50. Pobojowisko

    Nie wiem komu zależało, by mnie zatrzymać w tamtym ciasnym apartamenciku, ale angielscy policjanci wyglądali nawet na zadowolonych, gdy zażądałem opuszczenia tego miejsca. Wormson wzruszył ramionami i powiedział, że w porządku, nikt mnie tam nie trzyma. Głupawo się uśmiechnął na widok zdumienia, które zapewne odmalowało się na mojej twarzy. Zapytałem, czy będą mnie jeszcze przesłuchiwać, czy planują moje spotkanie z Grace, czy muszę pozostać w Wielkiej Brytanii i na wszystko uzyskałem zbiorczą odpowiedź: nie. Musiałem tylko podpisać, że dobrowolnie się wynoszę, niniejszym rezygnując z ochrony (co chyba miało dotyczyć tej emerytki z dołu) i mam świadomość ewentualnego zagrożenia bla bla bla. Próbowałem dowiedzieć się czegoś o Grace, bo jakby nie było jestem człowiekiem wrażliwym na los bliźnich i chociaż tej konkretnej osoby nie znoszę, to jednak... W każdym razie niczego mi nie powiedzieli, prócz tego, że jest pod odpowiednią opieką i konfrontacja ze mną nie będzie powtórzona. Zebranie manatek zajęło mi jakieś osiem minut i tyle mnie widzieli. 
    Pokręciłem się po mieście, by sprawdzić, czy nikt za mną nie łazi, odwiedziłem bankomat, a potem sklep. Nabyłem nowego laptopa i telefon, po czym zadekowałem się w podrzędnym, ale i tak przepłaconym hotelu w pobliżu lotniska. Dostałem mały, przykurzony pokój ze skrzypiącym łóżkiem. Za to z nie najgorszym wifi. Postanowiłem nawiązać kontakt z Markiem, a przynajmniej spróbować. Zabezpieczyłem połączenie po zęby, by nie był w stanie sprawdzić gdzie jestem, próbowałem i próbowałem przez kilka ładnych godzin, ale skurczybyk nie odpowiadał. Są różne opcje: albo tak jak myślałem wcześniej, wrobił mnie i dał się kupić lub zastraszyć, albo podwinął ogon pod siebie, albo nie ufa mi już i dlatego siedzi cicho, a swoje kombinuje. Może go gliny zdemaskowały? Gdyby tak było, bardziej interesowaliby się nim, przepytując mnie. Tę ostatnią możliwość odrzuciłem najszybciej. 
    Pozostało mi wykupić bilet na lot. Jedna rzecz jednak wciąż nie dawała mi spokoju. Na jaką cholerę aresztowano Rafała? Co może mieć z tym wspólnego? Korzystając z szyfrowanego połączenia zadzwoniłem przez Skype'a do jego żony. Odebrała szybko, gadała dużo, ale niczego konkretnego nie powiedziała. Jest zrozpaczona, nie wie, co teraz będzie, kiedy go wypuszczą i tak dalej. Za co go zgarnęli nie potrafiła powiedzieć. Albo nie chciała. Pytała za to, gdzie jestem, czy przyjadę do Poole, czy mógłbym jakoś pomóc staremu kumplowi. Strasznie ciężko się z nią rozmawiało. Nie słuchała, nie odpowiadała, tylko nawijała swoje. W sumie się nie dziwię, też bym panikował na jej miejscu. Powiedziałem, że zrobię, co w mojej mocy i się rozłączyłem. Co za burdel. 
    Siedzę w samolocie. Po niemal nieprzespanej nocy boli mnie głowa. Lot, chociaż niespełna dwuipółgodzinny, potwornie mi się dłużył, więc z ulgą przyjmuję fakt, że podchodzimy wreszcie do lądowania. Czuję się jak zdrajca. Powinienem był pojechać do Poole albo chociażby nawet w Birmingham uczepić się tamtego komisarza, albo Wormsona i kategorycznie zażądać wyjaśnień, powiedzieć im, że to jakieś nieporozumienie, Rafał z pewnością nie jest niczemu winien. Może i wyszedłbym na głupka, ale coś powinienem dla niego zrobić. Przecież on ma dzieciaki, jedno niepełnosprawne, jest im potrzebny. Tymczasem dla uspokojenia sumienia przelałem jego żonie trochę kasy. Tylko na to mnie stać. Co ze mnie za przyjaciel? 
