44. Pies psu nierówny

 To było osobliwe doświadczenie. Dojechałem za radiowozem do pierwszego skrzyżowania i zacząłem na nich trąbić, by łaskawie zwrócili na mnie uwagę. Gdy policjantka siedząca na fotelu pasażera zajrzała do tyłu przez ramię, pomachałem do niej i mimowolnie uśmiechnąłem się całą gębą. Zjechali na parking najbliższego sklepu, a ja za nimi. Ich poważne miny skutecznie starły kretyński uśmiech z mojej twarzy. 
– Już myśleliśmy, że pan nas unika – zaczyna Dworna, gdy wsiadłem do niebiesko-srebrnego auta – Coś pan u nas ostatnio zostawił – podaje mi pendrive’a, bacznie mi się przyglądając. Nie ma sensu się wykręcać.
– Przepraszam.
– Ależ nie ma za co. Rozumiem, że jest pan bardzo ciekaw pracy policji, tylko widzi pan, mamy dobre zabezpieczenia.
– Za próbę… – włącza się drugi policjant, ale przedmówczyni przerywa mu, podnosząc dłoń.
– O tym kiedy indziej. Mamy ważniejsze sprawy do omówienia. Widzimy, że jest pan bardzo zaangażowany w sprawę Any Janiv, panie... Fikcyjny. Jeśli chce pan się czegoś dowiedzieć, lepiej i uczciwiej zapytać.
– Uzyskałbym odpowiedź?
– To zależy od pytania – uśmiecha się niezbyt przyjemnie – Jak pan się zapewne orientuje, zazwyczaj to my jesteśmy od zadawania pytań.
– Nawet tutaj?
– Porozmawiać można wszędzie, prawda? Chcieliśmy złożyć panu wizytę w domu, ale nie zastaliśmy.
– I nie odbierałem telefonu. Tak, tak. – Wyjmuję mój aparat, który nadaje się już tylko na śmietnik, by się usprawiedliwić – Nie działa. Dlatego za wami tak leciałem.
– No tak – tym razem uśmiech aspirant Inki jest bardziej pogodny. – Przyjechaliśmy, by zapytać o Anę Janiv i pańską byłą żonę Grace Latison. Czy według pana coś łączy te kobiety?
– Myślę, że tak – odpowiadam po chwili namysłu. Skoro o to pytają, to znaczy, że sami dodali już dwa do dwóch. Wiedzą czym Grace się zajmowała, z kim współpracowała i kogo kryła, muszą zatem wiedzieć, że mogła mieć też kontakt z oszpecanymi kobietami, może coś wiedzieć o morderstwach.
– Co pan w takim razie myśli?
– Kobietę z blizną już kiedyś spotkałem – decyduję się opowiedzieć o dziewczynie z pubu. Muszę pokazać, że chcę pomóc. Dworna słucha cierpliwie, ale mam wrażenie, że niczego nowego jej nie przekazuję, więc kończąc, pytam – Wy już o tym wiecie, prawda?
Policjantka nieznacznie kiwa głową, nic nie mówiąc.
– Z tego, co pan mówi, wcześniej był pan przekonany, że Ana Janiv to ta sama osoba, którą widział pan w Birmingham, tak? Dlaczego zmienił pan zdanie? – pyta dalej, a mnie rozjaśnia się w głowie. Arleta Wiązer! To ona musiała im powiedzieć. Chciała ze mną rozmawiać nie z dobroci serca, tylko dlatego, że policja jej to zleciła! To musiała być ona.
– Bo ostatnio znalazłem artykuł w internecie o tym, że w lesie niedaleko Londynu, w pobliżu miejscowości Marlow znaleziono zwłoki kobiety, które miały tajemniczą bliznę na szyi.
– Artykuł?
– Wzmiankę raczej, bo próbowano ustalić jej tożsamość – teraz mam ogromną nadzieję, że jakaś lokalna gazeta to podłapała i napisała choćby kilka zdań. Nie mogę przecież się przyznać, że grzebię w dokumentacji angielskiej policji, która najwyraźniej nie ma tak skutecznego oprogramowania antywirusowego, co tutejsza – Nie wiem, czy ustalono w końcu personalia tamtej kobiety. – dodaję. Wiem, że nie, ale oni nie muszą wiedzieć, że wiem. – Jeśli to była ta sama, z którą Grace rozmawiała kilka tygodni wcześniej na moich oczach, to fakt, że tutaj znalazłem zwłoki Any, jest cholernie dziwnym zbiegiem okoliczności.
– Istotnie, dwie denatki znalezione w różnych krajach, ale łączy je blizna i twoja osoba – podsumowała policjantka, a mnie zrobiło się nieswojo.
– Raczej moja była żona.
– Co może łączyć ją z Aną Janiv?
– Mam nadzieję, że wkrótce się dowiemy – mówię zamyślony.
– Wkrótce?
– No… gdy się znajdzie. Mam nadzieję, że się znajdzie – dodaję. Prawie się wygadałem.
– Panie Leopoldzie, byłoby dużo łatwiej, gdyby był pan ze mną szczery – Inka patrzy mi w oczy tak, że mam ochotę wszystko powiedzieć włącznie ze wsypaniem Marka. Na szczęście jakiś dzieciak śmignął z głośnym szurnięciem tuż obok radiowozu na hulajnodze, więc mam pretekst, by odwrócić wzrok.
– Ależ jestem. Niewiele jednak wiem.
– No dobrze – policjantka wzdycha, po czym zaskakuje mnie własną szczerością – Grace Latison została odnaleziona – wiem, że oboje bacznie obserwują moją reakcję, toteż staram się być tak bardzo zaskoczonym, jak tylko potrafię.
– Naprawdę? Och! To świetna wiadomość! – cieszę się.
– Tak. Tylko jest mały problem, panie Leopoldzie.
– Niech zgadnę. Nie chce mówić, zażądała adwokata i milczy jak zaklęta.
– Angielska policja wie, że przebywa pan w Polsce, wie również, że pana… że rozmawiamy. Chcą pana przesłuchać i skonfrontować z Grace Latison – kontynuuje.
– Tak? A po co? Wszystko już powiedziałem wam, a Grace na pewno nie będzie chciała ze mną gadać. Jeszcze gotowa obwinić mnie o wszystko, jak dawniej – tego ostatniego zaczynam się rzeczywiście obawiać.
– Grace Latison ma amnezję, być może łatwiej byłoby wywołać powrót pamięci, gdyby spotkała się, porozmawiała z kimś, kogo zna, z kim wiąże lub wiązała jakieś uczucia.
– O tak, jak mnie zobaczy, to tak się wścieknie, że od razu sobie wszystko przypomni – ironizuję.
– Nie chcą przyprowadzać do niej innych osób ze względu na to, że jej odnalezienie na razie jest tajemnicą. Ważne, by środowisko przestępcze, z którym miała kontakt, nie dowiedziało się zbyt wcześnie.
– Chcą ich uśpić. Sprytne. Tylko Grace nic nie mówi.
– Dokładnie. 
– I ja miałbym to zmienić?
– Spróbować.
– Ale ja nie mogę wyjeżdżać za granicę. Sami zalecaliście mi pozostanie na miejscu – droczę się niewinnie i strasznie mi się to podoba. Oczywiście z chęcią polecę spojrzeć Grace w twarz, jeśli to cokolwiek pomoże. Nie będzie mi łatwo, ale jestem gotów.
– Polecę z panem. Jeśli oczywiście góra zaakceptuje całą operację – Mówi Dworna, a ja muszę się powstrzymać, by nie wrzasnąć z radości jak dzieciak.

    
    Uruchamiam nowy telefon po przełożeniu karty i niemal natychmiast wskakuje na ekran wiadomość od Moniki: I co? Grzesiek jest podejrzany? Ciekawe, że nigdy nie interesowała się specjalnie Grzegorzem, a teraz tak wypytuje. Może Kłopocińska zaraziła ją bakcylem wścibskości? Zgodnie z prawdą odpisuję: Pracuję nad tym. Na razie nic nie wiadomo.
    Godzinę temu wysiadłem z radiowozu i zmierzałem do swojego auta, gdy w ostatniej chwili przypomniałem sobie o nieszczęsnym sąsiedzie. Naburmuszony kolega Dwornej, który raz uciszony miał focha i nie odzywał się do końca mojej wizyty w ich samochodzie, włączył silnik i wrzucił jedynkę, gdy wróciłem się i zapukałem w szybę po prawej stronie, by zapytać o Grześka. Wyjaśniłem, że krążą jakie dziwaczne plotki, a ja, jako ten dobry sąsiad – kolega martwię się o człowieka w depresji. Policjantka wsadziła nos w swój kajet i zwyczajnie spuściła mnie po brzytwie, mamrocząc, że za wcześnie, by cokolwiek mówić. Szyba podjechała w górę, a naburmuszony ruszył. Pozostało mi wrócić do swojego samochodu.

