60. Pieniądze albo życie

     Natarczywy dzwonek telefonu wygania mnie spod prysznica. Wyskakuję na mokrą podłogę i z trudem łapię równowagę. Kiedyś naprawdę się tu zabiję. Biorę telefon mokrą ręką. Wyślizguje się, ale łapię go w locie. 
– Cześć kochanie, kopę lat! – to… Blanka. Nie wierzę. Mam halucynacje ze zmęczenia? Odsuwam telefon od ucha. Numer Kolanko.
– Halo?!
– Głuptasie, nie poznajesz? – perlisty śmiech drąży dziurę w moim umęczonym umyśle. – Trochę zleciało, ale jestem pewna, że mnie doskonale pamiętasz, kochanie.

Zasycha mi w gardle. Nie wiem co powiedzieć. Czego chce? Jak mnie znalazła? Rafał! Jasne! Musiał być z nimi w kontakcie. Pracuje dla nich cały czas. Kolanko też? Zaraz oszaleję.

– Hej, jesteś tam? Wiem, że zbierasz szczękę z podłogi, ale skup się lepiej.
– Jestem. Czego chcesz? – wyduszam ze siebie.
– A jak myślisz, durniu? Cała kasa z odsetkami dziś ma zmienić właściciela. I nie próbuj kontaktować się z tą swoją wywłokowatą policjanteczką. Widzimy cię.
– Blanka, spotkajmy się, porozmawiajmy, dobrze?
– Kobieta i psy zostaną zadźgane, a na narzędziu zbrodni policja odkryje twoje odciski palców. Pożyczyłam sobie twój nóż z kuchni. Oczywiście nie masz nic przeciwko temu, prawda? – chichocze – Swoją drogą całkiem niezłe miejsce na zbrodnię znalazłeś ostatnio. Ale to czy się stanie, zależy od ciebie. Teraz…
– Nie, Blanka…
– Zamknij się kurwa i słuchaj! Twój żałosny komputer jest na regale z książkami. Przygotujesz teraz konta, na których trzymasz kasę tak, by ją wysłać tam, gdzie ci wskażę.
– To nie jest…
– Wiem, że ogarniasz Tora. Wyobraź sobie, że mam swoich speców, lepszych od ciebie. Zalogujesz się bezpiecznie tak, jakbyś chciał skontaktować się z Markiem. Dalej będą instrukcje.
– Kurwa! Blanka!
– Czas start, chcę widzieć, że działasz. Inaczej będziesz miał krew na rękach.
– Czekaj! – drę się, ale połączenie zostało przerwane.



    Szumi mi w uszach. Sens słów Blanki dociera do mnie jak przypływ. Regał? Jest mój laptop! Wewnętrzny opór powstrzymuje mnie, by po niego sięgnąć. Nie mogę przecież tego zrobić. Nie mogę tak ot oddać jej całej kasy. Co, jeśli posłucham, a ona i tak kropnie tę kobietę? Na pewno to zrobi. To koniec. Ja pierdolę! Co robić?! Jak przez watę dociera do mnie dźwięk telefonu. 
– Przyjadę do ciebie po trzynastej, ok? – głos Inki brzmi, jakby był z innego świata – Najlepiej nigdzie nie chodź, jeśli nie musisz.
– Jasne – odpowiadam odruchowo i zaciskam oczy, jakby to miało pomóc mi w podjęciu decyzji. Otwieram usta i orientuję się, że rozmowa została przerwana. Cholera! Telefon znowu ożywa.
– Nie odbieraj od glin. Z nikim się nie kontaktuj. To ostatnie ostrzeżenie – piskliwy głos mnie zaskakuje. Skąd ta suka wie? Rozglądam się jakbym miał psychozę. A może mam? Sprawdzam spis połączeń. Ostatnia Inka… Jak? Albo to jakiś cholernie wysublimowany koszmar, albo jestem w potrzasku. Co robić?
Rozglądam się po pokoju. Czy Blanka w obecności Kolanko zainstalowałaby kamerę? Blanka? Przecież ona potrafi instalować co najwyżej sztuczne rzęsy. Okno. Podchodzę do szyby. Po drugiej stronie ulicy stoi szeroki blok, właściwie to ciąg bloków po kilkanaście pięter. Dziesiątki okien. Za jednym z nich może siedzieć obserwator z lornetką. Żebym chociaż miał zasłony… 

