38. Sajgonki z salami i szczyptą cyfrowego wirusa

    Właściciel restauracji Nhà Rồng zwany przez wszystkich Taosem to w rzeczywistości po prostu Przemek, blondyn o nordyckiej urodzie, który chyba bardzo chciałby być prawdziwym Wietnamczykiem, ale niestety wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że szanse ma mniejsze niż zerowe, przynajmniej wizualnie. Podobno kiedyś pracowały u niego dwie prawdziwe Wietnamki, które swą rodzimą kuchnię miały w małym paluszku. Osobiście i nie bez trudu ściągnął je z dalekiego kraju, obiecując dobrobyt, świetne zarobki oraz perspektywy. To było dawno. Dziewczyny popracowały, znalazły mężów i ruszyły w swoją stronę, traktując restaurację Przemka jak zwyczajny, niezbyt długi etap w życiu. Jedna z nich teraz ponoć nawet często wpada do niego z rodziną na obiad, druga zaś znalazła pracę w jakieś warszawskiej korporacji, gdzie jest tłumaczką. Przemek tymczasem, nauczywszy się od nich co nieco, stał się znanym w okolicy Taosem – lokalnym ekspertem od wietnamskiej kuchni, który posiadł tajemną wiedzę przyrządzania najlepszych potraw wprost od znawczyń tematu. Rzeczywiście chłop siedzi w kuchni całymi dniami, częściowo sam przyrządza posiłki, a częściowo pilnuje pracowników, by przestrzegali oryginalnych przepisów i nie próbowali oszukiwać. Widać, że ma fioła na tym punkcie. Gdy dotarłem w południe do lokalu, szefa nie było, gdyż osobiście postanowił rozwieźć dania do głodnych klientów. Nawet nie miał do mnie pretensji, ba, myślałem, że rzuci mi się z radością na szyję, kiedy zaparkowałem pod lokalem. Właśnie uświadomiłem sobie, iż zobowiązałem się dzisiaj jeździć z wietnamskim żarciem do osiemnastej, a jednocześnie o tej samej godzinie zaczynam zmianę u Benka. Muszę ostro popracować nad asertywnością choćby dla dobra moich psów. Pierwszym krokiem jest zatem telefon do Leszka, gdy zawożę ostatnią dziś porcję sajgonek oraz cielęciny w pięciu smakach. Wiem, że dojeżdża do pracy samochodem.




– Leszek, melduję, że jest dobrze. Wszyscy głodni klienci twojego przyjaciela są zadowoleni i dadzą po pięć gwiazdek, ale jest sprawa, bo jeszcze jeżdżę. Nie ma szans, żebym zdążył do nas na osiemnastą. W razie czego zastąp mnie albo coś wymyśl – mówię najbardziej zdecydowanym tonem, na jaki mnie stać. Cisza w słuchawce oznacza, że Leszka chyba zatkało, nigdy nie woził zamówień, ale postawiłem go w sytuacji bez wyjścia. Jeśli odmówi, nikt nie dostarczy na czas żarcia, zrobią się obsuwy, będzie na mnie i na niego w sumie też, bo choć nigdy nie jestem jedynym dostawcą na zmianie, to nawet przy pełnym składzie ledwie się wyrabiamy. Tymczasem ja przecież wożę kurczaki w warzywach z trawą cytrynową za namową naczelnego kucharza włoskiej kuchni. Czekam cierpliwie.

– Dobra. Benka nie ma, najwyżej młody ogarnie kuchnię w razie potrzeby, ale ruchy stary, bo się nie rozdwoję – słyszę, oddając z uśmiechem ostatnią papierową torbę do rąk obłędnie seksownej, choć starszej ode mnie co najmniej o dekadę klientki. Oto kupiłem czas na powrót do domu i ogarnięcie psów.

Jak burza wpadam do mieszkania. Urwis i Tola szaleją z radości się, jakbym wrócił po latach z wojny w Wietnamie, co w zasadzie wcale nie jest tak bardzo dalekie od prawdy przynajmniej w przenośni, Fusia zaś śpi na kanapie, nie racząc nawet spojrzeć w moją stronę. Wszystko po staremu.

– Zaraz pójdziemy – rzucam do psów w biegu do komputera. Przedzieram się przez warstwy logowań i zabezpieczeń, by sprawdzić, czy czeka na mnie coś nowego. Kate milczy. Mark napisał jedno zdanie: Wchodzę w to, przygotuj program. Świetnie! Wychodzę, zamykam, chowam sprzęt – Spacerek! – i nawet Fuśka łaskawie złazi na podłogę.

    Kłopocińska ściąga mnie wzrokiem, gdy wracam z psami ze spaceru. Nigdy tego nie robię, ale tym razem patrzę do góry na okna i widzę uroczą Anielę nad jakimiś doniczkowymi kwiatkami, stojącymi na parapecie. Obserwuje mnie. Zobaczyła, że zadarłem łeb, więc odrobinę wycofała się za firankę, ale i tak wiem, że tam jest i się gapi. Cholera, może powinienem wstąpić do niej, podziękować, że mnie wtedy uratowała przed nalotem groźnej straży miejskiej? Ostatecznie, gdyby nie ona, goście od śmieci po skonsumowaniu śniadania, zadzwoniliby po straż, która prawdopodobnie załatwiłaby mi wycieczkę po odholowane auto. Nawet nie mógłbym mieć pretensji, bo rzeczywiście zaparkowałem wtedy jak skończony kretyn. Potem. Leszek nie może w nieskończoność wozić pizzy, musi ją przyrządzać. Jestem pewien, że młody nie potrafi tak kręcić ciastem, jak on. 