    Zaparkowałem pod domem, ale nie wysiadam, bo bawię się moim nowym telefonem. Dostosowuję ustawienia, by były takie jak w starym. Chciałbym ustawić taki sam dzwonek, tylko jak on się nazywał… 
    Co to za jazgot? Odrywam się od urządzenia. Oczywiście nikt inny, jak nie Kłopocińska Aniela, wyrasta mi przed oczyma.  Może z cztery, pięć metrów obok sąsiadka zaplątana w rozwiniętą do końca, kilkumetrową taśmę smyczy typu flexi wywrzaskuje coś i dziwacznie podskakuje, podczas gdy Bimber próbuje złapać pekińczyka, który zawzięcie doskakuje do niego, atakując długie łapy. 
– Zefirku! Zefir! Wracaj! Nie wolno! Wracaj tutaj, Zeeeefir! – właścicielka pekińczyka dobiega zdyszana do psów i krzyczy, machając rękami. – Przestań, Zefir!
– Zabierzże go, złap go! – dyszy Kłopocińska.
– Nie mogę! Zefir, dobry piesek, chodź do pańci natychmiast, no chodź, masz, zobacz, co pańcia ma dla ciebie, masz! Masz Zefirku! – kobieta człapie wokół jak kwoka z czymś w ręce, ale nie odciąga rozwścieczonego psiaka od nóg Bimbra, który nie ma jak się odsunąć czy uciec, więc wreszcie łapie go zębami za kark, aż rozlega się przeraźliwy pisk. – O Matko Boska! Zabierz tego psa, zabierz! – wrzeszczy jak opętana babka z serdelkiem, czy co ona tam ma w ręku.
– Do kurwy nędzy! Zapnij go Kryśka na smycz! – drze się Kłopocińska cała czerwona na twarzy z wysiłku. Nie może wydobyć się z coraz bardziej zaciskającej się na niej taśmy. Bimber trzyma w pysku wijącego się jak piskorz pieska, by ten nie dosięgnął go swoimi ząbkami. Wygląda, jakby nie wiedział za bardzo co ma dalej zrobić z pekińczykiem. Zakrywam usta, by nie parsknąć śmiechem.
– Nie mogę!
– Musisz!
– Ugryzie mnie! Zefirku mój!
– Bimber cię nie ugryzie, łapże tego kundla!
– Zefir mnie ugryzie, stara idiotko! To nie jest kundel! To pekińczyk, rasa mandżurska, ma rodowód, a ty sama jesteś… Zefir! Zefiruniu!
Patrzę oniemiały na scenę, która chyba dobiega końca, piesek bowiem z dzikim piskiem wyrywa się Bimbrowi i ucieka ile sił w krótkich łapkach. Waleczność i agresja wyparowały z niego w jednej chwili, ustępując miejsca panice. Właścicielka, nazwana przez Anielę Kryśką, puściła się truchtem za swoim pupilem, jednocześnie wołając go i wykrzykując inwektywy pod adresem Kłopocińskiej. Bimber tylko raz szczeknął, po czym spokojnie zaczął lizać pokaleczone łapy. 
– Co się pan gapisz?! Pomóżże! – oczywiście sąsiadka mnie dostrzega. Jak zawsze.


– Ja nie dam rady, panie Leopoldzie. To nie na moje lata. Pan zobaczy tę pręgi! – sąsiadka po tym, jak pomogłem jej wyplątać się ze smyczy, pokazuje mi rękę w czerwone paski, które zostały w miejscach, gdzie zacisnęła się taśma smyczy. Będą siniaki.
– Dobrze, że to nie linka, przecięłoby pani skórę do krwi – próbuję ją pocieszyć.
– Co pan mówi? Ja nie mogę z tym psem dłużej, to nie na moje lata, o nie – powtarza, kręcąc głową – A ta smycz! Jakiś diabeł ją chyba wymyślił! Przecież tego się nie da używać. Po co takie wyciągane? Wyciągnie się i tylko ręce tnie.
– Bo tak nie wolno łapać, trzeba zwinąć w razie potrzeby. – Tłumaczę jak dziecku. Kucam przed psem. Jego łapy nie wyglądają najlepiej. Z pewnością gorzej niż ręce Kłopocińskiej.
– Tak, tak, łatwo się mówi. Ten kundel Krystyny jest zupełnie niewychowany. Pan widział, co on wyprawiał? A ta kretynka sama się go boi! Skaranie boskie z tymi zwierzętami – sapie Kłopocińska.
– Bimber jest raczej grzeczny – zauważam.
– Bimber tak, ale panie, co ja z nim mam! On chyba przyciąga nieszczęścia! Co spacer, to… ach, panie Leopoldzie, pan ma psy Gwizdoniowej. Świeć Panie nad jej duszą. – Aniela wznosi oczy do nieba. – Pan sobie doskonale radzi. Naprawdę, podziwiam, jak pan nad nimi panuje.
– Dziękuję. Wie pani, to kwestia wprawy. Trzeba znać podstawy. Jeśli pani chce, mogę…
– Och, naprawdę z nieba mi pan spada! – przerywa mi żarliwie – Jest pan złotym człowiekiem! I takim profesjonalnym, absolutnie profesjonalnym. Bo widzi pan, ja myślałam, że Rurzyckiego wypuszczą do domu lada dzień. Inaczej bym się nie zgodziła. A teraz to już nawet nie wiadomo, co będzie! W sensie z Rurzyckim, bo on jest zamieszany, wie pan, ale mniejsza o to. – sąsiadka ma najwyraźniej potrzebę pogadania, więc nie przerywam, tylko zerkam na telefon. Trzy nowe powiadomienia..., od operatora i z banku. 
– Yhm...
– No, ale dla pana, z pana umiejętnościami i znajomością psiej natury to rzeczywiście żadna różnica, jeden w tę czy tamtą. Dziękuję najmocniej! Pan wybaczy, muszę doprowadzić się do porządku. Pan potem wstąpi po karmę, tak przy okazji, dobrze? Dziękuję! – Kłopocińska wyrzuca z siebie grad słów, gładząc spódnicę i pokazując pozaciągane rajstopy na łydkach. Podnoszę wzrok jej twarz. Zanim dociera do mnie pełnia sensu jej słów, ściska mnie serdecznie za ramię i żwawo odchodzi w kierunku drzwi budynku. Uświadamiam sobie, że trzymam w ręku smycz. Chyba mam déjà vu… Otwieram usta, by zaprotestować, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Za późno. Drzwi za sąsiadką zamykają się z jęknięciem. Chciałem tylko jej zaproponować kontakt do Kasi, psiej behawiorystki, która z pewnością nauczyłaby ją jak opiekować się psem, tymczasem z trudem oswajam się z myślą, że oto mam cztery psy… Jak do tego doszło?

 
    

43. Coraz jaśniej, a może odwrotnie...

    Musiałbym sobie to wszystko rozpisać. Jak w filmach. Może na ścianie nad łóżkiem? Mapa, kolorowe karteczki, pinezki. Jeśli Kłopocińska mnie nawiedzi, wystarczy, że nie domknę pokoju, a  wszystko zobaczy. Tutaj każdy kąt jest łatwo dostępny dla wścibskich oczu. Może lepsza byłaby apka? Na przykład Miro. Muszę to jakoś poukładać, przeanalizować. Wczoraj spędziłem kawał czasu na rozmowie z Markiem, który chyba wcale nie spał zeszłej doby. Za to przejrzał i przeczytał mnóstwo bardziej lub mniej wartościowych materiałów, notatek z obserwacji, podczas których przeważnie nic się nie działo i raportów niekoniecznie związanych ze sprawą Kasarleya czy Grace. Z tego wszystkiego wynika, że długo i skrupulatnie obserwowano Owena. Ten jest jednak wyjątkowo cwany, bo o przetrzymywanych dziewczynach dowiedziano się dopiero po wejściu do domów. Mnogość kontaktów, powiązań, przypuszczeń i poszlak dotyczących tego drania przyprawia mnie o mętlik w głowie. Wynika jednak z tego niezbicie, że kaleczył tylko kobiety przeznaczone dla konkretnego alfonsa, dlatego Mołdawiance nie sprezentował rany na szyi. Po prostu była dla kogoś innego. Na temat Grace natomiast angielscy śledczy mają zdumiewająco mało informacji. Jakby dopiero teraz, podczas wpadki z Owenem, pojawiła się na radarze. Mark znalazł jej niedawno opracowany profil wraz z całym życiorysem, w którym, a jakże, jestem oczywiście również i ja. 

Idę do kuchni, by zaparzyć sobie nową, dużą kawę, chociaż do tej lektury zapewne dużo bardziej odpowiednia byłaby melisa albo inne zioło na ukojenie nerwów. Za chwilę się dowiem, ile moja urocza eksmałżonka nakłamała mi o sobie. Bo, że nakłamała jestem pewien. 

Grace Ann Latison, córka Melindy Brown i Johna Latisona, urodzona osiemnastego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym roku w Sheffield. Szkoły, kursy… to akurat wiem. Co tam dalej… O, jest coś o ojcu. Nie żyje, to by się zgadzało. Był hazardzistą, nadużywał przemocy domowej, zostawił po sobie długi, które Melinda mozolnie spłacała z marnym skutkiem. Musiała oddać dom, podupadła na zdrowiu. Grace będąc tuż po szkole, podjęła pracę w lokalnym sklepie, jednak szybko zwolniła się i wyjechała. Tu brak informacji o okresie mniej więcej półrocznym. Według oficjalnych informacji, jakie zebrano od znajomych i sąsiadów (matka nie była w stanie odpowiedzieć na pytania policji) Grace wyjechała na studia. Tylko że nic tego nie potwierdza. Żadnych dokumentów, śladów na uczelniach, nic. Po prostu zniknęła, by równie nagle pojawić się z powrotem i… spłacić narastające długi oraz rozpocząć starania o odzyskanie domu rodziców. 