    Wracam do regału i ściągam z góry laptopa. Po jaką cholerę go tu położyła? Od razu rzuca się w oczy mały, połyskujący pendrive. Wyrywam go i rzucam na podłogę z obrzydzeniem. Próbuje pokonać mnie swoją własną bronią. Odnalezienie tego, co mi zostawiła i wyczyszczenie dysku zajmie trochę czasu. Uruchamiam kompa w trybie awaryjnym, żeby zidentyfikować, co przybyło. Co jest? Mam ograniczony dostęp do rejestru? Co się dzieje? Czuję jak swędzące kropelki potu rosną na moim czole. System uruchamia się bez mojego udziału! Przecież nie… Dlaczego antywirus się nie zabrał od razu do roboty? Nie wiem co za gówno Blanka podpięła, ale najwyraźniej ten, kto to opracował, był przygotowany na moją prewencję. Tylko co z tego? Nawet jeśli wyrzucę tego cholernego laptopa przez okno, niczego to nie zmieni. Nie, nie mam zamiaru oddawać im całej kasy. Zamykam oczy i przez chwilę skupiam się na oddychaniu. Wypuszczam głośno powietrze i zaczynam robić dokładnie to, czego oczekują. Chcą kasy? To ją dostaną. Tyle ile uznam za stosowne. Przecież nie wiedzą ile mam. Uśpię czujność Blanki. Uwierzy, że się poddaję. Zerkam na zegar. Jest jeszcze trochę czasu do przyjścia Inki.
Daję się prowadzić jak baran na rzeź,  wreszcie robię transfer i wstaję, odsuwając komputer tak, by patrzył kamerą w okno. Gapcie się sami na siebie. Powstrzymuję się, by nie pokazać środkowego palca. Idę do łazienki, włączam światło i tuż przy ścianie, by nie zostać zauważonym, przesuwam się w kierunku drzwi. 

    Nigdy nie podejrzewałem, że Aniela może być mi taka potrzebna. Pukam bezskutecznie. Dzwonię. Napięcie rozsadza mi czaszkę. Słyszę szuranie. To nie są kroki Kłopocińskiej...
– Taaak? – drzwi otwiera sąsiad.
– O! Dzień dobry. Zastałem żonę?
– Żonę? – pyta zdziwiony.
– Pana żonę. Panią Anielę?
– A! Ją – zaskoczył – Do Kryśki poszła.
– Cholera, a kiedy wróci? – pytam szybko, by wykorzystać przebłysk przytomności sąsiada. Zaczyna się śmiać. Klepie się ręką po udzie. Rzeczywiście niezły ubaw. – Panie Kłopociński? – ponaglam.
– Człowieku, skąd ja mam wiedzieć? Jak się dwie stare plotkary spotkają, to… ech, szkoda gadać. Coś ważnego pan chciał?
– Czy ja mógłbym zatelefonować? – może nawet tak będzie lepiej. Na pewno szybciej i dyskretniej. – Coś mi komórka szwankuje i…
– Oczywiście, sąsiedzie – już nie słucha, odwraca się tyłem i człapie do pokoju, a ja z nim. Starsi ludzie bywają okropnie nieuważni. Mógłbym walnąć go w łeb i splądrować… Zauważam lustro, a w nim badawczy wzrok wpatrującego się we mnie sąsiada. Cofam, co pomyślałem.