    Padam na pysk, więc znów nie mam wyjścia i parkuję pod tym nieszczęsnym śmietnikiem. Naprawdę, nikt nie mógł pojechać na jakąś nocną zmianę, do rodziny albo choćby do kochanki i zostawić mi normalnego miejsca do zaparkowania? Jak tylko wejdę, podłączę padniętego smartfona do ładowania i ustawię budzenie na szóstą, by przestawić auto. Rano na pewno coś znajdę.  


    Psy, kolacja, szczurek dla Marka i spać – plan był prosty i szybki w teorii. Rozmowa z nowym wspólnikiem jednak trochę się przedłużyła, więc zastanawiam się, czy warto się w ogóle kłaść. Nie tylko wysłałem odpowiednio zabezpieczony malware, wytłumaczyłem Markowi jak bez strachu i śladu ma sobie go ściągnąć z sieci Tor, jak zadziała i dlaczego zupełnie nic mu nie grozi, pod warunkiem, że nikt nie przyłapie go na gorącym uczynku podczas wpinania pendrive’a do nieswojego komputera. Nie przypuszczałem, że taki gość jak on nie ma zielonego pojęcia o darknecie i nawet nie ma cebulowej przeglądarki. Musiałem poprowadzić go za rękę, krok po kroku zapewniając, że to jedyny naprawdę bezpieczny sposób przekazania nielegalnego programu zakupionego swoją drogą również na internetowym czarnym rynku. Mark początkowo myślał, że po prostu wyślę mu robaka mailem albo komunikatorem i zwykłe szyfrowanie VPN-a wystarczy. Przyznaję, że przeszło mi to przez myśl, z pewnością było szybciej, łatwiej i mógłbym położyć się spać dużo wcześniej, jednak im mniej śladów a więcej zabezpieczeń, tym lepiej. Jeśli coś poszłoby nie tak..., nawet nie chcę o tym myśleć. Od razu przygotowałem też sztukę dla siebie, gdyż zgodnie z pomysłem również miałem zamiar dowiedzieć się, co też ciekawego mają nasi dzielni dochodzeniowcy. Wszystko fajnie, tylko zaraz zacznie świtać.


Serio? To musi być sen… A może nie? Podnoszę się i pocieram intensywnie twarz. Dzwonek nie ustaje. Mam deja vu. Już, kurde, pali się czy co? Ludzie nie mają litości. Zabiję tego, kto stoi za drzwiami. 

– O, dzień dobry pani Anielo – czego to babsko znowu chce? Stoi i patrzy. A niech sobie popatrzy, pókim piękny i młody. Wiszę na drzwiach, ale ona tym razem ma minę zaciętą i wcale nie podziwia mojego ciała. Cholera, miałem auto przestawić! Walę się otwartą dłonią w czoło, aż plasnęło. 

– Już, pani Anielo, już! Późno wróciłem, miejsca nie było. Już się ubieram.


– List z policji – podskakuję na dźwięk głosu Kłopocińskiej. Czy ta kobieta mnie śledzi? Samochód przestawiłem i wyjmuję pocztę ze skrzynki, gdy ona wyrasta bezszelestnie obok mnie i nie może powstrzymać się od komentarza. Właściwie to nawet nie komentarz, zaledwie trzy wyrazy stwierdzające fakt, lecz jej wymowne spojrzenie wystarczy za całe przemowy nasycone osądem.

– Miłego dnia, pani Anielo – rozpływam się w uśmiechu i niemal zginam w pół, co na sąsiadce nie robi żadnego wrażenia. Odwraca się z godnie uniesioną głową, po czym odchodzi w stronę wyjścia z budynku. List z policji? Rzeczywiście. Koperta jak koperta. Jest pieczątka nadawcy, ale jakoś w oczy się nie rzuca. Może ja Kłopocińską zatrudnię do wyszukiwania informacji? Jakimś cudem wszystko wie. Na wszelki wypadek otworzę to w mieszkaniu.

I znowu wszechświat mi sprzyja! Wzywają mnie na komendę akurat, gdy potrzebuję się tam znaleźć, w dodatku mam się zgłosić jak poprzednio w charakterze świadka, lecz tym razem do komendanta Wroty, chociaż wezwanie podpisała moja ulubiona aspirant Dworna. Wspaniale. Świeżutki, zwykły, jak miliony innych takich, tani pendrive ze sprytnym, małym i praktycznie niewidocznym programem szpiegowskim, który po zainstalowaniu ulega samozniszczeniu na nośniku, czeka na swoje pięć minut albo raczej pięć sekund. Wystarczy, że uda mi się dyskretnie wpiąć skubańca do portu komputera, na którym jest zalogowany lub zaloguje się jako pierwszy nasz wspaniały komendant i mam dostęp do tego wszystkiego, co on, niczym cichy, nieuchwytny cień, a nawet lepiej, bo i bez jego udziału będę mógł przeszukiwać dane. Jeśli uda się wpiąć. W innym przypadku pozostaje podrzucić pędraka i liczyć, że Wrota sam z ciekawości go wpakuje do portu, by sprawdzić, co to. Oczywiście niczego nie znajdzie, ot pusty nośnik. Może ktoś zapomniał lub odłożył przez przypadek. Nawet nie zauważy, kiedy istotna zawartość wśliźnie się do jego komputera. Jak rzadko cieszę się na wizytę w psiarni i nawet nie specjalnie zastanawiam, czego ode mnie chcą. Jak znam życie, coś właśnie mają nowego i muszą dopytać, czy aby nie przeoczyłem ważnego szczegółu albo zwyczajnie trzeba w papierach coś uzupełnić. Dziś nie dam rady, ale myślę, że jutro spokojnie mogę się stawić, bo choć Taos piał podobno na mój temat z zachwytu, że mu tyłek uratowałem i szybko dowożę własnym samochodem, zamiast cisnąć na rowerze, jak ci z firmy zewnętrznej, to powiedziałem wyraźnie: jeśli robię dniówkę w pizzerii, to robię dniówkę w pizzerii, a jak mam jeździć z wietnamskim, musi to być osobny dzień. Taos wypytywał Leszka o ulubiony alkohol Benka, by go najść i przekupić, celem podebrania pracownika. Zaaferowany kucharz opowiadał mi o tym z wypiekami na twarzy. Nie wiem, jak to możliwe, że takie podchody dotyczą zwyczajnego rozwoziciela żarcia, ale ubawiłem się setnie, a gdy opowiedziałem o tym Monice, to płakała ze śmiechu i jestem pewien, że potem pruły razem z Ulką. Swoją drogą muszę wstąpić do Moni. Obiecałem. 