Próbuję skupić się na czymś innym, ale moje myśli uparcie wracają do Rafała... Może to ten facet od jachtu go w coś wpakował. Mógł chcieć zemsty, a jak wiadomo, dla bogatego nic trudnego. Niemożliwe, by go zamknęli w związku ze sprawą Kaserleya i Grace. Co on mógłby mieć z tym wspólnego? Chyba że Mark... Tak, może Mark go wrobił. To przecież jemu kazał przekazać, gdzie mieliśmy się spotkać. Nie powinienem był wracać. Podskakuję na siedzeniu, gdy koła maszyny spotykają się nagle z ziemią. Cóż, chyba za późno na takie wnioski. 

    Moje mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej, gdy je ostatnio widziałem. Przynajmniej drzwi są nienaruszone, bo kulturalnie otworzyli sobie kluczami, których nie mogłem się doszukać w moim bagażu. Musieli je zwinąć z hotelu, gdy siedziałem w The Figure Of Eight. Czuję dziwną w tej sytuacji ulgę, że ich sam nie zgubiłem. Dotąd byłem pewien, że mam je w plecaku. Wnętrze wygląda jak po przejściu trąby powietrznej. Durnie, nie mogli niczego znaleźć, bo zwyczajnie niczego istotnego nie zostawiłem. Oczywiście drugi, ten zostawiony laptop zniknął. Uśmiecham się triumfalnie. Nie jestem taki głupi, jak myślą. Miałem przeczucie z tym, żeby podmienić dyski. Przechadzam się po podłodze usianej... wszystkim. Muszę to ogarnąć, zanim odbiorę psy, żeby nie pokaleczyły sobie łap rozbitym szkłem. Ci, którzy tu byli musieli nieźle się wściec, nic nie znalazłszy. Swoją drogą nie mogli być cicho. Kłopocińska! Ona na pewno widziała wandali. Tu przecież nic nie dzieje się bez jej wiedzy. Na bank odgłosy demolki nie uszłyby jej uwadze. Pewnie zgłosiła włamanie na policję. Tylko dlaczego mnie nie powiadomiono? No i chyba powinno to być jakoś zabezpieczone, zamknięte, żeby byle kto nie wlazł. Wychodzę, nie kłopocząc się otwartymi na oścież drzwiami i idę prosto do Anieli. Dzwonię, ale nie otwiera. Jest w środku, słyszę charakterystyczny odgłos odsuwania przesłony wizjera. Uwieszam się na dzwonku jak niegdyś ona na moim. Nasłuchuję. Co ona do cholery wyprawia? 
– Pani Anielo! Proszę otworzyć! To ja, Leopold! – drę się. Może wystraszy się, że zwrócę uwagę innych lokatorów i narobię jej wstydu. Bingo! 
– Czego pan chcesz? – warczy przez szparę zablokowanych łańcuszkiem drzwi.
– Pani Anielo, to ja, przecież pani nie zjem. Pamięta mnie pani? Mieszkam...
– Wiem, gdzie pan mieszkasz! – niecierpliwi się – Ja nie mam panu nic do powiedzenia!
– Ktoś włamał się do mojego mieszkania, wszystko jest poniszczone, pani na pewno słyszała. Czy ja mogę wejść, porozmawiać? – ściszam konspiracyjnie głos.
– Ja niczego nie słyszałam i nie widziałam. Idź pan stąd! – trzaska drzwiami tak, że gdybym wsunął stopę w szparę, jak robią to w filmach, nie miałbym stopy. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, przyznaję. Co teraz? Monika. Zerkam na zegarek w telefonie. Minęła siedemnasta. Możliwie, że jest już w domu.
– Na szczęście – wołam na jej widok z ulgą i wpadam do przedpokoju przez szeroko otwarte przez nią drzwi. Gdzieś podskórnie obawiałem się, że i ona może się odciąć. Zaczynam się przyzwyczajać do absurdów wokół mnie.
– Co za niespodzianka! Nie dzwoniłeś, że wracasz – cmoka mnie w policzki i przytula jak starego kumpela – Kiedy przyleciałeś? Chodź, zrobię kawy. Musisz mi wszystko...
– Monia, wiesz coś o włamaniu do mojego mieszkania? – wchodzę jej w słowo.
– Co? 
– Czyli nie wiesz. A Kłopocińska coś o mnie mówiła? Dziwnie się zachowuje.
– Jak dziwnie?