    Z czasem ponownie zaczęła nawiązywać kontakty ze znajomymi, rozpoczęła pracę w Dudley, opiekowała się coraz bardziej schorowaną matką, z którą mieszkała w Birmingham i zwykłe życie toczyło się dalej. Według zeznań koleżanek i kolegów wszystko było jak dawniej. Prawie wszystko. Grace trochę rzadziej chodziła na imprezy, mniej mówiła o sobie, była bardziej zdystansowana, jakby bardziej powierzchowna, choć jak zawsze wesoła i serdeczna. Nikogo to jednak nie dziwiło. W końcu wydoroślała, miała na głowie matkę, pracę, od pewnego czasu to ona przejęła rolę dorosłej, odpowiedzialnej osoby w domu. Gdy stan Melindy znowu się pogorszył i całodobowa opieka stała się niezbędną, Grace wybrała dla niej ośrodek, gdzie w ładnym, luksusowym otoczeniu objęta troskliwą, profesjonalną opieką personelu miała spędzić resztą życia. To prawdopodobnie najdroższy taki dom w hrabstwie albo przynajmniej jeden z najdroższych, jak sądzę. W dokumentacji jest nawet wyliczenie kosztów, których Grace raczej nie pokrywała wyłącznie z własnej wypłaty. Pieniądze matki też nie wystarczyłyby nawet na podstawowy pakiet usług. 

    W raportach nie ma domysłów czy wniosków, jedynie suche fakty, ale wyraźnie z nich wynika, że Grace musiała mieć dodatkowe źródło dochodów. Domu matki nie sprzedała. Z dalszych notatek dowiaduję się, że Grace z nikim się nie wiązała, nikogo nie dopuszczała do swojej prywatnej strefy, aż wreszcie poznała w pracy niejakiego Horna, nowego pracownika. Stałem się człowiekiem zagadką. Przykro mi się zrobi, gdy czytam zeznania kilkorga ludzi, których lubiłem, pracowałem z nimi, świętowałem na przykład Nowy Rok, czy zasuwałem ramię w ramię na targach ogrodniczych Glee. Przerabiałem to już, więc wiem, że wielu uwierzyło Grace i trzymało jej stronę, jednak co innego wiedzieć, wnioskować po zachowaniu, a co innego przeczytać we fragmentach spisanych zeznań słowa pełne niechęci, oskarżeń, a nawet nienawiści. Nic dziwnego, że znalezienie mnie było jednym z ważniejszych zadań w związku ze zniknięciem Grace. 


Kate. Jak mogłem zapomnieć! Teraz gdy widzę jej nazwisko w raportach, przypominam sobie doskonale. Straciłem zainteresowanie, bo zwyczajnie niczego więcej nie mogłem od niej wyciągnąć, a i ona zamilkła. Tymczasem śledczy dotarli i do niej, a szczera i niczego nieświadoma dziewczyna opowiedziała im o sympatycznym Lucu Zee… pokazała nasze dialogi… Ale jak…? Gorączkowo biegam wzrokiem po dokumentach, otwieram pliki, szukam w tym chaosie… Jak powiązali Horna z Zee? Słyszę sygnały przychodzących SMS-ów, lecz nie mam najmniejszego zamiaru im teraz poświecić ani chwili. O, jest! Jak mogłem być taki głupi. Wyśledzili mnie, zwyczajnie wytropili po adresie IP. Musiałem stracić czujność i zwyczajnie zapomnieć o szyfrowaniu. Raz jeden jedyny. O ten jeden raz za dużo.  A może więcej niż raz? To i tak bez znaczenia. Zimy pot występuje mi na czoło. Cholera jasna! To stąd Wrota wie, że Fikcyjny i Horn to ta sama osoba, do tego musi wiedzieć, że udawałem też Zee, a to wszystko stawia mnie w cholernie kiepskim świetle. Jeszcze chwila i zapukają do mych drzwi, dzierżąc międzynarodowy list gończy. Co robić? 



    Muszę iść na policję, ot co. Muszę to wszystko jakoś wyjaśnić! Zrywam się, chwytam telefon, lecz ten wyślizguje się z wilgotnej od potu dłoni i ląduje pod  krzesłem. Przesuwam je gwałtownie, by szybko po niego sięgnąć, po czym miażdżę ekran jedną z nóg, gdyż aby złapać równowagę muszę oprzeć się na nim całym ciężarem. Potok bluzgów wyrywa się z moich ust, płosząc gołębie, które po drugiej stronie okna siedziały na parapecie. Wściekłość każe mi rzucić tym przeklętym krzesłem, ale w porę się powstrzymuję, gdyż albo wybiłbym okno, albo rozwalił sprzęt, albo trafił w Urwisa, który stoi na środku pokoju i gapi się na mnie, jak na szaleńca. Zaciskając do bólu szczęki, odstawiam mebel i powoli idę do łazienki. Wkładam łeb do umywalki i puszczam zimną wodę. Kiedyś, po kłótni z Grace pomogło. Tylko spokój… Seria SMS-ów podnosi mi ciśnienie, więc wycieram głowę byle jak i wracam do pobojowiska. Smartfon ze zmiażdżonym ekranem o dziwo nadal działa. Przynajmniej takie sprawia wrażenie. Widzę, że to wiadomości od Moniki, ale nie mogę ich otworzyć. Zadzwonić też się nie da. Szlag!

– Cześć, nie mogę… – zaczynam mówić do Moniki, gdy tylko otworzyła drzwi, lecz mi przerywa.

– No jesteś! Czemu nie odbierasz?

– Właśnie, bo…

– Czy ty wiesz, co tu się dzieje? Człowieku! Jesteś teraz jego jedynym kolegą, a zupełnie się nie interesujesz!

– Ale co…?

– Nie co, tylko kto! Grzegorz! Grzegorz jest podejrzany o zamordowanie tej Rosjanki!

– Ukrainki. Co? Przecież to absurd!

– Absurd czy nie, podobno są jakieś dowody, tylko on teraz w tym psychiatryku trochę posiedzi. A potem co? Prosto do celi! – zaaferowana Monika macha rękami i patrzy na mnie z wyrzutem, jakbym to ja był winien takiego obrotu spraw.

– Skąd wiesz to wszystko?

– Od Kłopocińskiej oczywiście. Słuchaj, ona sobie zupełnie nie radzi z Bimbrem, chociaż z tego, co widziałam, jest odwrotnie, to pies z nią sobie nie radzi. W każdym razie jest przerażona, bo myślała, że jej wielkoduszna pomoc sąsiedzka będzie trwała maksymalnie kilka dni, a tu masz babo placek! Grzesiek może wcale nie wrócić do domu! Czego się tak gapisz na mnie?

– Czekam, aż skończysz – odpowiadam spokojnie – Czego ode mnie oczekujesz?

– No nie wiem, zrób coś! – rozkłada ręce i patrzy na mnie wyczekująco. 

– Słuchaj, Monia, to na pewno wyssana z palca plotka. Grzesiek jest w głębokiej depresji, nie ma pojęcia co się wokół niego dzieje. Może policja się zainteresowała nim, bo jednak próba samobójcza to poważna sprawa, ale to wcale nie znaczy, że… o, czekaj – Połamany telefon zaczyna wibrować mi w kieszeni. Numer Dwornej. Uszkodzony ekran nadal nie pozwala mi odebrać połączenia – O, widzisz, dlatego od ciebie też nie odebrałem – podstawiam Monice aparat pod nos – Nie masz jakiegoś zapasowego smartfona?

– Nie, skakałeś po nim?

– Bardzo śmieszne. Lecę. Muszę kupić nowy i skontaktować się z policją, spróbuję się dowiedzieć, czego mogą chcieć od Grześka, ale szczerze wątpię, by to miało związek z Aną.

– Jaką Aną?

– Orianą. Tą Ukrainką, którą nazywasz Rosjanką – wyjaśniam na odchodne.


    – O, jest pan! – Nie, tylko nie ona. Kłopocińska, która mieszka na tym samym piętrze co Monika, wyskakuje na klatkę, gdy tylko drzwi tamtej się zamknęły – Policja pana szuka! O, zaraz odjadą! – pędzi do okna i zagląda przez wąską, wysoką szybę na zewnątrz. Podążam za jej wzrokiem. Rzeczywiście. Aspirant Dworna powoli przechodzi na drugą stronę ulicy i idzie w kierunku zaparkowanego nieopodal radiowozu. Trzyma rękę przy uchu. Mój telefon znów ożywa. Jasna cholera! Zerkam na wyświetlacz przy windzie. Jest na dole. Nie ma sensu czekać. Puszczam się galopem schodami. Kłopocińska coś woła, ale echo moich kroków skutecznie ją tłumi.

W momencie, gdy wybiegam na ulicę, radiowóz odjeżdża. Wołam i macham rękami. Bezskutecznie. Kluczyki! Macam się po tylnych kieszeniach spodni. Są! Pędzę więc do samochodu. Nie ma rady, trzeba gonić policję! 

42. Wieści z Wysp

    – Cześć, przekaż szefowi, że dziś mnie nie będzie – wydałem polecenie bez zbędnych wstępów dziewczynie, która odebrała telefon w pizzerii. – Jak to, jak to. Tak to. Źle się czuję. Tak. Nie wiem, może i Covid, skąd mam wiedzieć, nie jestem lekarzem. Nie, nie chcę gadać z Benkiem – rzuciłem szybko, gdy słuchawka już wędrowała do ręki szefa. – Cholera – mruknąłem pod nosem, po czym kontynuowałem tonem nieznoszącym sprzeciwu. –  Tak, no witam szefie. Zgadza się, muszę wziąć kilka dni wolnego, fatalnie się czuję, mam dreszcze i… i chyba straciłem węch. W takim stanie wozić jedzenie… Tak? Dam znać, jasne, zrobię test. Tydzień powinien wystarczyć. Dziękuję – tak oto gładko nakłamałem podczas jazdy z komendy do domu.

Benek dużo lepiej przyjął kit o mojej chorobie od Taosa, który niemal rozpłakał się do słuchawki. Trochę mi ich żal, przyznaję, wyskoczyłem z tym zwolnieniem znienacka, no, ale gdybym faktycznie się rozchorował, wyglądałoby identycznie.

 Potrzebuję czasu. 