Zastój jakiś. Kate zamilkła, Mark się nie odzywa, w ogóle nic się nie dzieje. Wpadłem do Moniki po robocie, gdy towarzystwo właśnie wychodziło. Nawet nie wiedziałem, że będą, podobno spontan wyszedł, bo miały przyjść tylko Ula i Emilia, ale ta druga przybyła z Darkiem, okazało się przy tym, że Beata ma jakieś pilne kwestie sercowe, które miała zamiar obgadać z Moniką i zrobiła się z tego wieczorna posiadówa w środku tygodnia. Wykorzystałem okazję, dopadłem Darka, by zapytać, po co ta cała konspira była, skoro i tak wypaplał Arlecie, że o nią pytam. Darek zrobił wielkie oczy, uderzył się w pierś i przysiągł, iż nikomu nic, a Arleta to absolutnie nie ma prawa wiedzieć. By nie ryzykować zawałem, uspokoiłem go, mówiąc, że widocznie coś mi się pokręciło, nie ma tematu i wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie przypuszczałem, że uda mi się tak łatwo wycofać rakiem, lecz najwyraźniej Darek był już na tyle zmęczony, iż dał Emilii zagadać się na zupełnie inny temat i po chwili chyba zupełnie zapomniał, o czym ze mną rozmawiał. Ja natomiast nie mogę pozbyć się dziwnego uczucia, że coś tu nie do końca pasuje, jak w tych puzzlach, którymi mnie ojciec mordował, gdy… ech nieważne. Koniecznie muszę sprawdzić, czy na pewno wszystko jest dobrze przygotowane na wizytę u ludzi w mundurach o odcieniu navy blue.  

37. Wszystko pod kontrolą

    Gwałtownie i boleśnie wynurzam się na powierzchnię rzeczywistości. Dzwonek do drzwi niczym alarm rozbrzmiewa raz po raz. Irytująco. Kto do jasnej cholery tak się dobija? Zwlekam się zły z łóżka, a resztki snu, w którym jakieś kobiety krzyczały do mnie, czegoś chciały, a Grace szarpała się z jedną z nich, rozwiewają się niczym para nad kubkiem kawy, pozbawiając mnie szansy na uchwycenie jakiegokolwiek sensu tej sceny. Tak, kawy i może jakiegoś proszka przeciwbólowego mi trzeba, chociaż jeśli ten ktoś nie przestanie, to i podwójna dawka nie pomoże. Idę, już idę.
– Tak, pani Anielo? – za drzwiami stoi Kłopocińska. Tak alarmowała, a teraz stoi, gapi się i nic. Co z tymi ludźmi do cholery? Która to może być godzina? Szósta? Może siódma?  Spać poszedłem grubo po drugiej – Witam panią, słucham, o co chodzi?!
– Och! Ja… przepraszam najmocniej, nie chciałam obudzić, ale ten, no… bo pan zaparkował pod śmietnikiem – jąka się, oglądając mnie, jakbym był jakimś fascynującym eksponatem na wystawie osobliwości. Uświadamiam sobie, że moją jedyną garderobę stanowią slipy, w dodatku przyciasne jak zwykle po przebudzeniu. Wyrwała mnie z wyra, to nie moja wina. Sypiam w samych gaciach jak zapewne każdy, no może co drugi facet. Robi mi się chłodno.
– Tak? – nie rozumiem, co jej do mojego parkowania, ale sytuacja zaczyna mnie bawić.
– No bo śmieciarka przyjechała i… to znaczy po śmieci i oni chcą – z zimna kurczą mi się sutki, co nie umyka uwadze sąsiadki. Zamyka gwałtownie oczy, po czym je otwiera, tym razem skupiając z desperacją wzrok na mojej twarzy, zbiera się w sobie i bierze głęboki oddech. – Zastawił pan dojście, chcą dzwonić na straż. Powiedziałam im, że zaraz pan przestawi i nie będzie potrzeby. Rusz się pan, bo inaczej mandat dostanie albo może i odholują! Tylko się pan ubierz na litość boską! – wyrzuca z siebie jak z karabinu maszynowego na tym jednym oddechu, po czym obraca się na pięcie. 
– Dziękuję, pani Anielo kochana, już lecę! – wołam za nią. Wczoraj do późna dostarczałem zamówienia, potem jeszcze odwiozłem kucharza na drugi koniec miasta i gdy wróciłem, jedyne miejsce w promieniu kilometra, w które można było wcisnąć samochód, było pod wiatą śmietnikową. Parkowałem tam już kilka razy w weekendy, gdy nie opróżniają kontenerów, ale dziś jest wtorek, nie, środa… Jak przez mgłę przypominam sobie sens słów Leszka, najważniejszego naszego kucharza, który najlepiej przyrządza ciasto i wiecznie narzeka na jakość pomidorów. Rozmawialiśmy o jakimś jego koledze, który prowadzi chińską, czy może wietnamską knajpę i poszukuje na gwałt kierowców. Zgodziłem się czy nie? Nie potrafię sobie przypomnieć. Leszek jest chorobliwym wręcz typem gaduły, a że mam jednak co nieco do przemyślenia, słuchałem go z umiarkowaną uwagą, delikatnie mówiąc i nie jestem pewien, czy przez przypadek nie rzuciłem o jedno „dobra” za dużo. Muszę do niego zadzwonić. Potem. Ubrany we wczorajszą koszulkę oraz dresy, lecę po schodach, bo ktoś zablokował windę na parterze. Gdy wypadam na ulicę, goście ze śmieciarki siedzą na murku obok wiaty i jedzą śniadanie. Dobrze, że trafiłem na cierpliwych.