– Nie chce ze mną rozmawiać i twierdzi, że nic nie wie o włamaniu, a tam jest wszystko rozpieprzone! Po cichu takiego czegoś nie da się zrobić.
– Pierniczysz – Monika robi wielkie oczy i zamiast do kuchni, mija mnie, idąc do wyjścia – Hrabek, zostań. 
Zatrzasnęła psu drzwi przed nosem i pognała schodami do góry napędzana ciekawością. I pomyśleć, że całkiem niedawno ledwo się poruszała z nogą w gipsie. 

– O cholera! Ale rozpiździel! – krzyknęła, zatrzymując się gwałtownie w progu. Zginęło ci coś?
– Stary laptop, a poza tym trudno określić. To musieli być ci sami, co mnie porwali. Tylko że też chciało im się lecieć do...
– Co?! Porwali cię?! Leoś, co ty mówisz?
– Ciszej – zerkam w kierunku mieszkania Kłopocińskiej i zamykam za nami drzwi. – Wszystko ci opowiem. Zastanawia mnie tylko to, że najbardziej wścibska ze wścibskich nic nie chce mi powiedzieć.
– Kłopocińska musiała coś słyszeć, a może i kogoś widzieć. Czekaj, ja ją zapytam.
– Nie ma sensu. Ona przecież wie, że się przyjaźnimy. Teraz na bank siedzi przy drzwiach i podsłuchuje. 
– Może ją zastraszyli? – Monika marszczy brwi, po czym uchyla drzwi i głośniej mówi – Albo pani Kłopocińska maczała palce w tym włamaniu, albo kryje złodziei!
– O tak, to jest możliwie, muszę koniecznie o tym powiedzieć policji przy zgłoszeniu  – odpowiadam, również podnosząc głos – Kto by pomyślał, że pani Aniela może być wmieszana... – przerywam, bo już słychać odzew na naszą szopkę. Dwa zamki i łańcuszek błyskawicznie ustępują, a sąsiadka wypada na klatkę, jakby wypchnęła ja wichura.
– Chwileczkę! Ja sobie wypraszam! Co wy pleciecie? – dopada zdyszana do mego progu. – Ja nie mam z tym nic wspólnego! – zniża wzburzony głos do teatralnego szeptu. 
– O, to może jednak pani coś słyszała? – pytam uprzejmie i odsuwam się, by mogła zobaczyć moje lokum.
– Matko jedyna... – zapuszcza żurawia, chwilę się waha, ale ciekawość wygrywa, więc wchodzi do środka, a ja zamykam drzwi. Na zamek. Kłopocińska gwałtownie się odwraca. Widzę strach w jej oczach. 
– Dlaczego pani kłamie? – pytam spokojnie.
– Ja? Ja nigdy w życiu! Nie mam z tym nic wspólnego. Jak w ogóle mogłeś pomyśleć, że ja! Po co ja bym miała się włamywać. O matko jedyna, ja i włamanie! Muszę stąd wyjść, słabo mi!
– Pani Anielo. Przecież pani tu mieszka, pani doskonale się orientuje, co dzieje się w naszym bloku, nie tylko na pani piętrze, ale na wszystkich! To jest poważna sprawa. Leoś zgłosi to na policję, a oni będą z pewnością pytać wszystkich sąsiadów, czy ktoś coś zauważył. Będzie pani kłamać policji? – Monika tłumaczy jej jak dziecku, stając na drodze do wyjścia.
– A gdzieżby, przecież ja nigdy nie kłamię. Skąd ta myśl, że miałabym kłamać policji! Jak przyjdą mnie zapytać, to oczywiście powiem.
– Co pani powie?
– Co?
– Co pani powie, gdy zapytają, dlaczego nie zgłosiła pani, że u sąsiada jest włamanie?
– Co? – powtarza idiotycznie jak zacięta płyta. Stoimy nad nią jak sępy.
– Pani Anielo... 
– Dobrze. Podnieś mi chłopcze krzesło – po dłuższej, pełnej napięcia chwili zastanowienia, wchodzi do pokoju, stąpając między rupieciami.

