52. W winie zguba

 – Dobra. Jeszcze raz, bo nic z tego chaosu słów nie rozumiem. Twierdzisz, że ktoś cię zaatakował, tak? – niepokój, jaki towarzyszy temu pytaniu, daje przyjemne wrażenie, że Inka jednak odrobinę się o mnie troszczy. Chciałbym, by jej na mnie zależało, ale obawiam się, że to tylko troska zawodowa. 
– Nie do końca. Chcieli mnie zepchnąć z drogi, ale gdy zobaczyli gliny, znaczy policję drogową, odpuścili. Nie zdążyłem wyhamować, więc zostałem zatrzymany i...
– Chwila. Zostałeś zatrzymany przez drogówkę z powodu przekroczenia prędkości, gdy napastnicy cię gonili? – chyba uznała, że trochę to potrwa, bo siada
 wreszcie po przeciwnej stronie stołu w salonie Moniki. 
– No tak właśnie mówię. 
– Rozumiem, że ich też zatrzymano.
– No właśnie nie. Wyhamowali jakoś. Słuchaj, tam jest jakby pod górę. Ja wyskoczyłem, oni siedzieli mi już prawie w bagażniku, ale zauważyli widocznie, że coś jedzie i ostro dali po hamplach. W SUV-ie wyżej się siedzi, to pewnie lepiej widać drogę. No a ja pojechałem dalej. Uciekałem, więc wcale nie miałem zamiaru hamować, zwłaszcza że nie zorientowałem się tak od razu, że to policja. A potem, jak oni mnie spisywali, to tamci...
– Dlaczego im nie powiedziałeś? 
– A co by to dało?
– Jak to co? – wyraźnie się denerwuje – Człowieku, to się mówi natychmiast! Można było ich złapać, a tak... No nic. Widziałeś kierowcę? Pamiętasz rejestrację?
– Nie... 
– Marka, model, jakieś cechy charakterystyczne?
– Audi... czarne...
– Coś więcej? Nic?
– No... nic. – Czuję się jak dureń. Miałem milion szans, chociażby na zapamiętanie tablic, cholera, nawet mi to do głowy nie przyszło. 
– Nie przejmuj się. Byłeś zdenerwowany, to zrozumiałe – Inka spuszcza z tonu. Pewnie jest jej mnie żal. Tak. Jestem godny pożałowania. Niczego więcej. – Jest już późno, także nic nie zwojujemy. Wrota poszedł do domu, a ja mam jeszcze masę roboty. Załatwię, żeby patrol tu się pokręcił dzisiejszej nocy i żeby wypatrywali tej terenówki, chociaż teraz pełno takich. Nigdzie się nie ruszaj. Jutro rano widzę cię na komendzie. Wrota zmyje ci głowę, za to, że sobie poszedłeś. – Najwyraźniej zbiera się do wyjścia.
– Powiedz mi  co się dzieje? 
– Koło dziewiątej, ok? Możesz tu zostać na noc?
– U Moniki? Zapytam ją, jak wróci, ale...
– Byłoby lepiej, żebyś dziś jeszcze nie wracał do swojego mieszkania. Czynności są zakończone, ale tak będzie bezpieczniej. – Wstaje, unikając mojego wzroku.
– Inka. – Jestem szybszy, staję jej na drodze. – O co chodzi z zatrzymaniem Rafała Kockiego? Co z Markiem Odonskym, tym reporterem, z którym miałem się spotkać, gdy mnie porwano? Co z Grace? I gdzie jest teraz Rurzycki? Wiecznie słyszę tylko pytania, tymczasem dopiero wyleczyłem siniaki, a ktoś rozpieprzył mi mieszkanie, śledzą mnie, a ja nie wiem, co się do cholery dzieje. Ja muszę...
– Nie dziś, ok? Wszystko w swoim czasie. – Inka ucina, a drzwi otwierają się i do przedpokoju wpada Hrabek. – Nie wychodź już dziś, a jutro sam i prosto do nas, rozumiesz? – mówi śmiertelnie poważnie, patrząc mi prosto w oczy. – To nie jest zabawa. – Odwraca się ode mnie ku wyjściu. – Pani Moniko, prosiłabym, by pani przenocowała dziś pana Fikcyjnego, jeśli to możliwe.
– Co? Yyy... A tak, nie ma sprawy. Może spać na kanapie. A coś się stało nowego? – zaskoczona Monika zerka na mnie pytającym wzrokiem.
– Po prostu tak będzie prościej. Jego mieszkanie jeszcze nie nadaje się do... niczego, a już jest późno. – Inka krótko wyjaśnia, a ja się czuję jak przedszkolak, któremu panie organizują leżakowanie.
– Czy to ma związek z tymi ludźmi, którzy go śledzili? – pyta przytomnie Monika. Z rozpędu opowiedziałem jej o tym z grubsza. Inka odwraca się na moment i karci mnie wzrokiem.
– To jeszcze ustalimy. Spokojnej nocy.