– Przyjedź prywatnym samochodem, zaparkuj gdzieś dalej i wejdź do bloku przez dziewiątkę. Spotkamy się na poddaszu – mówię cicho, osłaniając słuchawkę dłonią, gdy tylko usłyszałem głos Inki. Sąsiad ma na mnie oko z kuchni. Teraz pewnie Inka zacznie zadawać pytania, a nie ma na to czasu.
– Będę za kwadrans – szybko się rozłącza. Jednak mamy solidną nić porozumienia. Sąsiad łypie w moją stronę, więc głośno mówię do telefonu: To świetnie, dziękuję. Do widzenia.
Chcę od razu iść na górę, ale to mogłoby wzbudzić podejrzenia. Ileż można siedzieć w łazience? Wracam więc do siebie. Próbuję zachowywać się naturalnie. Robię kawę, zalewam wrzątkiem jakieś danie instant. Omijam szerokim łukiem komputer. Blanka się nie odzywa. To dobry znak. Dobra, już czas. Znów udaję, że idę do łazienki. 
Czy ta winda zawsze była taka powolna? Wysiadam wreszcie na ostatnim piętrze i wchodzę na poddasze. Lada chwila powinna się pojawić. Telefon wibruje krótko w tylnej kieszeni. Otwieram wiadomość ze zdjęciem.

Właśnie zabiłeś jednego pieseczka. Rób tak dalej. 



59. Koleżanka

 – Jak to odebrane? Przez kogo?!
– Przez właścicielkę oczywiście.
– Monikę?
– Przez właścicielkę – powtarza uparcie – naprawdę dziwię się, że takiemu… takiemu… – poirytowana szefowa psiego hotelu z niechęcią mierzy mnie wzrokiem – niezaradnemu człowiekowi – jestem pewien, że chciała użyć innego epitetu – powierzyła opiekę nad zwierzętami.
– Proszę mi powiedzieć komu dała pani psy. Właścicielka od dawna nie żyje – staram się opanować głos.
– Yyy… – chwyta nerwowo wymięty, gruby zeszyt A4, który od razu otwiera się na właściwej stronie – Justyna Kolanko?
– Mogła mnie uprzedzić… – mówię do siebie, odwracając się na pięcie.

    Dwadzieścia minut później walę bezskutecznie w drzwi nieżyjącej sąsiadki. Hałasy nie uchodzą uwagi Kłopocińskiej, która błyskawicznie pojawia się w pobliżu. 
– Nikogo nie ma. Już pojechały. Uhh… kiepsko pan wyglądasz – daje krok w tył. Pachnę chyba też nie najlepiej.
– Kolanko?
– A tak, tak. Wnusia Rozalii.
– Pukała do mnie? – wskazuję na moje drzwi.
– A skąd mam wiedzieć? Przecież ja się nie interesuję…
– Pani Anielo! Kiedy tu była?
– No wczoraj. Pod wieczór jakoś, a co?
– I nie wróciła?
– No przecież widzisz pan, że nikogo nie ma.
– Wie pani dokąd pojechała? – pytam szybko, a ona przygląda mi się, zwężając oczy.
– Niech się pan doprowadzi do porządku, sąsiedzie – mówi po chwili ciszy. – Pan w ogóle nie wie co się dookoła dzieje. Jakiś nieprzytomny pan jesteś! – kręci głową ni to z naganą, ni z politowaniem.
– Pani Anielo…
– Nie musi nic mówić – unosi rękę, jakby broniła się przed tym, co chcę powiedzieć – Ja się nie wtrącam w cudze sprawy! Pan młody jest, musi się wyszaleć, ja rozumiem, ale to nieładnie, żeby dziewczyna przez pana płakała. Miałam pana za lepszego.
– Pani Anielo, ja naprawdę muszę…
– Tak? A zeszłej nocy, to gdzie się szlajał?
Rezygnuję, niczego się od niej nie dowiem. Zostawiam Kłopocińską z jej pytaniami i lecę do Moniki. Tu też głucho. Nawet Hrabka nie słychać. Co ona przed chwilą powiedziała? Pojechały? Monika z Kolanko? I kto płakał? Co tu się dzieje do cholery?! Wbiegam po schodach z powrotem na górę.

