57. Zamiana ról

    Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem telefon. Tak jak przypuszczałem, Monika dobijała się do mnie z największą częstotliwością. Nie odebrałem psów, więc właścicielka hotelu nie dodzwoniwszy się do mnie, zaatakowała Monię, a ta wszelkimi możliwymi kanałami próbowała mnie dorwać. Dzwoniła też Inka. Wysłała zdjęcie Grace z Rafałem. 
Zerkam na fotkę, nim zajmę się resztą. Scena wydaje się znajoma… To może być mylące, bo znam przecież obie osoby i chociaż nie widziałem ich nigdy razem… Nie widziałem? A może jednak? Nie kojarzę wnętrza restauracji, na pewno w niej nie bywałem, ale mam wrażenie, że gdzieś już widziałem tę kolorystykę. I ten obraz. Szeroki, choć wąski. Idealnie dopasowany do rozmiaru ściany jakby stworzony dla niej na zamówienie. Przedstawiający morze podczas sztormu. Jasna cholera, to nie czas na kontemplowanie sztuki. Mam nieprzytomnego faceta w bagażniku! Odpisuję pospiesznie Monice, że złapałem gumę, rozładował mi się telefon i tak dalej, ale sytuacja już jest opanowana. Psy odbiorę jutro. 
   
    Co mam zrobić z Rafałem? Nie wniosę go przecież do mieszkania, nie zostawię w aucie… Żebym chociaż miał jakiś garaż, cokolwiek… Mógłbym go wywieźć, jak mnie wywieźli, na jakiś parking w budowie. Szkoda tylko, że nie wiem o żadnym w okolicy. Inna sprawa, że u nas pewnie zakłada się monitoring, zanim wyleją fundamenty, bo inaczej cement by ukradli. Cholera. Ruszam powoli, rezygnując ze zjechania w stronę centrum. Zamiast tego skręcam z oświetlonej obwodnicy na starą krajową drogę, o której chyba wszyscy zapomnieli, co wnioskuję po coraz liczniejszych dziurach. Jeszcze całkiem niedawno była to jedna z najbardziej uczęszczanych szos. Przy zarośniętym chaszczami wjeździe do lasu stały niegdyś panienki w krótkich, odblaskowych miniówach. Kawałek dalej mijam szczątki zapomnianej przez świat i ludzi stacji benzynowej. Właśnie! Tu gdzieś był zajazd. Jadę powoli wypatrując budynków w ciemnościach. Pamiętam, że w okolicy była jakaś karczma z motelem, migała konwulsyjnie wielkim neonem. Nie dało się jej nie zauważyć, chociaż była oddzielona od drogi szpalerem drzew i parkingiem. Wypatruję jej, wpadając co chwilę kołem w jakąś dziurę. Jeśli Rafała to nie ocuci, znaczy, że mam martwe ciało w bagażniku. Włosy na karku stają mi dęba. Zaciskam mocniej ręce na kierownicy. Zaraz dotrę do skrzyżowania, nie możliwe, by zupełnie wyburzyli tamten budynek. Zawracam, gotów jechać dwadzieścia na godzinę, w celu przeczesania okolicy. Na szczęście nikt nie zwraca na mnie uwagi, bo jestem sam na tej nieszczęsnej drodze. Tylko raz ktoś śmignął z naprzeciwka, oślepiając mnie na chwilę światłami. 
    Jest! Dostrzegam w ciemności kant dachu ledwie muśnięty światłem bladego księżyca. Zjeżdżam, oświetlając reflektorami budynek z oknami zabitymi dyktą. Wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy. Po żeliwnym ogrodzeniu, które teraz sobie przypominam, nie pozostał nawet ślad. Klepisko parkingu wygląda jakby się skurczyło. Zajeżdżam za budynek po porośniętej chwastami drodze. Przynajmniej wydaje mi się, że była tu kiedyś droga. Nieutwardzona, ale jednak. 
