47. Leoś w opałach

     Jeśli ktoś może wyglądać całkowicie znajomo, a zarazem zupełnie obco, to tak właśnie wygląda Grace. Wszedłem do pokoju i stanąłem, gapiąc się na nią. Tkwiłbym tak pewnie dłużej, gdyby nie Inka, która dotknąwszy mojego ramienia, szepnęła mi do ucha, że mam usiąść i się odezwać. Siedzę więc obok kobiety, z którą dzieliłem kiedyś życie, ale poza „Cześć Grace” nie wiem co powiedzieć. Nie zwraca na mnie uwagi. Jej krótkie, zawsze perfekcyjnie przystrzyżone i ułożone włosy wiszą w strąkach. Grzywka opada jej na oczy. Pamiętam, że tego nie cierpiała. Teraz nawet nie zauważa. Rysy twarzy ma jakby ostrzejsze, podbródek bardziej szpiczasty, kości policzkowe wypukłe. Trochę głupio mi tak się przyglądać, ale chyba nawet nie spostrzegła mojej obecności. Wciąż patrzy na dłonie, więc i ja spuszczam na nie wzrok. Splecione palce kończą się połamanymi, matowymi paznokciami. Lekko, bardzo lekko drżą. Jak skrzydła motyla. Cała sylwetka jakby drży. Zgarbiona, sprawia wrażenie skurczonej, należącej do starszej, schorowanej kobiety, którą znój życia przygniata do ziemi. 
    Słyszę za sobą ruch. To tutejszy komisarz spóźnił się na nasze osobliwe spotkanie. Wchodzi bezceremonialnie i zajmuje miejsce naprzeciwko przy stole. Inka dopiero teraz siada, między nim a mną. Grace nadal nic.
– Jak się pani dziś czuje, pani Latison? – mocny głos policjanta przerywa ciszę. Jego radosne, nieoczekiwane brzmienie przyciąga uwagę Grace, która jakby wybudziła się ze snu i ze zdziwieniem spojrzała na komisarza. Jej oczy, chociaż bez makijażu, zapadnięte i zaczerwienione, to wciąż te same oczy, które dobrze pamiętam. Przez chwilę wydaje mi się, że Grace zaraz się odezwie, może zapyta, co tutaj robię, co ona tu robi, ale nie. Przygląda się tylko funkcjonariuszowi jak zwierzakowi, który z każdą sekundą staje się coraz bardziej nieciekawy. Nagły błysk zainteresowania gaśnie w jej oczach równie szybko, jak się pojawił, ustępując zobojętnieniu.
– Grace? Cześć Grace. Dawno się nie widzieliśmy – zaczynam mówić byle co, zachęcony jej reakcją, postanawiam pójść za przykładem policjanta i mówię głośno, by zwrócić na siebie jej uwagę – Przyjechałem, żeby się z tobą zobaczyć.
Jak w zwolnionym tempie przenosi na mnie wzrok. Patrzy, ale zdaje się nie widzieć. Przygląda mi się, lecz nie mam pojęcia czy rozpoznaje. Czy w ogóle rozumie, co do niej mówię? 
– Grace, to ja, Andy.
Uchyla usta, po czym je zamyka, patrzy wciąż na mnie, jednak tak, jakby patrzyła przez szybę. Pochylam się i wyciągam do niej rękę, chcę wziąć jej dłoń w swoją, jak dawniej, gdy było między nami dobrze. Dotykam delikatnie lodowatej skóry, a ona zaciska splecione dłonie, aż bieleją jej knykcie. Znowu spuszcza głowę. To cała reakcja na mój dotyk. Dziwnie speszony zabieram rękę i się prostuję. Robi mi się jej okropnie żal, chociaż wciąż pamiętam, do czego była zdolna, jaka był perfidna. Była czy jest? 
– Pani Latison, mąż przyjechał specjalnie, by pani pomóc. Pamięta go pani, prawda? Proszę pani... – komisarz znowu zachęca Grace do współpracy, lecz tym razem jego głos nie mobilizuje jej. Kurczy się jeszcze bardziej, choć wydaje się to niemożliwe, jakby się bała. Dłonie drżą jej coraz bardziej.
– Myślę, że na dziś wystarczy – słyszę za sobą kobiecy głos. To lekarka, która nas tu przyprowadziła. Nie wiedziałem, że cały czas stoi za nami. Zerkam na nią odruchowo i gdy odwracam się ponownie do Grace, ta patrzy wprost na mnie. Nie zmieniła pozycji, patrzy spode łba, spomiędzy strąków grzywki. Teraz naprawdę patrzy na mnie. Nasze oczy spotykają się i przez dłuższą chwilę gapimy się na siebie, a reszta siedzi cicho. Czekają.
– Grace – szepczę. Marszczy brwi, jakby nad czymś intensywnie myślała.
– Grace – cicho powtarza po mnie swoje imię. Niepewnie. Może ze strachem, może ze zdziwieniem.

– Wygląda na to, że zabawimy tu trochę dłużej – mówi moja pani aspirant, gdy wysiadamy pod hotelem – Nie zdziwiłabym się, gdyby przenieśli nas do czegoś tańszego. Wrota dostanie szału, jak się dowie, że jeszcze nie możemy wrócić – dodaje radośnie, jakby znajdowała przyjemność w denerwowaniu szefa.
– Gdybyśmy teraz wrócili, ten wyjazd nie miałby żadnego sensu – wzruszam ramionami.
– Teraz nie, ale komisarz myśli, że za dwa trzy dni będziemy z powrotem. Wszystko jest możliwe, jednak myślę, że praca z twoją żoną będzie mozolna i potrwa kilka tygodni, jeśli ma przynieść jakieś rezultaty.
– Byłą żoną – poprawiam.
– Oczywiście, byłą żoną – przewraca oczami tak, że mimowolnie się uśmiecham. Właściwie miło będzie popracować tu z Inką dłużej. Jak partnerzy. Cholera. Przypominam sobie wczorajszą noc. Mam kłopoty i nawet nie mam pojęcia jakie, nie mogę o tym powiedzieć policjantce, bo nie mam dowodów, a wróciłem pijany i nie wiem, kto konkretnie jest moim wrogiem.