– Pani Anielo, przepraszam, z kim Kolanko pojechała? Z Moniką? – łapię sąsiadkę jeszcze na klatce przy jej drzwiach. Musiała stać przy drzwiach i nasłuchiwać. Patrzy na mnie jak na szaleńca.
– Co pan opowiada za dyrdymały? Monika rano wyjechała. Widziałam, jak wkłada walizkę do bagażnika. Pokłóciliście się? Ładna z was była para, panie Leosiu.
– Co? – pytam odruchowo, nic z tego nie rozumiejąc. Wyjmuję z kieszeni telefon. Muszę zaraz do niej zadzwonić.
– A Justynka, wnusia świętej pamięci Gwizdoniowej, to była z jakąś koleżanką. Nie wiedziałam, że dał pan jej swoje klucze. Były po jakieś dokumenty. Strasznie pan blady. Nie powinno się tak całymi nocami poza domem…

    Puszczam mimo uszu dalsze uwagi i wpadam do swojego mieszkania, trzaskając drzwiami. Co tu się do kurwy nędzy dzieje?! Nikomu nie dawałem kluczy. Cholera, nie zdążyłem wymienić zamków, nowe ciągle są w samochodzie. Mieszkanie wygląda jak wcześniej. Gdyby to znowu byli tamci… Chwila. Kolanko. Na pewno zapisałem jej numer. Gorączkowo grzebię w telefonie. 
– Pani Justyno, muszę z panią pilnie porozmawiać. Proszę o kontakt! – nagrywam się na pocztę głosową i od razu dzwonię do Moniki. Czekając na połączenie, szukam laptopa. Powinien leżeć na stoliku albo sofie. Albo…
– Gdzie ty się podziewasz? – mówi Monika bez wstępów.
– A ty? Wiesz co tu się w ogóle dzieje?
– Może byś też coś wiedział, jakbyś łaskawie czytał wiadomości, które ci wysyłam – prycha – Zapadasz się jak kamień pod ziemię i jeszcze do mnie masz jakieś pretensje?
– No dobra, przepraszam – przełączam się na głośnik i sprawdzam SMS-y. Rzeczywiście jest tego od cholery – Możesz mi streścić? – zmieniam ton.
– Mam tylko chwilę, zaraz jadę z matką do zakładu pogrzebowego. Wczoraj zmarł mój ojciec, więc pojechałam do domu rodziców. Muszę się zająć tu wszystkim, mama jest załamana i potrzebuje pomocy – dopiero teraz zauważam napięcie w jej drżącym głosie.
– Dlatego płakałaś... – przypominam sobie wyrzut Kłopocińskiej – Bardzo mi przykro – dodaję szybko. Brzmię banalnie.
– No dzięki.
– Trzymasz się? Jeśli potrzebujesz…
– Nie, nie. Daję jakoś radę. Dzięki. 

    Nie ma sensu zawracać jej teraz głowy. Zamiast wypytywać, kończę rozmowę i sprawdzam te cholerne wiadomości. Monika pisała, że Dominiszewska, ta z psiego hotelu, znowu dzwoniła i pytała, bo nie mogła się do mnie dodzwonić. To pewnie było wtedy, gdy Rafał terroryzował mnie swoim pistoletem. Krótkie: gdzie się podziewam, dlaczego znowu nie odebrałem psów, jestem jakiś niepoważny, co się ze mną dzieje, zaczyna się martwić, czy byłbym łaskaw się odezwać… I info o tym, że pojawiła się Kolanko i odebrała psy. Chwila… Monika się z nią widziała? Czytam dalej… Nie, to chyba Dominiszewska do niej napisała. Tak przynajmniej wynika z chaosu jej wiadomości. Tyle na ten temat. Niewiele treści jak na tak dużą ilość SMS-ów. Ostatni jest już z dziś i informuje o śmierci ojca oraz wyjeździe. 
Podpinam telefon do ładowania i rozglądam się za sprzętem. Skąd Kolanko miała klucze i po jaką cholerę w ogóle tu wchodziła? Po mój komputer? To przecież absurdalne. Pulsuje mi w głowie. Jestem potwornie zmęczony, a jednocześnie nie potrafię nawet usiąść. Kłopocińska! Musi wiedzieć coś więcej.
 