    Wszystko zamknięte jest na głucho. Widać, że od co najmniej dziesięciu lat nikt tutaj nie zaglądał. Cud, że w ogóle pamiętałem to miejsce. Gdy byłem dzieciakiem, jeździliśmy co roku na nadmorskie wakacje. Podczas jazdy kłóciłem się z bratem zażarcie, co nam akurat w tamtym okresie praktycznie się nie zdarzało. Była wtedy potworna burza, czyli idealna atmosfera dla naszego konfliktu. Zatrzymaliśmy się i zostaliśmy tu na noc. Pamiętam, bo to były moje ostatnie wspólne wakacje ze starymi. Kto by pomyślał, że po latach przywiozę tu związanego Rafała. 
    Drzwi od strony zaplecza są kompletnie zastawione jakimiś dechami, paletami i cholera wie, czym jeszcze. Gdy wreszcie do nich docieram, okazują się zamknięte. Futryna jest na szczęście tak zbutwiała, że kilkoma mocnymi szarpnięciami wyrywam rachityczny zamek. Uderza mnie stęchły odór pleśni i starości. Mam nadzieję, że nikt tu nie umarł. Wracam do auta po latarkę, którą odnajduję między rupieciami na tylnym siedzeniu. Oby tylko działała. 
    
    Miejsce jest idealne. Puste, stare, mroczne i opuszczone. W środku znajduję resztki mebli, zjedzony przez myszy dywan. Z zaplecza przechodzę do części dla gości. Kuchnia, bar i jadalnia są zupełnie puste, nie licząc dwóch stołów i kilku krzeseł. Wiedziony ciekawością zaglądam do pokoi motelowych, do których wchodzi się z wąskiego korytarza. Jest ich zaledwie osiem. Cztery małe dwójki, trzy większe i jeden apartament. Na piętrze chyba mieszkali gospodarze, ale tam nie będę teraz wchodził. To nie wycieczka krajoznawcza, a ja mam gościa do zameldowania. 
    Gdy wychodzę na zewnątrz, mam wrażenie, że reflektory trochę przygasają. Świetnie, jeszcze mi tu akumulator padnie. Szybko wyłączam światła i wyjmuję kluczyki. Zapadają egipskie ciemności. Czekam, aż wzrok przywyknie do warunków, obmyślając jednocześnie, jak wytargać Rafała z bagażnika i gdzie go umieścić. Wracam po dywan. Położę go na nim i wciągnę do środka. Proste.

    Coś klei się do mojego spoconego czoła. Pewnie tona pajęczyn. Jest mi wszystko jedno. Siedzę na podłodze obok Rafała i dyszę ciężko. Muszę zacząć biegać albo jakiś sport uprawiać. Jak to wszystko minie, zapiszę się na siłownię. Wciąganie bezwładnego ciała na ciężkim, nabitym tonami kurzu i ziemi naniesionej pewnie przez pokolenia gryzoni dywanie to nie jest moja ulubiona forma wysiłku fizycznego. Progi, zakręty, rupiecie po drodze, na które nie zwróciłem wcześniej uwagi. I on. Ciężki jak jasna cholera. Powinien schudnąć. Definitywnie. Patrzę z odrazą na Rafała, który…, o cholera, odzyskuje przytomność! Jest związany, ale wypadałoby go do czegoś jeszcze przytwierdzić. Dzikie charczenie wydobywa się z jego ust. Wstaję i stoję nad nim, czekając. 
– Kurwa… zabierz to… – mówi niewyraźnie, kaszląc. – Wyłącz to!
Odsuwam nieznacznie snop światła latarki z jego twarzy na klatkę piersiową. Zaczyna się szamotać. Klnie coraz głośniej. Krzyczy. Czekam aż opadnie z sił, które wykrzesała z niego uwolniona przez strach adrenalina. Jestem pewien, że myszy, pająki i inne robactwo właśnie ucieka w cholerę ze swej spokojnej jak dotąd przystani. 