    Dawno nie wlałem w siebie tyle wina. Właściwie to chyba nigdy... Czy ja w ogóle kiedykolwiek wcześniej piłem słodkie, czerwone wino? Idąc do łazienki, dochodzę do wniosku, że całkiem nieźle się czuję. Ani kaca, ani bólu głowy... Chociaż jestem niewyspany, a budzik Moniki zadzwonił o jakieś kompletnie nonsensownej godzinie, jestem w dobrej kondycji. 
– Szybciej tam, przecież się spieszę! – Monika wali w drzwi. Cholera, obsikałem deskę. 
– Już, zaraz! – mój głos jakoś nienaturalnie wybrzmiewa w tej łazience. Skąd tu takie echo? W takim ciasnym i zagraconym pomieszczeniu. Swoją drogą, po co jej te wszystkie rzeczy? Szykuje się na jakiś kosmetyczny armagedon i wykupiła zawartość okolicznych drogerii? Wycieram pośpieszne sedes i spuszczam wodę. 
– Ej, bo jeszcze muszę wyjść z psem przed pracą!
– Co? To może ja pójdę?
– Ty? Ty masz jechać na komendę.
– Ale to dopiero za półtorej godziny...
– Chcesz tak jechać? Chyba musisz się ogarnąć, prysznic wziąć. A, nie nie! Ja pierwsza. – Wypycha mnie z łazienki i omal nie przytrzaskuje ręki. 
– To pięć minut przecież... – mówię zrezygnowany raczej do siebie. Ten szum z toalety nie ustaje. To niemożliwe... O cholera... uświadamiam sobie, że w mojej głowie narasta tornado, które jakimś cudem pojawiło się w samym środku, gdzieś za oczodołami i szaleje promieniście, bombardując szpilami bólu wszystkie napotkane na swej drodze komórki. Szum nasila się nieznośnie.
Monika wyciągnęła wczoraj z lodówki butelkę przeraźliwie słodkiego wina, które szybko się skończyło i zostało zastąpione drugim, takim samym, a potem chyba kolejnym, chociaż nie jestem pewien. Wchodziło idealnie i rozwiązywało język koncertowo. Cóż, nie mogę tak do końca zrzucać winy na wino... Potrzebowałem z kimś pogadać, otworzyć się, wyżalić, a przede wszystkim wyrzucić to z siebie. Zdaje się, uświadomiłem sobie, że jestem żałośnie samotny, zagubiony i nieszczęśliwy. Opowiedziałem jej o... wszystkim?... Cholera, zaraz mi eksploduje mózg, a muszę go wysilić, skoncentrować się... Na pewno powiedziałem o tym, co zdarzyło się w Birmingham, o mojej przeszłości z Grace, tym jak mnie załatwiła i jak sama skończyła. Wygadałem się, że nazywam się Andy Horn, ale... chyba nawijałem o zmyślaniu historii z dzieciństwa... Monika mówiła, że nie uwierzyłaby mi, iż jestem Anglikiem, bo zachowuję się za bardzo "po polsku" jak na Anglika. O ja pier... 
– Leoś! Przynieś mi telefon! Zostawiłam obok kawy! Muszę zamówić taryfę! – Marta drze się zza zamkniętych drzwi.
– Już! – lecę do kuchni, a właściwie przetaczam się z trudem. Na widok pełnego dzbanka kawy, zaczynam nagle czuć jej boski aromat. Nie jest już gorąca. Mam ochotę pić prosto z dzbanka, ale zmuszam się, by nalać sobie do kubka, jak cywilizowany człowiek. 
– Jest?!
– Już, no. – Przełykam pospiesznie i dostaję czkawki. Robi mi się niedobrze.
Chwileczkę. Monika nadal nazywa mnie Leosiem, więc jak ja to... A no tak, skoro nie uwierzyła w moją brytyjską tożsamość, to pewnie uznała, że była tymczasowa, a ja byłem i jestem po prostu Fikcyjnym. A może jakiś instynkt samozachowawczy mnie uratował i zmodyfikowałem dla niej moją historię? Muszę sobie przypomnieć.
– To idziesz z tym psem, czy nie? – owinięta ręcznikiem wystawia głowę z zaparowanej łazienki. Bez makijażu wygląda, jakby była dziesięć lat młodsza. 
– Powiedziałaś...
– Cholera. Dawaj ten telefon. Wyglądasz koszmarnie, świeże powietrze dobrze ci zrobi. Idź już. – macha ręką jakby odganiała muchę i znika za drzwiami. Wzdycham, co jest błędem, bo mój alkoholowy oddech nadal jest ze mną. Wolałbym już umyć zęby. Rozważam krótko szybką wizytę we własnej łazience, ale Hrabek najwyraźniej podsłuchał rozkaz swej pani i kręci kółka wokół moich nóg. Schylam się więc, by założyć mu szelki. Szum w głowie przechodzi w rytmiczne łupanie, zlewając się z denerwującym stukotem psich pazurów o panele. 