    Zatrzymuję się z ręką nad dzwonkiem i zaciskam ją w pięść. Winda jest na parterze, więc zbiegam po schodach. Jest tylko jedne sposób, by trafić odpowiednio do tej kobiety. 

– Znowu pan? – wita mnie poirytowana Aniela, a ja podstawiam jej pod nos moją broń: ciasto o wdzięcznej nazwie "Jamajka z wiśnią" z najbliższej cukierni.
– Pani się nie złości pani Anielo – uśmiecham się najsłodziej, jak potrafię, a Kłopocińska szerzej, choć wciąż niepewnie, otwiera drzwi. Na jej ustach błądzi rodzący się uśmiech.
– Słodzi pan? – pyta po chwili, gdy grzecznie siedzę przy stole i czekam na kawę.
– Nie, dziękuję. A ta wnuczka pani Gwizdoniowej…
– Świętej pamięci Gwizdoniowej – poprawia mnie – Justysia.
– Justysia. To… pani ją dobrze zna?
– Dobrze, niedobrze. Pamiętam ją jak o… taka była. Kokardy jej takie wiązali czerwone na tych mysich ogonkach. Ładna dziewuszka, taka, wie pan – porusza dziwnie ramionami –  sprytna i…
– Tak, tak. A pani ma z nią jakiś kontakt? – przerywam jej, zanim się rozkręci na dobre i ugrzęźnie we wspomnieniach. – Kojarzy panią?
– Czy kojarzy? – unosi czarne pijawki brwi i zaczyna się śmiać – Justysia do mnie na działkę przychodziła czereśnie zbierać w każde lato, a czemu pyta?
– Bo widzi pani, ja chciałbym z nią porozmawiać, wytłumaczyć no i przekazać te… no… zalecenia behawioralne dla psów, karmy i tak dalej, skoro je już na dobre zabrała.
– Zalecenia beha… acha.
– No właśnie. Mam wrażenie, że nie chce ode mnie odebrać telefonu. Może się obraziła. Czy mogłaby pani zatelefonować do niej?
– Ja tam się nie chcę wtrącać – zatapia łyżeczkę w kawałku ciasta, a ja robię proszącą minę, naśladując Urwisa przy lodówce. – Ostatecznie mogę zadzwonić. Przekażę, że są zalecenia beha… Pij pan tę kawę, bo wystygnie.
Kłopocińska podnosi się z teatralnym westchnieniem i wychodzi. Zaraz wraca z zeszytem i okularami. Wyszukuje odpowiedni kontakt i wbija po jednej cyfrze numer na stacjonarnym telefonie. Nikt nie odbiera. Wybiera więc inny. Rozpoznaję ten sam, który mam. Również cisza.
– Nie odbiera.
– A ta koleżanka, z którą tu była. Pamięta ją pani?
– Co mam nie pamiętać. Alzheimera nie mam. Widziałam je obie, jak przyszły i otwierały pana drzwi. Akurat wychodziłam po jajka – zerka na mnie badawczo. Nie śmiałbym jej oczywiście podejrzewać o zaglądanie na klatkę z ciekawości. – Justysię od razu poznałam, chociaż się..., to znaczy wydoroślała. Zamieniłyśmy słowo. To ta druga miała klucze. Powiedziała, że pan chciał, by odebrały jakieś dokumenty psów. Czemu pan u mnie nie zostawił? Przekazałabym. Justysia swoja, ale ta druga obca… Nie wiem, ja bym tak ochoczo obcym kluczy do swojego mieszkania nie dawała.
– Ma pani rację, mój błąd. A jak wyglądała ta koleżanka?
– Strojnisia taka. Blondyna. A jaka wymalowana! Wie pan, jakby na dyskotekę szła. Nie wiem skąd Justysia taką koleżankę wytrzasnęła. 
– Może to któraś sąsiadka? Koleżanka z osiedla.
– Niemożliwe.
– Dlaczego?
– Wie pan, ja nie znam wszystkich, bo przecież nie interesuję się życiem innych, mam swoje sprawy, ale gdyby na naszym osiedlu mieszkał ktoś o takim głosie, to na pewno bym wiedziała – kiwa głową z miną znawcy.
– Jakim głosie?
– Piskliwym. Od razu widać, że fałszywa. Kłapała tymi sztucznymi rzęsami – rozczapierza palce przed twarzą – uśmiechała się sztucznie, a jak zapiała, to aż… wie pan jak u nas po klatce niesie. Okropna kobieta.
– Brzydka?
– Gdzie tam brzydka! Pan mnie nie słucha – obrusza się – Bardzo ładna. Taka zgrabna blondyneczka, tylko z toną tapety i głosem koguta! 