– Skończyłeś? – pytam, gdy w końcu przestaje się wydzierać.
– Czego kurwa chcesz? Rozwiąż mnie!
– Nie ma sprawy. Trzeba było tak od razu – podchodzę i sięgam do pasków przy rękach. Zatrzymuję się kilka centymetrów od więzów. Patrzę mu prosto w twarz. – Najpierw mi wszystko opowiesz. Potem się zobaczy.
– Posłuchaj, ja nie żartowałem. Jeśli nie odbierzesz na czas wiadomości i…
– Przestań pierdolić. Wiem, że tonący brzytwy się chwyta, ale to nawet brzytwa nie jest. Jesteś stary w czarnej dupie i pogódź się z tym. Teraz dla odmiany zaczniesz mówić prawdę. Kim tak naprawdę jesteś? Bo zakładam, że od początku naszej znajomości łżesz i manipulujesz. Co łączy cię z Grace? Z Fodorem i Sobaczkami? Kto zabił Marka, Anę i rozpierdolił mi mieszkanie?
– A skąd ja mam to wiedzieć?
– Możemy tu siedzieć do rana. Potem dostaniesz w łeb. Trochę już dostałeś, więc nie wiem jak to się skończy, nie mam wprawy i mogę cię przypadkowo zabić. Jeśli jednak przeżyjesz, spędzisz tu sam trochę czasu. Oczywiście dodatkowo cię zwiążę, żebyś się nie wydostał. Będziesz tu sobie siedział, póki nie znajdę czasu na odwiedziny. A wierz mi, jeśli ty machając tą swoją pukaweczką kazałeś mi wywieźć nas na zadupie, gdzie nikt nie zagląda nocą, to w porównaniu z tym miejscem, było to centrum Warszawy. Tutaj nawet psy dupami nie szczekają, bo ich kurwa nie ma. Jeśli ktokolwiek tu przyjdzie to ja. A ja tylko po to, by zadać te same pytania. Rozumiesz?
– Rozgadałeś się.
– To teraz twoja kolej.
– Głupi jesteś. Im dłużej mnie tu trzymasz, tym mniejsze masz sza…
– Nie pierdol.
– Co mam ci powiedzieć? Tu nie ma o czym gadać. Jesteś skończony.
– Ja? – cholera, nie będzie łatwo. Rafał mimo beznadziejnego położenia, zupełnie nic nie robi sobie z moich gróźb. Nie boi się. Wstaję i wychodzę do samochodu po pistolet. Przystawię mu go do głowy, przestrzelę mu łydkę. Niedobrze mi się robi na samą myśl. Wyjmuję ze zgrzewki butelkę wody gazowanej, którą niedawno kupiłem i wracam do środka. Siadam na podłodze, kładę pistolet na ziemi obok tak, by Rafał go widział i piję wodę. Oblizuje suche usta. Na pewno czuje metaliczny smak krwi. 
– Rozwiąż mnie, pogadajmy – zaczyna. Naprawdę myśli, że mógłbym zrobić coś tak głupiego. Bekam głośno. – Chociaż pomóż mi usiąść. Wyjaśnię ci, o co w tym chodzi – próbuje dalej, ale milczę. – Kurwa, co ci po tym wszystkim? To jest straszne bagno, stary. Nie wyjdziesz z tego. Masz jeszcze szansę. Potrafisz się ukryć. Zrozum, jesteśmy po tej samej stronie barykady. Fodor chce się ciebie pozbyć. Mnie też. Możemy po prostu wyjechać, zniknąć. Pomogę ci się ukryć, a w zamian załatwisz mi nowe papiery tak jak sobie. Znikniemy, rozejdziemy się i wszystko będzie dobrze, stary no… Daj łyka.
