57. Zamiana ról

    Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem telefon. Tak jak przypuszczałem, Monika dobijała się do mnie z największą częstotliwością. Nie odebrałem psów, więc właścicielka hotelu nie dodzwoniwszy się do mnie, zaatakowała Monię, a ta wszelkimi możliwymi kanałami próbowała mnie dorwać. Dzwoniła też Inka. Wysłała zdjęcie Grace z Rafałem. 
Zerkam na fotkę, nim zajmę się resztą. Scena wydaje się znajoma… To może być mylące, bo znam przecież obie osoby i chociaż nie widziałem ich nigdy razem… Nie widziałem? A może jednak? Nie kojarzę wnętrza restauracji, na pewno w niej nie bywałem, ale mam wrażenie, że gdzieś już widziałem tę kolorystykę. I ten obraz. Szeroki, choć wąski. Idealnie dopasowany do rozmiaru ściany jakby stworzony dla niej na zamówienie. Przedstawiający morze podczas sztormu. Jasna cholera, to nie czas na kontemplowanie sztuki. Mam nieprzytomnego faceta w bagażniku! Odpisuję pospiesznie Monice, że złapałem gumę, rozładował mi się telefon i tak dalej, ale sytuacja już jest opanowana. Psy odbiorę jutro. 
   
    Co mam zrobić z Rafałem? Nie wniosę go przecież do mieszkania, nie zostawię w aucie… Żebym chociaż miał jakiś garaż, cokolwiek… Mógłbym go wywieźć, jak mnie wywieźli, na jakiś parking w budowie. Szkoda tylko, że nie wiem o żadnym w okolicy. Inna sprawa, że u nas pewnie zakłada się monitoring, zanim wyleją fundamenty, bo inaczej cement by ukradli. Cholera. Ruszam powoli, rezygnując ze zjechania w stronę centrum. Zamiast tego skręcam z oświetlonej obwodnicy na starą krajową drogę, o której chyba wszyscy zapomnieli, co wnioskuję po coraz liczniejszych dziurach. Jeszcze całkiem niedawno była to jedna z najbardziej uczęszczanych szos. Przy zarośniętym chaszczami wjeździe do lasu stały niegdyś panienki w krótkich, odblaskowych miniówach. Kawałek dalej mijam szczątki zapomnianej przez świat i ludzi stacji benzynowej. Właśnie! Tu gdzieś był zajazd. Jadę powoli wypatrując budynków w ciemnościach. Pamiętam, że w okolicy była jakaś karczma z motelem, migała konwulsyjnie wielkim neonem. Nie dało się jej nie zauważyć, chociaż była oddzielona od drogi szpalerem drzew i parkingiem. Wypatruję jej, wpadając co chwilę kołem w jakąś dziurę. Jeśli Rafała to nie ocuci, znaczy, że mam martwe ciało w bagażniku. Włosy na karku stają mi dęba. Zaciskam mocniej ręce na kierownicy. Zaraz dotrę do skrzyżowania, nie możliwe, by zupełnie wyburzyli tamten budynek. Zawracam, gotów jechać dwadzieścia na godzinę, w celu przeczesania okolicy. Na szczęście nikt nie zwraca na mnie uwagi, bo jestem sam na tej nieszczęsnej drodze. Tylko raz ktoś śmignął z naprzeciwka, oślepiając mnie na chwilę światłami. 
    Jest! Dostrzegam w ciemności kant dachu ledwie muśnięty światłem bladego księżyca. Zjeżdżam, oświetlając reflektorami budynek z oknami zabitymi dyktą. Wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy. Po żeliwnym ogrodzeniu, które teraz sobie przypominam, nie pozostał nawet ślad. Klepisko parkingu wygląda jakby się skurczyło. Zajeżdżam za budynek po porośniętej chwastami drodze. Przynajmniej wydaje mi się, że była tu kiedyś droga. Nieutwardzona, ale jednak. 
    Wszystko zamknięte jest na głucho. Widać, że od co najmniej dziesięciu lat nikt tutaj nie zaglądał. Cud, że w ogóle pamiętałem to miejsce. Gdy byłem dzieciakiem, jeździliśmy co roku na nadmorskie wakacje. Podczas jazdy kłóciłem się z bratem zażarcie, co nam akurat w tamtym okresie praktycznie się nie zdarzało. Była wtedy potworna burza, czyli idealna atmosfera dla naszego konfliktu. Zatrzymaliśmy się i zostaliśmy tu na noc. Pamiętam, bo to były moje ostatnie wspólne wakacje ze starymi. Kto by pomyślał, że po latach przywiozę tu związanego Rafała. 
    Drzwi od strony zaplecza są kompletnie zastawione jakimiś dechami, paletami i cholera wie, czym jeszcze. Gdy wreszcie do nich docieram, okazują się zamknięte. Futryna jest na szczęście tak zbutwiała, że kilkoma mocnymi szarpnięciami wyrywam rachityczny zamek. Uderza mnie stęchły odór pleśni i starości. Mam nadzieję, że nikt tu nie umarł. Wracam do auta po latarkę, którą odnajduję między rupieciami na tylnym siedzeniu. Oby tylko działała. 
    
    Miejsce jest idealne. Puste, stare, mroczne i opuszczone. W środku znajduję resztki mebli, zjedzony przez myszy dywan. Z zaplecza przechodzę do części dla gości. Kuchnia, bar i jadalnia są zupełnie puste, nie licząc dwóch stołów i kilku krzeseł. Wiedziony ciekawością zaglądam do pokoi motelowych, do których wchodzi się z wąskiego korytarza. Jest ich zaledwie osiem. Cztery małe dwójki, trzy większe i jeden apartament. Na piętrze chyba mieszkali gospodarze, ale tam nie będę teraz wchodził. To nie wycieczka krajoznawcza, a ja mam gościa do zameldowania. 
    Gdy wychodzę na zewnątrz, mam wrażenie, że reflektory trochę przygasają. Świetnie, jeszcze mi tu akumulator padnie. Szybko wyłączam światła i wyjmuję kluczyki. Zapadają egipskie ciemności. Czekam, aż wzrok przywyknie do warunków, obmyślając jednocześnie, jak wytargać Rafała z bagażnika i gdzie go umieścić. Wracam po dywan. Położę go na nim i wciągnę do środka. Proste.

    Coś klei się do mojego spoconego czoła. Pewnie tona pajęczyn. Jest mi wszystko jedno. Siedzę na podłodze obok Rafała i dyszę ciężko. Muszę zacząć biegać albo jakiś sport uprawiać. Jak to wszystko minie, zapiszę się na siłownię. Wciąganie bezwładnego ciała na ciężkim, nabitym tonami kurzu i ziemi naniesionej pewnie przez pokolenia gryzoni dywanie to nie jest moja ulubiona forma wysiłku fizycznego. Progi, zakręty, rupiecie po drodze, na które nie zwróciłem wcześniej uwagi. I on. Ciężki jak jasna cholera. Powinien schudnąć. Definitywnie. Patrzę z odrazą na Rafała, który…, o cholera, odzyskuje przytomność! Jest związany, ale wypadałoby go do czegoś jeszcze przytwierdzić. Dzikie charczenie wydobywa się z jego ust. Wstaję i stoję nad nim, czekając. 
– Kurwa… zabierz to… – mówi niewyraźnie, kaszląc. – Wyłącz to!
Odsuwam nieznacznie snop światła latarki z jego twarzy na klatkę piersiową. Zaczyna się szamotać. Klnie coraz głośniej. Krzyczy. Czekam aż opadnie z sił, które wykrzesała z niego uwolniona przez strach adrenalina. Jestem pewien, że myszy, pająki i inne robactwo właśnie ucieka w cholerę ze swej spokojnej jak dotąd przystani. 
– Skończyłeś? – pytam, gdy w końcu przestaje się wydzierać.
– Czego kurwa chcesz? Rozwiąż mnie!
– Nie ma sprawy. Trzeba było tak od razu – podchodzę i sięgam do pasków przy rękach. Zatrzymuję się kilka centymetrów od więzów. Patrzę mu prosto w twarz. – Najpierw mi wszystko opowiesz. Potem się zobaczy.
– Posłuchaj, ja nie żartowałem. Jeśli nie odbierzesz na czas wiadomości i…
– Przestań pierdolić. Wiem, że tonący brzytwy się chwyta, ale to nawet brzytwa nie jest. Jesteś stary w czarnej dupie i pogódź się z tym. Teraz dla odmiany zaczniesz mówić prawdę. Kim tak naprawdę jesteś? Bo zakładam, że od początku naszej znajomości łżesz i manipulujesz. Co łączy cię z Grace? Z Fodorem i Sobaczkami? Kto zabił Marka, Anę i rozpierdolił mi mieszkanie?
– A skąd ja mam to wiedzieć?
– Możemy tu siedzieć do rana. Potem dostaniesz w łeb. Trochę już dostałeś, więc nie wiem jak to się skończy, nie mam wprawy i mogę cię przypadkowo zabić. Jeśli jednak przeżyjesz, spędzisz tu sam trochę czasu. Oczywiście dodatkowo cię zwiążę, żebyś się nie wydostał. Będziesz tu sobie siedział, póki nie znajdę czasu na odwiedziny. A wierz mi, jeśli ty machając tą swoją pukaweczką kazałeś mi wywieźć nas na zadupie, gdzie nikt nie zagląda nocą, to w porównaniu z tym miejscem, było to centrum Warszawy. Tutaj nawet psy dupami nie szczekają, bo ich kurwa nie ma. Jeśli ktokolwiek tu przyjdzie to ja. A ja tylko po to, by zadać te same pytania. Rozumiesz?
– Rozgadałeś się.
– To teraz twoja kolej.
– Głupi jesteś. Im dłużej mnie tu trzymasz, tym mniejsze masz sza…
– Nie pierdol.
– Co mam ci powiedzieć? Tu nie ma o czym gadać. Jesteś skończony.
– Ja? – cholera, nie będzie łatwo. Rafał mimo beznadziejnego położenia, zupełnie nic nie robi sobie z moich gróźb. Nie boi się. Wstaję i wychodzę do samochodu po pistolet. Przystawię mu go do głowy, przestrzelę mu łydkę. Niedobrze mi się robi na samą myśl. Wyjmuję ze zgrzewki butelkę wody gazowanej, którą niedawno kupiłem i wracam do środka. Siadam na podłodze, kładę pistolet na ziemi obok tak, by Rafał go widział i piję wodę. Oblizuje suche usta. Na pewno czuje metaliczny smak krwi. 
– Rozwiąż mnie, pogadajmy – zaczyna. Naprawdę myśli, że mógłbym zrobić coś tak głupiego. Bekam głośno. – Chociaż pomóż mi usiąść. Wyjaśnię ci, o co w tym chodzi – próbuje dalej, ale milczę. – Kurwa, co ci po tym wszystkim? To jest straszne bagno, stary. Nie wyjdziesz z tego. Masz jeszcze szansę. Potrafisz się ukryć. Zrozum, jesteśmy po tej samej stronie barykady. Fodor chce się ciebie pozbyć. Mnie też. Możemy po prostu wyjechać, zniknąć. Pomogę ci się ukryć, a w zamian załatwisz mi nowe papiery tak jak sobie. Znikniemy, rozejdziemy się i wszystko będzie dobrze, stary no… Daj łyka.
Siedzę dalej  czekam. Milczenie o dziwo lepiej działa niż straszenie, chociaż na razie tylko zwyczajnie pieprzy. Rafał zaciska szczęki. Jest wściekły, że jego gadka nic nie zmieniła. Chyba dociera do niego, że nie dam się przekupić jak dzieciak cukierkami. Cisza zaczyna się przedłużać.
– No dobra – wstaję – Woda mi się skończyła, głodny jestem, a do tego późno się zrobiło. I strasznie tu piździ. Zostawiłbym ci jakiś koc, ale nie mam. Jak się wyśpię, odbębnię robotę i odbiorę wreszcie psy, przyjadę na następną pogawędkę. Może przywiozę ci jakąś kanapkę. Nadal lubisz parmeńską? – zgniatam pustą butelkę, podnoszę pistolet i kieruję się do wyjścia.
– Nie pierdol, że mnie tu zostawisz?! Stój, kurwa!
– Dobra, ostatnia szansa na dziś. Zaczynasz mówić z sensem albo idę – zatrzymuję się w drzwiach. Nie słyszę odpowiedzi, więc robię krok.
– Stój, kurwa! Dobra już. Wszystko ci powiem.
Odwracam się, ale nie wracam. Czekam bez słowa.
– Musisz mi coś obiecać. Wiem, że jesteś kurwa dobrym człowiekiem, wiem to. Musisz mi obiecać… – widzę, jak się denerwuje, poci, nawet nie narzeka już na snop światła z latarki, którym bezlitośnie w niego mierzę – Ja muszę ochronić moją rodzinę. Rozumiesz? Chciałem wyciągnąć od ciebie kasę, żeby się z tego wszystkiego wyrwać. Odkąd sprawy zaczęły się sypać, Bobby przestał mi ufać, szantażuje mnie. Chce zrobić ze mnie kozła ofiarnego, bo wie, że nie będę kablować, ma w garści moją rodzinę. Dzieci. To jest bezwzględny człowiek, stary. Ja przy nim jestem jak pierdolona chihuahua przy szkolonym na mordercę pitbullu. Od lat utrzymuje się na rynku, robi co chce, zresztą wiesz, Mark go rozpracowywał, ale i tak liznął co najwyżej czubek góry lodowej.
– Streszczaj się.
– Wyślesz mojej żonie kasę. To jest moja cena za prawdę. Musisz ochronić moją rodzinę. Tylko na tym mi zależy. Żeby wyjechała z dzieciakami z nowym nazwiskiem na jakiś jebany koniec świata. I żeby miała na nowy start. Potem sobie poradzi. Stary, ja nie żartuję. Możesz mieć krew moich dzieci na rękach, jeśli…
– Dobra, załatwione – ucinam.
– Ja naprawdę…
– Zrobię to. Ochronię twoją rodzinę. Musisz mi zaufać. Nie spiszemy umowy, po prostu musisz mi zaufać.
– I wypuścisz mnie.
– Nie przeginaj, bo pójdę.
– Jak ci powiem, co wiem.
– Obiecuję, że zrobię wszystko, by twoja rodzina była bezpieczna. A teraz mów. Może zacznijmy od tego, skąd znasz Grace.
– Twoją byłą? – pyta głupio. Już wiem, że będzie ściemniał. – Opowiadałeś mi o niej.
Zaciskam szczęki i wyjmuję telefon, by pokazać mu ostatnie otrzymanie od Inki zdjęcie. Podstawiam mu je pod nos. Musi zrozumieć, że nie warto łgać. Jest zaskoczony. Naprawdę miał mnie chyba za naiwnego idiotę, któremu można opowiadać bajki. Milczy, a ja czekam. Cisza się przedłuża. Może zmienić strategię? Nie będę tu z nim tak siedział całą wieczność. 
– To prawda, znam Grace – wreszcie po chwili wahania zaczyna cicho – Znałem ją, zanim poznałem ciebie. Pilnowała niektórych ludzi dla Fodora. Sprawdzała ich, można powiedzieć. A ja pilnowałem jej. Byłem takim pośrednikiem. A potem, jak ty się coś tam niby zorientowałeś. Sorry, ale ważne było, byś myślał, że ona po prostu jest zwykłą kurwą. Można było tak albo czapa. Gdy przyjechałeś do Poole, przyjechałem za tobą. Ściągnąłem tam rodzinę, obserwowałem cię. Potem sam wiesz.