Oczywiście Kłopocińska doskonale wiedziała o włamaniu, słyszała trzaski, zaglądała na klatkę, ale zamiast wybrać sto dwanaście, zadzwoniła do bratanka. Ten poradził jej, żeby nie wychodziła, nie interesowała się i absolutnie nie pokazywała złoczyńcom, bo ją zabiją. Wg niego wmieszałem się w mafijne porachunki, dlatego zniknąłem na tak długo, a aspirant Dworna wróciła sama i milczy jak grób. W dodatku awansowała zapewne w nagrodę za zdemaskowanie mnie. Powiedział nawet, że jest prawie pewien, iż to ja zamordowałem Orianę, czyli Anę, a to, że Grzesiek przyznał się do tego morderstwa jest oczywiście również moją robotą, bo najpewniej zmanipulowałem biedaka, zagroziłem, że ukatrupię mu psa, toteż zastraszony mówi, co mu kazałem. Na koniec z wyrzutem w głosie Aniela zapytała mnie, co tutaj robię, skoro powinienem siedzieć w  więzieniu. Szczerze powiedziawszy zaniemówiłem. Co ci ludzie biorą, że mają tak szalenie wybujałą wyobraźnię? Tego dnia Kłopocińska chyba była jednak nieco bardziej rozumna, bo po tym, jak mi wszystko opowiedziała, sama doszła do wniosku, że to chyba nie do końca najlepsza teoria. Moje pojawienie się, żądanie wyjaśnień i coraz większe ze zdumienia oczy musiały nasunąć jej taki wniosek. Zapewniłem ją, że nie zabiłem Ukrainki, nie prześladuję Grzegorza i nie mam morderczych planów w stosunku do jego psa. O dziwo, moja deklaracja niewinności wystarczyła, by przestała łypać na mnie podejrzliwym okiem. Nawet powiedziała coś w stylu  Ach, Leosiu kochany, ja od początku wiedziałam, że ten mój Karolek przesadza. Nie rozumiem tej kobiety. Podejrzliwa, sprytna, cwana, wszystko o wszystkich wie, a jednocześnie jest skłonna uwierzyć w każdą bzdurę i jednocześnie odrzucić ją, gdy tylko powie się jej, że to nieprawda.
Zastanawiam się, czy to, co rozpowiada o rzekomym aresztowaniu Grzegorza w ogóle leżało kiedykolwiek w pobliżu prawdy. Może po prostu przenieśli go do innej placówki albo wysłali do sanatorium. Mam nadzieję, że przynajmniej gdy coś widzi osobiście, to nie dopowiada za dużo, bo dowiedziałem się, jak wyglądali ci, którzy buszowali w moim mieszkaniu. Określiła też datę, godzinę włamania, jaka była wówczas pogoda, ile kosztowały pomidory w czwartkowej promocji i że przez to wszystko przypaliła zupę szczawiową. Pal licho moje mieszkanie, utrata zupy to prawdziwe nieszczęście! 

Stoję teraz sam w środku tego pobojowiska. Kłopocińska powiedziała, co wiedziała i wróciła do siebie, bo uciąłem jej próby wypytywania mnie o to, gdzie byłem i co robiłem, jak mnie nie było. Monika pobiegła do Hrabka, któremu należał się spacer, zapowiadając, że wpadnie wieczorem i pomoże w sprzątaniu. Też mam ochotę stąd wyjść. I najlepiej nie wracać. 
Żeby już niczego nie ruszać, nie zacierać śladów i takie tam, wychodzę z zamiarem wstąpienia do apteki po tabletki od bólu głowy. Potem pojadę na posterunek. Na klatce otwiera się winda i staję twarzą w twarz z Inką.

49. Rekonwalescencja

    Moje nowe lokum to piętro angielskiego, wąskiego domu z zagraconym obmurowanym ogródkiem wielkości budy dla psa. Mam do dyspozycji pokoik z wysokim jak katafalk, wąskim, trzeszczącym łóżkiem, absurdalną toaletką zamiast stołu i oknem zasłoniętym grubą, granatową kotarą. Jest tu potwornie duszno. W dodatku w powietrzu unosi się dziwny smrodek, którego nie umiem określić. Za drzwiami znajduje się najmniejszy możliwy przedpokój składający się z samych drzwi. Po prawej jest jakieś pomieszczenie zamknięte na klucz, a po lewej mikroskopijna łazienka wyposażona w kibelek wciśnięty między krótką wannę z plastikową zasłonką a umywalkę z dwoma kranami. Naprzeciw pokoju zaś kolejne drzwi zamknięto na klucz. Oddzielają mnie od schodów prowadzących na parter, gdzie mieszka jakaś starsza kobieta. Trzy razy dziennie przynosi mi na tacy posiłki. Oczywiście wszystko dla mojego bezpieczeństwa. Tylko dlaczego czuję się jak więzień? 