Siedzę dalej  czekam. Milczenie o dziwo lepiej działa niż straszenie, chociaż na razie tylko zwyczajnie pieprzy. Rafał zaciska szczęki. Jest wściekły, że jego gadka nic nie zmieniła. Chyba dociera do niego, że nie dam się przekupić jak dzieciak cukierkami. Cisza zaczyna się przedłużać.
– No dobra – wstaję – Woda mi się skończyła, głodny jestem, a do tego późno się zrobiło. I strasznie tu piździ. Zostawiłbym ci jakiś koc, ale nie mam. Jak się wyśpię, odbębnię robotę i odbiorę wreszcie psy, przyjadę na następną pogawędkę. Może przywiozę ci jakąś kanapkę. Nadal lubisz parmeńską? – zgniatam pustą butelkę, podnoszę pistolet i kieruję się do wyjścia.
– Nie pierdol, że mnie tu zostawisz?! Stój, kurwa!
– Dobra, ostatnia szansa na dziś. Zaczynasz mówić z sensem albo idę – zatrzymuję się w drzwiach. Nie słyszę odpowiedzi, więc robię krok.
– Stój, kurwa! Dobra już. Wszystko ci powiem.
Odwracam się, ale nie wracam. Czekam bez słowa.
– Musisz mi coś obiecać. Wiem, że jesteś kurwa dobrym człowiekiem, wiem to. Musisz mi obiecać… – widzę, jak się denerwuje, poci, nawet nie narzeka już na snop światła z latarki, którym bezlitośnie w niego mierzę – Ja muszę ochronić moją rodzinę. Rozumiesz? Chciałem wyciągnąć od ciebie kasę, żeby się z tego wszystkiego wyrwać. Odkąd sprawy zaczęły się sypać, Bobby przestał mi ufać, szantażuje mnie. Chce zrobić ze mnie kozła ofiarnego, bo wie, że nie będę kablować, ma w garści moją rodzinę. Dzieci. To jest bezwzględny człowiek, stary. Ja przy nim jestem jak pierdolona chihuahua przy szkolonym na mordercę pitbullu. Od lat utrzymuje się na rynku, robi co chce, zresztą wiesz, Mark go rozpracowywał, ale i tak liznął co najwyżej czubek góry lodowej.
– Streszczaj się.
– Wyślesz mojej żonie kasę. To jest moja cena za prawdę. Musisz ochronić moją rodzinę. Tylko na tym mi zależy. Żeby wyjechała z dzieciakami z nowym nazwiskiem na jakiś jebany koniec świata. I żeby miała na nowy start. Potem sobie poradzi. Stary, ja nie żartuję. Możesz mieć krew moich dzieci na rękach, jeśli…
– Dobra, załatwione – ucinam.
– Ja naprawdę…
– Zrobię to. Ochronię twoją rodzinę. Musisz mi zaufać. Nie spiszemy umowy, po prostu musisz mi zaufać.
– I wypuścisz mnie.
– Nie przeginaj, bo pójdę.
– Jak ci powiem, co wiem.
– Obiecuję, że zrobię wszystko, by twoja rodzina była bezpieczna. A teraz mów. Może zacznijmy od tego, skąd znasz Grace.
– Twoją byłą? – pyta głupio. Już wiem, że będzie ściemniał. – Opowiadałeś mi o niej.
Zaciskam szczęki i wyjmuję telefon, by pokazać mu ostatnie otrzymanie od Inki zdjęcie. Podstawiam mu je pod nos. Musi zrozumieć, że nie warto łgać. Jest zaskoczony. Naprawdę miał mnie chyba za naiwnego idiotę, któremu można opowiadać bajki. Milczy, a ja czekam. Cisza się przedłuża. Może zmienić strategię? Nie będę tu z nim tak siedział całą wieczność. 