56. Szantaż

     – Żartujesz – stwierdzam, bo to nie może się dziać, to nie jest możliwe. Milion... To jakiś pieprzony sen!
– A wyglądam, kurwa, jakbym żartował?! – ryknął Rafał. Głos poniosło daleko, ale to i tak bez znaczenia. Nikogo nie ma w promieniu kilometrów. – Nie mam wyjścia, stary. – Podchodzi do mnie i wymachuje tą swoją giwerą. Instynktownie robię krok w tył.
– Skąd miałbym tyle wziąć? Człowieku, ja rozwożę żarcie. – On nie może wiedzieć ile tak naprawdę mam i że w ogóle mam jakąś większą kasę. Zaczyna się śmiać. Co z nim jest do cholery? Niemal zgina się w pół i rży. Może to dobry moment, by jakoś wytrącić mu broń i zwiać. Mógłbym uderzyć go czymś w głowę. Rozglądam się, ale w zasięgu moich rąk nie ma zupełnie niczego. Błyskawiczne myślenie w podbramkowej sytuacji nie jest moją mocną stroną.
– Ty naprawdę masz mnie za debila – mówi prawie dobrodusznie. Przestaje się śmiać i przygląda bacznie. Jego oczy poważnieją. Sztywnieję i czekam. Jestem kompletnie zdezorientowany. – Rozbawiłeś mnie, stary, naprawdę. Grunt pali ci się pod nogami, a i tak stać cię na żarty. Wiesz, nawet trochę mi ciebie żal. Poczciwy z ciebie chłop. Kłamca, złodziej i skurwysyn, ale poczciwy. – Przerywa na chwilę monolog, a ja nie wiem, co powiedzieć, więc tylko się gapię na niego, jakby był niespełna rozumu. Chyba jest. – Posłuchaj mnie teraz uważnie, bo śmieszkowanie zakończone. Jedziesz teraz spokojnie do domciu, prosto do domciu i odpalasz komputer, logujesz się przez VPN-a na stare konto do tego serwisu wędkarskiego z forum, który przeglądaliśmy wspólnie w Poole, na pewno pamiętasz. Tam w prywatnych wiadomościach znajdziesz dalsze instrukcje. I śpiesz się lepiej, bo do północy musisz dokonać transakcji. Zrozumiałeś?
– Rafał, co ty…
– A sorry – przerywa mi – przecież nie wiesz, jaka jest stawka. Otóż mój przyjacielu, jeśli nie wywiążesz się z… polecenia, ludzie, którzy chcą pomóc ci w uregulowaniu tych twoich zaszłości z niejakimi siostrami Sobak, dostaną twój adres, dane i takie tam. Jak sądzę wolałbyś tego uniknąć.
– So... sobak…
– O, widzę, że coś dotarło. Cieszę się bardzo. A teraz…
– Zaczekaj. Co konkretnie wiesz? Co niby miałoby mnie z nimi łączyć? – przepycham słowa przez zaschnięte z wrażenia gardło. On blefuje, musi blefować. Coś może wygrzebał. Cholera, może nawet zna moje prawdziwe nazwisko, powiązał jakoś z Blanką. Nic więcej nie może wiedzieć.
– Jednak kurwa, tępy jesteś, wiesz? Waldemarze Torawowski, może to było dawno, ale Natasza Sobak nie zapomniała, że oskubałeś ją na grubą kasę, za ciebie poleciały łby, a ona musiała się mocno nagimnastykować, żeby nie utknąć w pierdlu na lata. Zresztą nie tylko ona. Bobby postanowił zabawić się w kogoś w rodzaju windykatora i uszczęśliwić poszkodowaną. Tyle ci mogę powiedzieć. Jesteś na dużo większej muszce niż ta – podstawia mi lufę przed nos – Ona głupia nie jest, a z Bobbym u boku… Rozsmarują cię, rozumiesz? Oddasz wszystko razem z odsetkami i pójdziesz do piachu. To znaczy byłoby tak, ale na szczęście masz mnie. Ratuję twoją dupę nie pierwszy raz, tylko tym razem nie za darmo. 
– Ratujesz? Szantażujesz mnie, człowieku, nie ratujesz!
– Nie pierdol. Zapłacisz, ja zniknę, ty jesteś ostrzeżony i też sobie ładnie znikniesz. To jest ratunek. Takie nasze win – win.
– A ty? Nie pracujesz dla Bobbiego? – muszę zapytać, chociaż i tak to, co odpowie, wcale nie musi być prawdą.
– Skup się teraz i pilnuj swojego nosa. Milion euro. To niecałe dwadzieścia pięć bitcoinów. Pestka, a jak wiele możesz ocalić. Zauważ, że czas ci ucieka. Prosto do domu i nie zatrzymuj się, nie zjeżdżaj z trasy, nie kombinuj. Auto masz na podglądzie. Zaczniesz kombinować, zatrzymasz się, będziesz szukał nadajnika, pojedziesz do glin, kurwa, zechcesz się po drodze wyszczać, wykonam telefon, jeden krótki telefon i będzie po tobie. Nie masz wyjścia. Rozumiesz?

    Przede wszystkim rozumiem, że stałem się dla Rafała na tyle drogocenny, że nie zabije mnie na miejscu. Nie ma opcji, bym wsiadł grzecznie do samochodu i wykonał to jego polecenie. Oddam kasę i co? Będziemy żyli długo i szczęśliwie? Idę na miękkich nogach do samochodu. Myśl, kurwa, myśl!
– Mam cię tu zostawić na zadupiu? – pytanie ma być tylko pretekstem, by się odwrócić i ocenić, czy Rafał ma zamiar odprowadzić mnie do auta, czy stracił czujność, widząc, że się poddałem. Prycha i rusza w moją stronę z bronią wiszącą luźno w dłoni. Robię jeszcze krok za samochód, jakbym rzeczywiście miał zamiar wsiąść.
– Jedź już, kurwa – mówi i zerka w bok. Szybko schylam się i sięgam do drzwiczek.
– Łatwiej będzie z kluczykami – zwracam się do niego, próbując dodać sobie w myślach odwagi. – Telefonu, jak sądzę, nie odzyskam.
– Dobrze sądzisz. – Chyba go rozbawiłem. Podchodzi bliżej. Przekłada broń do lewej ręki i sięga do kieszeni. Błyskawicznie rzucam mu w twarz garścią suchej ziemi zgarniętej przed chwilą obok auta. Łapię drugą ręką za lufę i łatwo wyrywam mu gnata z dłoni. Zaskoczony upuszcza kluczyki i sięga do oczu, jednocześnie szykując się do skoku na mnie i mnąc w ustach przekleństwa. Z całej siły robię zamach i walę go metalową rękojeścią w łeb. Trafiam idealnie w skroń. Chwieje się, ale nie upada, więc poprawiam i całym ciężarem ciała rzucam się na niego, by powalić na ziemię. Wpadam w panikę. Rafał miota się wściekły, trzymając za głowę, kwiczy jak zarzynane zwierzę, jednocześnie gramoląc na kolana. Czuję, że moja przewaga słabnie. Odskakuję. Gdzie kluczyki? W ciemności niczego nie widzę!
– Kurw...! Moje oko! Ty! – ryczy Rafał.
Kopię go z całej siły w brzuch. Upada, więc poprawiam w głowę. Chyba trafiłem w potylicę. Pada na piach twarzą w dół. Nie rusza się. Zalega cisza. Kurwa, chyba go zabiłem! Co robić?! Co teraz?! Trzęsą mi się ręce, cały się trzęsę. Kluczyki! Nie, muszę sprawdzić, czy żyje. Jak go tu zostawię, to… Ja pierdolę! Muszę sprawdzić. A co jeśli skoczy na mnie? Udaje? 
– Rafał? Rafał?! – mój głos brzmi jak pisk. Niemożliwem żeby tak z własnej woli leżał bez ruchu. Przed chwilą był rozjuszony jak byk. Zemdlał od ciosu albo umarł. O matko jedyna… 

    Rzucam się na ziemię i macam za kluczykami, jednocześnie nie spuszczając go z oczu. Cały czas nie potrafię opanować drżenia rąk. Są. Dobra, teraz on. Biorę głęboki oddech, drugi, kurwa, nic to nie pomaga. Nadal mam pietra jak cholera. Podchodzę ostrożnie i popycham go stopą. Mimowolnie odskakuję. Nie ruszył się. Dobra, trzeba mocniej. Ponawiam próbę, popycham nogą jego ramię. Ciało bezwładnie się kiwnęło i nic więcej. Przypominam sobie o broni i dodaje mi to otuchy. Zaciskam mocniej palce na pistolecie, kluczyki chowam do kieszeni i celując w Rafała ostrożnie daję krok w jego stronę.
– Mam cię na muszce stary, chcę tylko sprawdzić, czy żyjesz, jeden twój ruch i cię zastrzelę, rozumiesz? – odpowiada mi cisza i bezruch, więc podchodzę. Powtarzam to samo. Drżącą rękę wsuwam mu za kołnierz. Wyczuwam słaby puls. Zbieram się na odwagę i przewracam go na bok. Żyje, jest nieprzytomny. Co teraz? Wezwę karetkę. Telefon. Nie spuszczając wzroku i wycelowanej broni z jego głowy, macam za telefonem po kieszeniach. Szlag. Muszę go przekręcić. Nogą popycham, by przewalić go na plecy. Połowa twarzy ciemnieje od krwi. Wyszarpuję dwa telefony z kieszeni. Mój i jego. Super. Myśli galopują. Wezwę karetkę i co? Będę tu z nim siedział, a jak się za szybko ocknie, to znów go zdzielę przez łeb? Jeśli odjadę, to jaką mam pewność, że nie zwieje, zanim przyjedzie pogotowie? Jeśli w ogóle tu dotrą. Jeżeli go tu zostawię, będzie się mścił, albo rzeczywiście umrze i rano go ktoś znajdzie. Tu jest pewnie masa moich śladów! Nerwowo rozglądam się w ciemnościach. Co potem? Jasna cholera! Zrywam się, muszę działać. Rafał jest groźnym przestępcą, zaatakował mnie, groził śmiercią, szantażował, mam przewagę, nie mogę jej tak po prostu oddać i zwiać z podkulonym ogonem ani zgrywać prawego obywatela, co się troszczy o pieprzonego zbira. Ja ci kurwa dam milion!
– Leż tu kurwa i się nie ruszaj – syczę przez zaciśnięte zęby.