    Wpadam jak burza do mieszkania i lecę prosto do mojego małego centrum dowodzenia. Loguję się do drugiego laptopa, by uruchomić program, dzięki któremu połączę się z komputerem komisarza i otworzą się przede mną wrota do tajemnej wiedzy. Wrota komisarza Wroty. Hmm… długo to trwa… Brak połączenia. Ciekawe… Spróbujmy jeszcze raz. Nie rozumiem. Albo do tej pory nikt nie zalogował się na tamtym kompie, albo zorientowali się i wyjęli pendrive’a. Mam nadzieję, że Wrota po prostu musiał wyjść. Sprawdzę może jeszcze tylko… 

– Zaraz, zaczekaj – nie odrywając wzroku od ekranu, mówię do Urwisa, który trąca mnie zimnym nosem. Już powinno się połączyć. Dlaczego nie odpowiada? Coraz szybciej walę w klawisze. Muszę to sprawdzić. Wygląda na to, że malware zadziałał, próbował się łączyć, czyli jednak komisarz usiadł do komputera. W takim razie, dlaczego nie mam dostępów?  Cholera jasna!

    No nic. Przyjrzę się temu jeszcze za chwilę. Może ten trojan był wadliwy? Sprawdzę, czy Mark coś napisał. Uruchamiam komunikator. Atakują mnie nowe wiadomości. 

    Grace się odnalazła! Mam ochotę ostro skarcić się za to, co czuję. Przecież ta kobieta to samo zło, tymczasem czuję ulgę, że żyje, nic jej nie jest. Chwila, na pewno nic? Zgarnęli ją we wschodnim Londynie. Szła nad ranem środkiem ulicy, prawie naga. Odezwij się. – napisał Mark. Stary, o twojej byłej piszą w newsach z ostatniej chwili! Znalazła się, ale kiepsko z nią. Odezwij się! – to od Rafała. 


    – Mam raport o odnalezieniu Grace Latison w Canning Town. Kobieta rasy białej, pasująca rysopisem do poszukiwanej, bez dokumentów, utrudniony kontakt, prawdopodobnie pod wpływem narkotyków – Mark uderza mnie informacją zaraz po tym, jak się połączyliśmy. Chwilę czekam, bo ściągam sporych rozmiarów plik. To zdjęcie. Obraz powoli się wczytuje. Mimowolnie odsuwam się od ekranu. Z monitora patrzy na mnie Grace. Jej oczy, twarz, lecz nie uśmiechnięta, piękna czy wściekła ze zmarszczonymi brwiami i ostrzegawczym błyskiem w oku, jaką ją pamiętam. Patrzę na zapadnięte policzki, głębokie cienie pod oczami, skołtunione włosy, błędny wzrok na wpół przymkniętych powiek. Szczęka luźno opuszczona rozciąga spękane, suche i blade usta. Matko jedyna… Wysoka jakość zdjęcia jest bezlitosna.

– Udało ci się dostać do zasobów policji? – pytam. To właściwie oczywiste, bo skąd miałby zdjęcie, ale i tak pytam. Dla postawienia kropki nad i.

– Tak. To był świetny pomysł Leopoldzie. Na pewno nie ma tu wszystkiego, chyba wciąż lubią bardziej papier od wirtualnych plików, ale mnóstwo dokumentów, raportów i notatek mam teraz w zasięgu ręki! Niesamowite, czyż nie? Czekam na wyniki badań Latison. Jest notatka z badania wstępnego, z której wynika, że nie odpowiada na pytania, nie mogą się z nią porozumieć, jest mocno odwodniona i osłabiona…

– Mark, kiedy ją znaleźli? Dziś nad ranem? – przerywam mu, bo się powtarza. Jest bardzo podekscytowany.  

– No dziś, dziś! Wczoraj podrzuciłem im twój program i zadziałało! – Mark cieszy się jak dziecko. Podejrzewam, że wypił morze kawy i nie spał całą noc, czytając z wypiekami na twarzy policyjną dokumentację. Czuję maleńkie ukłucie zazdrości, gdy po ponownym sprawdzeniu programu czekającego wciąż w tle, nie widzę żadnego postępu – Od wczoraj nie zmrużyłem oka, Andy, tu jest wszystko! – kontynuuje Mark, a ja uśmiecham się pod nosem. 


    Idąc z psami do lasu, zmieniam zwyczajową trasę, gdyż zobaczyłem Monikę. Zauważyłaby mnie, gdybym skręcił za parkingiem i resztę spaceru odbylibyśmy zapewne razem. Choć bardzo ją lubię, tym razem muszę pobyć sam. Po tym, co dowiedziałem się dosłownie kilka minut wcześniej, potrzebuję ochłonąć, przemyśleć i ani trochę nie mam ochoty na towarzystwo rozgadanej dziewczyny. Wędrujemy zatem dłuższą drogą, mijamy pasaż handlowy po lewej, plac budowy, gdzie wznosi się nowy apartamentowiec po prawej, następnie okrążamy teren szkoły, by wreszcie trafić na zarośniętą, zapomnianą przez świat i ludzi alejkę. Tu i ówdzie ze szpar spękanej nawierzchni uparcie wyrastają żółte mlecze i źdźbła trawy. Tola zawzięcie skubie zielone rośliny. 

    Z policyjnych akt dowiedzieliśmy się z Markiem trochę więcej o Owenie Kasarley. Rzeczywiście przetrzymywał dwie kobiety. Były to Białorusinki, które przyjechały do Anglii, myśląc, że dostały pracę w charakterze opiekunek osób starszych. Owen wpakował je do swojego mieszkania i kazał czekać. Jednocześnie faszerował dziewczyny narkotykami poupychanymi prawdopodobnie w jedzeniu, więc ciągle były senne i nawet nie wiedziały, ile dni tam siedzą. Problem w tym, że w międzyczasie zgarnęli Owena i zostały tam zamknięte, a potem znalezione. To było w Birmingham. Według tego, co wyczytał Mark, Owen miał jeszcze inne lokale, gdzie prowadził swój proceder. Na przykład dom w Marlow, niewielkiej miejscowości niedaleko Londynu. Nieduża, zwyczajna posiadłość, jak setki innych. Z ogródkiem i garażem oraz drewnianym, schludnym płotem. Owen to dobry sąsiad, który uchodzi za kulturalnego i uczciwego. Sąsiedzi myślą, że pracuje w stolicy, dlatego często go nie ma. Mieszka sam, przedstawia się jako wdowiec, co w zasadzie jest prawdą. Dom połączony jest wewnętrznie z garażem. Policja, wkraczając na teren posiadłości, odkryła interesujące pomieszczenie w piwnicy.  Dźwiękoszczelne, bez okna, składające się z małego pokoju i łazienki z prysznicem oraz toaletą. Ów wewnętrzny osobliwy apartamencik nie był pusty. Przebywała tam dziewczyna, Mołdawianka, która niczego nieświadoma po prostu czekała. Choć tkwiła w zamknięciu kilka dni sama, nie wzywała pomocy ani nie próbowała uciec, uwierzyła bowiem Owenowi, który obiecał jej lukratywną pracę w charakterze hostessy, musiała tylko poczekać na swoje nowe dokumenty. Czekała więc, żywiąc się tym, co gospodarz zostawił w lodówce. Była dla niego tylko towarem, ale musiał ją polubić bardziej niż inne, gdyż nie zdecydował się jej oznakować, choć w zamkniętej, niewielkiej szafce policja znalazła zestaw, który jak podejrzewano, miał służyć do okaleczania, celem pozostawienia charakterystycznej blizny. Taki sam zestaw, tylko brudny, znaleziono w Londynie wraz z innymi dowodami wskazującymi na Owena.  Trzecią własnością Kasarliego było właśnie owo mieszkanie w centrum Londynu. A zatem Anglicy wiedzą, że charakterystyczna blizna na szyi ma związek z tym typem spod ciemnej gwiazdy, a więc i z Grace. Nie odpuszczą jej. Mark pokrótce streścił mi też powiązania Owena z różnymi sutenerami, większymi i mniejszymi pośrednikami czy firmami – przykrywkami, które są pod obserwacją policji, lecz tak sprytne lawirują, prowadząc swoje interesy, że wciąż wymykają się sprawiedliwości. 

    Z blizną związane są też inne zwłoki. Niespełna kilka kilometrów od Marlow, w głębokim lesie znaleziono szczątki, które powiązano ze sprawą właśnie ze względu na tę przeklętą bliznę. Z akt wynika, że była ona bezpośrednio wiązana z samym Kaserleyem, ale w toku śledztwa wykazano, że nie tylko on znaczył kobiety w ten sposób, a zatem nie "należały" do niego, był jedynie pośrednikiem, który oznaczał je dla konkretnego klienta. Mnóstwo poszlak bez twardych dowodów wskazuje na jednego z najbardziej wpływowych w Europie Zachodniej mafioza, który od lat ukrywa się nie wiadomo gdzie, za to odpowiednich ludzi ma wszędzie. Jeśli Owen to jego bezpośredni dostawca i kontakt, to muszą zrobić wszystko, by wydusić z niego prawdę. Dlatego tak go pilnują i za nic nie chcą wypuścić. Prokurator był gotów poświęcić swoje prywatne życie. No, no. 

    Gdy Mark przekopie się przez dokumentację, być może dowiemy się czegoś więcej o szczątkach kobiety zza Marlow. A może to była ta, którą widziałem w Birmingham? Nagły dreszcz wstrząsa moim ciałem. Czy to chłodny wiatr, czy może lodowata myśl? 