To, że Grace na mnie spojrzała i powtórzyła swoje imię, uznano za obiecujący postęp. Zaplanowano więc kolejne spotkanie jutro, a moje zadanie domowe polega na tym, bym przygotował coś, co mogłaby pamiętać, co nas łączyło i wywoływało u niej pozytywne emocje. Nie mam pojęcia co wymyślić. Powiedziałem, że najlepiej byłoby ją po prostu zabrać do domu, jej domu, ale to podobno nie jest takie proste. Do tego stopnia, że na obecnym etapie wykluczone. Pewnie, po co iść na łatwiznę, skoro można się trochę pomęczyć. 
Resztę dnia mam teoretycznie poświęcić na przygotowanie się do kolejnego spotkania, a Inka zniknęła za drzwiami swojego hotelowego pokoju, mówiąc, że czeka ją kilka godzin pracy online, chociaż według niej to czyste szaleństwo. 
Ledwie zamknąłem za sobą własne drzwi, gdy oblał mnie zimny pot na myśl o SMS-ach, które wyświetlają się jedynie w mojej głowie. Muszę koniecznie spotkać się z Markiem i jemu o tym powiedzieć. Skoro pomimo swojej nadmiernej ostrożności, jest gotów spotkać się ze mną twarzą w twarz, musi mieć coś ważnego. Telepatycznie ściągam Rafała, który wysyła mi wiadomość, gdy chcę do niego zadzwonić. Czas, miejsce spotkania i hasło na zarezerwowany stolik. W porządku. 

To lokal w innej części miasta, więc spacer nie wchodził w grę. Wysiadam z taksówki pod samym wejściem. Słabo znam tę okolicę, raczej tutaj nie bywałem, nie przypominam sobie, a bar nie wygląda za ciekawie. Podrzędny, ciemnawy lokal, w którym unosi się gorzki zapach piwa i słodkawej stęchlizny starego, zaniedbanego wnętrza. Właściwie idealne miejsce, by się schować i wymienić informacjami. Pytam barmana o rezerwację na hasło „Peggy”, a on bez słów czy najmniejszej zmiany znudzonego wyrazu twarzy wskazuje na mały stolik w głębi tuż obok toalet i wyjścia na zaplecze. Zamawiam lane piwo. Siadam w ciemnawym kącie, skąd mam ogląd na prawie cały lokal, jednocześnie nie rzucając się w oczy. Naprawdę Mark ma fioła na punkcie ostrożności. Ciekaw jestem czy jest równie punktualny. Mimo idealnej pory na wieczorne piwko na mieście nie ma tu zbyt wielu klientów. Przy końcu barowej lady siedzi starszy facet, który niepokojąco się kiwa. Mam wrażenie, że lada chwila spadnie z hokera. Nikt prócz mnie nie zwraca na niego uwagi. 
    Wyobrażam sobie jak leci, upada na podłogę, roztrzaskuje sobie łeb i zastyga w pośmiertnej pozycji, a ludzie przechodzą zwyczajnie, przekraczając go i kałużę krwi z rozbitej głowy w drodze do piwopoju lub toalety. Barman po zamknięciu lokalu macza brudnego mopa w brunatnej wodzie i myje byle jak podłogę omijając truchło klienta, który już nigdy nie zapłaci. Przenoszę pospiesznie wzrok w prawo na innych, by pozbyć się dziwnego scenariusza zarysowanego przez wyobraźnię. Jakaś grupka zsunęła stoliki i co chwila wybucha salwą śmiechu. Młodzi, hałaśliwi, zajęci sobą. Na zewnątrz się ściemnia i tu również. Słabe punktowe oświetlenie nie rozprasza mroku, ale może to i lepiej, bo sfatygowane blaty stolików przestają się rzucać w oczy podobnie jak wytarte obicia foteli i mocno odrapany brzeg kontuaru. Robi się nawet przytulnie. Barman nudzi się, gra na telefonie, co rozpoznaję po charakterystycznym ślizgu palców po ekranie, i z niechęcią odrywa od niego wzrok, gdy ktoś podchodzi po dolewkę alkoholu. Zerkam na zegar nad jego głową, po czym na mój w smartfonie. O dziwo chodzi, jak trzeba, choć jestem pewien, że jest pokryty grubą warstwą kurzu i zapomniany. Jestem już w połowie kufla kwaśnawego piwa, a Marka nadal nie ma. Zaczyna mnie boleć głowa. Może z nadmiaru wrażeń, może z powodu specyficznego smrodu, który się tu unosi. Wiem, że jestem w odpowiednim miejscu, bo rezerwacja się zgadzała, mimo to sprawdzam jeszcze raz wiadomość od…
Co jest! Co do cholery?! Nim uniosłem głowę, ktoś założył mi coś na nią i mnie ciągnie. Szarpią mnie. Ratunku! Ratunku!!!