Dzięki nieoczekiwanej, wczesnej pobudce, mam więcej czasu. Może  jestem niewyspany, lecz teraz i tak bym już nie zasnął, więc biorę prysznic, wlewam w siebie mocną kawę oraz zasiadam przed nowiutkim laptopem, który odpowiednio przygotowany służy do rozmów, poszukiwań i innych działań, jakich nie chciałbym ujawniać nikomu niewtajemniczonemu. Oczywiście nie robię nic złego, lecz lepiej dmuchać na zimne i nie zwracać na siebie uwagi wyszukiwaniem podejrzanych treści czy buszowaniem w darknecie. Jak zwykle maskuję IP i wybieram kolejny VPN, by połączyć się bezpiecznie z Markiem, który wymyślił nawet dodatkowe zabezpieczenie w postaci dość prymitywnego hasła. Zadaję umówione pytanie, a on odpowiada na nie zupełnie absurdalnym, ale wcześniej umówionym tekstem. Zabawny jest. Wiem, że aby uzyskać informacje, muszę też coś mieć, więc zaczynam od krótkiej relacji tego, czego dowiedziałem się od Wiązer. 
– To dobry kontakt – przyznaje Mark – Ale na pewno nie wie zbyt wiele, jeśli nie współpracuje ściśle z organami ścigania.
– Nie wygląda na taką, która by współpracowała – pracownica opieki społecznej? Nie sądzę.
– Pozory mylą. Wątpię, bym coś znalazł, ale poszukam, czy w hrabstwie wydarzyło się coś związanego z kobietą z blizną. Skoro spotkałeś kogoś takiego, znaczy, że zasięg działania tego konkretnego alfonsa rośnie. Spotkałem się już z takim oznaczaniem kobiet. Najprawdopodobniej jednak stręczyciel, który je stosował, wciąż jest nieuchwytny, od dawna nie ma żadnych nowych tropów.
– Może policja coś ma, tego nie wiesz – biorę go pod włos. Chciałbym, by trochę bardziej zaryzykował w celu wyciągnięcia nieoficjalnych informacji. Nie podejmuje kwestii, lecz zaczyna mówić o Owenie Kasarley, co również szalenie mnie interesuje.
Kasarley był przez dłuższy czas pod obserwacją policji i oficjalnie został aresztowany za posiadanie sporej ilości narkotyków. Miał być to jednak tylko pretekst do zatrzymania i przesłuchań oraz skontrolowania jego mieszkania w Birmingham. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, odkryto bowiem, że przetrzymywał w swoim domu dwie kobiety obcego pochodzenia. Zeznania dziewczyn wystarczyły, by go zatrzymać na dłużej i oskarżyć o dużo bardziej poważne przestępstwo niż posiadanie narkotyków. Według Marka prawdopodobnie nie miały przy sobie dokumentów, jednak dokładniej, co zeznały na temat uprowadzenia, pozostaje tajemnicą służb. Mark przyznał niechętnie, że na razie nie dowie się niczego więcej na temat informacji posiadanych przez policję czy postępów śledztwa, ponieważ, jak to oględnie ujął, stracił kontakt pomocny w pozyskiwaniu tych informacji. Tu znów nie omieszkałem mu wytknąć, że gdyby tylko chciał, mógłby dotrzeć do wielu danych, a środki do tego prowadzące w porównaniu ze skalą przestępstw Owena są maleńkim wykroczeniem. Mark jak się okazuje, nie jest aż tak bardzo uczciwy, skoro miał kogoś, kto wynosił dla niego wybrane newsy z policyjnych akt. Ciekawe, że tradycyjną metodę wykradania danych uznaje za bardziej uczciwą niż z wykorzystaniem technologii, a bez wikłania osób trzecich. W końcu przecież wychodzi na to samo. Nie namawiam, ale mam wrażenie, że moja sugestia ma szansę wykiełkować w jego głowie i urosnąć w odważniejszą myśl. 
– Niestety niczego nowego na temat twojej eks nie mam. Jeśli mają cokolwiek, niczego nie ujawniają, jednak z pewnością jej nie znaleźli. Zaraz ci prześlę lepsze zdjęcie Owena, może widziałeś go kiedyś z nią?
– Bardzo wątpię, ale dawaj – odpisuję i otwieram plik ze zdjęciem zwyczajnego, nawet całkiem przystojnego, ale zupełnie przeciętnego faceta, który mógłby być równie dobrze Polakiem, co Anglikiem czy Amerykaninem. Nie wiem, jak spece z kolorowej prasy to robią, ale na fotce w internetowym wydaniu lokalnego pisma Kasarley wyglądał zdecydowanie bardziej zbirowato. Może to kwestia zasłoniętych oczu? – Nikogo mi ta gęba nie przypomina. Chyba trochę utknęliśmy.