    Jazda windą nie była dobrym pomysłem. Mam wrażenie, że żołądek odczepił się ze swojego miejsca i jeździ mi w trzewiach od przełyku po jelita i z powrotem. Zamykam oczy, ale jest tylko gorzej. Nigdy więcej nie tknę alkoholu. A wina to już na bank. Mogę złożyć uroczystą przysięgę.
    Hrabek uczepił się latarni i odczytuje nosem wiadomości pozostawione przez inne psy. Rozglądam się dyskretnie. Żadnej czarnej terenówki nie widzę. Jedynie szary Jeep sąsiadów. Parking wzdłuż ulicy już częściowo opustoszał. W klatce naprzeciwko sprzątaczka szoruje drzwi, które ktoś upstrzył sprayem. Czuję się jakoś nieswojo, jakby ktoś mnie obserwował... Zerkam do góry, ale Kłopocińskiej w oknie nie ma. Rozglądam się. Kilkanaście metrów za mną stoi oparty o samochód sąsiad kibic, którego kiedyś spotkałem w windzie. Gapi się w telefon. Swoją drogą dawno go nie widziałem. Dalej jakaś babka pędzi dzieciaka, zapewne do przedszkola. Sadzi wielkie kroki we wściekle różowych tenisówkach, a mały bez marudzenia, ale z miną nietęgą, przebiera nóżkami, próbując za nią nadążyć. Na niebezpiecznego przestępcę nie wygląda. Chyba dostaję paranoi. Ciągnę psa w kierunku trawników, gdy akurat postanowił zadrzeć nogę do góry przy latarni. 
– Sorry, Hrabek. – mówię, bo spojrzał na mnie z wyrzutem, balansując na trzech łapach. 