    Wiedziałem, że po wyjściu ze szpitala nie będzie tak, jak wcześniej, ale naiwnie myślałem, że umieszczą mnie w jakimś tajnym miejscu razem z Inką albo po prostu wpakują w samolot do Polski. Nic nie wiem, niczego nie chcą mi powiedzieć, nawet Dworna milczy jak grób. Powiedziała tylko, że sprawa jest poważna, muszą mnie chronić i ma związane ręce, po czym przepadła jak kamień w wodę i nie mam z nią kontaktu. Tęsknię, przyznaję.
Mój telefon i komputer zabrano, ale co ciekawe laptopa przynieśli mi już po kilku dniach. Wystarczyło poprosić. Mam nawet internet. Kusi mnie, by skontaktować się z Rafałem. Nie mam jednak pojęcia, na czym stoję. Czy aresztowano Marka? Czy jest zamieszany w tamten atak na mnie, czy może też został wykorzystany? A może również oberwał? Czy kogokolwiek złapali, czy coś ruszyło się w śledztwie i wreszcie: co z Grace? 
Moja gęba wygląda już mniej więcej jak gęba, chociaż nie mogę jeszcze porządnie otworzyć ust, a gdy próbuję, coś boleśnie przeskakuje mi w żuchwie. Nad skronią z lewej strony wygolony placek powoli zarastają włosy, omijając grubą kreskę największego szwa, gdzie tworzy mi się łysa ścieżka. Ciągle mam przekrwione, wrażliwe oczy. Z pewnością oglądanie Netflixa całymi dniami w ciemnym pokoju nie pomaga. Może zapomnieli o mnie? Będę tu tkwił teraz latami, kobieta z dołu będzie mnie dokarmiać tak długo, aż sama zapomni lub umrze ze starości, a wtedy ja... Wczoraj śniło mi się, że coś w tym stylu się dzieje, ale nie mogę w żaden sposób się uwolnić, bo niczego nie da się otworzyć. Gołymi palcami zdzierałem drzwi warstwa po warstwie, ale błyskawicznie narastały z powrotem. Godzinami przedzierałem się przez mięsistą kotarę, by potwornie zmęczony, ostatkiem sił dotrzeć do okna, którego nie miałem szans otworzyć.  Zupełnie jak w Warhouse z Josephem Morganem. Oglądałem ten film lata temu, a teraz stanął mi przed oczami, jakbym go widział dziś. Albo przeżył. Zbudziłem się, pływając we własnym pocie.
    Po raz tysięczny zadaję sobie pytanie – na cholerę mnie tu trzymają? – gdy z dołu dobiegają głosy. Akustyka domu jest taka, że słyszę wszystko, co dzieje się na dole. Wiem, kiedy kobieta wstaje, korzysta z toalety, kroi coś w kuchni. Wiem już, że oto po schodach wchodzą oficer Alex Wormson, którego nazwisko wyjątkowo szybko zapamiętałem, oraz komisarz Ben Jakiśtam. Jestem zawiedziony, że nie słyszę Inki i niemal załamany, gdy wchodzą i upewniam się, że rzeczywiście również tym razem nie przyszła z nimi. Powstrzymuję się, by o nią zapytać. Nie chcę wyjść na mazgaja, który potrzebuje opiekunki.
Pytają jak się czuję, zupełnie nie oczekując odpowiedzi i przechodzą do rzeczy. Czy coś sobie przypomniałem, czy chciałbym coś dodać do poprzedniego wyjaśnienia, czy podczas pobytu w Anglii ktoś się ze mną kontaktował albo ja z kimś, ile razy, o czym rozmawialiśmy... Już im to wszystko wcześniej opowiedziałem. Wiedzą, że rozmawiałem z Moniką, Rafałem, miałem spotkać się z Markiem. Powiedziałem też o SMS-sie z pogróżkami, który zniknął. 
– Julia Okunowa. – rzuci komisarz i obaj się we mnie wpatrują – Znasz to nazwisko?
– Nie kojarzę. A kto to jest?
– Julia Okunowa – powtarza i wyjmuje zdjęcie, a właściwe rekonstrukcję zdjęcia twarzy. Podobna do Any. To ta kobieta sprzed pubu! Muszę to powiedzieć, bo najwyraźniej po mojej twarzy widzą, że rozpoznałem.