– To prawda, znam Grace – wreszcie po chwili wahania zaczyna cicho – Znałem ją, zanim poznałem ciebie. Pilnowała niektórych ludzi dla Fodora. Sprawdzała ich, można powiedzieć. A ja pilnowałem jej. Byłem takim pośrednikiem. A potem, jak ty się coś tam niby zorientowałeś. Sorry, ale ważne było, byś myślał, że ona po prostu jest zwykłą kurwą. Można było tak albo czapa. Gdy przyjechałeś do Poole, przyjechałem za tobą. Ściągnąłem tam rodzinę, obserwowałem cię. Potem sam wiesz.

56. Szantaż

     – Żartujesz – stwierdzam, bo to nie może się dziać, to nie jest możliwe. Milion... To jakiś pieprzony sen!
– A wyglądam, kurwa, jakbym żartował?! – ryknął Rafał. Głos poniosło daleko, ale to i tak bez znaczenia. Nikogo nie ma w promieniu kilometrów. – Nie mam wyjścia, stary. – Podchodzi do mnie i wymachuje tą swoją giwerą. Instynktownie robię krok w tył.
– Skąd miałbym tyle wziąć? Człowieku, ja rozwożę żarcie. – On nie może wiedzieć ile tak naprawdę mam i że w ogóle mam jakąś większą kasę. Zaczyna się śmiać. Co z nim jest do cholery? Niemal zgina się w pół i rży. Może to dobry moment, by jakoś wytrącić mu broń i zwiać. Mógłbym uderzyć go czymś w głowę. Rozglądam się, ale w zasięgu moich rąk nie ma zupełnie niczego. Błyskawiczne myślenie w podbramkowej sytuacji nie jest moją mocną stroną.
– Ty naprawdę masz mnie za debila – mówi prawie dobrodusznie. Przestaje się śmiać i przygląda bacznie. Jego oczy poważnieją. Sztywnieję i czekam. Jestem kompletnie zdezorientowany. – Rozbawiłeś mnie, stary, naprawdę. Grunt pali ci się pod nogami, a i tak stać cię na żarty. Wiesz, nawet trochę mi ciebie żal. Poczciwy z ciebie chłop. Kłamca, złodziej i skurwysyn, ale poczciwy. – Przerywa na chwilę monolog, a ja nie wiem, co powiedzieć, więc tylko się gapię na niego, jakby był niespełna rozumu. Chyba jest. – Posłuchaj mnie teraz uważnie, bo śmieszkowanie zakończone. Jedziesz teraz spokojnie do domciu, prosto do domciu i odpalasz komputer, logujesz się przez VPN-a na stare konto do tego serwisu wędkarskiego z forum, który przeglądaliśmy wspólnie w Poole, na pewno pamiętasz. Tam w prywatnych wiadomościach znajdziesz dalsze instrukcje. I śpiesz się lepiej, bo do północy musisz dokonać transakcji. Zrozumiałeś?
– Rafał, co ty…
– A sorry – przerywa mi – przecież nie wiesz, jaka jest stawka. Otóż mój przyjacielu, jeśli nie wywiążesz się z… polecenia, ludzie, którzy chcą pomóc ci w uregulowaniu tych twoich zaszłości z niejakimi siostrami Sobak, dostaną twój adres, dane i takie tam. Jak sądzę wolałbyś tego uniknąć.
– So... sobak…
– O, widzę, że coś dotarło. Cieszę się bardzo. A teraz…
– Zaczekaj. Co konkretnie wiesz? Co niby miałoby mnie z nimi łączyć? – przepycham słowa przez zaschnięte z wrażenia gardło. On blefuje, musi blefować. Coś może wygrzebał. Cholera, może nawet zna moje prawdziwe nazwisko, powiązał jakoś z Blanką. Nic więcej nie może wiedzieć.