– Mam nadzieję, że nie przyjechałeś własnym samochodem? – pyta Inka, przyglądając mi się z uwagą. Najwyraźniej ma dziś lepszy humor, bo uśmiecha się do mnie i nie używa oficjalnej formy, choć jesteśmy na posterunku. Zauważam, że nie nosi już munduru. – Mamy ogólnodostępny alkomat, jakbyś chciał sprawdzić. Komisarz, na twoje szczęście, jest  w terenie.  
– Nic mi nie jest, ale dzięki. Chciałbym dziś wrócić do swojego mieszkania. – zmieniam temat. Widziałem u Moniki na fantazyjnym stojaku zapas kilku butelek z tym okropnym winem. Wolałbym nie ryzykować drugiego wieczoru. 
– Nie ma przeciwwskazań. Niestety nie mogę zapewnić ci żadnej ochrony, więc miej oczy dokoła głowy. – ostrzega, a ja dochodzę do wniosku, że angielska postawna emerytka w charakterze bodyguarda, jaką miałem w Birmingham, to tutaj nieosiągalny luksus – Przypomniałeś sobie może jakieś szczegóły z wczorajszego zajścia?
– Nie bardzo... – pocieram skronie palcami. Ibuprofen, który łyknąłem przed wyjściem, powinien już działać. Może był przeterminowany?
– Przyjrzyj się tym zdjęciom. – Inka chwilę mnie obserwuje, po czym wzdycha, grzebie w jakiejś teczce i wreszcie podsuwa mi lepszej i gorszej jakości wydruki. Przyglądam się wizerunkom ludzi, ziarnistym ujęciom z kamer przemysłowych, zdjęciom samochodów. Kręcę głową. – Spokojnie, masz czas. Zastanów się. 
Dostrzegam bardzo podobnego SUV-a. Zgadza się marka, kolor, model chyba też. Gapię się na niewyraźną, ale odczytywalną tablicę rejestracyjną... Jak mogła wyglądać w lusterku... Cholera, to może być to samo auto! 
– Tak? – Dworna widzi moje poruszenie.
– Nie pamiętam całego numeru, ale na dziewięćdziesiąt procent to jest ten samochód! Zwróciłem uwagę, że nie jest stąd. Tak! Tamten był z podkarpackiego! RSA. Tak, jak tu. Potem jak ruszył za mną z kopyta i już byłem pewien, że mnie goni, jakoś wyleciało mi to z głowy. Kto to jest? Czego ode mnie może chcieć?
– Nie wiem, czego od ciebie chcą, ale raczej nie są to ludzie, z którymi warto zadzierać – odpowiada powoli wymijająco, wyraźnie się zastanawiając. Mam ochotę wyciągnąć ją zza tego biurka i dosłownie przyprzeć do muru, by mi wreszcie coś powiedziała. Szkoda, że wczoraj wieczorem nie miałem szansy przestudiować tego, co sfotografowałem telefonem w gabinecie Wroty. Może łatwiej byłoby mi cokolwiek z tego wszystkiego poskładać, a tak czuję się, jak dziecko we mgle.
– Skoro...
– Posłuchaj. – Przerywa mi twardo, poważniejąc jeszcze bardziej. – Albo doskonale wiesz, o co chodzi i świetnie grasz albo wdepnąłeś w niezłe gówno, o którym nawet nie masz pojęcia. Czy wcześniej widziałeś ten samochód? – dźga palcem zdjęcie.
– Nie, nie wiem, może. Takich jest pełno. Nie zwróciłem uwagi – rozkładam ręce. 
– A rozpoznajesz tego człowieka? – wysuwa spod spodu kiepskie jakości wydruk.
– Hm... to może być każdy. Nie widać nawet twarzy.
– Po sylwetce, ubraniu, nie przypomina ci kogoś? A ten? – stuka w klawiaturę, po czym odwraca w moją stronę monitor z portretem pamięciowym... Rafała...
– To, to mój przyjaciel z Poole... – opada mi kopara. Grafika jest tak dobra, że nie mam najmniejszych wątpliwości, kogo widzę.
– Na twoim miejscu nie nazywałabym go przyjacielem – kręci głową Inka. – Według informacji jakie zgromadzili brytyjscy śledczy rozpracowujący grupę przestępczą zajmującą się handlem żywym towarem i przemytem narkotyków, którą zawiaduje niejaki Ingo Fodor pseudonim Bobby, Rafał Kocki był jednym z kontaktów na Europę Śrdokowo–Wschodnią. Współpracował prawdopodobnie z Owenem Kasarleyem oraz, z większą pewnością, Grace Latison co najmniej od czterech lat. 
– Ale jak? – podejmuję słabym głosem, po dłuższej chwili ciszy, której potrzebowałem, by zrozumieć, co ona do mnie mówi. – To niemożliwe. Gdy zamieszkałem w Poole, Rafał już tam przecież był od lat. Pracuje w porcie. Ma żonę, dzieci... Poznaliśmy się przypadkiem, no i przecież to byłby jakiś kosmiczny zbieg okoliczności, że w Poole...
– Niestety nie. – Inka wchodzi mi w słowo. – Kocki pojawił się w Poole po tobie. Prawdopodobnie miał cię obserwować, zbliżyć się. Chlałeś, byłeś niestabilny. W każdej chwili mogłeś zacząć gadać byle komu o swojej eks, może drążyć, szukać informacji. Oczywiście od razu mogli cię zepchnąć nocą do kanału La Manche, lecz ciała czasem wypływają i robi się smród. Kocki wcześniej był widziany w Birmingham, ale wtedy nie było wiadomo, że jest jakkolwiek związany ze sprawą. 
– No a Mark? Mark Odonsky? Rozumiem, że i on jest tym złym. To Rafał mnie z nim skontaktował. Tylko że Mark zbierał materiały przeciwko mafii... Nic z tego nie rozumiem, to się nie trzyma kupy! W dodatku Odonsky nie żyje. 
– Twierdzisz, że Mark Odonsky nie żyje? – spojrzenie Inki przeszywa mnie na wylot. 
– Co? No, podobno... – cholera jasna, przecież tę informację podejrzałem w komputerze komisarza. Pewnie nie mam prawa tego wiedzieć. Kurwa mać. Dworna wreszcie zaczęła mi coś mówić, może nawet zaufała mi, że nie mam z tym nic wspólnego, a ja się  zaraz tak wkopię, że zostanę głównym podejrzanym. Albo już się wkopałem. Czuję jak krew odpływa mi z twarzy. Co jak mam teraz powiedzieć? Co?
– Skąd wiesz, że Mark Odonsky nie żyje? – pytanie przeszywa ciszę i pozostawia ciszę. Dworna nie spuszcza ze mnie wzroku. Gotowa rzucić się na mnie, założyć kajdanki i zawlec do celi. Co robić?!
– Znalazłem te informacje w komputerze komisarza Wroty. – Wyrzucam szybko prawdę, nim zrozumiem, że to samobójstwo i się rozmyślę. Na twarzy Inki odmalowuje się zdumienie. Tego się nie podziewała.
– To nie jest miejsce na żarty – poważnieje. 
– Naprawdę. Komisarz wyszedł z innym policjantem, a ja zostałem na korytarzu. Nie zamknął drzwi na zamek, więc wszedłem. Nadal był zalogowany, więc... Ja chciałem się tylko czegoś dowiedzieć. Nikt nic mi nie mówi. Ktoś próbował mnie ukatrupić, ktoś rozpieprzył mi mieszkanie. Nie skorzystałabyś z okazji zajrzenia do akt? 
– No i co ja mam teraz z tobą zrobić? Wiesz, że to przestępstwo? 
– Nic nie zabrałem, nie ruszyłem nic!
– A jednak. 
– Zamkniesz mnie teraz? – jęczę.
– A mam za co? – przygląda mi się i zastanawia. – Jeśli będzie zachodziło podejrzenie, że możesz mataczyć, zostaniesz zatrzymany. Powiedzmy, że jeszcze nie zachodzi. Natomiast myślę, że zważywszy na wydarzenia, o których wspomniałeś, w twoim interesie jest powiedzieć mi wszystko, co wiesz na temat Marka Odonskiego i Rafała Kockiego.
– Ale Rafał...
– Wszystko. Co robił, kiedy, z kim się spotkał tu czy tam, kogo zapamiętałeś, czego byłeś świadkiem, co widziałeś. Wszystko. Tak, wiem, to nie jest łatwe – podnosi rękę na znak, że nie skończyła i mam grzecznie słuchać. – Zacznijmy więc od początku. Od dnia, gdy poznałeś Grace Latison. 

