Pierniczysz – Monika robi wielkie oczy i zamiast do kuchni, mija mnie, idąc do wyjścia – Hrabek, zostań. 
Zatrzasnęła psu drzwi przed nosem i pognała schodami do góry napędzana ciekawością. I pomyśleć, że całkiem niedawno ledwo się poruszała z nogą w gipsie. 

– O cholera! Ale rozpiździel! – krzyknęła, zatrzymując się gwałtownie w progu. Zginęło ci coś?
– Stary laptop, a poza tym trudno określić. To musieli być ci sami, co mnie porwali. Tylko że też chciało im się lecieć do...
– Co?! Porwali cię?! Leoś, co ty mówisz?
– Ciszej – zerkam w kierunku mieszkania Kłopocińskiej i zamykam za nami drzwi. – Wszystko ci opowiem. Zastanawia mnie tylko to, że najbardziej wścibska ze wścibskich nic nie chce mi powiedzieć.
– Kłopocińska musiała coś słyszeć, a może i kogoś widzieć. Czekaj, ja ją zapytam.
– Nie ma sensu. Ona przecież wie, że się przyjaźnimy. Teraz na bank siedzi przy drzwiach i podsłuchuje. 
– Może ją zastraszyli? – Monika marszczy brwi, po czym uchyla drzwi i głośniej mówi – Albo pani Kłopocińska maczała palce w tym włamaniu, albo kryje złodziei!
– O tak, to jest możliwie, muszę koniecznie o tym powiedzieć policji przy zgłoszeniu  – odpowiadam, również podnosząc głos – Kto by pomyślał, że pani Aniela może być wmieszana... – przerywam, bo już słychać odzew na naszą szopkę. Dwa zamki i łańcuszek błyskawicznie ustępują, a sąsiadka wypada na klatkę, jakby wypchnęła ja wichura.
– Chwileczkę! Ja sobie wypraszam! Co wy pleciecie? – dopada zdyszana do mego progu. – Ja nie mam z tym nic wspólnego! – zniża wzburzony głos do teatralnego szeptu. 
– O, to może jednak pani coś słyszała? – pytam uprzejmie i odsuwam się, by mogła zobaczyć moje lokum.
– Matko jedyna... – zapuszcza żurawia, chwilę się waha, ale ciekawość wygrywa, więc wchodzi do środka, a ja zamykam drzwi. Na zamek. Kłopocińska gwałtownie się odwraca. Widzę strach w jej oczach. 
– Dlaczego pani kłamie? – pytam spokojnie.
– Ja? Ja nigdy w życiu! Nie mam z tym nic wspólnego. Jak w ogóle mogłeś pomyśleć, że ja! Po co ja bym miała się włamywać. O matko jedyna, ja i włamanie! Muszę stąd wyjść, słabo mi!
– Pani Anielo. Przecież pani tu mieszka, pani doskonale się orientuje, co dzieje się w naszym bloku, nie tylko na pani piętrze, ale na wszystkich! To jest poważna sprawa. Leoś zgłosi to na policję, a oni będą z pewnością pytać wszystkich sąsiadów, czy ktoś coś zauważył. Będzie pani kłamać policji? – Monika tłumaczy jej jak dziecku, stając na drodze do wyjścia.
– A gdzieżby, przecież ja nigdy nie kłamię. Skąd ta myśl, że miałabym kłamać policji! Jak przyjdą mnie zapytać, to oczywiście powiem.
– Co pani powie?
– Co?
– Co pani powie, gdy zapytają, dlaczego nie zgłosiła pani, że u sąsiada jest włamanie?
– Co? – powtarza idiotycznie jak zacięta płyta. Stoimy nad nią jak sępy.
– Pani Anielo... 
– Dobrze. Podnieś mi chłopcze krzesło – po dłuższej, pełnej napięcia chwili zastanowienia, wchodzi do pokoju, stąpając między rupieciami.