    Tyłem, by go nie spuścić z oka, podchodzę do auta i otwieram bagażnik. Cholera, pełny jest. Przerzucam zakupy i inne szpargały na tylne siedzenie. Nie wiem, jak go tu wcisnę, ale wcisnę. Dobra, do roboty. Wpycham broń za pasek z tyłu. Gniecie jak cholera, zaraz wypadnie. Co za idiotyzm. Odkładam na dach auta. Rafał jest przecież kompletnie nieprzytomny. Podchodzę do niego i łapię za ramiona. Ciężki skurwysyn. Ciągnięcie po ziemi nie jest łatwe, a muszę go jakoś podnieść i upchnąć w bagażniku.  Zanim dotrzemy do auta, jestem mokry jak szczur. Cholera. Nawet, jak go tu wsadzę, to co potem? Jak się ocknie i go wypuszczę, to mnie zabije. Lepiej go związać czymś, unieruchomić i wsadzić normalnie do auta. Grzebię za jakimś sznurkiem, paskiem, czymkolwiek. Lina holownicza jest mocna, ale jak to cholerstwo zawiązać? Doskakuję do schowka na rękawiczki. Mam opaski zaciskowe. Świetnie. Za małe. Kurwa! Może pod podłogą bagażnika. Świecę telefonem, by łatwiej znaleźć cokolwiek, co nadawałoby się do związania człowieka. Wyciągam zapasówkę, lewarek, klucze francuskie, gaśnicę, jakieś pierdoły… Stłumiony jęk mrozi mi krew w żyłach. To Rafał! Ocknął się! Nie myślę, walę w łeb gaśnicą. 
– A!!! – mój krzyk rozdziera ciszę. Spokój – nakazuję sobie – Spokój. Rafał znowu padł. Nie zawracam sobie głowy sprawdzaniem, czy go już wreszcie zabiłem, czy nie. W rupieciach dostrzegam pęk długich, białych opasek zaciskowych. Bingo! Rozsypują się na ziemię. To nic. Biorę jedną i przewalam Rafała na brzuch. Muszę zagarnąć jego ręce razem. Są jak kłody. Ciężkie i bezwładne. Przytrzymuję wreszcie jedną kolanem i sięgam po drugą. Jak to cholerstwo założyć?! Ręce Rafała wyślizgują mi się, szarpię je bezskutecznie. Pot leje mi się po oczach, a przecież jeszcze muszę jakoś wsadzić go do auta. Dobra, jest. Luźno. Za luźno. Ale chwycone, więc wezmę drugą.

    Podnoszę się po dłuższej chwili i oceniam sytuację. Dłonie Rafała są skrępowane porządnie na plecach kilkoma plastikowymi paskami. Nie ma szans, by to zdjął. Nogi związuję liną, którą przewiązuję też w pasie. Nie ma co, rozkręcam się. Mógłbym go odwieźć prosto na komendę, ucieszyliby się, a ja byłbym chwilowym bohaterem, ale nie mogę tego zrobić, bo Rafał im wszystko o mnie wyśpiewa i obaj pójdziemy siedzieć. Z tą różnicą, że mnie prędzej czy później dopadną tam ludzie cholernej Sobakówny i zatłuką na śmierć. Nie ma innego wyjścia, jak ukryć go gdzieś i porządnie przepytać, gdy już się obudzi. Jeśli się obudzi. Cholera, mam nadzieję, że nie uszkodziłem go za bardzo. 

    Co jest?! Co to?! Oblewa mnie pot strachu… To nic, chyba jakieś zwierzę przebiegło w ciemnościach. Kuna może albo lis. Ale wystraszyło mnie bardziej niż klamka Rafała i jego żądania. To dla mnie stanowczo zbyt wiele. Trzeba się stąd zwijać. Oddycham ciężko. Czuję, jak opadam z sił, a jeszcze muszę go jakoś umieścić w aucie. W bagażniku. Tak, jednak w bagażniku będzie bezpieczniej. Biorę go pod lewe ramię i chwytam mocno za linę w pasie. Dawaj stary! Na raz, dwa, trzy!

55. Niespodziewany gość

 Nie mogę dać się zastraszyć. Muszę wrócić do normalnego trybu życia. Przynajmniej w miarę normalnego. Inka oczywiście twierdzi, że muszę uważać, powinienem się ukryć i w ogóle jest zła, bo wnioskowała o przydzielenie mi odpowiedniej ochrony, ale spotkała się z odmową. Przeanalizowałem sytuację. Rafał nie wie, że powiedziałem policji co wiem, za to wie, że wcale nie wiem wiele. Byłem z nim otwarty. Niby gadał, że to nie jego sprawa, że nie chce się mieszać, ale w sumie całkiem sprytny to był wybieg, bo tym chętniej byłem z nim szczery, gdy nie wypytywał. Nie dopuścił do mojego spotkania z Markiem, więc ma świadomość, że nie mogę wiedzieć nic, co wniosłoby cokolwiek do sprawy. Zwłaszcza że Anglicy bez problemu mnie wypuścili. Gdybym był skarbnicą wiedzy, nie zrobiliby tego. Proste. Nie, nie ma sensu panikować. Chociaż z drugiej strony… Inka niechętnie wyjawiła mi, że Kockiego wypuścili z aresztu, zanim zgromadzili dostateczną ilość dowodów i dodali dwa do dwóch. Błyskawicznie przepadł jak kamień w wodę. Kasarley zaś nadal siedzi, ale odkąd pojawił się u niego nowy adwokat, nie puszcza pary z ust. Długo utrzymywał, że wcale nie zna Rafała i nigdy nawet go nie widział. Potem sobie go przypomniał, ale wkrótce wszystko odwołał, powiedział, że się pomylił, został zmanipulowany i w ogóle opacznie go zrozumieli, bo właściwie to nie zna żadnego Rafała Kockiego i nic nie wie. Grace, według tego, co powiedziała Inka, praktycznie straciła kontakt z rzeczywistością i przebywa na oddziale zamkniętym pilnie strzeżona. Ma taką sieczkę z mózgu, że lekarze nie dają zbyt wiele nadziei na jakiekolwiek sensowne przesłuchanie. Krótko po mojej wizycie pogorszyło jej się do tego stopnia, że muszą ją karmić. Oczywiście nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego tak się stało. Ingo Bobby Fodor, główny szef, zajęty jest robieniem w dudka międzynarodowych, choć głównie angielskich służb i nikt nie ma pojęcia gdzie jest. Widziałem zdjęcie jego facjaty. Nie znam typa. Właściwie nie mam żadnego znaczenia. Nie jestem w stanie zaszkodzić przestępcom, nie mam na nich niczego. Nie ma sensu, by się mną interesowali, a jeśli są na tyle sprytni, że nie dali się jeszcze pozamykać i wciąż kręcą swój złoty biznes, to orientują się lepiej niż policja całej Europy w tym, kto, co i po co, więc powinni o tym doskonale wiedzieć. Muszę przyznać, że doszedłszy do takiego wniosku, trochę śmielej patrzę w przyszłość. Monika nie wygadała się Dwornej, która nawet nie pytała jej o moją przeszłość. Przeszłość zresztą niemającą tu żadnego znaczenia. A ja… ja już nic więcej nie potrafię pomóc w sprawie, powiedziałem wszystko, co wiem, a jak widać to i tak niezwykle mało. Tylko dlaczego ciągle w tyle głowy mam to zdjęcie Kockiego z Kasarleyem? Coś niezidentyfikowanego mnie niepokoi, ale coraz bardziej skłaniam się ku temu, że to tylko mój złośliwy umysł, nic więcej. Zostawiłem Ince wiadomość głosową, by i mnie pokazała fotografię Grace z Rafałem. 
Dziś mam zamiar odebrać wreszcie psy z hotelu. Tylko swoje, bo Bimber znalazł miejsce u rodziny żony Grześka. Nim też się zajęli. Podobno leczy się w jakimś prywatnym ośrodku. Strasznie namieszał z tym przyznawaniem się do zamordowania Any, a potem zrzuceniem winy na mnie. Myślałem przez chwilę, że ktoś nim manipuluje, ale to pewnie po prostu jego choroba. Zupełnie się chłopina pogubił w życiu. Na tego sąsiada kibica też podobno wygadywał niestworzone rzeczy. Tylko dlatego, że uznano go za wariata, uniknął odpowiedzialności za składanie fałszywych zeznań i utrudnianie śledztwa. Wszystko poszło na karb depresji i okresowej niepoczytalności. 

    Zanim wezmę psy, zdecydowałem zmienić zamki, a przy okazji wizyty w sklepie, doszedłem do wniosku, że nie mogę żywić się tylko w Żabce i żerować na Monice, więc po zakupie zamków, wstąpiłem jeszcze do marketu. Siaty muszą jechać w bagażniku, bo wnętrze samochodu zarezerwowane jest przecież dla moich kundli. Cholera, już prawie osiemnasta, nie zdążę. Muszę zadzwonić, że się spóźnię. Wsiadam do auta i wyszukuję numer, nim ruszę… 
– Cześć stary. – Ktoś wyjmuje mi telefon z ręki. Obok mnie, w moim samochodzie siedzi... Rafał Kocki. Celuje do mnie z broni. – Ruszaj. Spokojnie, po prostu jedź. – mówi łagodnie.
Jadę. Daję się kierować. Co innego miałbym zrobić? On wie, że ja wiem. A może nie wie? Co robić? Co teraz?!
– Widzę, że lekko cię zszokowałem. Nie spodziewałeś się. Sorry stary za tego gnata. – Kątem oka widzę, jak macha niedbale pistoletem na wysokości mojego brzucha.
– Od kiedy to potrzebujesz broni? – pytam trochę nienaturalnym głosem. Staram się brzmieć jak zaskoczony kumpel, który nie ma nic do ukrycia. Będę udawał, że nic nie wiem o tym, kim naprawdę jest. Pewnie wie, że rozmawiałem z jego żoną, więc słyszałem o jego zatrzymaniu – Doszły mnie słuchy, że policja cię zgarnęła w Birmingham. Za mandaty czy posiadanie tego? – zerkam w kierunku broni. – Swoją drogą, po co ci to? – Czuję na sobie jego wzrok. Wie, że pajacuję, każe mi zawieźć się do lasu, a potem wykopać samemu sobie grób. Powiedzieć, że oblatuje mnie strach, to nic nie powiedzieć. 
– Jedź za miasto, pogadamy w jakimś spokojnym miejscu. – jego polecenie sprawia, że jeszcze bardziej cierpnie mi skóra. Zaciskam spocone ręce na kierownicy i próbuję się skupić, coś wymyślić. Telefon. Zabrał mi go, ale chyba nie wyrzucił. Włożył do kieszeni? Tak, chyba tak. Czyli mnie namierzą. Być może. Istnieje taka szansa. Cholera. Ale kiedy? Jak już będę martwy od kilku dni i zorientują się, że mnie nie ma? No dobra, może szybciej, lecz na pewno nie w ciągu najbliższych godzin, czyli, tak czy siak, zdąży mnie zabić. Robi się ciemno, budynki miasta są daleko w tyle, a przed nami las. Zerkam na Rafała. Ta podróż bynajmniej go nie nuży. Broń leży na udzie, wciąż skierowana lufą w moją stronę. To zły znak. Nie mam szans na odzyskanie jego zaufania. 