    Z trudem dojadam swój kawałek Jamajki i dopijam kawę. Opis idealnie pasuje do Blanki, ale to przecież niemożliwe! To śmieszne, że w ogóle o niej pomyślałem. Zupełnie niedorzeczne.  

58. Bezsenna noc

Rafał kłamie. A przynajmniej nie mówi mi całej istotnej prawdy. Wolałbym wycisnąć z niego więcej, zanim oddam go Ince. Wie doskonale, że to zrobię, że teraz nie ma już szans, bym mu zaufał. Nie ma możliwości, byśmy po prostu podali sobie ręce i rozeszli się w swoje strony. Miałem być winnym śmierci Any, jak twierdzi Rafał. Po co chcieli mnie w to wrobić, już nie mówi. Kręci. To kompletnie bez sensu. Co więcej, policja takiego scenariusza chyba nawet nie wzięła pod uwagę. Na pewno nie. To czysty idiotyzm. 
Latarka świeci coraz słabiej. Obserwuję Rafała. Widać, że szyje na bieżąco, unika mojego wzroku, denerwuje się i poci. Boi się. Na pewno nie mnie. Może tego, że go wydam glinom? I, że dorwie go ten cały Fodor? Jeśli tak, to dlaczego przeciąga, jakby grał na czas? Co mu to da? Mam już dość, tracę cierpliwość. 