– To z nią moja była żona rozmawiała wtedy przed pubem! – od razu wyjaśniam, kiedy to było, w jakich okolicznościach i tak dalej. Mam ogromną ochotę zapytać, czy to ją znaleźli w Marlow, ale akurat tego, że Mark ściągał dzięki mnie informacje z policyjnych zasobów, jeszcze nie wyznałem. Nie mogę przyznać się, że wiem cokolwiek o zwłokach  pod Londynem. Pytam jedynie, czy została odnaleziona, ale oczywiście ani Ben, ani Alex nie mają zamiaru mi niczego powiedzieć. Widać, że marzą, by stąd wyjść. Oficerowi pot skrapla się na czole. Co chwilę je wyciera. 
– Może otworzę okno? – mam wrażenie, że we trójkę nie tylko wypełniamy całą przestrzeń pokoiku, ale wyssaliśmy już z niego cały tlen.
– Nie! Gospodyni to zrobi. Jeszcze jedno. Od jak dawna znasz Rafała Kockiego? Jak się poznaliście? 
– Poznałem Rafała w Poole. Przeprowadziłem się tam po rozwodzie.
– Po rozwodzie z Grace Lawson? – pyta znudzonym głosem oficer. Nie, z Jennifer Lopez, mam ochotę odpowiedzieć, ale tylko przytakuję. Opowiadam jak to Rafał mi pomógł dojść do siebie. Przy okazji nawijam o doktorze Johansonie, mojej terapii i tak dalej. Zapisują nazwisko, kiwają głowami, po czym znów wracają do Rafała. Wypytują o niego tak intensywnie, że zaczynam się zastanawiać, czy nie narobiłem kumplowi kłopotów. Generalnie Rafał jest uczciwy, ale czasem robi coś na boku, trochę kombinuje, jak to Polak, no ale ma rodzinę na utrzymaniu, czworo dzieciaków. Jego życie nie jest usłane różami. 
– Kiedy ostatnio kontaktowałeś się z Rafałem Kockim?
– Rozmawiałem z nim przez telefon w barze The Figure Of Eight w wieczór poprzedzający moje porwanie. Miał mnie umówić z Markiem Odonskym. Mówiłem już o tym.
– Tak. A potem? 
– Potem już nie. Acha, wysłał mi wiadomość od Marka z miejscem spotkania, ale to też już wiecie. Macie mój telefon. 
– To ta wiadomość, która została skasowana – oficer zwraca się do komisarza, a ten beszta go wzrokiem – Przepraszam – bąka.
– Jak to skasowana? – dopytuję. Przecież skasowane zostały tylko pogróżki z poprzedniej nocy. Oficer zerka na mnie nerwowo.
– Jest tu internet? – pyta Ben, chociaż dobrze wie, że jest. Odwraca moją uwagę. – Sprawdzasz maile? Komunikatory?
– Tak. Mam chyba prawo...
– Oczywiście. Czy Kocki podjął próbę kontaktu?
– Nie. – uświadamiam sobie, że Rafał rzeczywiście się nie odezwał ani słowem. Jeśli dzwonił do mnie, by zapytać, czy spotkanie z Markiem się udało, a ja nie odbierałem, bo mój telefon ma policja, to naturalną byłaby inna próba kontaktu. Znając Rafała, powinien odezwać się choćby na Skype. Otwieram laptopa, by się upewnić, chociaż Skype zawsze działa w tle, więc nie mógłbym przegapić. W tej norze praktycznie ciągle siedzę z nudów przy komputerze. Nic. Dziwne. Może i jemu coś się stało?
– Skoro to on przekazał wiadomość o miejscu spotkania, a oni mnie tam... napadli, to może...
– Może? 
– Może i Rafałowi coś zrobili – choć jest tu gorąco, robi mi się jeszcze cieplej. – Musicie to sprawdzić! Cholera, już tyle minęło dni! – Denerwuję się, a oni tylko patrzą. – Ruszcie dupy, a nie gapcie się na mnie jak na pawiana w zoo! – Wrzeszczę po polsku, bo nie mam odwagi powiedzieć im tego po angielsku, a muszę jakoś ze siebie wyrzucić. Rafał może być w niebezpieczeństwie. Jeśli jeszcze w ogóle żyje. 
– Spokojnie, panie Horn. Po angielsku proszę – ględzi Wormson. 