pistolet

– Skręć tam w prawo.
– W pole? – jęczę. Nie odpowiada, a ja grzecznie robię, co każe. Znikamy w gęstwinie czerniejących zbóż czy tam traw, nie mam pojęcia co to jest. Jedno jest pewne: tu jest kompletnie pusto. Przestrzeń i wiatr. Rafał zabiera kluczyki.  Wysiadamy. Wrzuca mój telefon do auta i zamyka je.  Podchodzi do mnie, ale niezbyt blisko i przygląda się, jakby coś chciał  wyczytać z mojej twarzy. Za chwilę już nic nie zobaczy na tym zadupiu, bo zrobi się zupełnie ciemno. Tylko co mi to da? 
– Słuchaj stary, pytałeś, po co mi to, to ci powiem. – zaczyna po chwili – Nie wiem komu mogę ufać, rozumiesz? Wrabiają mnie i jak dam się złapać, pójdę siedzieć za innych, za cudze przestępstwa, które są na tyle poważne, że zdechnę ze starości za kratami. – Jest zdenerwowany, cały czas się kręci, ściskając w ręce broń, jakby był na haju.
– Kto cię wrabia? – wyduszam pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Właściwie mam to w dupie, gorączkowo myślę, co robić, jak go podejść, zabrać mu pistolet i zwiać stąd. 
– Bobby, policja, wszyscy. Chcą ze mnie zrobić kozła ofiarnego, rozumiesz?
– Bobby? Kim...
– Nie pierdol, że nie wiesz kim jest Bobby! Mark miał na niego tyle, że mogliby go posadzić na dwieście lat. Albo dłużej – denerwuje się, a ja nie chcę go rozjuszać. No ale też nie mogę przytakiwać.
– Mark nie mówił mi wszystkiego. Nie przekazywał mi tego, co wiedział – tłumaczę, a Rafał wygląda na zaskoczonego –  Serio. Mark mnie zwyczajnie wykorzystał. Jak założył moją pluskwę, odciął mnie. Twierdził, że tak będzie bezpieczniej, że i tak mi udostępni. Nie zrobił tego. Miałem nadzieję, że go przekonam w Birmingham. Po to chciałem się z nim widzieć. 
– Ta. Ty z nim, czy on z tobą? – Rafał mruży oczy.
– No on zainicjował spotkanie, ale ja też czegoś po nim oczekiwałem. Chciałem go przekonać... 
– Co się wtedy stało? – przerywa mi. Najwyraźniej ma dość moich tłumaczeń, które szyję na bieżąco.
– No, nie przyszedł. – patrzy na mnie i czeka, więc czuję się zmuszony tłumaczyć. – Dobra, nie wiem, czy nie przyszedł, może dotarł jakoś później, ale czekałem długo – mówię po chwili ostrożnie. Przyznać się, że wiem o śmierci Marka? Jeśli się przyznam, zapyta, skąd wiem. Cholera.
– Tak?
– Słuchaj. Czekałem na niego tam w knajpie. Nieciekawa miejscówka. Ktoś dał mi w łeb, gdzieś mnie wywieźli. Może i Mark przyszedł, ale mnie nie zastał. Raczej stracił do mnie zaufanie. – Mam ochotę sobie pogratulować za wybrnięcie z sytuacji. Tak przecież mogło być. – Próbowałem się z nim kontaktować, ale bez skutku.
– Kto cię wywiózł?
– Nie wiem. Założyli mi coś na głowę i wrzucili do auta – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Tłukli mnie. Krzyczeli, że niby współpracuję z policją.
– A współpracujesz?
– Ja? Niby po co? To oni chcieli, żebym pojechał do Birmingham. Chcieli mnie przesłuchać w związku z Grace, ale nie mam pojęcia, w co się władowała. Wiem, że zdradzała mnie na prawo i lewo. Miała coś wspólnego z gościem, którego zamknęli. Gadaliśmy o tym, wiesz, co ja wiem, a tu się nic nie zmieniło – nawijam dalej. Rozpaczliwie próbuję się oczyścić z wszelkich podejrzeń. Robię ze siebie naiwnego głupka, który nic nie wie, tylko znalazł się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Po dłuższej chwili zaczynam się powtarzać, aż wreszcie milknę, jakbym czekał na werdykt. Uwierzy mi, schowa gnata i pójdziemy na piwo czy jednak będę musiał wykopać sobie tu grób? Nie mam łopaty – ta myśl dziwnie dodaje mi otuchy. Zaraz zwariuję od tego napięcia.
Rafał przygląda mi się długo, milcząc jakby zastanawiał się, w jaki sposób się mnie pozbyć. Cisza między nami nieznośnie się przedłuża. 
– Słuchaj, musisz mi pomóc – mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu.

54. Zdjęcia

    Gdy za Moniką zamykają się drzwi, wokół mnie zapada cisza. Może to cisza przed burzą? Gdyby nie rupiecie pod nogami, pewnie krążyłbym po pokoju jak zwierzę w klatce. Podnoszę cholerny regał. Ten, kto go przewrócił, nie mógł być ułomkiem. Wyrwał przy okazji z betonowej, nośnej ściany śruby razem z kołkami i tynkiem. Tu samo sprzątanie nie pomoże, przydałby się remont, ale nie będę teraz przecież szpachlował dziur w ścianach. Ustawiam regał byle jak i zabieram się za zbieranie książek z podłogi. Właściwie moja prawdziwa tożsamość, rodzina i przeszłość nie mają nic do tego, co dzieje się teraz. Nie ma znaczenia kim byłem i co robiłem lata temu. Nawet jeśli to by teraz wyszło, niczego kluczowego nie wniesie. No tak, ale moją relację z Inką trafi szlag. Cholera, zaczynam się śmiać sam ze siebie. Jaką relację? Posadzą mnie. Przypomną sobie o dawnej sprawie z siostrami Sobak i zwyczajnie pójdę siedzieć. Inki nawet więcej nie zobaczę. Serce podjeżdża mi do gardła i wali jak oszalałe. Rzucam książki na ziemię i biegnę do kuchni. Odkręcam kran i nalewam wodę do szklanki. Cieknie po trzęsącej się ręce. Zimny płyn z trudem przepycha się przez suche, zaciśnięte gardło. W tym momencie Monika rozmawia z policjantką. Może właśnie opowiada jej wszystko. Dworna potrafi wydobywać informacje. Jedyne do siebie mogę mieć pretensje. Ogarnia mnie niemoc. Siadam na podłodze i próbuję opanować panikę. To wszystko zaczyna mnie przerastać. A może dawno przerosło, ale dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. 
    Rafał znał Grace. Na jednym ze zdjęć był z Kasarleyem. Wyglądał trochę inaczej… W Poole zawsze był krótko ostrzyżony, ogolony. Nosił tę swoją dżinsową, wytartą czapkę z daszkiem i koszulki polo pod kraciastymi, flanelowymi koszulami. Na zdjęciu ma dłuższe włosy, brodę i skórzaną kurtkę, której z pewnością nigdy u niego nie widziałem. Właściwie można by uznać, że to jakiś inny facet, gdyby nie charakterystyczna sylwetka i twarz. Taki sam skrzywiony nos, te same oczy… Mówi do Kasarley'a z ręką na jego ramieniu. Pewnie poklepywał go, tłumacząc coś, zupełnie tak samo, jak mnie. Nieraz. Jest coś w tej fotografii… Myślałem, że to po prostu sam fakt, że Rafał okazał się kimś innym, ale nie, to nie to. Coś innego mi umyka jak zapomniane, choć dobrze znane słowo na końcu języka. Nie wiem, nie umiem tego określić. Powinienem był poprosić o kopię tego zdjęcia, choć pewnie i tak bym nie dostał. W pamięci wszystko się zaciera, gdzieś rozpływa i tylko denerwuje, bo wiem coś, czego nie jestem w stanie wygrzebać i sobie uświadomić. Skoro Inka jest u Moniki, może powinienem… nie, to fatalny pomysł. A Mark? Jego śmierć zaskoczyła nawet gliny z UK. Wiedzieli, że interesuje się sprawą, ale nie mieli i nadal prawdopodobnie nie mają zielonego pojęcia o tym, że ściągał od nich dane, szpiegował ich pracę. Według Inki poszlaki wskazują na Rafała jako mordercę. Rafał mordercą. Przecież to brzmi absurdalnie! Mark został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Nie określono dokładnie czasu jego zgonu, bo był już w dość zaawansowanym stadium rozkładu. Rzeczywiście był odludkiem, skoro nikt nie znalazł go wcześniej. Dopiero smród wydobywający się z mieszkania zainteresował sąsiadów i listonosza, któremu zawsze wcześniej otwierał. Do czasu. Ze wstępnych oględzin wynika niezbicie, że sam nie umarł. Wychodzi na to, że Mark został zamordowany właściwie niedługo po tym, jak mnie uprowadzono. W mieszkaniu nie było śladu żadnych danych czy informacji o tym, że Mark rozpracowywał mafię. Podejrzewałem go, a tymczasem bardziej prawdopodobne jest, że rzeczywiście zbierał materiały i był gotów rozbić tę szajkę. Inka nie powiedziała tego wprost, ale bardzo subtelnie zasugerowała, że ja mogłem podzielić jego los. Nadal mogę, bo tak naprawdę nie wiedzą ile wiem. Zrywam się. Ignoruję zesztywniałą po siedzeniu na podłodze nogę i podbiegam do okna. Z góry idealnie widać ulicę i parking. Nie ma śladu podejrzanego SUV-a. Niczego podejrzanego. Za to widzę Dworną. Wsiada do samochodu. Czas dowiedzieć się, co udało jej się wyciągnąć od Moniki. 

– Nie jesteś aż takim pępkiem świata, jak ci się wydaje. – mówi Monika, widząc moje pytające spojrzenie, gdy tylko przekraczam jej próg. – Idziesz ze mną? – zapina smycz Hrabkowi.
– Jasne. Rozmawiałyście o tym, co i mnie dotyczy?
– Oczywiście. Pytała o ten samochód, który cię gonił i pokazała mi zdjęcie jakiegoś faceta, którego w życiu nie widziałam. O twoje liczne tożsamości nie wypytywała. – rzuca mi wymowne spojrzenie. – Ja naprawdę nie wiem, jak ty możesz tak żyć.
– Ciszej. – Klatka schodowa nie jest dobrym miejscem dla takich rozmów. – Muszę dokończyć porządki i odebrać wreszcie psy – zmieniam temat.
– Przydałoby się. Fortunę zapłacisz za ten psi hotel. A babka już do mnie dzwoniła dwa razy. W życiu nikt na tak długo nie zostawił u niej psów.
Wychodzimy na zewnątrz. Rozglądam się dyskretnie, próbuję dostrzec, czy ktoś nie siedzi w najbliżej zaparkowanych samochodach, które nie należą do sąsiadów. To ten moment, gdy dzień przechodzi w noc, wszystko szarzeje i ciemnieje, a ja mam wrażenie, że gorzej widzę.
– Co tak strzelasz oczami? – Monika jest wyraźnie rozbawiona.
– Ten facet ze zdjęcia Dwornej. Jak wyglądał?
– Normalnie – wzrusza ramionami – Tak… zwyczajnie po prostu. Jak setki innych.
– Jak setki innych,  nigdy go nie widziałaś?
– No bo nie widziałam. – odpowiada niezbyt inteligentnie, ale po chwili dodaje – Ale w sumie racja. Może i widziałam, ale nie zwróciłam uwagi. Taki zwyczajny typ. Lekko przy tuszy, jakby zapuszczony, wiesz, taki, co nie za bardzo o siebie dba. Na zdjęciu był z drugim facetem i myślę, że to tego drugiego widziałam kiedyś z Grześkiem.
– Co? Chwila. Ustalmy najpierw. – Mam wrażenie, że jesteśmy jak ślepy z głuchym, którzy gadają o kolorach. Próbuję zwizualizować sobie fotkę z Rafałem i Kasarleyem. – Czy to było zdjęcie dwóch facetów, gdzie jeden drugiego klepie po ramieniu? Grubszy chudszego?
– No tak.
– I widziałaś Grześka z grubszym, czy chudszym?
– Z tym drugim przecież mówię.
– Czyli z chudszym – staram się mówić spokojnie.
– Rany, Leoś, no tak. O grubszego w skórzanej kurtce z brodą pytała mnie detektywka, a ja widziałam tego drugiego, tego wymoczkowatego z Grześkiem jak wsiadali do auta.
– Kiedy to było? – głupieję, bo przecież Kasarley siedzi.
– No dawno. Właściwie chyba, zanim ty się tu przeprowadziłeś albo jakoś tak niedługo po, nie pamiętam aż tak dokładnie, ale zwróciłam uwagę, bo wracałam z fitnessu i zakupów, miałam torbę i dwie siaty, a tu trzech chłopów wychodzi z klatki i żaden mi nawet drzwi nie przytrzymał. Tylko się gapili na mnie tępo.
– Trzech?
– Umówiłeś się z tą Dworną, że takie same pytania zadajesz? Grzesiek, ten drugi, chudy, wytatuowany z foty – wskazuje palcem jakby na zdjęcie, którego nie mam i jeszcze ten sąsiad kibol, co cię ściskał, jak cię pierwszy raz spotkałam.
– O. To ciekawe.
– Może po prostu w tym samym czasie wychodzili – wzrusza ramionami, po czym odpina Hrabka ze smyczy – Łysy, znaczy sąsiad poszedł sobie gdzieś, jak znam życie, to do monopolowego, a tamci dwaj wsiedli do samochodu. Odwróciłam się za nimi, bo Grzesiek nawet się nie odezwał, a zawsze był kulturalny i się kłaniał. No ale wiesz, kto z kim przestaje…
– I odjechali?
– A nie wiem, wściekła byłam, poszłam. Więcej tamtego typa nie widziałam.
– Albo nie zwróciłaś uwagi.
– Jak mówię, że nie widziałam, to nie widziałam, ślepa nie jestem. W przeciwieństwie, do tego drugiego, grubszego, ten, co tu był miał wyjątkowo charakterystyczny wygląd. Hrabek! Co tam żresz? Ale wiesz, ta twoja była żona, to całkiem ładna.
– Ją też widziałaś?!
– No na zdjęciu od policjantki. Wypluj to! Wypluj! Biegać miałeś, nie żreć!
– Tylko na zdjęciu? – wolę się upewnić.
– Myślisz, że przyjechała tu za tobą? W sensie wcześniej?
– Wątpię, a co to było za zdjęcie?
– Właściwie były dwa. Jedno takie zwykłe en face, a drugie z tym grubym facetem.
– To ciekawe. – Mnie Inka nie pokazała Grace na jednym obrazku z Rafałem. Czy dlatego, że znam oboje i byłoby to bezcelowe, czy może wolała, bym go nie zobaczył? – Mogłabyś opisać mi to drugie?
– Z nim? Mogło być zrobione w jakimś pubie. Trochę ciemnawe i nieostre. Ona siedziała przy stoliku, a on stał nad nią – Monika przerywa, jakby się wahała – Wracamy, w ogóle mnie nie słuchasz – zwraca się do psa, a ja czekam na ciąg dalszy. Już otwieram usta, by ją dalej wypytywać, gdy wzdycha i zerka na mnie – No wyglądali, jakby mieli się ku sobie, ale wiesz, może było na przykład głośno i dlatego nachylał się tak…
– Monia, nie żywię do Grace żadnych pozytywnych uczuć od dawna. Ważne są fakty. Całował ją?
– No nie, ale nachylał się, jakby chciał, a ona się śmiała. Wyglądali, czy ja wiem, jak starzy kumple albo kochankowie. 
Czuję, że muszę zobaczyć tę fotkę. 