Niespodziewanie przez szpary błyska światło. Słyszę odgłos kół na żwirze. Kurwa. Zrywam się i szybko podchodzę do okna, by zajrzeć na zewnątrz między framugą a krawędzią byle jak przybitej deski. Ktoś zaparkował obok mojego auta i wysiada. Nie wyłączył świateł, ale i tak niewiele widzę. Ma broń. Celuje w mój samochód, sprawdza… jasna cholera!
– Kurwa, to ludzie Fodora! – krzyczy szeptem Rafał. Nie widzę go teraz, ale po głosie słychać, że jest przerażony. Szura, wije się, jakby próbował wykrzesać ze siebie jakąś nadludzką siłę i rozerwać więzy. Podbiegam do niego, rozwiązuję częściowo i łapię za ramię. Ręce zostawiam skrępowane. Na wszelki wypadek wbijam lufę pistoletu pod żebra. Żeby wiedział.
– Cicho bądź – mówię prosto do ucha.
– Zabiją nas!
– Tak? To co kurwa proponujesz? Co? Rusz się.
Ciągnę Rafała w kierunku frontowego wyjścia. Zaraz tu wejdą. Jeżeli od frontu, też ktoś jest, to po mnie. Właściwie po nas. Podłoga skrzypi złośliwie, ale nie czas na delikatne pląsy. Drzwi są oczywiście zamknięte. Okno obok nie ma szyby, zasłania je jedynie gruby kawał dykty. Tu nie mam jak wyjrzeć, by sprawdzić, czy na zewnątrz jest czysto. Jest ciemno jak w dupie, a na szukanie szpar nie ma czasu. Walę łokciem w osłonę okna, aż przeszywa mnie prąd aż po same palce. Omal nie upuszczam broni. Jasna cholera! Nie mam wyjścia. Potrzebuję obu rąk, więc puszczam Rafała. Napieram ramieniem. Blokada ustępuje, ale niechętnie. 
– Przesuń się – mówi Rafał. Walimy obaj z całej siły. Na zapleczu słychać rumor. Trzaskają drzwi. Rumor na dole i skrzypienie od strony schodów. Chyba zaczęli od zaplecza i góry. Błyskawicznie przełazimy przez częściowo odblokowane okno, a płyta, wciąż przymocowana od góry, opada z głuchym puknięciem za nami na swoje miejsce.
Wygląda na to, że jest pusto. Lecę w ciemnościach, potykając się, by okrążyć budynek i dostać się do  samochodu. Jeśli nikt nie został na zewnątrz, mamy szczęście. Nie mogę włączyć latarki i po prostu sprawdzić. Skradam się. Rafał sapie tuż za mną. Dobiegam do auta. Nie ma czasu zaglądać do wozu obok. Rzucam tylko okiem. Powinienem wsadzić Rafała do bagażnika, ale nie ma na to czasu. 
– Do tyłu! – rzucam cicho przez zęby, szarpiąc go. Najszybciej jak się da, zapinam mu pas tak, żeby nie było mu łatwo odpiąć go związanymi rękami. Dodatkowo przymocowuję mu łapy do drugiego pasa, by nie dosięgnął do zapięcia. Wskakuję za kierownicę i przekręcam kluczyk. Jeśli teraz się zakrztusi… kamień z serca. Nigdy dotąd odgłos uruchamianego silnika nie brzmiał piękniej. Wrzucam wsteczny, koła buksują. Omal nie rąbię w auto obok. Zerkam w czarny otwór drzwi budynku. Gdy wyskakuję na drogę, tracąc na chwilę przyczepność, słyszę ryk uruchamianego za budynkiem samochodu. 
Fatalnie się gna nieoświetloną krętą drogą bez włączonych reflektorów. Prędzej się tu rozwalę na jakimś drzewie, niż mnie dogonią. Po kilku zakrętach ryzykuję i włączam światła. Liczę jednak na to, że nawet jeśli tamci usłyszawszy mój samochód, natychmiast pobiegli do wyjścia, mam niewielką przewagę. Właściwie przy odrobinie mojego szczęścia mogli nawet ruszyć w przeciwną stronę.  
– Kto to kurwa był? – wrzeszczę. – Jak nas znaleźli?!
Rafał siedzi cicho. Zerkam w tyle lusterko. Mam przeczucie, że zaraz pojawią się tam światła. Wyszarpuję z kieszeni telefon. Wypada mi na podłogę. Cholera jasna! 
– Ej! Zabijesz nas! – gdyby nie pasy, Rafał latałby po tylnym siedzeniu jak wór kartofli. W ostatniej chwili unikam spotkania z rowem, ale znajduję smartfona. Ręka drży mi irytująco, gdy próbuję go odblokować i wybrać numer Inki. Rafał szarpie się z tyłu. Mocuję telefon w uchwycie na szybie i wyjmuję pistolet spod uda.
– Spokojnie, stary – mówię, zerkając za siebie – Wciąż mam twoją pukawkę, pamiętasz? – macham lufą w jego stronę.
– Nie dzwoń po gliny idioto! – ryczy desperacko dokładnie w momencie, gdy sygnał oczekiwania na połączenie ustępuje zaniepokojonemu głosowi Inki.
– Fikcyjny?
– Mam Rafała! Gonią mnie. – Zerkam nerwowo do lusterka w niezmąconą czerń. Pewnie zaraz się pojawią. – Zaraz zjadę ze starej krajówki na autostradę w kierunku miasta.
– Zjedź na posterunek autostradowy. Jestem w drodze. – Inka wydaje polecenie, a ja się czuję, jakbym wynurzał się na powierzchnię. Rozłącza się.
– Pojebało cię?! – Rafał cały czas się drze, jakby go ktoś przypiekał żywym ogniem. Dociskam gaz. Do zjazdu brakuje zaledwie kilku kilometrów. Powinienem zdążyć, zanim ten kretyn wypnie się z pasów i rzuci na mnie.