51. Podwójna ucieczka

– O! – wyrywa mi się ze zdziwienia i radości. Teraz wiem, jak czuje się pies, gdy właściciel wraca do domu. Gdybym miał ogon, merdałbym nim zapamiętale. Na szczęście opanowuję chęć radosnych podskoków, odchrząkuję i witam się, jak na obywatela przystało. 

– Możemy porozmawiać? W środku? – pyta Dworna, która najwyraźniej przyszła właśnie do mnie. 

– Naturalnie, tylko uprzedzam, mam bałagan. – Popycham przed nią drzwi, by stanęły otworem. – Proszę.

– Wow, przebiłeś nawet moją kuzynkę, która nigdy nie skalała się sprzątaniem swojego pokoju, gdy była dzieckiem.

– Szukałem wykałaczki – plotę byle co, wciągając z rozkoszą ledwie wyczuwalny, ale na mnie zawsze działający, zapach Inki.

– Kiedy to się stało? Nie wyglądasz na zmartwionego – wskazuje ręką wnętrze mojego mieszkania i odwraca się do mnie, unosząc brwi. 

– Wychodzi na to, że gdy wypoczywałem na all inclusive w Birmingham. Ale mogę ci podać rysopis sprawców.

– Od Anieli Kłopocińskiej? – zadaje retoryczne pytanie i nieznacznie się uśmiecha. – Zgłosiłeś to?

– Właśnie miałem zamiar. 

– Zadzwonię po techników. Mam nadzieję, że nic nie ruszałeś.

– Tylko krzesło. Chyba... – Wskazuję na mebel, na którym niedawno siedziała przyparta do muru sąsiadka. Inka stąpa ostrożnie i się rozgląda. 

– Rozpoznajesz ich po jej opisie?

– Niestety nie. A... jesteś tu służbowo czy prywatnie – pytam, próbując ukryć nadzieję w głosie, ale chyba nie do końca mi się to udaje. Jest ubrana zwyczajnie, po cywilnemu.

– Dotarły do mnie słuchy, że wróciłeś. Przyszłam porozmawiać o sprawie. Widzę jednak, że trochę się nam to wszystko komplikuje. Nie ma śladów włamania... – podchodzi do drzwi i ogląda je z zainteresowaniem. 

– Mieli klucze. Nawet byli tak mili i je zostawili. Zobacz. – sięgam w kierunku stolika.

– Zostaw! Niczego nie ruszaj. Może jednak to ktoś znajomy?

– Bynajmniej. Musieli ukraść klucze z hotelu. 

– Dlaczego tego nie zgłosiłeś? – zerka na mnie podejrzliwie.

– Wtedy nie wiedziałem – wzruszam ramionami. – Ktoś był w moim pokoju, zostawił uchylone drzwi, ale nic nie zgięło, nic nie było nawet przestawione, więc...

– W naszym hotelu? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?

– Nie byłem pewien czy...