    Ohydne to piwo. Łupie mnie po nim tak, że… Gdzie ja jestem? Zrywam się, ale coś mnie mocno trzyma. Jestem przywiązany do czegoś. Głowa pulsuje z bólu. Przypominam sobie i robi mi się lodowato. Czekałem na Marka, patrzyłem w telefon. Ktoś… Ze dwóch mnie wyciągnęło zza stolika, uprzednio zakładając mi coś na głowę. Chyba worek czy szmatę. Wywlekli mnie stamtąd jak szmacianą lalkę. Chciałem się szarpać, nie miałem siły. Chciałem krzyczeć, wołać o pomoc, nie mogłem. Jakby ktoś wyciągnął ze mnie wentyl, wypuszczając całą energię życiową. Wrzucili mnie do samochodu, chyba na tylne siedzenie. Zabujało, a potem… W tym aucie ktoś mnie musiał rąbnąć w głowę i najwyraźniej straciłem przytomność. Bezskutecznie, instynktownie się szarpię. Rozglądam się. Co to za miejsce? Gdzie oni są? Nikogo nie widzę, ale nie mogę się odwrócić. Czuję metaliczny zapach krwi i czegoś jeszcze. Wytężam wzrok i uświadamiam sobie, że nie mam szans nic zobaczyć. Czerń. Mam przecież wciąż jakąś szmatę, grubą, ciężką szmatę na głowie i twarzy. Śmierdzi. Albo to ja śmierdzę w niej. Czuję silne podmuchy. Przeciąg? Gdzie do cholery jestem? Pytam, ale wydobywa się ze mnie tylko bełkot. Mój język jest jak drewniany kołek. Jak strasznie chce mi się pić... 
Ktoś tu jest. Czuję czyjąś obecność. Za mną? Nic nie słyszę, prócz szumu wiatru, ale wiem… Kroki! Słyszę kroki! Musiał mnie obserwować, a teraz podchodzi. Z każdym ciężkim postawieniem buta nasila się we mnie panika. Głowa pulsuje. Pulsuję strachem.
– Gadanie z policją to błąd – rozlega się tuż za mną. Jęczę mimowolnie, chcę coś powiedzieć, krzyczeć, błagać o litość – Skamlesz jak pies. Nikt cię tu nie usłyszy. Ta twoja żonka też będzie skamlała. Zaprowadziłeś nas do niej i tylko dlatego jeszcze żyjesz, chociaż wolałbym cię zabić od razu i mieć z głowy. Co wolisz? Zdychać długo i w cierpieniach czy dostać złoty strzał? Co? Mów głośniej, nie słyszę! – facet drze mi się do ucha. – Złoty strzał w zamian za wszystko, co wiesz. Masz tu próbkę, to będzie ci się łatwiej mówiło.
Wykręca mi związaną rękę tak, że niemal czuję skrzypienie kości, która zaraz się złamie. Uderza boleśnie kilka razy w wewnętrzną powierzchnię i czuję ukłucie. Zimny płyn wdziera się do żyły. Łzy same mi lecą. 
    Cisza. Jest cicho. Gdzie on jest? Znowu straciłem przytomność? Minęła sekunda czy godziny? Ból głowy, ból całego ciała, zdrętwiałe ręce, plecy. Wszystko niby moje, a jakby obce. Ból staje się osobnym bytem, gdzieś obok. Daje się znieść. 
– Jak się nazywasz? – pada pytanie.
– Andy Horn – mówię ostrożnie po chwili wahania. Mój głos brzmi dziwnie, ale słowa są wyraźne. Mogę mówić.
– Gówno prawda! Doskonale wiem, kim jesteś. Taki sprytny jesteś? Węszysz sobie i myślisz, że dadzą ci medal? A może podzielisz się tym, co wiesz?
– Nic nie wiem, ja tylko przyjechałem, żeby pomóc Gr… – ałłł…  o kurwa! Uderzył w krzesło i poleciałem na ziemię, uderzając głową. Coś gorącego zalewa mi oko. Krew. Znowu ten ból. Mój czy nie mój…
– O czym pierdolisz godzinami z policją? Co ci Grace powiedziała?! – dostaję kopniaka w brzuch, aż mnie zatyka. Ból rozlewa się po ciele jak piekąca lawa. Jest coraz ostrzejszy, coraz bardziej mój. Jednak.
Dociera do mnie, że ktoś przyszedł. Przez szum w głowie nie mogę zrozumieć, co się dzieje, co mówią. 
– Szybko. Zabieramy go – identyfikuję słowa faceta, który mnie sponiewierał.
– Nie ma czasu – ktoś odpowiada. Są zdenerwowani. – Wyrzuć go!
Ktoś zaczyna mnie ciągnąć, ale rezygnuje. Słyszę, że odbiega. Ten drugi? 

Boli...

46. Wiadomość, której nie ma

     Próbuję zebrać w myślach wszystko, o co mnie dziś pytano i jakoś to złożyć z tym, co już wiem, ale chyba jestem zbyt zmęczony, by wyciągnąć jakieś sensowne wnioski. Gdybym był u siebie, poszedłbym na długi spacer z psami, dotleniłbym mózg… Cholera, strasznie mi tego brakuje. Jestem zmęczony siedzeniem na tyłku i przemieszczaniem się w taksówkach. Kusi mnie, by wyciągnąć na spacer panią aspirant, której towarzystwa chyba nie potrafię przedawkować, ale wtedy raczej będę myślał o czymś zupełnie innym. Muszę pobyć sam. Przejdę się po prostu wzdłuż Old Line. Birmingham ma więcej kanałów niż Wenecja, więc mam gdzie pospacerować.