53. Komplikacje

    Po kilku godzinach w klaustrofobicznym policyjnym pokoiku czuję się gorzej niż podczas przeżywania porannego kaca. Kto by pomyślał, że długie rozmowy z Inką tak dadzą mi w kość. Gdy komisarz do nas dołączył, nawet nie zająknęła się na temat mojego wybryku z poprzedniego dnia. Przeszła za to gładko na formę oficjalną. Wrota najwyraźniej się spieszył, był myślami gdzieś indziej i całkowicie oddał pałeczkę Dwornej. Zmył się po półgodzinie, a my kontynuowaliśmy do popołudnia. Swoją drogą niesamowite do jak wielu rzeczy można dojść podczas takiej rozmowy z policjantką, ile się przypomina i jak niektóre elementy zaczynają się składać w całkiem sensowne fragmenty. Niczym puzzle. Nie przyznawałem się długo do tego, że mam trochę zdjęć w telefonie ze swojego wczorajszego chaotycznego buszowania w komputerze Wroty. Ona nawet nie pytała. W pewnym momencie uznałem jednak, że sam o tym powiem. Nawet nie była zdziwiona. Raczej zadowolona. Jakby wiedziała, że nic nie ukryję. Zaufałem jej, ona zaufała mnie. W efekcie zaczęliśmy analizować wszystko krok po kroku, a to, co miałem w telefonie, przestało być dla mnie tajemnicą. Ba, poczułem się jak detektyw na tropie wielkiej sprawy. Wiem, dziecinne. Zmęczenie, głód, powrót bólu głowy, którą zmusiłem do nadmiernego móżdżenia sprawiły jednak, że ledwie żyję. Inka chciała mnie odwieźć do domu, ale zgodnie uznaliśmy, że to nie jest najlepszy pomysł. Nawet nieoznakowanym samochodem. 

– Co się pan tak rozglądasz? Uciekłeś psom z aresztu? – śmieje się rubasznie taksówkarz.

– Gorzej. Boję się, że mnie baba śledzi. – odpowiadam głupkowato. Niech się kierowca pobawi moim kosztem, czemu nie.

– O! No to gruuubo. Faktycznie wyglądasz pan jak ofiara przemocy domowej. – cieszy się.

– Dzięki. Niech pan na drogę patrzy.

– Co za czasy. Panie...

Przestaję słuchać taksówkarza, który rozkręca się ze swoim monologiem. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, czego dowiedziałem się dziś o Rafale. Tyle godzin spędziliśmy razem na szczerych rozmowach, myślałem, że mi naprawdę pomaga, że jest uczciwy. Byłem gotów ręczyć za niego. Tymczasem on... 

Za młodu Rafał Kocki był znany warszawskiej policji z udziału w rozbojach, bójkach, chuligańskich ekscesach. Był jednak od zawsze sprytny i długo wymigiwał się wymiarowi sprawiedliwości, aż wreszcie wpadł na jakiejś grubszej robocie. Odsiedział swoje, a potem zniknął. Wyjechał za granicę. Słuch po nim zaginął, więc nikt się nim więcej nie interesował. Prawdopodobnie już wtedy nawiązał kontakty w środowisku i zaczął działać w organizacji przestępczej związanej z przemytem. Zawsze w cieniu, zawsze ostrożny, nie zwracał na siebie uwagi, jednak gdy brytyjscy śledczy wzięli pod lupę Kasarleya, dostrzegli i Kockiego. Inka przeczytała mi fragment raportu opisującego spotkanie Rafała z Grace. Odbyło się kilka tygodni po naszym rozwodzie. Mniej więcej od tego czasu policja zaczęła interesować się Rafałem, w ogóle zwracać na niego uwagę i kopać w przeszłości. Koniec końców dowiedziałem się od Dwornej, że Kocki świetnie znał Kasarleya, był kontaktem między Grace a Fodorem, szefem grupy. Organizował dokumenty dla transportów, fałszywe umowy dla ściąganych na zachód dziewczyn, a od pewnego czasu nawet prowadził swoistą rekrutację. Wyobrażam sobie, jak wzbudzał zaufanie dobrotliwym wyglądem, swoim pełnym empatii zachowaniem, jak łatwo było uwierzyć marzącym o karierze za granicą dziewczynom, temu facetowi. Cholera, sam uwierzyłem w te wszystkie jego bajki. Do Poole przyjechał się mną "zająć" w ramach odmiany i zapewne po to, by zejść z oczu władzom, chociaż myślę, że nie tylko. Właściwie to on namówił mnie do powrotu do Polski. Cholera, może jakoś podprogowo przemycił mi pomysł na zamieszkanie w tym mieście? Jestem wściekły, że tak dałem się oszukać, że Rafał nie jest tym, kim był w moim wyobrażeniu, tak perfidnie mnie zmanipulował, ale jednocześnie czuję swoisty respekt. Sukinsyn jest lepszym psychologiem niż Johansson. Może zresztą ta cała terapia u doktora też była ustawiona? Może Johansson prowadził ją pod dyktando Rafała? Wg Inki psychoterapeuta jest czysty, ale policja wcale nie musi wiedzieć, czy wymienili się po cichu kopertami z gotówką i informacjami, czy nie. 
Co ciekawe żona i dzieci Kockiego są jego prawdziwą rodziną. Ożenił się dwa lata temu, przysposobił trójkę jej dzieci i tylko ostatnie jest jego. Tego też nie wiedziałem. Rodzinka pewnie działała jak zasłona dymna. Podobno żona do niczego się nie przyznaje, zaprzecza jakoby wiedziała cokolwiek o powiązaniach Rafała, uparcie twierdzi, że to uczciwy człowiek, pracuje w porcie i jest oddany rodzinie. Może rzeczywiście nie wiedziała. Zupełnie jak ja nic nie wiedziałem o prawdziwej Grace...
To, co pobieżnie powiedziała mi Inka, z pewnością jest tylko czubkiem góry lodowej. Oczywiście zrobiła to, bym uświadomił sobie, w jakie wdepnąłem bagno i powiedział wreszcie wszystko, co wiem. Chyba pokłada we mnie zbyt duże nadzieje.

Mieszkanie wygląda jeszcze gorzej niż wczoraj. Nie wiem, od czego zacząć. Nie miałem zbyt wielu rzeczy, ale i tak jest co sprzątać. Wyciągam spod zlewu rolkę największych worków na śmieci i zabieram się do roboty. Jak skończę, będzie tu puściej niż w hotelowym pokoju. 

– Hej, pomóc ci? – podskakuję, usłyszawszy za sobą głos Moniki. – Spoko, to tylko ja. Swoją drogą powinieneś teraz zamykać drzwi na zamek. A najlepiej wymienić wszystkie. To co, ja może ogarnę te skorupy, a ty podnieś regał.

– Dzięki. 

– Nie ma sprawy Waldek.

– C... co?

– No regał...

– Nie, jak mnie nazwałaś?

– Mówiłeś...

– Zostaw to na chwilę. Powiedz mi, co ci naopowiadałem zeszłej nocy. Mów! – Ściszam drżący ze zdenerwowania głos. 

– No wiesz... – przestraszona Monika cofa się, by odsunąć ode mnie.

– Spokojnie, Monia, słuchaj, ja byłem pijany w trzy dupy, nie pamiętam po prostu. Zrozum, jestem teraz w trudnej sytuacji. Ktoś chce mnie dopaść, policja naciska, a ja nic nie wiem. – Tłumaczę, próbując uspokoić i ją i siebie. – Chodź, usiądźmy. Powiedz mi, co usłyszałaś wczoraj ode mnie. Co ci opowiadałem?

– Mam ci streścić, co mówiłeś mi o sobie? – nadal patrzy na mnie ze zdumieniem. – No... więc mówiłeś, że twoja żona cię oszukała, jesteś po rozwodzie, uciekłeś czy jakoś tak. Że cię zdradzała z jakimiś przestępcami... Wybacz, ale tak to zawile opowiadałeś, płakałeś przy tym i w ogóle. Sama też trzeźwa nie byłam.

– Co mówiłem o Waldku?

– Że tak masz na imię. Mówiłeś, że tęsknisz za rodziną, opowiadałeś o ciotce, bracie, że zawiodłeś rodziców, nigdy nie spojrzysz im w twarz. Dużo mówiłeś o swoich uczuciach, ale gdy pytałam cię, dlaczego wobec tego do nich nie zadzwonisz, nie pojedziesz, to stwierdziłeś, że i tak nie zrozumiem – wzruszyła ramionami – W zasadzie nie wiem, dlaczego w ogóle zmieniłeś nazwisko. I jeszcze to udawanie Anglika po drodze. Nie obraź się, że nie jestem pewna czy w pijanym widzie nie wplątałeś jakiegoś scenariusza filmowego w swoje życie, bo naprawdę gadałeś od rzeczy.

– Tak... no trochę tak... – mówię, zastanawiając się, czy rzeczywiście nie pójść tą drogą. – To może nie nazywaj mnie Waldkiem?

– Ale jak to? Przecież obiecałeś mi, że zadzwonisz do matki, naprawisz to! Naprawdę chcesz tak żyć? Bez najbliższych? W kłamstwie? 

Jęknąłem, ale nie skomentowała, bo właśnie dzwoni jej telefon.

– Tak... Oczywiście... Teraz?... A nie, jestem, tylko tu na górze u... Leopolda – spogląda na mnie wymownie – Tak, zejdę. – naciska czerwoną słuchawkę i unosi brwi – Detektywka. 

– Kto?

– Pani Dworna Irena, przecież mówię. Chce ze mną porozmawiać. O tobie, jak sądzę. Nieoficjalnie.  

– Ja pierdolę... 

– No ja pierdolę. Co ja jej mam powiedzieć? Wczoraj mi mówiłeś to wszystko w wielkiej tajemnicy, ciągle powtarzałeś, że nikt nie może się dowiedzieć, bo chociaż nic złego nie zrobiłeś, to tak musi być, bo tak i już. 

– Monika, jeśli ty jej powiesz...

– Hej, stop! Za kogo ty mnie masz! Kto mi wczoraj mówił, że jestem jedyną godną zaufania osobą, jaką znasz, że tylko ja cię rozumiem? No kto? Chyba że to też był tylko pusty, pijacki bełkot i...