– Przyślij mi chłopaków na Wrzosową do włamania. Najlepiej, żeby Witek przyjechał. – Inka już mnie nie słucha, dzwoni. – Tak, tak, byłoby super. Jeszcze oficjalnie nie zgłoszone, ale akurat jestem na miejscu. Trzynaście przez dwadzieścia pięć. No tak, u niego. Ja przyjmę, nie ma problemu. – Rozłącza się i spogląda na mnie z naganą w oczach, ale nic nie mówi. 

– Próbowałem się z tobą skontaktować, ale...

– Mam nowy numer. Przenieśli mnie. 

– A... a dokąd? – mój głos brzmi piskliwie. Cholera, muszę wziąć się w garść. Ciągle wychodzę na kretyna.

– Do pionu operacyjnego. Cieszę się, że wróciłeś do zdrowia. Dziwię się za to, że wróciłeś tutaj. 

– Dlaczego? Tu jest mój dom. 

– Tak... mój dom, moja ulica, mój kraj... Jesteś Anglikiem, tam zapewne bardziej czujesz się, jak w domu – nie podoba mi się jej ton, badawcze, zimne spojrzenie. 

– No, ale tu się przeniosłem... No i mam tu zobowiązania.

– Tak?

– Psy. Nie mogą wiecznie mieszkać w hotelu. No i pracę.

– Za chwilę przyjadą technicy. Spiszemy protokół, bo właśnie mi zgłaszasz włamanie. I wracamy do oficjalnej formy, rozumie pan, panie... Horn – Fikcyjny?

– Oczywiście – wyduszam z siebie. 

    Gdy w mieszkaniu zaroiło się od policji, pojechałem z Dworną na komendę. To nie była sympatyczna rozmowa. Nie wiem, co ugryzło Inkę. Może awans ją zmienił? Przesłuchiwała mnie jak przestępcę, a potem pałeczkę przejął Wrota. Niby chodziło o przyjęcie zgłoszenia o włamaniu, ale pytaniom nie było końca. Jakbym znowu był w samym środku sprawy związanej z Grace, z tym że komisarza coraz bardziej interesowało wszystko, co mogę wiedzieć o Rafale i Marku. Skubaniec doskonale wie, że nie wszystko mu mówię. Nie przyznam się przecież do tego, że pomogłem Markowi dobrać się do akt i policyjnych materiałów. Zatoczyliśmy krąg ze dwa razy, po czym znowu komisarz wrócił do rozmowy o włamaniu. Zaczynam się czuć tak, jakbym sam był jakimś oprychem, który rozpieprzył własne mieszkanie. Jeśli Inka od niego uczy się, jak rozmawiać z obywatelami, to... 

– Panie Horn? – Wrota wyrywa mnie z zamyślenia. Patrzy przenikliwie, jakby właśnie mnie na czymś przyłapał. – Pytałem o okoliczności utraty kluczy.

– Mówiłem już, że musieli ukraść mi je w Birmingham.

– Czy wówczas zauważył pan nich brak?

– No... nie, właściwie wtedy to nie. Mówiłem, że...

– Więc skąd pewność, że to było akurat w tamtym hotelu?

– Tak myślę...

– Myśli pan, czy jest pewien?

– W sumie... A właściwie co to za różnica? Czy w tym hotelu, czy w innym, czy może, nie wiem, w taksówce? To są moje klucze. Charakterystyczny komplet, który znalazł się w mieszkaniu przede mną, w dodatku wtedy, gdy jeszcze siedziałem z fioletową gębą zamknięty na Wyspach. – Zaczyna mnie denerwować to podejrzliwe, natarczywe spojrzenie komisarza. – Nie wiecie ani kto mnie tak tam urządził, ani kto tu wywrócił moje mieszkanie do góry nogami, a interesuje was, w którym dokładnie momencie buchnęli mi klucze? To jakiś absurd!

– Wszystko jest ważne. – spokojnie mówi po dłuższej chwili milczenia. Chyba przyzwyczajony jest do niecierpliwych frustratów. 