Wokół mnie zamiast drzew wysokie budynki, których okna zaglądają do siebie nawzajem, wąskie ulice wykładane kostką, szeregi piętrowych domów. Docieram do Brindleyplace, przechodzę na drugą stronę kanału, mijam wąskie domy z czerwonej cegły oddzielone od wody obudowanymi murem kwadratowymi trawniczkami szumnie zwanymi ogrodami. Irytuje mnie takie bezcelowe łażenie, niestety dziś nie czuję klimatu tego miasta. Lepiej będzie wrócić na Brindley, przechodzę więc mostkiem dla pieszych między centrum handlowym a biurem pośrednictwa pracy i wchodzę w strefę przyjazną ludziom utrudzonym codziennością, czyli jedną z wielu dzielnic pełnych restauracji, kawiarni i knajpek. Prawie wszędzie wiszą kartki z informacją, że trzeba zarezerwować stolik. Wędruję między lokalami, wreszcie wchodzę do The Figure Of Eight i zamawiam piwo. Nie potrafię sobie wyobrazić, że jeszcze niedawno te wszystkie miejsca ziały pustkami, chociaż i teraz nie ma tu tłumów. Wciąż wszędzie widać ślady pandemii, z której powoli wydobywa się Europa – tabliczki zapewniające czystość zdezynfekowanych stolików, maseczki, ograniczenia… Mogłem zabrać ze sobą laptopa, spokojnie skorzystałbym z WiFi w lokalu. Rozglądam się. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Jako że jestem sam i nie wypada gapić się na innych, wsadzam nos w telefon. Monika znowu pisała. O psach, o tym, że noga boli ją na deszcz i wciąż martwi się o Grzegorza. Przeglądam zdjęcia, które wysłała mi wcześniej. Psiaki wyglądają na zadowolone. Personel hotelu, za który słono płacę raczej nie przysłałby smętnych fotek. Dopijam piwo i zamawiam następne, gdy dzwoni Rafał. Ledwie go słyszę, więc wychodzę na zewnątrz, gdzie jest odrobinę ciszej. Wieczór jest ciepły, ale trochę wieje. Tutaj właściwie zawsze wieje. 

– Tak, jestem już na miejscu. Sorry stary, nie miałem głowy, by zadzwonić – usprawiedliwiam się i odpowiadam na pytania kumpla, który jest ciekaw, co z Grace – Na razie gadam z glinami. Właściwie bawimy się w tysiąc pytań do, ale nie wiem, czy za prawidłowe odpowiedzi będzie jakaś nagroda – wraz z drugim piwem wraca mi humor.

– Gadałeś ostatnio z Markiem? Pytał o ciebie.

– Nie, na razie nie, ale wiesz, jeśli masz z nim kontakt, zapytaj, czy ma coś nowego, wiesz, coś istotnego, o czym powinienem wiedzieć.

– Myślisz, że mi cokolwiek powie? Wiesz, jaki on jest, a ja nie chcę się mieszać. 

– Nie musi wchodzić w szczegóły. W razie czego powiedz mu, że jeszcze co najmniej kilka dni posiedzę w Birmingham.

– Nie ma sprawy. A do Poole nie wpadniesz? Pogadalibyśmy o starych karabinach.

– Nie da rady. Jestem tu z polską policjantką.

– Uuu… no to ja nie przeszkadzam, stary. Widzę, że u ciebie się dzieje – Rafał się rechocze.

– To nie tak jak myślisz, kochanie – śmieję się.


    Wracam do środka, by odwiedzić WC i zamówić kolejne piwo. Gdy siadam ponownie na swoim miejscu w rogu, Rafał znowu dzwoni. Mark zaproponował spotkanie. Jutro prześle mi adres. W porządku. Jestem wstawiony. Moje szare komórki nie mają najmniejszej ochoty analizować poważnych spraw. Wracam myślami do aspirant Dwornej. Jest taka… nietypowa. Zupełnie inna niż kobiety, które do tej pory poznawałem. Piekielnie inteligentna, ale nie zarozumiała. Szczupła i delikatna, ale z pewnością w razie potrzeby powaliłaby mnie na ziemię w sekundę. Nawet nie miałbym szans. Niesamowicie płynnie przeobraża się z twardej gliny w uroczą dziewczynę, chociaż jako glina też jest urocza. Uroczo–twarda, uroczo–silna, uroczo–ambitna… hm… chciałbym, żeby była tu teraz ze mną, żebym mógł patrzeć na nią, słuchać jej, a nie tylko… Perlisty śmiech przebija ogólny gwar i mimowolnie spoglądam na jego źródło. Dwie dziewczyny patrzą na mnie i śmieją się. Ze mnie? Do mnie? Dwie czy cztery? Przecieram twarz i uśmiecham się do nich. Chyba przed chwilą szczerzyłem się sam do siebie. Albo do pustego kufla. Cóż. Czas na mnie. Już ciemno, a trzeźwy nie jestem. Może wezmę taksówkę.

Chłód nocy przyjemnie omiata mi twarz. Chyba się jednak przejdę. Mijam puby jak wyspy, na których jest głośno, wesoło i jaskrawo. Między nimi, jakby ktoś trochę skręcił potencjometr i przyciemnił. Wyspy są coraz rzadziej, wysokie budynki częściej… Zadzieram głowę do góry. Między ścianami na niebie tańczy kilka gwiazd. Tracę i łapię równowagę. To niedobry pomysł. Przed siebie patrz albo pod nogi, Leoś. Albo Andy. Albo Luc. Albo Waldek. Waldi. Waldemar. Oho, ojciec nie lubił zdrobnień. Dla niego zawsze byłem Waldemarem. Waldemarze. Waldemarowi. Waldemar! Heh… Tylko ciotka Wera mówiła mi Waldi. Tak miękko, miło, z troską. Ciotka Wera… Tak bardzo chciałbym z nią pogadać. Ona zawsze wie, co robić, jak rozgryźć każdy problem. Dlaczego ja do niej nie dzwonię? Dlaczego? 

– Dlaszego? – mówię na głos. Brzmię śmiesznie, głupkowato. Nie chcę być durniem, który gada do siebie na ulicy. Ciotka Wera machnęłaby ręką i powiedziałaby, że to normalne i wcale nie jestem durniem. Ona wszystko rozumiała, wszystko by mi wybaczyła… Ale cicho. Cholera, źle idę. Miałem skręcić w prawo, a jestem już przy Sheepcote Street. Ooo, aleś się wydarł. Sygnał wiadomości właśnie przeszył ciszę ulicy. Ciekawe komu przyszło do głowy teraz SMS-ować. Może Monika z Ulką popiły i fantazjują. Rechoczę. 