    Dobrze. Podsumujmy. Kasarley to handlarz żywym towarem, siedzi. Grace, miała go wyciągnąć, ale zniknęła i odnalazła się w dziwnym stanie. Mamy Anę z blizną zamordowaną tutaj, jakąś kobietę z blizną, zamordowaną na trasie z Londynu lub Marlow w kierunku Birmingham, gdzie na własne oczy widziałem tę cholerną skazę na atrakcyjnej kobiecie w towarzystwie Grace. Jasna cholera, gdzie jest Tola? Rozglądam się za psem, który właśnie pomknął w krzaki, szczekając zajadle. Nim zdążę nabrać powietrza i krzyknąć, Urwis daje susa za Tolą. Jedynie Fusia jest obok i coś zawzięcie gryzie, jak zwykle olewając tamtą dwójkę.

    – Fuśka, fe, zostaw to! – warczę przez zęby na psa. – Tola, Urwis! Do nogi! – drę się zupełnie bez efektu. Jeśli znajdą tu kolejne zwłoki, przysięgam, że sam położę się i poczekam, aż umrę. – Urwis! Tooooola! Do mnie! – mrużę oczy, by wypatrzyć jakiś ruch między zielenią a... zielenią. W ciągu ostatnich kilku dni wiosna wybuchnęła milionem młodych listków i stara, bura szarość została zdominowana przez młodą, energiczną roślinność, zza której nic nie widać. Biegną. Słyszę miękki tupot psich łap. To pewnie była tylko wiewiórka. 

41. Przesłuchania ciąg dalszy

 – Hmm. Czyli nauczył się pan polskiego w Anglii od polskiej kucharki, z którą oglądał pan filmy. A co z rodzicami w Danii? Zmienił pan sobie nie tylko nazwisko, ale i całą historię? – podsumowuje komisarz Wrota po wysłuchaniu przygnębiającej historii o Andym Hornie.

– Nie chciałem, by mnie znaleziono – wzruszam ramionami.

– Hmm. Nie będę teraz wnikać w legalność takiego postępowania. O tym porozmawiamy później, natomiast ciekawi mnie niezwykle, skoro tak bardzo chce pan uciec przed byłą żoną, to dlaczego sam pan jej szuka?

– Bo zaginęła – odpowiadam po chwili intensywnego myślenia nad strategią. Mają mnie. Nie ma sensu udawać, że nie wiem, o co chodzi. Im bliżej prawdy, tym lepiej, a potem niech się dzieje, co chce. Tylko skąd do cholery wiedzą, że jej szukam? Rafał się wygadał? Niemożliwe. Dwie pary oczu wwiercają się we mnie, wywołując nieodpartą potrzebę tłumaczenia się. Mówi się, że tylko winni się tłumaczą, ale do cholery, muszę coś powiedzieć, jakoś to wyjaśnić – Skąd pan wie, że jej szukam?

– Uściślijmy... Jak żona, przepraszam, była żona się nazywa?

– Grace Latison.

– Proszę wyjaśnić, bo najwyraźniej nie do końca rozumiem. Zadał pan sobie trud, by zmienić personalia, wymyślił sobie na nowo całe życie, aby była żona nie mogła w żaden sposób do pana dotrzeć, a gdy dowiedział się pan, że zaginęła, od razu jej szuka. Po co?

– To może ja nakreślę sytuację – nie chce odpowiedzieć na moje pytanie, to i ja na jego nie odpowiem tak wprost – Moja była żona Grace Latison miała powiązania ze światem przestępczym, co odkryłem po tym, jak dowiedziałem się, że mnie regularnie zdradzała. Nie były to zwykłe zdrady małżeńskie, robiła to na czyjeś zlecenie, pracowała dla podejrzanych typów, a gdy zorientowała się, że nie jestem taki głupi, małżeństwo ze mną nie zapewni jej tak idealnej przykrywki, jak myślała, zaczęła mi grozić, poważnie grozić, szantażować i znęcać się nade mną psychicznie. Mówiła wprost, że wykorzysta moje pochodzenie do tego, by udowodnić wszystkim, iż jestem nie lepszy od swojej matki, która wg niej była psychicznie chorą narkomanką. Rozwiedliśmy się, a ona zupełnie zniszczyła moją reputację w Dudley, gdzie mieszkaliśmy, może pan to sprawdzić, oczerniła mnie, bym to ja wyszedł na winnego, by nikt mi nie uwierzył, jeśli cokolwiek złego o niej będę mówił. Nie miałem czego tam szukać, byłem zmasakrowany psychicznie. Wyjechałem do Poole, gdzie dzięki terapii i wsparciu dobrych ludzi jakoś stanąłem na nogi. Jednak nie na tyle, by móc normalnie żyć. Grace nadal mi groziła, wysyłała wiadomości z pogróżkami, które usuwała, gdy tylko zaznaczały się jako przeczytane. Nawet miałem kilka zrzutów ekranu z tymi tekstami, jednak potem wszystko usunąłem razem z moją tożsamością i ruszyłem po nowe życie, zdecydowałem się zamieszkać na stałe w Polsce, która z perspektywy znowu wydawała się atrakcyjnym miejscem do życia, mimo wcześniejszych niepowodzeń zwyczajnie tęskniłem – chyba popadam w nadmierny patetyzm, wychodzę na świra, ale za to autentycznego, mam nadzieję, więc ciągnę dalej – Od przyjaciela z Poole dowiedziałem się, że tamtejsza policja pyta o mnie, gdyż szukają kogoś, kto mógłby coś wiedzieć o zaginionej kobiecie. W ten sposób dowiedziałem się, co się stało. Zaniepokoiłem się. Skąd pan wie, że jej szukam? – ponawiam pytanie bez większej nadziei na odpowiedź.

– Ponieważ i pana szukają. Kobieta, która, jak pan słusznie zauważył, ma pewne powiązania, nagle znika. Nikt nic nie wie, a w dodatku jej były mąż zapadł się niczym kamień w wodę. Dlaczego? Może ją ukrywa? Może coś jej zrobił? Sam pan powiedział, że groziła panu, może miał pan tego dość i wymyślił sposób na to, by przestała? To trochę nietypowe, że znika mąż, a potem żona. Nie sądzi pan?

– Była żona – poprawiam go – Gdyby czasy były… normalne, zwyczajnie pojechałbym do Poole i sam poszedłbym złożyć zeznania. Grace napsuła mi krwi, ale zważywszy na towarzystwo, w jakim się obracała… Czytałem o Owenie K., rzezimieszku, którego szantażowany przez Grace prokurator miał wypuścić za kaucją. Może to irracjonalne, ale zacząłem się o nią martwić. W dodatku te zwłoki w lesie… Pomyślałem sobie, a gdyby to ją tak ktoś zabił? Nie chcę mieć z nią nic więcej wspólnego, ale źle jej nie życzę. Ostatecznie kilka dobrych chwil przeżyliśmy, zanim dowiedziałem się kim była i kim ja sam byłem dla niej.

– Rozumiem, że dowiedział się pan o roli Grace Latison, pańskiej byłej żony, w sprawie niejakiego Owena K. z prasy i to pana zaniepokoiło, więc postanowił pan na własną rękę jej szukać w sposób… zdalny. Zgadza się?

– No… tak. Tak – słuchanie ze zrozumieniem u komisarza oceniam na pięć.

– Wróćmy może do osoby odnalezionej przez pana kobiety w lesie. Czy i tutaj niepokój albo ciekawość, sam nie wiem, też skłaniały pana do poszukiwania odpowiedzi? Kto, dlaczego zamordował taką kobietę w lesie? Domyśla się pan zapewne, że sama tam nie umarła z własnej woli tudzież naturalnie, a może nie musi się pan domyślać? – znak zapytania zawisł w powietrzu,  Wrota robi wymowną pauzę. Sugeruje mi, że… serio? Zerka na ekran monitora, po czym spogląda ponownie i czyta coś pospiesznie. Nieznacznie, prawie niedostrzegalnie ściąga brwi, ale to wystarczy, by domyślić się, że coś go bardzo zaniepokoiło. Nie odrywając oczu od ekranu, z niezwykłą prędkością przez chwilę biega palcami po klawiaturze. 

– Myślę, że wrócimy do rozmowy za moment, a teraz zróbmy sobie małą przerwę, chyba że pani aspirat ma jakieś pytania. Przepraszam – komisarz błyskawicznie wciska Windows i L, wstając, po czym pospiesznie wychodzi.

    Świetnie. Czyli co? Przyznałem się, że jestem Andym Hornem, szukam wrednej byłej żony, bo jestem dobrym człowiekiem i nieobojętny jest mi jej los. Angielska policja mnie szuka i jakimś cudem polska dowiedziała się, że Leopold Fikcyjny to Andy Horn, którego tamci bardzo chcieliby przepytać. Tak ot. To przecież niemożliwe. Rafał? Nie. Na pewno nie. Mark? A co on może wiedzieć? Że Andy, kolega Rafała, mieszka Polsce, kontaktuje się z nim, przez cholera wie, jakie kraje. Mark dąży do wiedzy, chce rozwikłać zagadkę, zrobić megareportaż, uratować niewinnych ludzi, rozbić mafię. Jestem jego źródłem, nie mógł mnie wsypać. Grace! Znalazła się, chce zwalić na mnie wszystkie winy, wciągnąć mnie w to. Manipulatorka pierwszej klasy zrobi wszystko i utopi każdego, kto tylko się przyda, by mogła oczyścić samą siebie. Jeśli tak, to jestem w niezłych opałach. W końcu to, że znalazłem Anę, nie musi być wcale żadnym zbiegiem okoliczności. Muszę się dowiedzieć. Zerkam na Dworną i oceniam odległość do najbliższego portu USB w komputerze pod biurkiem. Cholera. Policjantka ma mnie na oku. Nawet jeśli schylę się zamiarem pogrzebania w bucie, nie dosięgnę do kompa, a jeżeli wyciągnę się za bardzo, zauważy. Poczekam na powrót Wroty. Będzie zamieszanie, przejdzie obok niej, zanim się usadowi, wepnę…

– Panie… w zasadzie nie wiem, jak się do pana zwracać. Fikcyjny czy Horn? – wytrzymuję jej wzrok. Ma strasznie długie rzęsy. Jasne, aksamitnie beżowe. Złotawe. Naturalne. – Hmm, proszę mi powiedzieć, czy coś zwróciło pana uwagę, coś pana wciąż niepokoi w związku z odnalezionym w lesie ciałem Oriany…

– Any Janiv – przerywam. I tak do tego dojdziemy. Policjantka nie wydaje się zdziwiona – Rozmawiałem z Arletą Wiązer, co zapewne już wiecie – Ha! Trafiłem w dziesiątkę. Dworna spuszcza wzrok, niby coś bardzo zainteresowało ją na ekranie laptopa. Pisze. Rozglądam się za zegarem, ale nie ma żadnego. Nie wiem, ile czasu już tu siedzę. Dziś jeszcze mam w planach popołudniową zmianę u Taosa, przed którą obiecałem psom las.