– Jednak kurwa, tępy jesteś, wiesz? Waldemarze Torawowski, może to było dawno, ale Natasza Sobak nie zapomniała, że oskubałeś ją na grubą kasę, za ciebie poleciały łby, a ona musiała się mocno nagimnastykować, żeby nie utknąć w pierdlu na lata. Zresztą nie tylko ona. Bobby postanowił zabawić się w kogoś w rodzaju windykatora i uszczęśliwić poszkodowaną. Tyle ci mogę powiedzieć. Jesteś na dużo większej muszce niż ta – podstawia mi lufę przed nos – Ona głupia nie jest, a z Bobbym u boku… Rozsmarują cię, rozumiesz? Oddasz wszystko razem z odsetkami i pójdziesz do piachu. To znaczy byłoby tak, ale na szczęście masz mnie. Ratuję twoją dupę nie pierwszy raz, tylko tym razem nie za darmo. 
– Ratujesz? Szantażujesz mnie, człowieku, nie ratujesz!
– Nie pierdol. Zapłacisz, ja zniknę, ty jesteś ostrzeżony i też sobie ładnie znikniesz. To jest ratunek. Takie nasze win – win.
– A ty? Nie pracujesz dla Bobbiego? – muszę zapytać, chociaż i tak to, co odpowie, wcale nie musi być prawdą.
– Skup się teraz i pilnuj swojego nosa. Milion euro. To niecałe dwadzieścia pięć bitcoinów. Pestka, a jak wiele możesz ocalić. Zauważ, że czas ci ucieka. Prosto do domu i nie zatrzymuj się, nie zjeżdżaj z trasy, nie kombinuj. Auto masz na podglądzie. Zaczniesz kombinować, zatrzymasz się, będziesz szukał nadajnika, pojedziesz do glin, kurwa, zechcesz się po drodze wyszczać, wykonam telefon, jeden krótki telefon i będzie po tobie. Nie masz wyjścia. Rozumiesz?

    Przede wszystkim rozumiem, że stałem się dla Rafała na tyle drogocenny, że nie zabije mnie na miejscu. Nie ma opcji, bym wsiadł grzecznie do samochodu i wykonał to jego polecenie. Oddam kasę i co? Będziemy żyli długo i szczęśliwie? Idę na miękkich nogach do samochodu. Myśl, kurwa, myśl!
– Mam cię tu zostawić na zadupiu? – pytanie ma być tylko pretekstem, by się odwrócić i ocenić, czy Rafał ma zamiar odprowadzić mnie do auta, czy stracił czujność, widząc, że się poddałem. Prycha i rusza w moją stronę z bronią wiszącą luźno w dłoni. Robię jeszcze krok za samochód, jakbym rzeczywiście miał zamiar wsiąść.
– Jedź już, kurwa – mówi i zerka w bok. Szybko schylam się i sięgam do drzwiczek.
– Łatwiej będzie z kluczykami – zwracam się do niego, próbując dodać sobie w myślach odwagi. – Telefonu, jak sądzę, nie odzyskam.
– Dobrze sądzisz. – Chyba go rozbawiłem. Podchodzi bliżej. Przekłada broń do lewej ręki i sięga do kieszeni. Błyskawicznie rzucam mu w twarz garścią suchej ziemi zgarniętej przed chwilą obok auta. Łapię drugą ręką za lufę i łatwo wyrywam mu gnata z dłoni. Zaskoczony upuszcza kluczyki i sięga do oczu, jednocześnie szykując się do skoku na mnie i mnąc w ustach przekleństwa. Z całej siły robię zamach i walę go metalową rękojeścią w łeb. Trafiam idealnie w skroń. Chwieje się, ale nie upada, więc poprawiam i całym ciężarem ciała rzucam się na niego, by powalić na ziemię. Wpadam w panikę. Rafał miota się wściekły, trzymając za głowę, kwiczy jak zarzynane zwierzę, jednocześnie gramoląc na kolana. Czuję, że moja przewaga słabnie. Odskakuję. Gdzie kluczyki? W ciemności niczego nie widzę!