– Nie! Oczywiście, że nie. To znaczy tak, jesteś godna zaufania. Inaczej przecież nie otworzyłbym się przed tobą – kłamię jak najęty, ale nie mam wyjścia. Obawiam się, że jak Monika się zestarzeje, to niewiele się będzie różnić od plotkary Kłopocińskiej. W co ja się wpieprzyłem! – Dobra, Monia. Zróbmy tak. Rozmawiaj z policją tak, jakby tej wczorajszej nocy nie było ok? Jakbyś nie wiedziała nic z tych rzeczy, o których ci mówiłem.

– A jak zapytają, to kłamać mam?

– Nie, tylko nie bierz pod uwagę, no kurcze, uznajmy, że wczoraj opowiadałem ci rzeczywiście scenariusz filmu. O jakimś gościu, który zmieniał tożsamość, bo chciał się odciąć od rodziny czy jakiś tam innych osób. Rozumiesz? Jestem Leopold Fikcyjny, twój sąsiad, kolega, mam psy, musiałem wyjechać, bo powiązano mnie ze sprawą martwej Ukrainki, dostałem trochę po łbie, wróciłem i tyle. Nic więcej nie wiesz.

– Sąsiad, kolega. – podsumowuje, dziwnie na mnie patrząc, aż mnie naszła nagła chęć ucieczki. Co ja jeszcze narobiłem tamtej nocy? 

Coś zabrzęczało. Spuszcza wzrok na telefon.

– Już jest. 

– Monia, proszę... – moja prośba brzmi jak skamlenie psa. A jeszcze rano byłem po prostu Leosiem…

52. W winie zguba

 – Dobra. Jeszcze raz, bo nic z tego chaosu słów nie rozumiem. Twierdzisz, że ktoś cię zaatakował, tak? – niepokój, jaki towarzyszy temu pytaniu, daje przyjemne wrażenie, że Inka jednak odrobinę się o mnie troszczy. Chciałbym, by jej na mnie zależało, ale obawiam się, że to tylko troska zawodowa. 
– Nie do końca. Chcieli mnie zepchnąć z drogi, ale gdy zobaczyli gliny, znaczy policję drogową, odpuścili. Nie zdążyłem wyhamować, więc zostałem zatrzymany i...
– Chwila. Zostałeś zatrzymany przez drogówkę z powodu przekroczenia prędkości, gdy napastnicy cię gonili? – chyba uznała, że trochę to potrwa, bo siada
 wreszcie po przeciwnej stronie stołu w salonie Moniki. 
– No tak właśnie mówię. 
– Rozumiem, że ich też zatrzymano.
– No właśnie nie. Wyhamowali jakoś. Słuchaj, tam jest jakby pod górę. Ja wyskoczyłem, oni siedzieli mi już prawie w bagażniku, ale zauważyli widocznie, że coś jedzie i ostro dali po hamplach. W SUV-ie wyżej się siedzi, to pewnie lepiej widać drogę. No a ja pojechałem dalej. Uciekałem, więc wcale nie miałem zamiaru hamować, zwłaszcza że nie zorientowałem się tak od razu, że to policja. A potem, jak oni mnie spisywali, to tamci...
– Dlaczego im nie powiedziałeś? 
– A co by to dało?
– Jak to co? – wyraźnie się denerwuje – Człowieku, to się mówi natychmiast! Można było ich złapać, a tak... No nic. Widziałeś kierowcę? Pamiętasz rejestrację?
– Nie... 
– Marka, model, jakieś cechy charakterystyczne?
– Audi... czarne...
– Coś więcej? Nic?
– No... nic. – Czuję się jak dureń. Miałem milion szans, chociażby na zapamiętanie tablic, cholera, nawet mi to do głowy nie przyszło. 
– Nie przejmuj się. Byłeś zdenerwowany, to zrozumiałe – Inka spuszcza z tonu. Pewnie jest jej mnie żal. Tak. Jestem godny pożałowania. Niczego więcej. – Jest już późno, także nic nie zwojujemy. Wrota poszedł do domu, a ja mam jeszcze masę roboty. Załatwię, żeby patrol tu się pokręcił dzisiejszej nocy i żeby wypatrywali tej terenówki, chociaż teraz pełno takich. Nigdzie się nie ruszaj. Jutro rano widzę cię na komendzie. Wrota zmyje ci głowę, za to, że sobie poszedłeś. – Najwyraźniej zbiera się do wyjścia.
– Powiedz mi  co się dzieje? 
– Koło dziewiątej, ok? Możesz tu zostać na noc?
– U Moniki? Zapytam ją, jak wróci, ale...
– Byłoby lepiej, żebyś dziś jeszcze nie wracał do swojego mieszkania. Czynności są zakończone, ale tak będzie bezpieczniej. – Wstaje, unikając mojego wzroku.
– Inka. – Jestem szybszy, staję jej na drodze. – O co chodzi z zatrzymaniem Rafała Kockiego? Co z Markiem Odonskym, tym reporterem, z którym miałem się spotkać, gdy mnie porwano? Co z Grace? I gdzie jest teraz Rurzycki? Wiecznie słyszę tylko pytania, tymczasem dopiero wyleczyłem siniaki, a ktoś rozpieprzył mi mieszkanie, śledzą mnie, a ja nie wiem, co się do cholery dzieje. Ja muszę...
– Nie dziś, ok? Wszystko w swoim czasie. – Inka ucina, a drzwi otwierają się i do przedpokoju wpada Hrabek. – Nie wychodź już dziś, a jutro sam i prosto do nas, rozumiesz? – mówi śmiertelnie poważnie, patrząc mi prosto w oczy. – To nie jest zabawa. – Odwraca się ode mnie ku wyjściu. – Pani Moniko, prosiłabym, by pani przenocowała dziś pana Fikcyjnego, jeśli to możliwe.
– Co? Yyy... A tak, nie ma sprawy. Może spać na kanapie. A coś się stało nowego? – zaskoczona Monika zerka na mnie pytającym wzrokiem.
– Po prostu tak będzie prościej. Jego mieszkanie jeszcze nie nadaje się do... niczego, a już jest późno. – Inka krótko wyjaśnia, a ja się czuję jak przedszkolak, któremu panie organizują leżakowanie.
– Czy to ma związek z tymi ludźmi, którzy go śledzili? – pyta przytomnie Monika. Z rozpędu opowiedziałem jej o tym z grubsza. Inka odwraca się na moment i karci mnie wzrokiem.
– To jeszcze ustalimy. Spokojnej nocy.

    Dawno nie wlałem w siebie tyle wina. Właściwie to chyba nigdy... Czy ja w ogóle kiedykolwiek wcześniej piłem słodkie, czerwone wino? Idąc do łazienki, dochodzę do wniosku, że całkiem nieźle się czuję. Ani kaca, ani bólu głowy... Chociaż jestem niewyspany, a budzik Moniki zadzwonił o jakieś kompletnie nonsensownej godzinie, jestem w dobrej kondycji. 
– Szybciej tam, przecież się spieszę! – Monika wali w drzwi. Cholera, obsikałem deskę. 
– Już, zaraz! – mój głos jakoś nienaturalnie wybrzmiewa w tej łazience. Skąd tu takie echo? W takim ciasnym i zagraconym pomieszczeniu. Swoją drogą, po co jej te wszystkie rzeczy? Szykuje się na jakiś kosmetyczny armagedon i wykupiła zawartość okolicznych drogerii? Wycieram pośpieszne sedes i spuszczam wodę. 
– Ej, bo jeszcze muszę wyjść z psem przed pracą!
– Co? To może ja pójdę?
– Ty? Ty masz jechać na komendę.
– Ale to dopiero za półtorej godziny...
– Chcesz tak jechać? Chyba musisz się ogarnąć, prysznic wziąć. A, nie nie! Ja pierwsza. – Wypycha mnie z łazienki i omal nie przytrzaskuje ręki. 
– To pięć minut przecież... – mówię zrezygnowany raczej do siebie. Ten szum z toalety nie ustaje. To niemożliwe... O cholera... uświadamiam sobie, że w mojej głowie narasta tornado, które jakimś cudem pojawiło się w samym środku, gdzieś za oczodołami i szaleje promieniście, bombardując szpilami bólu wszystkie napotkane na swej drodze komórki. Szum nasila się nieznośnie.
Monika wyciągnęła wczoraj z lodówki butelkę przeraźliwie słodkiego wina, które szybko się skończyło i zostało zastąpione drugim, takim samym, a potem chyba kolejnym, chociaż nie jestem pewien. Wchodziło idealnie i rozwiązywało język koncertowo. Cóż, nie mogę tak do końca zrzucać winy na wino... Potrzebowałem z kimś pogadać, otworzyć się, wyżalić, a przede wszystkim wyrzucić to z siebie. Zdaje się, uświadomiłem sobie, że jestem żałośnie samotny, zagubiony i nieszczęśliwy. Opowiedziałem jej o... wszystkim?... Cholera, zaraz mi eksploduje mózg, a muszę go wysilić, skoncentrować się... Na pewno powiedziałem o tym, co zdarzyło się w Birmingham, o mojej przeszłości z Grace, tym jak mnie załatwiła i jak sama skończyła. Wygadałem się, że nazywam się Andy Horn, ale... chyba nawijałem o zmyślaniu historii z dzieciństwa... Monika mówiła, że nie uwierzyłaby mi, iż jestem Anglikiem, bo zachowuję się za bardzo "po polsku" jak na Anglika. O ja pier... 
– Leoś! Przynieś mi telefon! Zostawiłam obok kawy! Muszę zamówić taryfę! – Marta drze się zza zamkniętych drzwi.
– Już! – lecę do kuchni, a właściwie przetaczam się z trudem. Na widok pełnego dzbanka kawy, zaczynam nagle czuć jej boski aromat. Nie jest już gorąca. Mam ochotę pić prosto z dzbanka, ale zmuszam się, by nalać sobie do kubka, jak cywilizowany człowiek. 
– Jest?!
– Już, no. – Przełykam pospiesznie i dostaję czkawki. Robi mi się niedobrze.
Chwileczkę. Monika nadal nazywa mnie Leosiem, więc jak ja to... A no tak, skoro nie uwierzyła w moją brytyjską tożsamość, to pewnie uznała, że była tymczasowa, a ja byłem i jestem po prostu Fikcyjnym. A może jakiś instynkt samozachowawczy mnie uratował i zmodyfikowałem dla niej moją historię? Muszę sobie przypomnieć.
– To idziesz z tym psem, czy nie? – owinięta ręcznikiem wystawia głowę z zaparowanej łazienki. Bez makijażu wygląda, jakby była dziesięć lat młodsza. 
– Powiedziałaś...
– Cholera. Dawaj ten telefon. Wyglądasz koszmarnie, świeże powietrze dobrze ci zrobi. Idź już. – macha ręką jakby odganiała muchę i znika za drzwiami. Wzdycham, co jest błędem, bo mój alkoholowy oddech nadal jest ze mną. Wolałbym już umyć zęby. Rozważam krótko szybką wizytę we własnej łazience, ale Hrabek najwyraźniej podsłuchał rozkaz swej pani i kręci kółka wokół moich nóg. Schylam się więc, by założyć mu szelki. Szum w głowie przechodzi w rytmiczne łupanie, zlewając się z denerwującym stukotem psich pazurów o panele. 

    Jazda windą nie była dobrym pomysłem. Mam wrażenie, że żołądek odczepił się ze swojego miejsca i jeździ mi w trzewiach od przełyku po jelita i z powrotem. Zamykam oczy, ale jest tylko gorzej. Nigdy więcej nie tknę alkoholu. A wina to już na bank. Mogę złożyć uroczystą przysięgę.
    Hrabek uczepił się latarni i odczytuje nosem wiadomości pozostawione przez inne psy. Rozglądam się dyskretnie. Żadnej czarnej terenówki nie widzę. Jedynie szary Jeep sąsiadów. Parking wzdłuż ulicy już częściowo opustoszał. W klatce naprzeciwko sprzątaczka szoruje drzwi, które ktoś upstrzył sprayem. Czuję się jakoś nieswojo, jakby ktoś mnie obserwował... Zerkam do góry, ale Kłopocińskiej w oknie nie ma. Rozglądam się. Kilkanaście metrów za mną stoi oparty o samochód sąsiad kibic, którego kiedyś spotkałem w windzie. Gapi się w telefon. Swoją drogą dawno go nie widziałem. Dalej jakaś babka pędzi dzieciaka, zapewne do przedszkola. Sadzi wielkie kroki we wściekle różowych tenisówkach, a mały bez marudzenia, ale z miną nietęgą, przebiera nóżkami, próbując za nią nadążyć. Na niebezpiecznego przestępcę nie wygląda. Chyba dostaję paranoi. Ciągnę psa w kierunku trawników, gdy akurat postanowił zadrzeć nogę do góry przy latarni. 
– Sorry, Hrabek. – mówię, bo spojrzał na mnie z wyrzutem, balansując na trzech łapach. 