– Panie Fikcyjny, zostańmy na razie przy „Fikcyjny” – mówi od wejścia komisarz, jak słyszał pytanie koleżanki – Na dziś nie mam więcej pytań, a właściwie czasu na nie,  zmuszony jestem przerwać pańską wizytę, także proszę nie wyjeżdżać z kraju, najlepiej z miasta, nie zmieniać nazwiska – na sto procent uśmiechnął się sarkastycznie pod tą maską. – Wkrótce poproszę pana ponownie, myślę, że w tej sytuacji – zawiesił głos na bardzo krótki moment, by dodać śmiertelnie poważnym tonem – i nam i panu zależy na dobrych stosunkach oraz współpracy. Chwileczkę – powstrzymuje moją próbę oderwania tyłka od krzesła, a drukarka zaczyna trzeszczeć i stękać, nim wypluje moje zeznania na papierze – Proszę przeczytać i podpisać, jeśli wszystko się zgadza – mówi komisarz podniesionym głosem, by przebić się przez hałas sprzętu wypluwającego kartki – Dokończ tu z panem, a potem chodź do małej konferencyjnej.

    Wychodzę z komendy oszołomiony. Zdemaskowali jedną z moich nielegalnych zmian tożsamości, odkryli, że interesuję się sprawą, potencjalnie mogę być nieźle umoczony, a wypuszczają mnie, ba, wykopują tak ot, wierząc, że jestem przykładnym obywatelem, który będzie z nimi współpracował? Albo są bardzo lekkomyślni, albo ja czegoś nie wiem. Z pewnością nie wiem. Ale się dowiem! Mam ochotę złamać wszelkie przepisy, by jak najszybciej dostać się do domu. Powodem głównym nie są bynajmniej czekające na mnie psy czy praca. Tę ostatnią mam kompletnie w tyle. Najwyżej mnie wywalą. Chcę, muszę do komputera!


40. Przesłuchanie

    Poważna mina pani aspirant sprawia, że zaczynam się denerwować. Po wstępie z obowiązkowym przedstawieniem się, podaniem aktualnych danych oraz okazaniem dowodu osobistego  podpisuję pouczenie o konsekwencjach składania fałszywych zeznań, RODO i czekam, co dalej. Policjantka wyraźnie unika mojego wzroku, nie ma w niej nic z przyjaznego podejścia do obywatela, którym uraczyła mnie poprzednim razem, a w gabinecie zapada złowroga cisza. 


– Komisarz czeka na pana, proszę za mną – Dworna wstaje i prowadzi mnie do pokoju na końcu korytarza. To nieco większe, ale i bardziej zagracone pomieszczenie, wcale nie robi lepszego wrażenia, chociaż stacjonarny komputer w plątaninie kabli pod starym, drewnianym biurkiem z pewnością jest tym, którego szukam.

– Dzień dobry, komisarz Antoni Wrota. Proszę usiąść – po przedstawieniu się, obrzuca mnie pospiesznie wzrokiem i zaczyna przeglądać papiery. Policjantka kładzie mu podpisane przeze mnie dokumenty na biurku i przysuwa sobie krzesło, by usiąść obok. Ok, robi się dziwnie, przedtem rozmawiałem tylko z jedną osobą. Może to jakieś bardziej zaawansowane przesłuchanie? Kobieta otwiera laptopa, którego nawet nie zauważyłem na wielkim, zabałaganionym biurku. No i zaczynamy. Znowu podaję dowód osobisty, chociaż przecież przed chwilą moje dane już były weryfikowane. Komisarz z uwagą przygląda się plastikowi, odwraca, znowu sprawdza dane, zupełnie mu się nie spieszy. Zawiesza na mnie wzrok.

– Pan Leopold Fikcyjny. Syn Przemysławy z domu Głaz oraz Jana Fikcyjnego, urodzony w Krakowie siedemnastego lipca 1985 roku – nie wiem, czy mam przytaknąć, czy co, bo komisarz nie czekając, powoli mówi dalej. /z ekranu monitora wyczytuje mój adres zamieszkania, miejsca pracy z datami, od kiedy mieszkam i pracuję, wreszcie przechodzi do pamiętnego dnia znalezienia ciała, przy czym cały czas badawczo przygląda się mojej twarzy, aż zasycha mi w gardle. Dworna notuje.

– Czy chciałby pan coś dodać? Coś pominąłem?

– Yyy, nie, chyba nie.

– Chyba? Proszę się zastanowić – przewierca mnie wzrokiem tak, że jestem pewien, iż na ścianie za moją głową właśnie tworzy się okopcony punkt – Może coś pan sobie przypomniał, ma pan jakieś przemyślenia w sprawie, wnioski – wiem, że wie, iż zaprzeczę. O co mu może chodzić? – Dobrze. Wobec tego proszę powiedzieć, gdzie mieszkał pan przed wynajęciem mieszkania przy Akacjowej 54 przez 16.

Wie, że trafił. Cholera. Mam opracowaną historię o Leopoldzie Fikcyjnym, oczywiście, ale po co mnie o to pyta? Powinienem zwyczajnie odpowiedzieć czy odmówić, zapytać, jaki to ma związek, jeśli zacznę się wykręcać czy dopytywać, nie będzie to wyglądało podejrzanie, że mam coś do ukrycia? Cholera jasna, muszę otworzyć gębę, dwie pary oczu mi się przyglądają, czekają. 

– A więc – zaczynam nieporadnie, odchrząkuję – byłem przez pewien czas, to znaczy ostatnie… trzy lata za granicą. W Londynie.

– Mieszkał pan w Wielkiej Brytanii, rozumiem. Pracował pan?

– Tak, oczywiście. Jako dostawca, podobnie jak teraz, ale umowy czasowe, nie zagrzałem nigdzie miejsca na dłużej. Czy to jest istotne dla sprawy?

– Proszę pana, wszystko jest istotne. Jest pan ważnym świadkiem, chciałbym pana lepiej poznać. – Wrota mówi uprzejmym głosem, jakby uśmiechał się do przedszkolaka, któremu opowiada o zawodzie dzielnych policjantów, oczy jednak pozostają poważne i uważne. Niełatwo wytrzymać, uciekam zatem wzrokiem w bok – W jakim mieście pan mieszkał i pracował?

– W Londynie, jak mówiłem. 

– Sam pan mieszkał?

– Nie do końca, właściwie kątem u znajomego, wynajmowałem pokój. To był czas poszukiwania, wie pan, szukałem swojego miejsca na ziemi – strategia nawijania o sobie chyba będzie tu najlepsza, niech myślą, że nie mam nic do ukrycia – Studiowałem wcześniej ekonomię w Swansei, jeszcze wcześniej mieszkałem i uczyłem się w Kielcach, ale chciałem zwyczajnie poznać życie, pracować i jakoś budować swój świat. Musiałem sam się utrzymywać, nie miałem supportu od rodziny, jak moi koledzy. Jestem jedynakiem, a moi rodzice wyemigrowali do Danii, gdzie ojciec podpisał wieloletni kontrakt. Nie dogadywaliśmy się najlepiej, a gdy odmówiłem wyjazdu razem z rodzicami, pokłóciliśmy się i praktycznie nie mam z nimi kontaktu. – Całkiem nieźle mi idzie. 

– Hmm. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. A co sprawiło, że wrócił pan do Polski i akurat tu, do naszego miasta?

– Zatęskniłem, zatłoczony Londyn, gdzie ciągle trzeba rozpychać się łokciami, znudził mi się, a na domiar złego kolega, u którego mieszkałem, postanowił wyjechać do Stanów, więc musiałbym szukać nowego lokum. Nigdzie nie znalazłbym nic tak taniego, jak tamten pokój. Nic mnie tam nie trzymało. – Jestem zwykłym szarym facetem, jakich tysiące, tak, świetnie mi idzie, jestem pewien, że zaraz dadzą mi spokój. Teraz trzeba będzie jakoś wpiąć pendrive’a. Komputer stoi pod biurkiem i w zasadzie wystarczy się schylić, nawet nie muszą wychodzić czy się odwracać, udam, że poprawiam sznurowadło czy coś w tym sty…

– Andy Horn.

Ja pierdolę, co? Mózg ścisnął mi się do wielkości orzecha włoskiego, język przylepił do podniebienia, a czas zatrzymał się. Nie, to niemożliwe, przesłyszałem się. Patrzę na komisarza, kątem oka widzę utkwiony we mnie wzrok Dwornej, która przestała zajmować się swoim laptopem. Czekam.  Oni czekają. Co jest? Co teraz? 