Dworna i Olszyniak patrzą na mnie jak na okaz w zoo. Właśnie zrelacjonowałem im wydarzenia ostatnich godzin. Teraz pewnie zaczną pytać szczegółowo dokładnie o to samo.
– Co z nim? – pytam o Rafała.
– Nic. Na razie zostanie u nas – opowiada lakonicznie Inka – Jeszcze wody? – wskazuje na pusty plastikowy kubek, którym się bawię. Wyjmuje mi go z ręki i podchodzi do butli z wodą, nie czekając na odpowiedź. – Możesz opisać samochód, którym przyjechali pod motel?
– BMW piątka. Czarny albo grafitowy. Dziwne, że mnie nie dogonili…
– A gonili?
– Właściwie, to... nie wiem. Ruszyli za mną. Jechałem bez świateł, ale…
– Ale to bez znaczenia – stwierdza Inka.
– To bez sensu.
– Niekoniecznie – podejmuje, ale urywa, jakby ugryzła się w język. Zerka w bok, jakby przypomniała sobie o obecności kolegi, który cały czas siedzi cicho. – Wróćmy do twojej rozmowy z Kockim.
W pokoju, gdzie składałem przed chwilą zeznania nie było okna ani zegara, toteż zaskoczony dniem mrużę oczy, gdy wreszcie wychodzimy na zewnątrz. Jest potwornie zimno. Policjanci mają chyba równie dość, jak ja. Olszyniak marudzi coś pod nosem o swoim dyżurze, ale Inka nie nie zwraca na niego uwagi, wypisując z innym policjantem jakieś papiery. Stoimy więc we dwóch i w ciszy wypuszczamy kłęby pary. 
– Dobra, odstaw auto i jedź do domu. – Inka rzuca Olszyniakowi kluczyki – Jadę z nim.
– Ale…
– Jak nie lubisz spać, to się zamieńmy – wyciąga rękę, ale aspirant szybko wycofuje się w stronę radiowozu. – Tak myślałam. Jedziemy do ciebie.
– Do mnie? – dziwię się, a ona nie czekając, maszeruje do mojego auta.
– Ciekawe historie opowiada ten twój kolega – Inka rzuca niby od niechcenia, gdy powoli odmarzamy pod wpływem samochodowego ogrzewania. Czekam na ciąg dalszy – Nie podejrzewałam cię o takich kolegów.
– Nie wiedziałem, że Rafał jest tym, kim jest. Manipulował mną cały czas.
– Udawał przyjaciela, kłamał, wrabiał cię i szantażował – wymienia, wpatrując się we mnie. Wbijam wzrok w drogę. – A ty?
– Ja?
– Jesteś niewinny – mówi po dłuższej chwili ciszy w taki sposób, że przez plecy przebiegają mi ciarki niepokoju. – Adam Horn, prawy obywatel, uwikłany w związek z kobietą współpracującą z przestępcami, dowiaduje się o jej podwójnym życiu, zostawia ją, żyje sam, zmienia nazwisko, by zacząć życie od nowa. Miało być tak pięknie, bezproblemowo, a tymczasem… – urywa, unosząc brwi. Nie wiem, po co ten sarkazm, do czego zmierza, ale po chwili milczenia wzdycha cicho.
– Nie rozumiem, co masz na myśli? – czuję, że chciała mi powiedzieć coś istotnego, jednak rezygnuje.
– Na razie jedź do domu. Siedź w mieście.
– Będziecie mnie obserwować?
– Podrzuć mnie na Słowackiego. 

Fikcyjny... i co dalej?

Prace nad udoskonalaniem "Fikcyjnego ja" trwają! Na pewno będą zmiany i na pewno na lepsze :D Celem ostatecznym, jak zapewne nietr...