Jeśli Anę i tę dziewczynę z pubu łączyła podobna historia, jeśli obie zgłosiły się do tej samej grupy ludzi, by znaleźć pracę za granicą, obie zostały sprzedane, oszpecone przez tego samego „właściciela”, lecz jedną z nich zajmuje się tutejsza policja, to czas zacząć działać. Nie mogę wymagać od Marka, by podrzucał pluskwy brytyjskiej policji, jednocześnie siedząc na tyłku i nie robiąc nic w kierunku zdobycie informacji, które być może mam pod nosem. Tylko sięgnąć. 
Zbieram się na spacer z psami, a w głowie układam plan reszty dnia. Od czegoś trzeba zacząć. Godzina wciąż jest w miarę wczesna, toteż po powrocie przygotuję zgrabnego trojana, którego trzeba będzie podrzucić komendantowi. Czy jest coś, z czym mógłbym do niego pójść? Mogłem sobie przypomnieć jakiś szczegół dotyczący denatki. Naturalnie wolałbym podzielić się nim, nawet zmyślonym, z aspirant Inką, ale wątpię, by miała dostęp do wszystkiego, co mogłoby mnie zainteresować. Na wiele nie liczę, nawet u głównego, bo w końcu to tylko lokalna komenda, jednak myślę, że warto zaryzykować. Jeśli uda się przekonać Marka… Telefon rozdziera ciszę klatki schodowej. Że też tu zawsze wszystko ma więcej decybeli. Oczywiście mam problem, bo psy zaczęły się plątać jak oszalałe na smyczach, widząc Hrabka, z którym ostatnimi czasy bardzo się zaprzyjaźniły. 
– Hej, dopiero wychodzisz? – Monika wchodzi za psem do przedsionka, utykając.
– Cześć, jak zwykle. Nie przeciążaj tej nogi. Jak się czujesz? – zagaduję, ignorując telefon, który przestał dzwonić. 
– Dzięki, całkiem nieźle. Wpadnij wieczorem po pracy, to pogadamy.
– Postaram się, ale nie mam pojęcia, kiedy skończę. Szykuje mi się drugi etat, chyba – przypominam sobie o Leszku, muszę do niego koniecznie zadzwonić – Trzymaj się ciepło.
Ledwie wyszedłem z klatki, zostawiając w tyle Monikę, prawie zderzam się z… Grzegorzem? To on? Minął mnie bez słowa, złapał domykające się drzwi i wszedł do bloku. Nie zauważył mnie czy nie poznał? Patrzę za nim przez szybę, ale pognał ku schodom. Wyglądał jakoś inaczej, nie jestem w stanie określić dlaczego. Telefon znowu ożywa – Leszek. Można się było spodziewać. 
– Stary, gdzie się podziewasz? – wita mnie nerwowo. Nie bardzo wiem, o co mu chodzi, przecież dziś zaczynam o trzynastej – Miałeś być u Taosa od godziny! Wydzwania do mnie, że klienci się dobijają, a on nie ma kim zawieźć. Stary, no… Przecież załatwiłem za ciebie na dziś Polinę, żebyś mógł...
– Spokojnie – przerywam mu pełnym pewności siebie głosem – Mam wszystko pod kontrolą. Na dwunastą miałem być, to zdążę. Adres wysłałeś? Bo właśnie wyjeżdżam.
– Na jaką dwunastą? Na dziesiątą! Mówiłeś, że wiesz gdzie. Nieważne, już wysyłam, a ty rusz dupę, jedź – i się rozłączył. Cholera, psy mi tego nie wybaczą. Znowu krótki spacer po osiedlu zamiast biegania po lesie. Wzdycham i wbrew logice pozwalam czternastu nogom (moim i psów) zanieść nas do lasu. Najwyżej powiem, że w korku stałem. Marny ze mnie kolega.

36. Ana Janiv

    Albo śnię na jawie, albo właśnie odebrałem telefon od Arlety Wiązer i się z nią umówiłem w jej mieszkaniu. Dopiero myślałem, że zaczynam cokolwiek rozumieć, dowiadując się w ciągu ostatniej doby więcej niż przez cały zeszły kwartał, tymczasem znów zostałem zaskoczony. Sądziłem, że to ja się zasadzam, by podejść tę babkę, a tu ona… Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy może obawiać. Może jestem w Truman Show? Halo! Czy ktoś steruje moim życiem? Mam wolny dzień, Monika zwolniła mnie z zawiezienia jej do lekarza oraz siedzenia w poczekalni przez pół dnia i właśnie wybieram się do Wiązer, która sama mnie zaprosiła, podczas gdy od kilku dni opracowuję skomplikowane scenariusze do rozegrania, by ją jakoś podejść, nawiązać kontakt, a może nawet wycisnąć cokolwiek z kobiety, która rzekomo jest niezwykle skryta i ostrożna. Przeczuwam, że w tym perfekcyjnym zgraniu szczęśliwych zbiegów okoliczności zaraz coś pieprznie. 

    – Dzień dobry, Leopold Fikcyjny – uśmiecham się przyjaźnie, ale (mam nadzieję) nie za wesoło, w końcu tematem wizyty ma być zamordowana dziewczyna. Jednocześnie uświadamiam sobie, że to i tak nie ma znaczenia, ponieważ jestem w maseczce. 
– Dzień dobry, proszę, niech pan wejdzie – drobna, siwa kobieta wpuszcza mnie do środka, cofając się w wąskim przedpokoju. Wchodzę do niewielkiego, bardzo skromnie urządzonego pokoju i posłusznie siadam na wskazanym krześle. Głośne tykanie starego ściennego zegara wypełnia ciszę.
– Może kawy lub herbaty?
– Nie, dziękuję. Ja…
– To przyniosę chociaż wody. Mam nadzieję, że znalazł pan czas na dłuższą rozmowę – przerywa. Mimo swego niezwykle łagodnego oblicza zupełnie mnie dominuje i czuję się jak uczniak w obcej szkole. Nie czekając na moją reakcję, wychodzi do kuchni, dając mi możliwość zebrania myśli i rozejrzenia się. Drewniany stół i krzesła, komoda, idealnie gładka kapa na starej wersalce, okno całe w bujnych roślinach. Jak zwykle marnuję czas, zamiast zdecydować się szybko na jakąś strategię. Nie przyszedłem tu przecież na podwieczorek.