– Ok. Zrozumcie, Rafał to mój przyjaciel. Pomógł mi w trudnych momentach mojego życia. Niechcący mogłem go narazić na niebezpieczeństwo. – tłumaczę, jak dzieciom, chociaż mam ochotę wykopać ich na te absurdalne, wąskie schodki, by lecieli wykonywać swoją robotę, zamiast zużywać mi resztki tlenu w moim więzieniu. Chyba jednak rozumieją, bo wstają, chociaż specjalnie się nie spieszą. Komisarz omiata wzrokiem pokój i zatrzymuje go na mnie.
– Rafał Kocki jest bezpieczny. – mówi po chwili. Chyba czekał aż przejdę zawał z powikłaniami, by mi to powiedzieć. 
– Na pewno?
– Tak. Został aresztowany. Będziemy w kontakcie. I proszę nie otwierać samemu okna – mówi komisarz, wychodząc. Osłupiały otwieram usta, ale nie mam już kim rozmawiać. 
– Halo! Czy mogę mówić z aspirant Dworną?! – dopadam do drzwi i walę w nie pięścią. Policjanci są już na dole, ale z pewnością mnie słyszą. Mimo to wychodzą bez słowa. Cholera jasna. 
    Gdy byłem pod prysznicem, by zmyć pot i niepokój po ostatniej rozmowie z policjantami, gospodyni najwyraźniej była w pokoju, bo znowu mam tlen, nowy karton soku i talerz z obiadem. Granatowa kotara rusza się pod naporem powietrza przeciskającego się przez uchylony lufcik.
Dlaczego aresztowali Rafała? Może Mark go wrobił? Jeśli tak, to dlaczego mnie nie wsadzili? A może wsadzili? W końcu siedzę tu zamknięty, nie mogę wyjść. Dostęp do internetu ma dać mi poczucie, że jestem wolny? No tak, nie mają za co mnie aresztować, chociaż... Zresztą mogę mieć pretensje tylko do siebie. Sam się zgodziłem na to czasowe odizolowanie. Nie mam pojęcia co wiedzą. Załóżmy, że nie dotarli do Marka, a on nie jest związany z przestępcami. Może po prostu przejęli wiadomość od Rafała. Mógłbym zaryzykować, po staremu spróbować kontaktu. Jeśli Mark jest wolny i nie jest jednym z tamtych, odbierze, a może będzie w stanie wyjaśnić mi, co się do cholery dzieje. Obawiam się jednak, że policja tylko czeka, aż wykorzystam łącze do czegoś więcej niż sprawdzanie zwykłych maili o tym, co słychach u moich psów i oglądania filmów. Jeśli Mark jest niewinny, wkopię go. Jestem w kropce. 
– Halo! Proszę pani! – pukam i wołam. Po chwili słyszę kroki i trzeszczenie schodów.
– Tak? Mam zabrać talerz?
– Czy może pani przekazać, że chciałbym rozmawiać z aspirant Ireną Dworną, tą polską policjantką? 
– Smakował panu obiad? – kobieta pyta, nieoczekiwanie otwierając drzwi. Staje przede mną nos w nos. Cofam się. To starsza kobieta, ale trudno określić jej wiek. Może mieć równie dobrze sześćdziesiąt albo osiemdziesiąt lat. Jest wysoka, postawna. Może to była policjantka albo ochroniarka.  Uśmiecha się dobrotliwie. 
– Ja... jeszcze nie zjadłem. Chciałbym...
– Niech pan je, póki ciepłe. Proszę się nie obawiać, policja na pewno wkrótce przyjedzie. Tu nic panu nie grozi. – mówi uspokajającym głosem, po czym zamyka drzwi i schodzi powoli na dół. Odwracam się i spoglądam na kurczaka. Wygląda smakowicie, jednak zupełnie nie jestem głodny.
Wiem, że niczego nie znajdę, ale i tak szperam w internecie poszukując jakichkolwiek newsów, które mogłyby dotyczyć mafii handlującej ludźmi, Grace, Kasarleya czy Rafała. Coś muszę robić. Sprawdzam komputer pod kątem nowo zainstalowanych programów, śledzenia tego, co robię i tak dalej. Niczego nie znajduję, ale to o niczym nie świadczy. Odpowiednie oprogramowanie nie ma przecież być widoczne dla użytkownika. 
Na Skype przychodzi wiadomość od Moniki. Grzegorz wyszedł ze szpitala i trafił prosto do aresztu.  Dzwonię do niej.