– Kurw...! Moje oko! Ty! – ryczy Rafał.
Kopię go z całej siły w brzuch. Upada, więc poprawiam w głowę. Chyba trafiłem w potylicę. Pada na piach twarzą w dół. Nie rusza się. Zalega cisza. Kurwa, chyba go zabiłem! Co robić?! Co teraz?! Trzęsą mi się ręce, cały się trzęsę. Kluczyki! Nie, muszę sprawdzić, czy żyje. Jak go tu zostawię, to… Ja pierdolę! Muszę sprawdzić. A co jeśli skoczy na mnie? Udaje? 
– Rafał? Rafał?! – mój głos brzmi jak pisk. Niemożliwem żeby tak z własnej woli leżał bez ruchu. Przed chwilą był rozjuszony jak byk. Zemdlał od ciosu albo umarł. O matko jedyna… 

    Rzucam się na ziemię i macam za kluczykami, jednocześnie nie spuszczając go z oczu. Cały czas nie potrafię opanować drżenia rąk. Są. Dobra, teraz on. Biorę głęboki oddech, drugi, kurwa, nic to nie pomaga. Nadal mam pietra jak cholera. Podchodzę ostrożnie i popycham go stopą. Mimowolnie odskakuję. Nie ruszył się. Dobra, trzeba mocniej. Ponawiam próbę, popycham nogą jego ramię. Ciało bezwładnie się kiwnęło i nic więcej. Przypominam sobie o broni i dodaje mi to otuchy. Zaciskam mocniej palce na pistolecie, kluczyki chowam do kieszeni i celując w Rafała ostrożnie daję krok w jego stronę.
– Mam cię na muszce stary, chcę tylko sprawdzić, czy żyjesz, jeden twój ruch i cię zastrzelę, rozumiesz? – odpowiada mi cisza i bezruch, więc podchodzę. Powtarzam to samo. Drżącą rękę wsuwam mu za kołnierz. Wyczuwam słaby puls. Zbieram się na odwagę i przewracam go na bok. Żyje, jest nieprzytomny. Co teraz? Wezwę karetkę. Telefon. Nie spuszczając wzroku i wycelowanej broni z jego głowy, macam za telefonem po kieszeniach. Szlag. Muszę go przekręcić. Nogą popycham, by przewalić go na plecy. Połowa twarzy ciemnieje od krwi. Wyszarpuję dwa telefony z kieszeni. Mój i jego. Super. Myśli galopują. Wezwę karetkę i co? Będę tu z nim siedział, a jak się za szybko ocknie, to znów go zdzielę przez łeb? Jeśli odjadę, to jaką mam pewność, że nie zwieje, zanim przyjedzie pogotowie? Jeśli w ogóle tu dotrą. Jeżeli go tu zostawię, będzie się mścił, albo rzeczywiście umrze i rano go ktoś znajdzie. Tu jest pewnie masa moich śladów! Nerwowo rozglądam się w ciemnościach. Co potem? Jasna cholera! Zrywam się, muszę działać. Rafał jest groźnym przestępcą, zaatakował mnie, groził śmiercią, szantażował, mam przewagę, nie mogę jej tak po prostu oddać i zwiać z podkulonym ogonem ani zgrywać prawego obywatela, co się troszczy o pieprzonego zbira. Ja ci kurwa dam milion!
– Leż tu kurwa i się nie ruszaj – syczę przez zaciśnięte zęby.