Are u lost? 

Co? O co chodzi? Od kogo to?

Who’s asking? – odpisuję.

U want to know too much – wyświetla się prawie natychmiast. 

It's very dangerous. – następny. 

Alone at night on the street…

Someone could hurt u.

Nobody would notice.


Zdania wskakują jedno po drugim.


    Serce wali mi tak, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Odrywam wzrok od ekranu. Gorączkowo się rozglądam. Chwilę trwa, nim wzrok skupiony na rozświetlonym ekranie telefonu odnajdzie kształty w ciemności. Jest pusto. Nie ma żywej duszy. Robi mi się gorąco, trzeźwieję w jednej chwili. Boję się zerknąć na telefon i stracić z oczu okolicę, ale to silniejsze ode mnie.

She died coz of u. – wyświetla się dokładnie w momencie, gdy patrzę. Idę, prawie biegnę w kierunku hotelu, lustrując gorączkowo okolicę. Jestem już blisko. Puszczam się biegiem. W drzwiach jeszcze przystaję, by się rozejrzeć. Latarnie i światła budynku idealnie oświetlają ulicę. Z pewnością nikogo tu nie ma. Wewnątrz cisza. Wpadam do windy i jadę do góry. Drżącą dłonią budzę telefon. Czytam jeszcze raz.


Zgubiłeś się?

Chcesz za dużo wiedzieć.

To niebezpieczne.

Sam nocą na ulicy…

Ktoś mógłby cię skrzywdzić.

Nikt by nie zauważył.

Ona umarła przez ciebie.


    Wyciągam pospiesznie kartę – klucz z kieszeni, gdy winda wypuszcza mnie na właściwym piętrze. Pędzę do swojego pokoju jak do schronu, ale… drzwi są niedomknięte. Otwarte. Co jest?! Wchodzę. Zapalam wszystkie światła. Z duszą na ramieniu zaglądam do łazienki i szafy. Drzwi na balkon są zamknięte. Nikogo tu nie ma. Laptop. Dokumenty. Są. Wszystko jest. Chyba. Nie chyba, na pewno. Pokój wygląda dokładnie tak, jak wtedy, gdy wychodziłem. Nic się nie zmieniło. Może ktoś podłożył mi kamerę albo podsłuch. Biegam, sprawdzam każdą szparę. Nic, kompletnie nic tu nie ma. Inka! Wybiegam z pokoju i już, już mam pukać do jej drzwi. Chwila. Pokój był otwarty, ale nic nie zginęło, nic nie zmieniło miejsca. Wyjmuję telefon i powoli przesuwam palcem po ekranie, by zaraz pokazać jej... Ostatni SMS od Moniki. Co? Gdzie tamte? Gdzie do cholery… 

Po dłuższej chwili sterczenia pod na korytarzu wracam do pokoju. Zamykam cicho drzwi. Siadam na łóżku i zaciskam powieki. Czuję strużkę potu na skroni i pod koszulką wzdłuż kręgosłupa. Spokojnie. Sprawdź na spokojnie jeszcze raz. Przeszukuję telefon. Nie ma. Nie ma! Kurwa, nie ma. 

Gdybym zbudził Dworną, co bym jej pokazał, powiedział? Ot, nawalony wróciłem z miasta i pieprzy mi się w głowie. Sprawdzam jeszcze drzwi, balkon. Kładę się w ciuchach. Nie zasypiam. 


Tym razem to ja czekam na nią. Do rana nie zasnąłem. Siedziałem na balkonie, gapiąc się w gwiazdy, walcząc z kacem i kłębowiskiem myśli w głowie. Rozkręciłem laptopa, by się upewnić, że nic mi w nim nie zostawiono, potem sprawdziłem dokładnie, czy nic nie zainstalowano. Mam oczywiście hasło. Mocne hasło, ale nie znam przeciwnika. Teoretycznie komputer jest czysty. 

 Ona umarła przez ciebie. Kto? Ana? Tamta dziewczyna? Grace? Może dowiem się za godzinę lub dwie, że już jej nie ma? O co tu do cholery chodzi? A może Inka jest w niebezpieczeństwie? Zrywam się w jednej chwili. Jak mogłem nie sprawdzić. Siedziałem tuż obok całą noc...

– Coś się stało? – policjantka uchyla drzwi i patrzy na mnie czujnym wzrokiem, choć po fryzurze widać, że wyciągnąłem ją z łóżka. Nic jej nie jest, po prostu spała. – Która godzina?

– No, właśnie… chyba coś mi się przestawiło, myślałem, że zaspaliśmy… – bąkam jak dzieciak – Przepraszam. Kładź się jeszcze, przepraszam – odchodzę pospiesznie do siebie.

– Nic się nie stało, i tak za chwilę będzie dzwonił budzik. Wszystko w porządku?

– Tak, tak, przepraszam – powtarzam, bo nic innego nie potrafię wyartykułować.


– Późno wróciłeś? – Inka badawczo mi się przygląda, gdy jedziemy do biura policji. Nie wyczuwam w jej głosie oskarżenia, wyrzutu czy pretensji, po prostu pyta.

– Właściwie tak. Zasiedziałem się w pubie. Niepotrzebnie. Teraz mi głowa pęka. Za dużo piwa – uśmiecham się słabo.

– Wziąłeś proszka? – sięga do swojego czarnego plecaka, z którym się tu nie rozstaje, gdy kręcę przecząco głową i podaje mi tabletkę.

– Dzięki.

Inka sprawdza godzinę i mówi do kierowcy, gdzie chce wysiąść.