– Mam nadzieję, że nie przyjechałeś własnym samochodem? – pyta Inka, przyglądając mi się z uwagą. Najwyraźniej ma dziś lepszy humor, bo uśmiecha się do mnie i nie używa oficjalnej formy, choć jesteśmy na posterunku. Zauważam, że nie nosi już munduru. – Mamy ogólnodostępny alkomat, jakbyś chciał sprawdzić. Komisarz, na twoje szczęście, jest  w terenie.  
– Nic mi nie jest, ale dzięki. Chciałbym dziś wrócić do swojego mieszkania. – zmieniam temat. Widziałem u Moniki na fantazyjnym stojaku zapas kilku butelek z tym okropnym winem. Wolałbym nie ryzykować drugiego wieczoru. 
– Nie ma przeciwwskazań. Niestety nie mogę zapewnić ci żadnej ochrony, więc miej oczy dokoła głowy. – ostrzega, a ja dochodzę do wniosku, że angielska postawna emerytka w charakterze bodyguarda, jaką miałem w Birmingham, to tutaj nieosiągalny luksus – Przypomniałeś sobie może jakieś szczegóły z wczorajszego zajścia?
– Nie bardzo... – pocieram skronie palcami. Ibuprofen, który łyknąłem przed wyjściem, powinien już działać. Może był przeterminowany?
– Przyjrzyj się tym zdjęciom. – Inka chwilę mnie obserwuje, po czym wzdycha, grzebie w jakiejś teczce i wreszcie podsuwa mi lepszej i gorszej jakości wydruki. Przyglądam się wizerunkom ludzi, ziarnistym ujęciom z kamer przemysłowych, zdjęciom samochodów. Kręcę głową. – Spokojnie, masz czas. Zastanów się. 
Dostrzegam bardzo podobnego SUV-a. Zgadza się marka, kolor, model chyba też. Gapię się na niewyraźną, ale odczytywalną tablicę rejestracyjną... Jak mogła wyglądać w lusterku... Cholera, to może być to samo auto! 
– Tak? – Dworna widzi moje poruszenie.
– Nie pamiętam całego numeru, ale na dziewięćdziesiąt procent to jest ten samochód! Zwróciłem uwagę, że nie jest stąd. Tak! Tamten był z podkarpackiego! RSA. Tak, jak tu. Potem jak ruszył za mną z kopyta i już byłem pewien, że mnie goni, jakoś wyleciało mi to z głowy. Kto to jest? Czego ode mnie może chcieć?
– Nie wiem, czego od ciebie chcą, ale raczej nie są to ludzie, z którymi warto zadzierać – odpowiada powoli wymijająco, wyraźnie się zastanawiając. Mam ochotę wyciągnąć ją zza tego biurka i dosłownie przyprzeć do muru, by mi wreszcie coś powiedziała. Szkoda, że wczoraj wieczorem nie miałem szansy przestudiować tego, co sfotografowałem telefonem w gabinecie Wroty. Może łatwiej byłoby mi cokolwiek z tego wszystkiego poskładać, a tak czuję się, jak dziecko we mgle.
– Skoro...
– Posłuchaj. – Przerywa mi twardo, poważniejąc jeszcze bardziej. – Albo doskonale wiesz, o co chodzi i świetnie grasz albo wdepnąłeś w niezłe gówno, o którym nawet nie masz pojęcia. Czy wcześniej widziałeś ten samochód? – dźga palcem zdjęcie.
– Nie, nie wiem, może. Takich jest pełno. Nie zwróciłem uwagi – rozkładam ręce. 
– A rozpoznajesz tego człowieka? – wysuwa spod spodu kiepskie jakości wydruk.
– Hm... to może być każdy. Nie widać nawet twarzy.
– Po sylwetce, ubraniu, nie przypomina ci kogoś? A ten? – stuka w klawiaturę, po czym odwraca w moją stronę monitor z portretem pamięciowym... Rafała...
– To, to mój przyjaciel z Poole... – opada mi kopara. Grafika jest tak dobra, że nie mam najmniejszych wątpliwości, kogo widzę.
– Na twoim miejscu nie nazywałabym go przyjacielem – kręci głową Inka. – Według informacji jakie zgromadzili brytyjscy śledczy rozpracowujący grupę przestępczą zajmującą się handlem żywym towarem i przemytem narkotyków, którą zawiaduje niejaki Ingo Fodor pseudonim Bobby, Rafał Kocki był jednym z kontaktów na Europę Śrdokowo–Wschodnią. Współpracował prawdopodobnie z Owenem Kasarleyem oraz, z większą pewnością, Grace Latison co najmniej od czterech lat. 
– Ale jak? – podejmuję słabym głosem, po dłuższej chwili ciszy, której potrzebowałem, by zrozumieć, co ona do mnie mówi. – To niemożliwe. Gdy zamieszkałem w Poole, Rafał już tam przecież był od lat. Pracuje w porcie. Ma żonę, dzieci... Poznaliśmy się przypadkiem, no i przecież to byłby jakiś kosmiczny zbieg okoliczności, że w Poole...
– Niestety nie. – Inka wchodzi mi w słowo. – Kocki pojawił się w Poole po tobie. Prawdopodobnie miał cię obserwować, zbliżyć się. Chlałeś, byłeś niestabilny. W każdej chwili mogłeś zacząć gadać byle komu o swojej eks, może drążyć, szukać informacji. Oczywiście od razu mogli cię zepchnąć nocą do kanału La Manche, lecz ciała czasem wypływają i robi się smród. Kocki wcześniej był widziany w Birmingham, ale wtedy nie było wiadomo, że jest jakkolwiek związany ze sprawą. 
– No a Mark? Mark Odonsky? Rozumiem, że i on jest tym złym. To Rafał mnie z nim skontaktował. Tylko że Mark zbierał materiały przeciwko mafii... Nic z tego nie rozumiem, to się nie trzyma kupy! W dodatku Odonsky nie żyje. 
– Twierdzisz, że Mark Odonsky nie żyje? – spojrzenie Inki przeszywa mnie na wylot. 
– Co? No, podobno... – cholera jasna, przecież tę informację podejrzałem w komputerze komisarza. Pewnie nie mam prawa tego wiedzieć. Kurwa mać. Dworna wreszcie zaczęła mi coś mówić, może nawet zaufała mi, że nie mam z tym nic wspólnego, a ja się  zaraz tak wkopię, że zostanę głównym podejrzanym. Albo już się wkopałem. Czuję jak krew odpływa mi z twarzy. Co jak mam teraz powiedzieć? Co?
– Skąd wiesz, że Mark Odonsky nie żyje? – pytanie przeszywa ciszę i pozostawia ciszę. Dworna nie spuszcza ze mnie wzroku. Gotowa rzucić się na mnie, założyć kajdanki i zawlec do celi. Co robić?!
– Znalazłem te informacje w komputerze komisarza Wroty. – Wyrzucam szybko prawdę, nim zrozumiem, że to samobójstwo i się rozmyślę. Na twarzy Inki odmalowuje się zdumienie. Tego się nie podziewała.
– To nie jest miejsce na żarty – poważnieje. 
– Naprawdę. Komisarz wyszedł z innym policjantem, a ja zostałem na korytarzu. Nie zamknął drzwi na zamek, więc wszedłem. Nadal był zalogowany, więc... Ja chciałem się tylko czegoś dowiedzieć. Nikt nic mi nie mówi. Ktoś próbował mnie ukatrupić, ktoś rozpieprzył mi mieszkanie. Nie skorzystałabyś z okazji zajrzenia do akt? 
– No i co ja mam teraz z tobą zrobić? Wiesz, że to przestępstwo? 
– Nic nie zabrałem, nie ruszyłem nic!
– A jednak. 
– Zamkniesz mnie teraz? – jęczę.
– A mam za co? – przygląda mi się i zastanawia. – Jeśli będzie zachodziło podejrzenie, że możesz mataczyć, zostaniesz zatrzymany. Powiedzmy, że jeszcze nie zachodzi. Natomiast myślę, że zważywszy na wydarzenia, o których wspomniałeś, w twoim interesie jest powiedzieć mi wszystko, co wiesz na temat Marka Odonskiego i Rafała Kockiego.
– Ale Rafał...
– Wszystko. Co robił, kiedy, z kim się spotkał tu czy tam, kogo zapamiętałeś, czego byłeś świadkiem, co widziałeś. Wszystko. Tak, wiem, to nie jest łatwe – podnosi rękę na znak, że nie skończyła i mam grzecznie słuchać. – Zacznijmy więc od początku. Od dnia, gdy poznałeś Grace Latison. 

51. Podwójna ucieczka

– O! – wyrywa mi się ze zdziwienia i radości. Teraz wiem, jak czuje się pies, gdy właściciel wraca do domu. Gdybym miał ogon, merdałbym nim zapamiętale. Na szczęście opanowuję chęć radosnych podskoków, odchrząkuję i witam się, jak na obywatela przystało. 

– Możemy porozmawiać? W środku? – pyta Dworna, która najwyraźniej przyszła właśnie do mnie. 

– Naturalnie, tylko uprzedzam, mam bałagan. – Popycham przed nią drzwi, by stanęły otworem. – Proszę.

– Wow, przebiłeś nawet moją kuzynkę, która nigdy nie skalała się sprzątaniem swojego pokoju, gdy była dzieckiem.

– Szukałem wykałaczki – plotę byle co, wciągając z rozkoszą ledwie wyczuwalny, ale na mnie zawsze działający, zapach Inki.

– Kiedy to się stało? Nie wyglądasz na zmartwionego – wskazuje ręką wnętrze mojego mieszkania i odwraca się do mnie, unosząc brwi. 

– Wychodzi na to, że gdy wypoczywałem na all inclusive w Birmingham. Ale mogę ci podać rysopis sprawców.

– Od Anieli Kłopocińskiej? – zadaje retoryczne pytanie i nieznacznie się uśmiecha. – Zgłosiłeś to?

– Właśnie miałem zamiar. 

– Zadzwonię po techników. Mam nadzieję, że nic nie ruszałeś.

– Tylko krzesło. Chyba... – Wskazuję na mebel, na którym niedawno siedziała przyparta do muru sąsiadka. Inka stąpa ostrożnie i się rozgląda. 

– Rozpoznajesz ich po jej opisie?

– Niestety nie. A... jesteś tu służbowo czy prywatnie – pytam, próbując ukryć nadzieję w głosie, ale chyba nie do końca mi się to udaje. Jest ubrana zwyczajnie, po cywilnemu.

– Dotarły do mnie słuchy, że wróciłeś. Przyszłam porozmawiać o sprawie. Widzę jednak, że trochę się nam to wszystko komplikuje. Nie ma śladów włamania... – podchodzi do drzwi i ogląda je z zainteresowaniem. 

– Mieli klucze. Nawet byli tak mili i je zostawili. Zobacz. – sięgam w kierunku stolika.

– Zostaw! Niczego nie ruszaj. Może jednak to ktoś znajomy?

– Bynajmniej. Musieli ukraść klucze z hotelu. 

– Dlaczego tego nie zgłosiłeś? – zerka na mnie podejrzliwie.

– Wtedy nie wiedziałem – wzruszam ramionami. – Ktoś był w moim pokoju, zostawił uchylone drzwi, ale nic nie zgięło, nic nie było nawet przestawione, więc...

– W naszym hotelu? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?

– Nie byłem pewien czy...

– Przyślij mi chłopaków na Wrzosową do włamania. Najlepiej, żeby Witek przyjechał. – Inka już mnie nie słucha, dzwoni. – Tak, tak, byłoby super. Jeszcze oficjalnie nie zgłoszone, ale akurat jestem na miejscu. Trzynaście przez dwadzieścia pięć. No tak, u niego. Ja przyjmę, nie ma problemu. – Rozłącza się i spogląda na mnie z naganą w oczach, ale nic nie mówi. 

– Próbowałem się z tobą skontaktować, ale...

– Mam nowy numer. Przenieśli mnie. 

– A... a dokąd? – mój głos brzmi piskliwie. Cholera, muszę wziąć się w garść. Ciągle wychodzę na kretyna.

– Do pionu operacyjnego. Cieszę się, że wróciłeś do zdrowia. Dziwię się za to, że wróciłeś tutaj. 

– Dlaczego? Tu jest mój dom. 

– Tak... mój dom, moja ulica, mój kraj... Jesteś Anglikiem, tam zapewne bardziej czujesz się, jak w domu – nie podoba mi się jej ton, badawcze, zimne spojrzenie. 

– No, ale tu się przeniosłem... No i mam tu zobowiązania.

– Tak?