    Nie dane nam dłużej rozmawiać, bo do gabinetu wchodzi inny policjant, szepcze  komisarzowi do ucha coś, co sprawia, że ten pochyla się nad ekranem komputera, po czym wybiega z pokoju. Funkcjonariusz wyprasza mnie więc na korytarz i gna za tamtym. Stoję jak ta pierdoła pod ścianą. Kiedyś tu było krzesło. Teraz można tylko stać lub iść, ale nie wiem, czy mam tu czekać, czy co... Wokół mnie pusto i cicho. Chwileczkę... Rozglądam się jeszcze raz i podchodzę do drzwi. Wrota nie zamknął ich na klucz! Nie do wiary! Cholera, a jak zaraz wróci? Waham się sekundę i wchodzę. No i co ja tu znajdę w tym bałaganie? Może się nie wylogował. Nawet nie sięgnął do klawiatury przed wyjściem. Ruszam nerwowo myszą. Ekran rozświetla się. Cholera, że też nie mam przy sobie pendrive'a z trojanem albo chociaż i bez żeby skopiować co nieco. Gorączkowo przeglądam to, co Wrota aktualnie ma pootwierane. Mój profil. Dane... O. Sporo tego. Analizują mnie całkiem dokładnie. Daty, miejsca, Grace... Andy Horn ze znakiem zapytania. Boldem. Odnośnik do uwag. Tylko gdzie te uwagi? Cholera. Nie dam rady tego tutaj ogarnąć. A to co? Rozwijam wiadomość, którą Wrota dostał prawdopodobnie tuż przed wyjściem. Mark Odonsky, dziennikarz. Powiązany ze sprawą Ingo Bobby Fodora. W nawiasie Owen Kasarley, Grace Latison, Rafał Kocki i... Andy Horn. Znaleziony martwy w... Oblewa mnie zimny pot. Trzęsą mi się ręce, ale robię zdjęcia tego, co widzę na ekranie, przewijam strony otwartych dokumentów, notatek, uruchamiam inne z folderu, pstrykam bez czytania. Może jest też coś w tych teczkach? Cholera, wszystko spada. Zbieram kartki naprędce sprawdzając, czy to coś związanego z tą sprawą i ze mną. Jakiś trzask. Wybiegam w panice na korytarz.

    Przez nikogo niezatrzymany wyszedłem z komendy, powstrzymując się z całych sił od biegu. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem przed siebie. Nie wiem, gdzie jechać, co robić, z kim mogę o tym pogadać. Jeżdżę bez sensu po mieście. Czy mogę już wrócić do mieszkania, czy powinienem tam wracać? Dlaczego wsadzili mnie w jeden nawias razem z Kasarleyem? I ten pogrubiony znak zapytania... Trzeba było grzebać dalej, nie dać się spłoszyć jak jakaś dziewica. Walę ręką w kierownicę z bezsilności, chociaż mam ochotę rąbnąć w nią łbem. Hamuję przed czerwonym światem i prawie spełnia się moje życzenie. Chwila. Znaleziony martwy? Mark? Próbuję sobie przypomnieć to zdanie. Czy wynikało  niego, że to Mark Odonsky nie żyje? Muszę dorwać Dworną. Nawet jeśli nie darzy mnie już choćby cieniem sympatii, prędzej chce wsadzić za kratki, to muszę z nią porozmawiać. Powinienem wrócić na komendę. W sumie to idiotyczne, że stamtąd zwiałem. Trzeba było sterczeć na tym korytarzu albo wrócić do gabinetu i dalej myszkować. Właściwie nie podpisałem nawet swoich zeznań. 


Pościg ogon śledzenie

    

    Albo w tym mieście jeżdżą same czarne SUV-y, albo jeden się do mnie przykleił. Mam zamiar skręcić w lewo, ten za mną też miga lewym kierunkowskazem. Tymczasem korzystam z zielonej strzałki i zmieniam zdanie. Skręcam w przeciwną stronę. On również. To nie może być zbieg okoliczności. Robi mi się gorąco. Automatycznie dociskam gaz. Terenówka zostaje w tyle. Ktoś jej się wepchnął przed maskę, więc korzystam z okazji i przyspieszam jeszcze bardziej. Teraz wykorzystam światła i luźniejszą trasę. Ha! Niezły jestem. Po SUV-ie ani śladu. Wszystko fajnie, tylko wyjechałem na zadupie. Przede mną droga przez lasy i wsie albo zjazd na autostradę. Bez sensu. Nie wybieram się nad morze. Pojadę prosto, objadę najwyżej kilka wsi i wrócę do miasta od zachodniej strony. By nie tracić czasu, stukam w telefon, by zadzwonić na policję. Może uda mi się złapać Dworną. Jasne. Ekran rozświetlił się i wyłączył. Gdzieś tu miałem kabel do ładowania... Sięgam do schowka na rękawiczki, gdy kątem oka widzę, jak coś wybiega mi przed samochód. Cholera jasna. Ała! Hamuję na szlag, kot ucieka, a klapa schowka przytrzaskuje mi rękę. Chrzanić kabel. Zerkam w tylne lusterko. Gdyby ktoś za mną jechał, pewnie siedziałby mi już w tyłku. Nie do wiary! To ten sam SUV. Albo podobny. Jest daleko, ale szybko się zbliża. Zapieprza ze dwa razy szybciej niż pozwalają przepisy. Duszę pedał gazu. Silnik wyje z bezsilności. Trzeba było myśleć o koniach mechanicznych, gdy się kupowało auto. Cóż, te, które mam muszą wystarczyć. Mobilizuję samochód i po chwili gnam przez wieś stówą. Mijam ostatnie domy terenu zabudowanego, rozpędzam się na maksa i śmigam między polami. Terenówka prawie siedzi mi na tyłku. Zerkam nerwowo w lusterko, ale nie jestem w stanie rozpoznać kierowcy. Dojeżdża pod zderzak, zjeżdża na lewo, trzymając tempo. Cholera, zaraz zacznie mnie spychać! Depczę gaz, ale już szybciej nie dam rady. W dodatku teren się wznosi. Co jest? Odpuścił? Hamuje. Czy... Przed nami, na sąsiednim pasie majaczy samochód. No tak, lepiej mnie zabić bez świadków. Zwłaszcza takich. Chyba nigdy dotąd nie ucieszył mnie tak widok radiowozu. Prześladowca maleje we wstecznym lusterku, więc i ja zwalniam. Radiowóz mruga światłami, a policjant wychodzi na drogę z lizakiem. Już się mieszczę w przepisowej prędkości, ale ciut za późno. 