    – Pan znalazł Anę. Długo się zastanawiałam czy się do pana odezwać – stawia ostrożnie szklanki i butelkę z wodą na stole, po czym od razu przechodzi do rzeczy – Jeśli pan chce, może zdjąć maseczkę. Z mojej strony nic panu nie grozi, jako pracownik opieki muszę się często testować, a wczorajszy był negatywny – widząc mój niepewny wyraz twarzy, macha lekceważąco ręką – Swoje przechorowałam, a i zaszczepili. 
– I nadal panią testują?
– Nikt nie wie tak do końca, jak postępować, więc nasz OPS dmucha na zimne, bo jednak chodzę do ludzi. Pan chciał ze mną porozmawiać o Anie, prawda? Mam na myśli Orianę. Ana to jej prawdziwe imię. Nie musi się już nieszczęsna kryć za fałszywym, już i tak jej wszystko jedno... – dodała smutno. 
– Ja… tak, oczywiście, bardzo mnie ta tragedia poruszyła, ale…
– Skąd wiem? To nieważne. Widzi pan, ona była wyjątkową, dobrą osobą, jej śmierć nie powinna przejść bez echa, bez ukarania winnych. Ktoś powiedział mi, że pan interesuje się tym zabójstwem.

    Cały misterny plan utkany z przeplatanki wybiegów manipulacyjnych, koniecznych kłamstewek dotyczącym motywów mojego zaangażowania bierze w łeb. Nie mogę tej kobiecie wcisnąć łgarstw, po prostu nie jestem w stanie. Co ma być, to będzie, nie zastanawiam się i po prostu mówię, zdjąwszy wilgotną maseczkę z twarzy. Opowiadam jej o bliźnie, o tym, że spotkałem Orianę dwa lata temu w Anglii, była znajomą mojej żony, która ostatnio zaginęła. Robię trochę zbyt duży skrót, gdyż Arletę niepokoi moja tragedia, więc szybko wyjaśniam, że jesteśmy po rozwodzie już od dawna i tak dalej, jej niezwykła empatia zaś, pomimo tego, każe mi współczuć, gdyż według niej z pewnością jestem przerażony i martwię się o byłą małżonkę. Czuję się nieco niezręcznie. Gdy kończę swą opowieść, w której instynkt samozachowawczy nakazuje mi pominąć wiele informacji, nastaje cisza. Wiązer przygląda mi się. Nie nachalnie czy ciekawsko, raczej życzliwie, jakby zastanawiała się, co też ze mną począć, jak podejść, albo ile zdradzić informacji o Ukraince. Nalewa wodę do szklanek.