– Psy. Nie mogą wiecznie mieszkać w hotelu. No i pracę.

– Za chwilę przyjadą technicy. Spiszemy protokół, bo właśnie mi zgłaszasz włamanie. I wracamy do oficjalnej formy, rozumie pan, panie... Horn – Fikcyjny?

– Oczywiście – wyduszam z siebie. 

    Gdy w mieszkaniu zaroiło się od policji, pojechałem z Dworną na komendę. To nie była sympatyczna rozmowa. Nie wiem, co ugryzło Inkę. Może awans ją zmienił? Przesłuchiwała mnie jak przestępcę, a potem pałeczkę przejął Wrota. Niby chodziło o przyjęcie zgłoszenia o włamaniu, ale pytaniom nie było końca. Jakbym znowu był w samym środku sprawy związanej z Grace, z tym że komisarza coraz bardziej interesowało wszystko, co mogę wiedzieć o Rafale i Marku. Skubaniec doskonale wie, że nie wszystko mu mówię. Nie przyznam się przecież do tego, że pomogłem Markowi dobrać się do akt i policyjnych materiałów. Zatoczyliśmy krąg ze dwa razy, po czym znowu komisarz wrócił do rozmowy o włamaniu. Zaczynam się czuć tak, jakbym sam był jakimś oprychem, który rozpieprzył własne mieszkanie. Jeśli Inka od niego uczy się, jak rozmawiać z obywatelami, to... 

– Panie Horn? – Wrota wyrywa mnie z zamyślenia. Patrzy przenikliwie, jakby właśnie mnie na czymś przyłapał. – Pytałem o okoliczności utraty kluczy.

– Mówiłem już, że musieli ukraść mi je w Birmingham.

– Czy wówczas zauważył pan nich brak?

– No... nie, właściwie wtedy to nie. Mówiłem, że...

– Więc skąd pewność, że to było akurat w tamtym hotelu?

– Tak myślę...

– Myśli pan, czy jest pewien?

– W sumie... A właściwie co to za różnica? Czy w tym hotelu, czy w innym, czy może, nie wiem, w taksówce? To są moje klucze. Charakterystyczny komplet, który znalazł się w mieszkaniu przede mną, w dodatku wtedy, gdy jeszcze siedziałem z fioletową gębą zamknięty na Wyspach. – Zaczyna mnie denerwować to podejrzliwe, natarczywe spojrzenie komisarza. – Nie wiecie ani kto mnie tak tam urządził, ani kto tu wywrócił moje mieszkanie do góry nogami, a interesuje was, w którym dokładnie momencie buchnęli mi klucze? To jakiś absurd!

– Wszystko jest ważne. – spokojnie mówi po dłuższej chwili milczenia. Chyba przyzwyczajony jest do niecierpliwych frustratów. 

    Nie dane nam dłużej rozmawiać, bo do gabinetu wchodzi inny policjant, szepcze  komisarzowi do ucha coś, co sprawia, że ten pochyla się nad ekranem komputera, po czym wybiega z pokoju. Funkcjonariusz wyprasza mnie więc na korytarz i gna za tamtym. Stoję jak ta pierdoła pod ścianą. Kiedyś tu było krzesło. Teraz można tylko stać lub iść, ale nie wiem, czy mam tu czekać, czy co... Wokół mnie pusto i cicho. Chwileczkę... Rozglądam się jeszcze raz i podchodzę do drzwi. Wrota nie zamknął ich na klucz! Nie do wiary! Cholera, a jak zaraz wróci? Waham się sekundę i wchodzę. No i co ja tu znajdę w tym bałaganie? Może się nie wylogował. Nawet nie sięgnął do klawiatury przed wyjściem. Ruszam nerwowo myszą. Ekran rozświetla się. Cholera, że też nie mam przy sobie pendrive'a z trojanem albo chociaż i bez żeby skopiować co nieco. Gorączkowo przeglądam to, co Wrota aktualnie ma pootwierane. Mój profil. Dane... O. Sporo tego. Analizują mnie całkiem dokładnie. Daty, miejsca, Grace... Andy Horn ze znakiem zapytania. Boldem. Odnośnik do uwag. Tylko gdzie te uwagi? Cholera. Nie dam rady tego tutaj ogarnąć. A to co? Rozwijam wiadomość, którą Wrota dostał prawdopodobnie tuż przed wyjściem. Mark Odonsky, dziennikarz. Powiązany ze sprawą Ingo Bobby Fodora. W nawiasie Owen Kasarley, Grace Latison, Rafał Kocki i... Andy Horn. Znaleziony martwy w... Oblewa mnie zimny pot. Trzęsą mi się ręce, ale robię zdjęcia tego, co widzę na ekranie, przewijam strony otwartych dokumentów, notatek, uruchamiam inne z folderu, pstrykam bez czytania. Może jest też coś w tych teczkach? Cholera, wszystko spada. Zbieram kartki naprędce sprawdzając, czy to coś związanego z tą sprawą i ze mną. Jakiś trzask. Wybiegam w panice na korytarz.

    Przez nikogo niezatrzymany wyszedłem z komendy, powstrzymując się z całych sił od biegu. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem przed siebie. Nie wiem, gdzie jechać, co robić, z kim mogę o tym pogadać. Jeżdżę bez sensu po mieście. Czy mogę już wrócić do mieszkania, czy powinienem tam wracać? Dlaczego wsadzili mnie w jeden nawias razem z Kasarleyem? I ten pogrubiony znak zapytania... Trzeba było grzebać dalej, nie dać się spłoszyć jak jakaś dziewica. Walę ręką w kierownicę z bezsilności, chociaż mam ochotę rąbnąć w nią łbem. Hamuję przed czerwonym światem i prawie spełnia się moje życzenie. Chwila. Znaleziony martwy? Mark? Próbuję sobie przypomnieć to zdanie. Czy wynikało  niego, że to Mark Odonsky nie żyje? Muszę dorwać Dworną. Nawet jeśli nie darzy mnie już choćby cieniem sympatii, prędzej chce wsadzić za kratki, to muszę z nią porozmawiać. Powinienem wrócić na komendę. W sumie to idiotyczne, że stamtąd zwiałem. Trzeba było sterczeć na tym korytarzu albo wrócić do gabinetu i dalej myszkować. Właściwie nie podpisałem nawet swoich zeznań. 


Pościg ogon śledzenie

    

    Albo w tym mieście jeżdżą same czarne SUV-y, albo jeden się do mnie przykleił. Mam zamiar skręcić w lewo, ten za mną też miga lewym kierunkowskazem. Tymczasem korzystam z zielonej strzałki i zmieniam zdanie. Skręcam w przeciwną stronę. On również. To nie może być zbieg okoliczności. Robi mi się gorąco. Automatycznie dociskam gaz. Terenówka zostaje w tyle. Ktoś jej się wepchnął przed maskę, więc korzystam z okazji i przyspieszam jeszcze bardziej. Teraz wykorzystam światła i luźniejszą trasę. Ha! Niezły jestem. Po SUV-ie ani śladu. Wszystko fajnie, tylko wyjechałem na zadupie. Przede mną droga przez lasy i wsie albo zjazd na autostradę. Bez sensu. Nie wybieram się nad morze. Pojadę prosto, objadę najwyżej kilka wsi i wrócę do miasta od zachodniej strony. By nie tracić czasu, stukam w telefon, by zadzwonić na policję. Może uda mi się złapać Dworną. Jasne. Ekran rozświetlił się i wyłączył. Gdzieś tu miałem kabel do ładowania... Sięgam do schowka na rękawiczki, gdy kątem oka widzę, jak coś wybiega mi przed samochód. Cholera jasna. Ała! Hamuję na szlag, kot ucieka, a klapa schowka przytrzaskuje mi rękę. Chrzanić kabel. Zerkam w tylne lusterko. Gdyby ktoś za mną jechał, pewnie siedziałby mi już w tyłku. Nie do wiary! To ten sam SUV. Albo podobny. Jest daleko, ale szybko się zbliża. Zapieprza ze dwa razy szybciej niż pozwalają przepisy. Duszę pedał gazu. Silnik wyje z bezsilności. Trzeba było myśleć o koniach mechanicznych, gdy się kupowało auto. Cóż, te, które mam muszą wystarczyć. Mobilizuję samochód i po chwili gnam przez wieś stówą. Mijam ostatnie domy terenu zabudowanego, rozpędzam się na maksa i śmigam między polami. Terenówka prawie siedzi mi na tyłku. Zerkam nerwowo w lusterko, ale nie jestem w stanie rozpoznać kierowcy. Dojeżdża pod zderzak, zjeżdża na lewo, trzymając tempo. Cholera, zaraz zacznie mnie spychać! Depczę gaz, ale już szybciej nie dam rady. W dodatku teren się wznosi. Co jest? Odpuścił? Hamuje. Czy... Przed nami, na sąsiednim pasie majaczy samochód. No tak, lepiej mnie zabić bez świadków. Zwłaszcza takich. Chyba nigdy dotąd nie ucieszył mnie tak widok radiowozu. Prześladowca maleje we wstecznym lusterku, więc i ja zwalniam. Radiowóz mruga światłami, a policjant wychodzi na drogę z lizakiem. Już się mieszczę w przepisowej prędkości, ale ciut za późno. 

– Dzień dobry, sierżant Eryk Mewa. A dokąd się tak panu spieszy? – policjant drogówki patrzy na mnie z góry, gdy otwieram okno, a jego kolega parkuje radiowóz za mną. SUV mija nas niespiesznie. – Dokumenty poproszę. Powodem zatrzymania, proszę pana, jest nadmierna prędkość. Czy wie pan, z jaką maksymalną prędkością można poruszać się na tej drodze? 

– Dziewięćdziesiąt?

– Bardzo dobrze. A pan ile jechał?

– No... trochę szybciej, nie wiem, naprawdę. – Mam ochotę wyskoczyć z auta i wyściskać ich za uratowanie mi skóry. Zamiast tego udaję skruszonego. Czarny wóz zniknął za zakrętem. Nie ma sensu mówić im, że to przed nim tak wiałem. Wyszedłbym tylko na kretyna, który zmyśla bzdury, by wykręcić się od odpowiedzialności. Poza tym nie wyglądają na takich, którzy mieliby ochotę na pościg.

– No to proszę tu zobaczyć. – Bierze od kolegi urządzenie i pokazuje mi palcem pomiar. 

– Sto trzydzieści osiem – odczytuję.

– No... a było więcej. Gdyby nie zaczął pan hamować przed zmierzeniem, obawiam się, że byłoby po prawie jazdy. No i po co się tak spieszyć? Do żony? Dziewczyny? 

– Tak, tak, do dziewczyny jechałem. 

– A mógł pan nie dojechać. Są już punkciki?

– Nie, chyba nie...

– Chyba? Dobrze, sprawdzimy. Przyjmuje pan mandat, czy...

– Przyjmuję. Oczywiście.

– I słusznie. To będzie niestety czterysta złotych i osiem punktów. – Mówi ze współczuciem w głosie – Proszę chwilę zaczekać. Nie, nie trzeba wysiadać. Chce pan kredytowy czy płacimy na miejscu?

– A mogę kartą?

– Oczywiście. U nas jak w Biedronce, proszę pana. Pin i zielony.

– To poproszę – jęczę. Chyba za bardzo wczuwam się w rolę. 

– Pan się nie martwi. Kocha, to poczeka. Lepiej późno niż nogami do przodu. 

    Zamiast po zapłaceniu mandatu kontynuować jazdę "do dziewczyny", zawracam i jadę przez dłuższą chwilę za radiowozem, zerkając za siebie. Jeśli ciekawość ich zmusi do ponownego zatrzymania, powiem, że zabrali mi ostatnie cztery stówy i nie mam po co pokazywać się u kobiety taki goły. Widzę, jak kierowca zerka na mnie w lusterko. Najważniejsze, że tamten samochód się gdzieś stracił. Przynajmniej na razie. Co teraz? Najsensowniej byłoby wrócić na komendę i powiedzieć o SUV-ie komisarzowi. Zgłosić to od razu. Zmierzam jednak do domu. Muszę się zastanowić, zebrać to wszystko do kupy, a przede wszystkim naładować telefon, by przeczytać informacje ze zdjęć zrobionych w gabinecie Wroty, zanim znowu będę gadał z glinami. 

    Niepewien czy mogę wejść do własnego mieszkania, poszedłem do Moniki. Oczywiście zarzuciła mnie pytaniami, ale na szczęście udostępniła odrobinę prądu dla mojego telefonu. Ten, ledwie się uruchomił, rozbrzmiał sygnałami nieodebranych połączeń i wiadomości tekstowych. Jedna powtarza się kilka razy.

Proszę o pilny kontakt, I. Dworna.

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...