– Piękna historia panie Andy, a może Andrzeju? Tak by to było po polsku? Londyn czy może Poole? Może chce pan coś skorygować w swojej opowieści? – pogodny ton, a w ręku moje oświadczenie o tym, że wiem co grozi za składanie fałszywych zeznań. Wzrok komisarza wymownie zjeżdża z tekstu na mój podpis. Podpis Leopolda Fikcyjnego.

    Nic więcej nie powiem! Zażądam adwokata. O! Albo nie, bo w sumie to będzie oznaczało, że się boję, że coś przeskrobałem, a oni mnie mają. Na dobrą sprawę właściwie jako Horn niczego złego nie zrobiłem. A jednak... przed chwilą nakłamałem. Widzę absurdalność mojej decyzji co do tej idiotycznej zmiany nazwiska ostatnim razem, przecież mogłem dać sobie spokój z tymi symbolicznymi pierdołami o zaczynaniu od nowa i zwyczajnie być tu nadal Andym, czy tym cholernym Andrzejem nawet!

– Ma pan rację, komisarzu. Nazywam się Andy Horn – zbieram się w sobie, próbuję przełknąć ślinę przez zaschnięte gardło i zaczynam moją wielką improwizację, robiąc skruszoną minę niewiniątka, czym oczywiście na nikim tutaj nie mam szans zrobić wrażenia. – Zmieniłem nazwisko, bo chciałem zacząć wszystko od nowa. Odciąć się od przeszłości – Wrota nie potrafi ukryć satysfakcji, która maluje się na jego twarzy, choć widać tylko jej górną połowę, myśli, że mnie ma, przejrzał i zdemaskował. Pozostaje trzymać się nadziei, że jego policyjny nos zatrzymał się na Andym i głębiej nawet nie próbował węszyć. Biorę głęboki oddech, co nie jest łatwe w dusznym pomieszczeniu z ciężką atmosferą, rozpoczynam opowieść niczym pacjent u psychoterapeuty. Tak, to w tej chwili jedyne, co przychodzi mi do głowy. Jestem przecież tylko Andym Hornem, niewinnym facetem po przejściach.

– Nowe nazwisko miało mi zagwarantować, że moja była żona mnie nie znajdzie, a ja… ja zacznę wszystko od nowa, pozbieram się wreszcie psychicznie i zapomnę to, co z nią, przez nią przeszedłem – w sumie to szczera prawda, właśnie o to mi chodziło. Gdybym nie miał maseczki naciągniętej pod same oczy, może dostrzegliby moją zbolałą minę i szczerość. Mikroekspresja – Lie to me – to nie może dziać się tylko w filmach. Ale jeśli rzeczywiście... Cierpnie mi skóra na karku. Przecież nadal łżę!

– Dała popalić? – sam nie wiem, czy kpi, czy nie – Jak na Anglika, panie Andy, wspaniale mówi pan po polsku. W której szkole uczą tak znakomitego akcentu?

– Wychowywałem się w sierocińcu, panie komisarzu. Prawda jest taka, że trochę zabrakło szczęścia na starcie a los obdarzył mnie matką narkomanką, która prawdopodobnie sama nie wiedziała, kto jest ojcem jej syna – to akurat może sprawdzić i potwierdzić. Wykosztowałem się swego czasu mocno na starannie dobraną tożsamość Horna, który rzeczywiście istniał i miał za sobą smutną historię. Po opuszczeniu sierocińca prawdziwy młody Andy poszedł w swoją stronę i prawdopodobnie podzielił los matki. Jego dokumenty może skradzione, może przehandlowane przez właściciela za działkę, trafiły na czarny rynek, a po prawdziwym Hornie ślad zaginał. Zapewne się zaćpał, utopił w łyżce wody albo ktoś sprzedał mu kosę w ciemnej ulicy i pochowali go jako NN.  Tego nigdy się nie dowiem. Snuję więc prawdziwą opowieść o jego/mojej przeszłości, mając nadzieję, że tego Wrota nie zakwalifikuje do zbioru bajek. – Matka nie radziła sobie, niewiele pamiętam, ale i te szczątkowe wspomnienia nie są w stylu takich, które wywołują nostalgię tudzież jakiekolwiek inne ciepłe uczucia. Miałem sześć lat, gdy zabrali mnie od niej. Pamiętam, że okropnie tęskniłem, chociaż w domu zaznałem tylko głodu, strachu i niepewności. Sierociniec był przytłaczający, a ja nie potrafiłem sobie znaleźć w nim miejsca czy przyjaciół. Bardzo pomogła mi tam pewna Polka, która pracowała w kuchni. Wzięła mnie pod swoje skrzydła, można powiedzieć, to do niej uciekałem, gdy dokuczali mi starsi. Całe lata zachodziłem do niej, gdy tylko miała dyżur, rozmawialiśmy z czasem coraz więcej po polsku, bo jak się okazało, mnie łatwiej było nauczyć się obcego języka, niż jej angielskiego. Nie potrafiła przezwyciężyć blokady językowej i z czasem nawet stałem się jej tłumaczem, a ona uczyła mnie polskiej gramatyki, która szczerze powiedziawszy fascynuje mnie do dziś. Pożyczałem od niej książki, oglądaliśmy filmy Wajdy, Pasikowskiego czy Machulskiego. Seksmisja była jej ulubioną komedią, dziesiątki razy płakaliśmy przy niej ze śmiechu. To dzięki Janinie potem przyjechałem tutaj, mieszkałem kilka lat w Warszawie, ale szczerze powiedziawszy, nie radziłem sobie za bardzo. To były lata dużo wyższego niż dziś bezrobocia, umów śmieciowych, zatrudnień na czarno, a ja nie grzeszyłem jakimś wybitnym wykształceniem, nikogo tu nie znałem. Wolny czas spędzałem na forach internetowych w kafejkach, bo nawet nie miałem swojego sprzętu. Tak dowiedziałem się o pracy w rozwijającej się firmie ogrodniczej w Dudley, w Anglii. Szukali kierowców, pomocników, ludzi bez specjalnego wykształcenia, którzy będą pracować za niską pensję, ale legalnie, na umowie. Pojechałem, zatrudniłem się, poznałem Grace, zakochałem się i byłem przekonany, że wreszcie szczęście szeroko się do mnie uśmiechnęło.  No, a potem wszystko zaczęło się sypać – zawieszam głos, patrząc smutno w porysowany fragment blatu biurka, zaglądający spomiędzy niemych teczek i papierów.  


c.d.n.

39. Pozorne szczęście

    Dziś rano byłem gotów stawić czoła komendantowi, gdy, zadzwoniła do mnie aspirant Irena Dworna, by upewnić się, że dostałem pisemną prośbę (nie wezwanie, lecz prośbę! – tak powiedziała) oraz umówić mnie na przyszły tydzień. Właściwie konkretny termin powinien być już ustalony i podany w liście, ale z jakiś tam przyczyn niezależnych tudzież zależnych od innych kwestii, czyli w skrócie: bo tak, porę wizyty postanowiono umówić osobno. Ustaliliśmy więc ósmą trzydzieści w przyszłą środę. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony chciałbym już tam być, zdobyć dostęp do danych, sprawdzić ile i przede wszystkim, co wiedzą, z drugiej zaś trochę trzęsę portkami, bo nie wiem przecież, czego dokładnie ode mnie chcą i czuję ulgę, że to dopiero za kilka dni. Cóż, niespodziewanie wpadło mi trochę wolnego czasu, więc może choć raz zjem jakieś porządne, choć późne śniadanie. Może jajecznicę ze szczypiorkiem i pajdą świeżego chleba? Mmm… Przypomniałbym sobie smak dzieciństwa. Prosta potrawa, nie da się nic spieprzyć, toteż zawsze smakuje tak, jak u ciotki Izy, która przejęła gospodarstwo po dziadkach i zupełnie jak babcia zwykła częstować gości jajecznicą na śniadanie. Tak. Marzenie ściętej głowy. W lodówce mam zeschnięty i twardy jak kamień kawałek żółtego sera, kilka plasterków szynki, starą musztardę, ketchup i prawie pół kartonika całkiem jeszcze dobrego mleka. Z jaj zostało tylko opakowanie. Zjeść samą szynkę i popić resztką mleka czy jednak skoczyć do sklepu po jajka i chleb? Trudna decyzja. Kto wygra? Ochota na porządny posiłek czy zwyczajne lenistwo? Podskakuję mimowolnie, mało brakuje, a otwarty karton wypadłby mi z ręki i już tylko wędlina by została. Dzwonek. Rozpoznaję agresywny styl Kłopocińskiej. Zerkam za okno w dół – samochód stoi przykładnie na miejscu parkingowym, z pewnością nikomu nie przeszkadza. Czego ona chce tym razem? 

– No, jest pan! Co tak długo?! Panie Leopoldzie, w panu nadzieja! Chodził pan z psem, to może ma numer telefonu, bo nie reaguje na nic! Dzwonię, pukam, wołam, a ten nic! Coś się musiało stać, no chodź pan albo nie, dzwoń pan od razu! Ma numer, prawda? Na pewno ma, trzeba działać, bo ja chciałam na alarmowy, ale może lepiej najpierw samemu, bo jednak on samotny, no ale młody, taki wrażliwy...

– Chwileczkę, pani Anielo, niech się pani uspokoi – przerywam jej, niewiele rozumiejąc. Nie przypominam sobie, bym miał numeru telefonu do jakiegoś samotnego psa – O czym pani mówi?

– No jak o czym? O kim! O Rurzyckim przecież! To ma pan numer czy nie?