    – Oriana, a właściwie Ana Janiv miała przed sobą całe życie i wydawałoby się, że los się nad nią zlitował. Uciekła, a to nie zdarza się zbyt często. Trzeba mieć szczęście w nieszczęściu, jak to się mówi – milknie zamyślona, wpatrując się w szklankę, zapewne ma przed oczami zupełnie inny obraz – Ona pochodziła z małej ukraińskiej mieściny, takiej, jakich wiele, bardzo wiele. Zwykłe życie, przeważnie bieda, codzienność, znój, żadnych perspektyw. Dom rodzinny Any co rusz nawiedzały tragedie, jakby codzienna, niekończąca się walka o byt była za słabym doświadczeniem. Miała dwóch młodszych o kilka lat braci. To byli bliźniacy, obaj ciężko chorowali, obaj zmarli, nie dożywszy nawet dekady. Ojciec wiązał z synami wielkie nadzieje, toteż zupełnie nie poradził sobie z przegraną walką o ich życie. Pił. Matka zaś przeciążona pracą, nigdy nieleczoną depresją  znikała w ciszy z każdym dniem. Córka była przekonana, że matka chorowała, lecz ta nie chciała słyszeć o lekarzach, badaniach czy jakimkolwiek leczeniu. Nie ufała już medycynie po stracie dzieci, czy może winiła siebie za genetyczną przypadłość bliźniąt i uważała, że zasługuje na karę w postaci choroby, kto wie. W każdym razie to prawdopodobnie rak ją wykończył. Rak i rozpacz. Utrzymanie domu, gdzie wciąż mieszkał ojciec, który przepijał swoją maleńką rentę oraz niedołężna babka, jego matka, spadło na młodą Anę, która wtedy ledwie skończyła dwadzieścia lat. Pracowała ile sił, prócz prac dorywczych, takich sezonowych, które już wtedy wykonywała od lat, by wspomóc rodzinę, uczyła niemieckiego w szkole elementarnej, dawała korepetycje. Etat nauczycielski był coraz bardziej niepewny, z powodów finansowych zwalniano nauczycieli, a ona, młoda, bez znajomości i uzupełnionego wykształcenia stała w pierwszym szeregu do odstrzału. Trudno wyobrazić sobie jak musiało być ciężko tej dziewczynie. Wkrótce zmarła babka, a ojciec w przebłyskach świadomości między jedną flaszką bimbru a drugą namawiał córkę, by wyjechała z przeklętego miasta, ratowała swoje życie i nie oglądała się za siebie. Jemu i tak już nikt nie mógł pomóc. Nie chciała zostawiać ojca, jednak pod jego wpływem zaczęła szukać pracy za granicą. Wymyśliła sobie, że zarobi lepsze pieniądze, a potem wróci i zabierze ojca do siebie, gdziekolwiek to miałoby nie być. Miała duże życiowe doświadczenie w opiekowaniu się innymi, zdecydowała się więc zgłosić do pracy wyjazdowej do Niemiec jako opiekunka osób starszych. Jedna z firm rekrutujących takich pracowników odpowiedziała na jej anons, który napisała odręcznie i powiesiła na tablicy ogłoszeń przy największym sklepie w mieście. Ktoś zadzwonił, ktoś inny zaprosił na rozmowę w prowizorycznym biurze, jakim było wynajęte w centrum, luksusowe, jak na standardy Any, mieszkanie. Powiedziano jej, że to spora firma, ale dopiero wchodzą na rynek w tej części kraju, więc jeszcze nie urządzili należycie siedziby. Rozmowa kwalifikacyjna wydała się Anie nieco dziwna, bo zrobiono jej kilka zdjęć, tłumacząc, że w Niemczech jest taki zwyczaj, bo pracodawca bardzo dba o wygląd swoich pracowników, którzy reprezentują firmę przed klientami, nawet jeśli ci ostatni niedosłyszą lub niedowidzą. Pełna obaw, ale i nadziei podpisała kilkanaście razy przeczytaną umowę, która nie tylko nie wzbudzała żadnych podejrzeń, ale była namacalnym dowodem na to, że życie dziewczyny wskoczy na zupełnie inny poziom. Dla niej wpisany w kontrakt miesięczny zarobek w wysokości tysiąca euro był czymś, co przyprawia o zawrót głowy. W krótkim czasie dostała informację o tym, że wszystkie pozwolenia i formalności są już załatwione, wystarczy uiścić opłatę za bilet i Berlin stoi przed nią otworem. Opowiadała, że zupełnie trzeźwy ojciec płakał w dniu jej wyjazdu. Płakał ze szczęścia. O bardzo wczesnej porze wsiadła wraz z kilkoma innymi dziewczynami do busa podstawionego w samym centrum miasteczka. Wszystkie były młode, śliczne i bardzo optymistycznie nastawione. Po drodze dosiadło się jeszcze kilka dziewcząt. Wówczas nie przyszło Anie do głowy, że to trochę podejrzane, iż do pracy w charakterze opiekunek jadą same młode, piękne dziewczyny o wyglądzie modelek. Gdyby wtedy to dostrzegła… Wiele razy wspominała ten moment, tę oślepiającą nadzieję – Arleta garbi się, jakby ciężar tej opowieści miał fizyczny wymiar. W sumie miał. Dolewa wody do mojej szklanki powoli, z uwagą, jakby uronienie kropli było kwestią życia lub śmierci. Nie mam śmiałości się odezwać.
    – Nie dojechali do Berlina, ale tego wtedy jeszcze nie wiedziała. Nie miała pojęcia co to za miasto. Nie wszystkie trafiły w to samo miejsce. Niektóre dziewczyny miały wysiąść wcześniej, inne zostały w busie, gdy Anę i jeszcze jedną pośrednik poprosił o zabranie bagaży. Zakwaterowano je w maleńkim mieszkaniu i kazano czekać. Nic nie wzbudziłoby ich podejrzeń, gdyby nie to, że nie mogły nigdzie wyjść. Pośrednik jednak zapewniał, że wszystko jest w porządku, taka jest procedura, gdy pracownicy są kwaterowani późnym wieczorem i nie znają okolicy. To dla bezpieczeństwa. Nad ranem przyszedł do nich ten sam mężczyzna z gotowymi zestawami śniadaniowymi. Przepraszał nawet, że nie otrzymały kolacji poprzedniego dnia, ale było już zbyt późno. Głodne dziewczyny szybko pochłonęły smaczny posiłek i czekały na dalsze instrukcje. To był koniec wielkich nadziei. Gdy Ana ocknęła się, było już zupełnie ciemno, a ona została w mieszkaniu sama. Szybko zorientowała się, że wraz z porannym posiłkiem dostała silne środki nasenne, bo nie tylko przespała cały dzień, ale czuła się wciąż otumaniona. Szybko zauważyła nieobecność koleżanki, okaleczenie szyi i wnioskując po tym, jak się czuła, gwałt. O tych chwilach, jak pewnie się domyślasz, bardzo ciężko było jej mówić, wolałaby zapomnieć. Jeszcze nie do końca wiedziała, co się stało, a przede wszystkim, dlaczego ktoś ją podstępem odurzył, okaleczył i zamknął. Nie miała pojęcia o procederze handlu żywym towarem, uprowadzaniu pięknych dziewcząt z Europy Wschodniej i sprzedawaniu ich jako prostytutek bossom, którzy na seksbiznesie robią ogromne pieniądze i nigdy nie jest im dość. Skąd miała wiedzieć? I tu właśnie uśmiechnęło się do niej szczęście, blado i nietrwale, ale jednak się uśmiechnęło. W którymś z mieszkań wyżej pojawił się ogień, ktoś zadzwonił po straż pożarną. Ana była zamknięta, nie wiedziała, co się dzieje, ale usłyszała krzyki ludzi, głosy strażaków, dym za oknem i zrozumiała, że to jej jedyna szansa. Zaczęła walić w drzwi, krzyczeć, że jest zamknięta. Zgodnie z procedurą trzeba było ewakuować ludzi z budynku, a skoro jedna z osób nie mogła wyjść, wyważono drzwi. Ana bynajmniej nie czekała z innymi lokatorami na ulicy w oczekiwaniu na rozwój wypadków. Tak, jak stała, uciekła. I znów miała szczęście: było lato, przyjazna pogoda i mniej niż 50 kilometrów do granicy z Polską, gdzie trafiła na życzliwego człowieka, który skierował ją tam, gdzie trzeba. Mogła właściwie bliżej poszukać pomocy, odnaleźć posterunek policji lub ambasadę, tłumaczyła, że chciała uciec jak najdalej, a najlepiej do domu... Koniec końców wylądowała u mnie. Tutaj miała być bezpieczna. Nowe imię, wsparcie, czujność. I tak ją dorwali. Pierwszy raz coś takiego... – aksamitny, kojący głos Arlety zaczyna drżeć, oczy wilgotnieją – Przepraszam. Ja się angażuję w takie sprawy od wielu lat, pomagam ofiarom zacząć nowe życie, całkowicie od zera, różnie bywało, ale nigdy wcześniej nie zamordowano żadnego mojego podopiecznego. Nigdy – podnosi głos, który w jednej chwili traci drżenie na rzecz siły i choć łzy nadal błyszczą w oczach, widzę w nich gniew. Patrzy wprost na mnie, aż przechodzą ciarki. Ta niepozorna kobieta ma w sobie zaskakującą siłę.
– Chciałeś poznać Orianę, poznałeś Anę. Nie była nigdy w Anglii, pomyliłeś ją z inną.
– Ale blizna na szyi…
– To znak rozpoznawczy. Jak tatuaż. Znakują je jak bydło. Na pewno o tym słyszałeś, a tu masz do czynienia z niezwykłym zbiegiem okoliczności. Spotkałeś dwie dziewczyny od tego samego stręczyciela.
– Nie jestem do końca pewien, czy to do końca zbieg okoliczności. Obawiam się, że moja żona może mieć z Aną więcej wspólnego niż można przypuścić. Nie bezpośrednio, pewnie nawet się nigdy nie spotkały, jeśli rzeczywiście tamta kobieta z pubu była inną ofiarą – mówię spontanicznie.
– Zapewne była, jeżeli dobrze pamiętasz i rzeczywiście była oznakowana taką samą raną,  tylko jeśli sama pojawiła się tam wtedy i zaczepiła twoją żonę, jak mówiłeś, to być może oczekiwała pomocy, ufała jej. Do kogo jednak została odesłana? Obawiam się, że być może byłeś nieświadomym świadkiem próby ucieczki dziewczyny, którą mógł spotkać potem ten sam los co Anę. Nie mogłeś nic zrobić, niczego nie wiedziałeś, jeśli jest tak, jak mówisz…
– Dlaczego opowiedziała mi pani to wszystko? Tak naprawdę? – choć poznana historia huczy mi w głowie, muszę o to zapytać.
– Jesteś szczery wobec mnie, więc…
– Nie wiedziała pani czy będę, gdy mnie pani tu zaprosiła.
– Mam na imię Arleta. Mówmy sobie po imieniu – wrzuca nagle. Czekam na wyjaśnienie, więc wzdycha. – Mówią, że mam nosa do ludzi, wyczuwam i wiem, komu można zaufać. Po całej tej tragedii, gdy rozmawiałam z policjantami…, sama nie wiem. Jej śmierć nadal jest zagadką, ogólnie można domyślać się, kto zlecił to zabójstwo, ale wciąż nie znaleziono winnych. To nie jest jedyna taka historia, ale nigdy wcześniej nie spotkałam się z tym, by…, chodzi o to, że odpuszczali, uciekła, to uciekła, zniewalają ich tyle, że jedna, w dodatku taka, która niczego nie wie, nie robi im różnicy, nie ryzykują zabójstw, to im się zwyczajnie nie opłaca – Arleta wstaje. Moja wizyta najwyraźniej dobiegła końca. Nie uzyskałem jasnej odpowiedzi na ostatnie pytanie, ale to, czego się dowiedziałem, z pewnością nie pozwoli mi dziś spokojnie zasnąć. 