– Mamy kilka minut w zapasie, więc wstąpimy na śniadanie. Wyglądasz, jakbyś desperacko potrzebował energii – oświadcza. – Rozmawiałam wieczorem z tutejszym komisarzem, którego nie było wczoraj w mieście, a zajmuje się bezpośrednio sprawą Latison. Chce jeszcze z tobą porozmawiać, a potem pojedziemy do niej. On chce być przy waszym spotkaniu.

– Czyli to dziś – mówię, by powiedzieć cokolwiek. Wysiadamy z taksówki przy Temple Row i idziemy wzdłuż ulicy. Inka zdecydowanie obiera kierunek, jakby była u siebie i wiedziała dokładnie dokąd zmierza. Podporządkowuję się bez słowa i człapię za nią.

– Może tu? – pyta i, nie czekając na odpowiedź, wchodzi do Nero Caffe. Od progu pachnie świeżymi rogalikami, aż skręca mi się żołądek. – Tu na pewno dostaniemy dobrą kawę. Dla ciebie chyba podwójne espresso. Nie masz problemów z ciśnieniem? 

Przepycham posiłek wraz z gorzką kawą przez wciąż zaciśnięte gardło, mając nadzieję, że żołądek będzie łaskawy i przyjmie otrzymane właśnie dary bez marudzenia. Inka zajada ze smakiem i sprawdza pocztę elektroniczną w telefonie, po czym wyłącza go, jakby nic ciekawego nie przyszło. Może chodziło jednak o Anę? Gdyby ktoś sprzątnął Grace, powiadomiliby już Dworną. Nie siedziałaby tu taka wyluzowana. 


    Pogrążam się w kółko w tych samych myślach, ciężko mi się skupić. Znowu o coś pytają, więc odpowiadam, prowadzą gdzieś, więc idę, poddaję się całkowicie, a minuty, godziny lecą. Cały czas zastanawiam się – powiedzieć im czy nie. Nie mam dowodów na nic, jednak...

– Hej, weź się w garść – Inka szepcze mi wprost do ucha – Będę z tyłu, ok? Idź. 

Cholera, jesteśmy już na miejscu? Duże zdjęcia przestrzennych krajobrazów ożywiają jasny korytarz sprawiając, że wydaje się bardzo przyjaznym miejscem. Przede mną wyrasta przeszklona ściana, przez którą widać pastelowe wnętrze dużego pokoju z okrągłym stołem pokaźnych rozmiarów. Siedzi przy nim zgarbiona osoba. Wygląda, jakby przyglądała się swoim dłoniom splecionym na podołku. Grace? Wchodzę do środka.

45. Z Inką w stolicy West Midlands

    Ciekawe czy również w tym hotelu Grace spędziła noc z jedną ze swych ofiar. Przeszywa mnie nieprzyjemny dreszcz, gdy patrzę na szerokie łoże w mojej tymczasowej sypialni w Birmingham. Na prokuratora Rodeya zarzucała sieć w tutejszym Hiltonie. Możliwe, że... Co za absurd. To drugie po Londynie największe miasto w Anglii i pewnie są tu dziesiątki jak nie setki hoteli. Mam nadzieję, że jeśli uwodziła kogoś w tym budynku, to przynajmniej nie w tym pokoju. Dlaczego w ogóle to tym myślę? Wychodzę na balkon, by świeże powietrze pomogło przegnać idiotyczne skojarzenia. Biorę głęboki oddech i zamykam na chwilę oczy, by zaraz je otworzyć i podziwiać z góry rozpościerające się przede mną miasto. Jest już po zachodzie słońca, więc pod ciemniejącym niebem przybywa rozedrganych elektrycznych świateł, migających neonów i obsypanych rzędami świetlistych punktów budynków. Coraz bardziej odznaczają się setki kolorowych logotypów sklepów i przeróżnych firm. Ulicami wciąż przesuwają się sznury samochodów, a hałas miasta zlewa w jednolity szum, z którego od czasu do czasu wybija się przeciągły dźwięk karetki lub radiowozu na sygnale ginący po chwili gdzieś w dali. Stare i nowe budowle wyglądają, jakby trwały zaklinowane między sobą w walce o przestrzeń miasta. Mam świetny widok na Bull Ring. Pierwszy raz widzę to ogromne, rozrośnięte zuchwale centrum handlowe z tej perspektywy. Wieże zabytkowego kościoła świętego Marcina, choć strzeliste i wysokie, wyglądają jak wiekowy, pokurczony dziadek, który przycupnął nieśmiało przy napompowanym i rozpychającym się Selfridges Building i dominującej nad nim cylindrycznej Rotundzie. Czuję delikatny zapach. Chyba go znam. 

– Niesamowity widok – słyszę głos właścicielki zmysłowych perfum. Aspirant Dworna wygląda zupełnie inaczej niż zwykle. Stoi tuż obok, na swoim równie niewielkim, jak mój balkonie i po prostu patrzy zachwycona w dal. Jej włosy miękko falują przy każdym ruchu. Nawet nie wiedziałem, że są tak długie. Zawsze chowa je z tyłu, ściska w koku. – Dla pana to pewnie standard. – zerka na mnie, ale zaraz znowu błądzi wzrokiem daleko, chłonąc obraz miasta. – Wszystko w porządku?

– Yyy… tak. Rzeczywiście, piękny widok, chociaż taki… wymieszany – ależ głupio teraz palnąłem – To znaczy, mam na myśli pod względem architektonicznym.

– Niezwykłe połączenie, oryginalne. Mnie się podoba. Czuję się trochę jak na wakacjach – śmieje się – Aż by się chciało pójść w to miasto.

– Pora jeszcze wczesna, mógłbym ci, pani pokazać…

– Nie wątpię, jednak nie mogę zapominać, że i tu jestem w pracy. Przed siódmą ruszamy. – Na myśl o obowiązkach prostuje się i mimo braku munduru, przypomina policjantkę. Trudno mi oderwać wzrok od jej smukłych ramion i kształtnych piersi, które unoszą się z każdym oddechem pod cienką, „cywilną” bluzką.