– Przyznał się do zamordowania tamtej Rosjanki.
– Ukrainki. Co?! 
– No to. Podobno sam się przyznał. Kłopocińska mówi, że to dlatego tak podupadł na zdrowiu. Z powodu wyrzutów sumienia.
– Chwila. Chcesz powiedzieć, że Grzegorz, nasz Grzegorz Rurzycki spod dziewiątki zamordował Anę Janiv?
– Też byłam w szoku. 
– To przecież niemożliwe! No... potencjalnie możliwe, ale nie wierzę. Przecież on ani jej nie znał, ani nie miał żadnego interesu, by ją zabijać. 
– Może ktoś go namówił, nie wiem, zapłacił mu. Czasem wydaje się, że kogoś znasz, a tymczasem to może być jakiś świr, płatny morderca albo...
– Daj spokój – przerywam jej, bo brzmi jak Kłopocińska. 
– Podobno zadzwonił i zgłosił się na policję sam, zanim go wypisali ze szpitala. Prosił, by go stamtąd odebrali i zawieźli na komendę. Wyobrażasz to sobie? Nie wiem jak oni tam w tym psychiatryku leczą, ale lepiej się trzymać z daleka. 
– Skąd o tym wiesz? 
– Od naszej Anieli oczywiście. Dziewczyna tego jej bratanka jest pielęgniarką. 
– I pracuje akurat w tamtym szpitalu? 
– Nie, skąd. Ona jest z miejskiego, ale ma koleżankę, też pigułę, której nie wystarczała pielęgniarska pensja, więc się zwolniła i dorwała pracę jako rejestratorka w prywatnym gabinecie psychiatrycznym u lekarza, który ma dyżury w tamtym szpitalu, gdzie Grzegorz leżał i ona usłyszała, że jakiś pacjent prosto z sali szpitalnej trafił do aresztu. Gadały o tym, wiesz, jak o ciekawostce, bo jednak nie często się zdarza, że...
– Dobra, dobra – przerywam jej zwyczajowy słowotok – to mógł być ktoś inny i zupełnie inna sprawa. Kłopocińska nie powinna roznosić plo...
– Nie! – teraz ona wchodzi mi w słowo – Nie przerywaj mi, tylko słuchaj. Dziewczyna bratanka Kłopocińkiej podobno uwielbia takie sensacje, więc podpuściła tę koleżankę, żeby zagadała do tego swojego szefa doktora, żeby czegoś więcej się dowiedzieć. No i niby bez nazwisk czy coś, bo to tajemnica lekarska, ale on jej powiedział, że to pacjent, który wiele przeszedł, nigdy do końca nie pozbierał się po utracie żony i dzieci i popadł w depresję. To przecież musi być nasz Grzesiek! Kłopocińska mu zanosiła jakieś soczki i inne pierdoły do szpitala, a ostatnio jak poszła, to go już nie było, no a do domu nie wrócił.
– Cholera, muszę porozmawiać z Dworną – powiedziałem bardziej do siebie niż do Moniki.
– To będzie ciężko, bo ona jest tutaj.
– Co?
– Jest w mieście. Nawet była u mnie i pytała o różne rzeczy. Właśnie chciałam o tym ci powiedzieć, ale ta sprawa z Grzegorzem... W każdym razie pytała mnie jak długo się znamy, o twoich znajomych, co o tobie wiem. Była z tym drugim, nie pamiętam jak się przedstawił. Taki chudy, tyczkowaty, mundur na nim wisi jak...
– O co konkretnie pytali? – niecierpliwię się. Dworna zostawiła mnie tu, by wypytywać o mnie znajomych w Polsce?
– Konkretnie to o nic, tak ogólnie. Swoją drogą, kiedy wracasz? 
– Też chciałbym to wiedzieć.
    Oficjalnie jestem Anglikiem, Andym Hornem, więc będąc w Anglii, jestem u siebie. Niby jestem świadkiem pod ochroną, bo odbili mnie porywaczom, ale nic nie wiem, niczego nie wnoszę już do śledztwa i tkwię tu, jak kiepski ząb w gębie. Dworną pewnie wezwali do domu, bo na cholerę ma tu tkwić. Nawet nie jest ze służb śledczych. Mam tego już serdecznie dość. Podchodzę do drzwi i mocno pukam, by zwrócić uwagę babki z dołu. 

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...