Oczywiście Kłopocińska doskonale wiedziała o włamaniu, słyszała trzaski, zaglądała na klatkę, ale zamiast wybrać sto dwanaście, zadzwoniła do bratanka. Ten poradził jej, żeby nie wychodziła, nie interesowała się i absolutnie nie pokazywała złoczyńcom, bo ją zabiją. Wg niego wmieszałem się w mafijne porachunki, dlatego zniknąłem na tak długo, a aspirant Dworna wróciła sama i milczy jak grób. W dodatku awansowała zapewne w nagrodę za zdemaskowanie mnie. Powiedział nawet, że jest prawie pewien, iż to ja zamordowałem Orianę, czyli Anę, a to, że Grzesiek przyznał się do tego morderstwa jest oczywiście również moją robotą, bo najpewniej zmanipulowałem biedaka, zagroziłem, że ukatrupię mu psa, toteż zastraszony mówi, co mu kazałem. Na koniec z wyrzutem w głosie Aniela zapytała mnie, co tutaj robię, skoro powinienem siedzieć w  więzieniu. Szczerze powiedziawszy zaniemówiłem. Co ci ludzie biorą, że mają tak szalenie wybujałą wyobraźnię? Tego dnia Kłopocińska chyba była jednak nieco bardziej rozumna, bo po tym, jak mi wszystko opowiedziała, sama doszła do wniosku, że to chyba nie do końca najlepsza teoria. Moje pojawienie się, żądanie wyjaśnień i coraz większe ze zdumienia oczy musiały nasunąć jej taki wniosek. Zapewniłem ją, że nie zabiłem Ukrainki, nie prześladuję Grzegorza i nie mam morderczych planów w stosunku do jego psa. O dziwo, moja deklaracja niewinności wystarczyła, by przestała łypać na mnie podejrzliwym okiem. Nawet powiedziała coś w stylu  Ach, Leosiu kochany, ja od początku wiedziałam, że ten mój Karolek przesadza. Nie rozumiem tej kobiety. Podejrzliwa, sprytna, cwana, wszystko o wszystkich wie, a jednocześnie jest skłonna uwierzyć w każdą bzdurę i jednocześnie odrzucić ją, gdy tylko powie się jej, że to nieprawda.
Zastanawiam się, czy to, co rozpowiada o rzekomym aresztowaniu Grzegorza w ogóle leżało kiedykolwiek w pobliżu prawdy. Może po prostu przenieśli go do innej placówki albo wysłali do sanatorium. Mam nadzieję, że przynajmniej gdy coś widzi osobiście, to nie dopowiada za dużo, bo dowiedziałem się, jak wyglądali ci, którzy buszowali w moim mieszkaniu. Określiła też datę, godzinę włamania, jaka była wówczas pogoda, ile kosztowały pomidory w czwartkowej promocji i że przez to wszystko przypaliła zupę szczawiową. Pal licho moje mieszkanie, utrata zupy to prawdziwe nieszczęście! 

Stoję teraz sam w środku tego pobojowiska. Kłopocińska powiedziała, co wiedziała i wróciła do siebie, bo uciąłem jej próby wypytywania mnie o to, gdzie byłem i co robiłem, jak mnie nie było. Monika pobiegła do Hrabka, któremu należał się spacer, zapowiadając, że wpadnie wieczorem i pomoże w sprzątaniu. Też mam ochotę stąd wyjść. I najlepiej nie wracać. 
Żeby już niczego nie ruszać, nie zacierać śladów i takie tam, wychodzę z zamiarem wstąpienia do apteki po tabletki od bólu głowy. Potem pojadę na posterunek. Na klatce otwiera się winda i staję twarzą w twarz z Inką.

55. Niespodziewany gość

  Nie mogę dać się zastraszyć. Muszę wrócić do normalnego trybu życia. Przynajmniej w miarę normalnego. Inka oczywiście twierdzi, że muszę u...