– Dzień dobry, sierżant Eryk Mewa. A dokąd się tak panu spieszy? – policjant drogówki patrzy na mnie z góry, gdy otwieram okno, a jego kolega parkuje radiowóz za mną. SUV mija nas niespiesznie. – Dokumenty poproszę. Powodem zatrzymania, proszę pana, jest nadmierna prędkość. Czy wie pan, z jaką maksymalną prędkością można poruszać się na tej drodze? 

– Dziewięćdziesiąt?

– Bardzo dobrze. A pan ile jechał?

– No... trochę szybciej, nie wiem, naprawdę. – Mam ochotę wyskoczyć z auta i wyściskać ich za uratowanie mi skóry. Zamiast tego udaję skruszonego. Czarny wóz zniknął za zakrętem. Nie ma sensu mówić im, że to przed nim tak wiałem. Wyszedłbym tylko na kretyna, który zmyśla bzdury, by wykręcić się od odpowiedzialności. Poza tym nie wyglądają na takich, którzy mieliby ochotę na pościg.

– No to proszę tu zobaczyć. – Bierze od kolegi urządzenie i pokazuje mi palcem pomiar. 

– Sto trzydzieści osiem – odczytuję.

– No... a było więcej. Gdyby nie zaczął pan hamować przed zmierzeniem, obawiam się, że byłoby po prawie jazdy. No i po co się tak spieszyć? Do żony? Dziewczyny? 

– Tak, tak, do dziewczyny jechałem. 

– A mógł pan nie dojechać. Są już punkciki?

– Nie, chyba nie...

– Chyba? Dobrze, sprawdzimy. Przyjmuje pan mandat, czy...

– Przyjmuję. Oczywiście.

– I słusznie. To będzie niestety czterysta złotych i osiem punktów. – Mówi ze współczuciem w głosie – Proszę chwilę zaczekać. Nie, nie trzeba wysiadać. Chce pan kredytowy czy płacimy na miejscu?

– A mogę kartą?

– Oczywiście. U nas jak w Biedronce, proszę pana. Pin i zielony.

– To poproszę – jęczę. Chyba za bardzo wczuwam się w rolę. 

– Pan się nie martwi. Kocha, to poczeka. Lepiej późno niż nogami do przodu. 

    Zamiast po zapłaceniu mandatu kontynuować jazdę "do dziewczyny", zawracam i jadę przez dłuższą chwilę za radiowozem, zerkając za siebie. Jeśli ciekawość ich zmusi do ponownego zatrzymania, powiem, że zabrali mi ostatnie cztery stówy i nie mam po co pokazywać się u kobiety taki goły. Widzę, jak kierowca zerka na mnie w lusterko. Najważniejsze, że tamten samochód się gdzieś stracił. Przynajmniej na razie. Co teraz? Najsensowniej byłoby wrócić na komendę i powiedzieć o SUV-ie komisarzowi. Zgłosić to od razu. Zmierzam jednak do domu. Muszę się zastanowić, zebrać to wszystko do kupy, a przede wszystkim naładować telefon, by przeczytać informacje ze zdjęć zrobionych w gabinecie Wroty, zanim znowu będę gadał z glinami. 

    Niepewien czy mogę wejść do własnego mieszkania, poszedłem do Moniki. Oczywiście zarzuciła mnie pytaniami, ale na szczęście udostępniła odrobinę prądu dla mojego telefonu. Ten, ledwie się uruchomił, rozbrzmiał sygnałami nieodebranych połączeń i wiadomości tekstowych. Jedna powtarza się kilka razy.

Proszę o pilny kontakt, I. Dworna.

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...