– Tak wcześnie? – jęczę – Od rana mam przypominać Grace kim jest?

– Zanim do tego dojdzie, czeka pana jeszcze rozmowa z tutejszą policją i cała masa formalności. Nie wiem, czy już jutro uda się z nią zobaczyć. 

– No tak, kryminalni pewnie przebierają nóżkami.

– Już dawno chcieli pana przesłuchać.

– Wygląda na to, że trzeba będzie iść spać tuż po dobranocce – ależ ze mnie tani żartowniś. Czego oczekuję? Że zejdzie ze mną do baru, będziemy pić i bawić się przez resztę nocy? Nawet nie przeszliśmy na ‘ty’ i wcale się nie zanosi. Ona jest przecież w pracy, a ja…

– Przejdę się jeszcze do restauracji, nie potrafię zasnąć bez kolacji.

– Świetny pomysł! Właściwie jestem głodny jak wilk – prawie podskakuję z radości – Może pójdziemy razem?

– Chętnie. Za pięć minut przy windzie?


    Gdy talerze są już na wpół puste, ona ledwie umoczyła usta w czerwonym winie, a ja wchłonąłem dwa kieliszki, zaśmiewamy się z historii o tym, jak zostałem opiekunem czwartego psa. Ciekawe. Wcześniej nie wydawało mi się to tak zabawne. 

– Na niektóre starsze panie trzeba uważać – Inka nadal się śmieje – są sprytniejsze, niż może się wydawać. Zaprowadziłeś do niej wszystkie cztery na czas wyjazdu?

– Nie, ale szkoda, że nie wpadłem na taki pomysł. Chociaż nie wiem, czy psy by to zniosły. Są w psim hotelu. – wyjaśniam. Szczerze powiedziawszy, trochę się o nie martwię i… tęsknię.

– Nie tęsknisz?

– Skąd wiesz? – uśmiecham się. Muszę przestać, ileż można się szczerzyć?

– To teraz twoi najbliżsi – wzrusza ramionami i sięga po kieliszek – W dodatku zależni od ciebie.

– Monika zapewniła mnie, że to dobry hotel. Zostawiała tam już Hrabka i była bardzo zadowolona z opieki. Zna właścicielkę i… nie miałem innego wyjścia.

– No tak, zmusiliśmy cię do wyjazdu.

– Nie żałuję – patrzę jej w oczy. Szkoda, że nie mam już wina. Zasycha mi w gardle, gdy wytrzymuje mój wzrok. Zerkam w kierunku baru.

– Przed nami niekoniecznie łatwe dni. Ostrzegam, że może być ciężko – spoważniała.

– Przeżyłem komisarza Wrotę, przeżyję i tych tutaj – odpowiadam i już wiem, że to było słabe.

– Mam na myśli spotkanie z Grace. Jej reakcja na twój widok może być różna, chociaż liczę na to, że będzie jakaś.

– Masz rację. – Nie, nie chcę teraz rozmawiać o Grace. Nawet nieobecna potrafi wszystko popsuć. Zamawiam jeszcze jeden kieliszek wina, podczas gdy Inka wciąż sączy pierwszy. Jest niezwykła, śliczna, nie potrafię oderwać od niej oczu.


Nie było chyba nawet dwudziestej trzeciej, gdy grzecznie wróciliśmy do swoich pokojów, a ja wkrótce zasnąłem jak kamień. Dobre towarzystwo, kolacja i wino zrobiły swoje. Mam wrażenie, że minęła nie więcej niż chwila, gdy budzi mnie energiczne pukanie. Pod powiekami nadal zachwyca mnie wspomnienie błyszczących oczu w kolorze złocistego miodu.  Jest szósta rano – godzina, która powinna być ustawowo zakazana do wstawania. Zerkam na telefon. No tak. Przed pukaniem Inka wysłała SMS-a i dzwoniła, ale wyciszyłem wczoraj wieczorem komórkę i zapomniałem o tym. Bardzo mi się nie chce, ale wstaję. Myśl o tym, że spędzę z moją ulubioną policjantką najbliższe minuty, nawet jeśli to tylko jazda taksówką, działa mobilizująco.


Przebiliśmy się przez miasto i dzieli nas już tylko jedna przecznica od budynku, w którym mieści się siedziba policji. Inka jest wyraźnie zdenerwowana nieuchronnym spóźnieniem. Teoretycznie dojazd powinien nam zająć pół godziny, my wyjechaliśmy z trzydziestominutowym zapasem, a i tak wciąż tkwimy w taksówce. Chyba wolałaby być w służbowym stroju, skoro założyła ciuchy kolorem łudząco przypominające mundur, a włosy ściągnęła w węzeł nad karkiem. Linia jej szyi… muszę się zmusić, by patrzeć przez okno. To miasto jest jeszcze bardziej zatłoczone niż wówczas, gdy w nim bywałem, a przecież już wtedy było cholernie ciasno i stało się czasem godzinami w korkach. Moja osobista policjantka siedzi sztywno i skubie skórkę przy paznokciu, najwyraźniej bardziej przejmuje się tą wizytą niż ja. 

Wkraczamy pospiesznie do holu, gdzie zaraz legitymujemy się, ja oczywiście dokumentami Andyego Horna, ona swoją legitymacją i niemal natychmiast wyrasta przy nas funkcjonariusz, który zaprasza nas dalej. Od razu rozpoznaję u faceta mocny akcent brummy, charakterystyczny dla wielu ludzi rodem z Birmingham. Na szczęście dla mnie to pestka, a jeśli Inka będzie potrzebowała pomocy, chętnie… Moje bohaterskie plany przerywa głos Dwornej, która właśnie streszcza policjantowi cel naszej wizyty. Swobodnie odpowiada na jego wymamrotane byle jak pytania. Cóż, chyba jednak poradzi sobie bez mojego lingwistycznego wsparcia. Pocieszające jest za to, że zanosi się, iż będziemy rozmawiać z nimi razem.