    Tyłem, by go nie spuścić z oka, podchodzę do auta i otwieram bagażnik. Cholera, pełny jest. Przerzucam zakupy i inne szpargały na tylne siedzenie. Nie wiem, jak go tu wcisnę, ale wcisnę. Dobra, do roboty. Wpycham broń za pasek z tyłu. Gniecie jak cholera, zaraz wypadnie. Co za idiotyzm. Odkładam na dach auta. Rafał jest przecież kompletnie nieprzytomny. Podchodzę do niego i łapię za ramiona. Ciężki skurwysyn. Ciągnięcie po ziemi nie jest łatwe, a muszę go jakoś podnieść i upchnąć w bagażniku.  Zanim dotrzemy do auta, jestem mokry jak szczur. Cholera. Nawet, jak go tu wsadzę, to co potem? Jak się ocknie i go wypuszczę, to mnie zabije. Lepiej go związać czymś, unieruchomić i wsadzić normalnie do auta. Grzebię za jakimś sznurkiem, paskiem, czymkolwiek. Lina holownicza jest mocna, ale jak to cholerstwo zawiązać? Doskakuję do schowka na rękawiczki. Mam opaski zaciskowe. Świetnie. Za małe. Kurwa! Może pod podłogą bagażnika. Świecę telefonem, by łatwiej znaleźć cokolwiek, co nadawałoby się do związania człowieka. Wyciągam zapasówkę, lewarek, klucze francuskie, gaśnicę, jakieś pierdoły… Stłumiony jęk mrozi mi krew w żyłach. To Rafał! Ocknął się! Nie myślę, walę w łeb gaśnicą. 
– A!!! – mój krzyk rozdziera ciszę. Spokój – nakazuję sobie – Spokój. Rafał znowu padł. Nie zawracam sobie głowy sprawdzaniem, czy go już wreszcie zabiłem, czy nie. W rupieciach dostrzegam pęk długich, białych opasek zaciskowych. Bingo! Rozsypują się na ziemię. To nic. Biorę jedną i przewalam Rafała na brzuch. Muszę zagarnąć jego ręce razem. Są jak kłody. Ciężkie i bezwładne. Przytrzymuję wreszcie jedną kolanem i sięgam po drugą. Jak to cholerstwo założyć?! Ręce Rafała wyślizgują mi się, szarpię je bezskutecznie. Pot leje mi się po oczach, a przecież jeszcze muszę jakoś wsadzić go do auta. Dobra, jest. Luźno. Za luźno. Ale chwycone, więc wezmę drugą.

    Podnoszę się po dłuższej chwili i oceniam sytuację. Dłonie Rafała są skrępowane porządnie na plecach kilkoma plastikowymi paskami. Nie ma szans, by to zdjął. Nogi związuję liną, którą przewiązuję też w pasie. Nie ma co, rozkręcam się. Mógłbym go odwieźć prosto na komendę, ucieszyliby się, a ja byłbym chwilowym bohaterem, ale nie mogę tego zrobić, bo Rafał im wszystko o mnie wyśpiewa i obaj pójdziemy siedzieć. Z tą różnicą, że mnie prędzej czy później dopadną tam ludzie cholernej Sobakówny i zatłuką na śmierć. Nie ma innego wyjścia, jak ukryć go gdzieś i porządnie przepytać, gdy już się obudzi. Jeśli się obudzi. Cholera, mam nadzieję, że nie uszkodziłem go za bardzo. 

    Co jest?! Co to?! Oblewa mnie pot strachu… To nic, chyba jakieś zwierzę przebiegło w ciemnościach. Kuna może albo lis. Ale wystraszyło mnie bardziej niż klamka Rafała i jego żądania. To dla mnie stanowczo zbyt wiele. Trzeba się stąd zwijać. Oddycham ciężko. Czuję, jak opadam z sił, a jeszcze muszę go jakoś umieścić w aucie. W bagażniku. Tak, jednak w bagażniku będzie bezpieczniej. Biorę go pod lewe ramię i chwytam mocno za linę w pasie. Dawaj stary! Na raz, dwa, trzy!

Fikcyjny... i co dalej?

Prace nad udoskonalaniem "Fikcyjnego ja" trwają! Na pewno będą zmiany i na pewno na lepsze :D Celem ostatecznym, jak zapewne nietr...