– Mam, ale…

– Nie ma czasu, panie, jemu się może co stało. Pan nie słyszy, jak ten pies szczeka? O, cicho, słuchaj pan – milknie, dając szansę na wyłapanie czegoś innego niż jej trajkotanie. Rzeczywiście przez klatkę niesie stłumione ni to szczekanie, ni skomlenie psa. To z pewnością Bimber. – Normalnie już by z nim dawno wyszedł, a tu nic! W dodatku to wołanie, czy tam szczekanie! Coś musiało się stać, bo nie otwiera.

Wracam do mieszkania po telefon, Kłopocińska pospiesznie drepcze za mną. Cały czas mówi, nakręcając się coraz bardziej, toteż uciszam ją powszechnie rozumianym gestem, a drugą ręką wybieram numer Grześka. Pewnie zwyczajnie wyszedł, a Bimbrowi coś odbiło, może nie lubi być sam. Upewnię się, zamiast dyskutować z tą pomyloną kobietą. Nie odbiera, ale jest wolny sygnał, więc próbuję ponownie. 

– Ta? – wreszcie słyszę słaby jakby zaspany głos.

– Grzesiek? To ja, Leopold, wszystko w porządku u ciebie? Halo? – zamiast odpowiedzi, słyszę ni to trzaski, ni to szum, stłumione jęki, a na koniec jazgot Bimbra niczym w stereo – w słuchawce i jednocześnie od strony klatki schodowej przez otwarte drzwi. Połączenie zostało przerwane, więc dzwonię ponownie i od razu zgłasza się automatyczna sekretarka. Może poimprezował zwyczajnie i chce dłużej pospać.

– I? Dzwoń pan jeszcze.

– Nie ma sensu, chyba go obudziłem, może dajmy chłopu odpocząć.

– Co? Przecież już późno. Wie pan, mnie ten pies niepokoi, on nigdy tak nie skamle, nigdy! Coś musiało się stać! – Kłopocińska nie odpuszcza. Ma trochę racji co do Bimbra. 

– No a żona? – przypominam sobie opowieści Grześka o rodzinie, pewnie już dawno wrócili, chociaż zupełnie ich nie kojarzę. Może jest pracy, ostatecznie mamy piątek przed południem. 

– Czyja? Rurzyckiego? – wywala na mnie gały, a gdy kiwam twierdząco głową, dodaje – On przecie sam jak palec jest. Może ja jednak po pogotowie zadzwonię albo po policję, to nie może tak być!

– Spokojnie, pani Anielo. On ma żonę, tylko pewnie znowu wyjechała z dziećmi do rodziny – jednak ta Kłopocińska taka najbystrzejsza wcale nie jest, wszystkiego o wszystkich nie wie.

– A co też pan opowiada? Nowyś pan tu, nic nie wiesz. Dzwoń!

Wzdycham ciężko, chowam telefon do kieszeni, wychodzę, sąsiadka za mną jak przywiązana, i zamykam za sobą drzwi. Zamiast stać w przedpokoju czy jeszcze lepiej – na klatce i dzwonić do faceta, który siedzi w mieszkaniu dwa pięta niżej, kieruję się ku schodom, a Kłopocińska niczym cień rusza za mną. Coś mamrocze pod nosem o nieodpowiedzialności, znieczulicy i młodym pokoleniu.

Walę w drzwi nr 9, słyszę nerwowy stukot psich pazurów i szczekanie. Bimber jest wyraźnie zdenerwowany, biega, skacze, uderza w drzwi, nie przestając żałośnie ujadać. Cholera.

– Coś mu się stało! Źle z nim ostatnio jest, zupełnie jak kiedyś po tamtym strasznym wypadku – Aniela terkocze mi obok ucha – Pan zauważył, jak on się zapuścił? Od śmierci żony..., a bo on panu mówił o żonie! No teraz rozumiem wszystko, oczywiście!

– Grzesiek! To, ja, Leopold! Otwórz drzwi! – walę coraz mocniej, a do uszu trafia sens słów sąsiadki – Co takie jest oczywiste? – pytam z poirytowaniem,  bo to nie czas na plotkowanie. Chyba rzeczywiście coś mu się stało. 

– Nie powiedział panu, że jego żona i dzieci zginęli w wypadku samochodowym!

– Co? Kiedy?

– No, to już będzie pięć, nie, sześć lat, właściwie ponad sześć, bliżej siedmiu.

– Mówił, że wyjechali z powodu choroby, tymczasowo – baranieję, odwracam się do niej, przestając taranować drzwi – Przecież…

– Czyli to nawrót jest! Pan nic nie wie – łapie mnie za rękę i odciąga od drzwi w stronę schodów, po czym ścisza głos, jakby miała powierzyć mi jakąś tajemnicę – Pani Renia jechała razem z dziećmi, Magdą i Jackiem. Wracali od rodziny właśnie te blisko siedem lat temu. Jakiś pijany, bez prawa jazdy wyprzedzał ich i spowodował straszny wypadek. Auto zostało zepchnięte z drogi, staranowało barierki i spadło w przepaść! Bo to było w górach. Trzy trupy na miejscu! Straszna tragedia! My tu wszyscy płakaliśmy, a Rurzycki, szkoda gadać, to co się z nim potem działo – macha ręką i przybliża się do mnie tak, że czuję kwaskowaty zapach trawionej kawy, którą najwyraźniej piła do śniadania, kontynuuje teatralnym szeptem – Wył nocami, leczył się psychiatrycznie, zabić się próbował, co tu się działo! Ten pies praktycznie mu życie uratował.



Jak na zwołanie Bimber ze zdwojonymi siłami wznowił atak na drzwi, aż oboje podskakujemy. Odruchowo łapię za klamkę i… nawet nie jest zamknięte. Tylko staroświecki łańcuszek od wewnątrz blokuje skrzydło. Cofam się, by z całej siły uderzyć ramieniem, gotów powtórzyć ten zabieg, lecz jeden raz wystarczył. Uradowany pies natychmiast biegnie do pokoju. Za nim ja, a za mną Aniela. Opuszczone rolety znacznie blokują dopływ światła, po krótkiej chwili dostrzegam jednak postać na podłodze. 

– Grzesiek? – dopadam do niego i potrząsam, widzę, że żyje, ale jest w fatalnym stanie. Sąsiadka odsłania okno. Grzesiek leży nieprzytomny na podłodze w brudnym, zarzyganym ubraniu, a telefon, przez który niedawno usiłował się ze mną porozumieć, najwyraźniej wypadł mu z ręki i tkwi w resztkach zasychających i niesamowicie cuchnących treści żołądkowych. Jeden rzut oka wystarczy, by zorientować się w sytuacji. Wśród mętnych rzygowin łatwo można dostrzec małe, białe, na wpół rozpuszczone tabletki. Klęcząc obok, w lepkich wymiocinach, których nie zauważyłem w ciemności, wybieram pospiesznie numer pogotowia.


Chociaż słońce mocno świeci, zimny, przejmujący wiatr niweczy wszelkie jego wysiłki, toteż oboje, ja i Monika, siedzimy skuleni z naciągniętymi na oczy kapturami na ławce wewnątrz wybiegu dla psów. Tola szaleje razem z Bimbrem, Urwis zapamiętale tarza się w piachu, a Fusia i Hrabek zażywają spaceru, leżąc pod drzewem. Mimo chłodu nie chce mi się iść nigdzie dalej. Godzinę temu pogotowie zabrało Grześka, który najprawdopodobniej usiłował popełnić samobójstwo, łykając wszystko, jak leci, co miał w domowej apteczce. Gdyby organizm sam nie zdecydował wyrzucić części mieszanki tą samą drogą, jaką ją otrzymał, zapewne już by Grześka z nami nie było. Od Kłopocińskiej dowiedziałem się, że wkrótce po tragicznej śmierci jego żony i dzieci podciął sobie żyły. Wówczas też mało brakowało. Brat niedawno pochowanej Renaty akurat przyjechał po jakieś papiery. Myślał, że Grzegorza nie ma, więc użył kluczy, które siostra zostawiła w domu rodziców i dzięki temu w ostatniej chwili udało się odratować niedoszłego samobójcę. Szwagier nie doczekał się bynajmniej wdzięczności. Grzesiek zerwał wszelkie kontakty z rodziną żony. Po długim leczeniu zdawało się, że wrócił do siebie, kupił psa, który stał się jego codziennym kompanem, terapeutą, strażnikiem normalności i rytmu dni, wrócił do pracy, wyremontował mieszkanie, znowu zaczął o siebie dbać i kłaniać się sąsiadom. 

– Smutna historia. Myślałam, że ma to wszystko już za sobą – Monika mówi cicho ni to do mnie, ni do siebie. – Skoro opowiadał ci o nich, jakby nadal żyli, to znaczy, że tak naprawdę nigdy się nie otrząsnął. Wszystko to były tylko pozory, jakby żył w dwóch światach naraz.

– Może.


Gonię, nie wiadomo za czym, szukam powiązań z dziewczyną, a nawet nie poznałem jej za życia, próbuję dociec przyczyny zniknięcia byłej żony, która zdeptała kawałek mojego życia, trzęsę się o to, czy odkryte zostaną moje przekręty z tożsamością, bawię się jednocześnie w godnego pożałowania hakera i przykładnego obywatela, a kilka metrów niżej mieszka człowiek, który przeżywa dramat, do jakiego ja sam miałem szczęście nawet nigdy się nie zbliżyć. Czym wobec tego są moje problemy? Kurcze. Gadaliśmy tyle razy, wydawał się taki spokojny, zadowolony z życia, zrównoważony. Zazdrościłem mu nawet trochę rodziny, tego, co łączyło go z żoną, normalności i stabilizacji, obrazu, który kreował dla mnie podczas spontanicznych wizyt czy spotkań na spacerach. Myślałem nieraz, cholera, ten facet ma dobre, proste, prawdziwe życie… 

A może by tak rzucić to wszystko, wrócić do domu?


57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...