Zapraszają nas do jasnego i przestronnego pokoju wyglądającego zupełnie jak niewielka sala konferencyjna. Częstują wodą. Nie spieszą się. Ja i Inka obok siebie, czterech Anglików wyraźnie po drugiej stronie. Miło mieć sprzymierzeńca. Tylko czy na pewno nim jest?

Podobnie jak w Polsce, najpierw sprawdzenie danych, formalności, podpisywane oświadczeń i pytania, pytania, pytania… Tak, rozwiedliśmy się z powodu licznych zdrad żony, tak, wyjechałem, nie, nie kontaktowałem się z nią po rozwodzie, tak, groziła mi, tak, właśnie dlatego postanowiłem wyjechać jak najdalej i tu cała opowieść, dlaczego akurat do Polski, dlaczego zmieniłem nazwisko, dlaczego, dlaczego, dlaczego… Dworna słuchała, czasem notowała i patrzyła na mnie, jakby chciała mnie przyłapać na jakiejś nieścisłości. Ba, czasem sama zadawała podchwytliwe pytanie. Z seksownej, roześmianej dziewczyny z zeszłego wieczoru, która sprawiała wrażenie, że mnie lubi, zmieniła się w zdystansowaną profesjonalistkę. Musiałem w szczegółach opowiedzieć o dosłownie wszystkim, co robiłem w Poole, o znajomych, terapii, przeprowadzce do Polski, okolicznościach i znalezieniu ciała Any. Zapisali sobie nawet, że mam dostarczyć faktury z wizyt u doktora Johansona. Omówiliśmy wszystkie szczegóły na temat kontaktów z Kate, chociaż doskonale wiem, że mają każde słowo, jakie z nią wymieniłem. Dlaczego, po co, jak… 

Po kilku godzinach przesłuchania, bo inaczej tego nie mogę nazwać, stoję przy automacie ze śmieciowymi przekąskami i dosłownie trzęsą mi się ręce ze zmęczenia. Jestem głodny, wykończony i autentycznie mam wszystkiego dość. W dodatku czuję na sobie wzrok Dwornej. 

– Batonika? – proponuję.

– Nie, dzięki.

– Chyba spadł mi cukier – usprawiedliwiam drżenie rąk.

– To było męczące – przyznaje ona, choć wygląda tak samo rześko, jak nad ranem.

– Wycisnęli mnie jak cytrynę – przyznaję i wyjmuję jakiegoś rogala, który najbardziej przypomina jedzenie ze wszystkich oferowanych produktów.

– Pospiesz się z tym, zaraz nas zawołają na drugą część wyciskania cytrusów – wskazuje na mój skromny posiłek i uśmiecha się nieznacznie. Mam nadzieję, że dziś znów spędzimy razem wieczór.


Jestem z siebie dumny. Chociaż w siedzibie tutejszej policji panuje dużo większy chaos i harmider niż na polskiej komendzie, nie wszystkiego pilnują i łatwiej się wkraść do systemu, to za to, jak już dorwą ofiarę do przepytywania, robią to do końca. Mimo to stanąłem na wysokości zadania, nie zagięli mnie, nie zagonili w kozi róg, w którym poległbym sromotnie, wyjaśniłem wszystko, każdy szczegół tak jak trzeba, pozostając nieskazitelnym, niewinnym obywatelem, któremu życie od dziecka rzucało kłody pod nogi. Nie było łatwo. W dodatku czułem się obserwowany przez Inkę, która nie tylko zda szczegółowy raport Wrocie, ale też ocenia mnie, a tak się składa, że chcę u niej zapunktować najwyżej, jak się da. Z jednej strony jej obecność była dodatkowym stresem, z drugiej naprawdę czułem się bezpieczniej, choć z pewnością nie jest moim adwokatem i ani razu nie przyjęła choćby cienia takiej roli. Była obok. To wystarczyło. 

Jak przewidziała, dziś nie spotkam się z Grace i szczerze powiedziawszy, czuję ulgę. Mam dość na dziś. W dodatku teraz uświadamiam sobie, że zwyczajnie boję się spotkania z nią, spojrzenia w jej oczy. Jeszcze niedawno miałem nadzieję, że już nigdy, przenigdy jej nie zobaczę. Nie wyobrażam sobie jej inaczej jak drwiącej ze mnie, oskarżającej. Nie jestem jej nic winien, niczego złego nie zrobiłem, a jednak obawiam się. Jutro rano skontaktują się z Inką i powiedzą, czy lekarz dał zielone światło. Jeśli nie, będziemy czekać. Idę pod prysznic. Muszę zmyć ten dzień.

Od niemal godziny siedzę na balkonie, a ona nie wychodzi. Ma otwarte drzwi balkonowe, więc da się słyszeć rytmiczne uderzenia w klawiaturę. Pewnie pracuje, zdaje szczegółowy raport komisarzowi. Kusi mnie, by też wyciągnąć laptopa i przede wszystkim sprawdzić, co napisał Mark. Na bank ma mnóstwo nowych wieści. Waham się. Zamiast tego odbieram wiadomości na Skype od Moniki. Pisze, że psy trochę przeżywają, nie jedzą (z wyjątkiem Fusi, która zawsze ma wszystkich w głębokim poważaniu), ale jutro na pewno będzie lepiej. Wysyła zdjęcia, które dostała od właścicielki psiego hotelu. Słyszę, że Inka zamyka szczelnie balkon. Pewnie rozmawia przez telefon i nie chce, bym podsłuchał. Czekam, aż skończy wreszcie pracę i mam wielką nadzieję, że znów zrzucimy oficjalny ton i pójdziemy razem na kolację.

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...