35. Im dalej w las, tym więcej drzew

    Zamiast zapamiętać, ewentualnie schować do supertajnego sejfu zapisany na karteczce  numer Arlety Wiązer, normalnie wklepałem do telefonu jako kontakt. Mam obmyślany plan, a nawet plany A, B i C, lecz najpierw muszę przyswoić i przemyśleć to, czego dowiedziałem się od Kate i Marka. 

Rozmowy pisane z Kate weszły na wyższy poziom. Dziewczyna mi wierzy, może nawet ufa. Martwi się zniknięciem Grace, chociaż niczego przydatnego  nie wie o jej ciemnej stronie. Nie szkodzi. Odświeżyła kontakty i przy okazji dowiedziałem się o… sobie. Dopiero teraz Kate zorientowała się, że Grace wyszła za mąż i się rozwiodła. To ma sens, nie było jej na ślubie. A skoro należała do grona najbliższych przyjaciół, to powinna była wiedzieć, ba, zostać zaproszoną. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem… Dobrze, że nie zwróciłem się do nikogo z Dudley. Do Kate doszły same negatywne informacje na temat Andyego Horna. Dwulicowy pozorant udawał miłego kolesia, a okazał się sukinsynem, który stosował przemoc psychiczną, w dodatku manipulant i oszust. Trzeba przyznać, że siła przekonywania to niewątpliwy atut Grace. W Dudley pomimo wszystko uważają, iż to ja jestem tym złym. Nie powiedziała swojej wieloletniej koleżance o ślubie ze mną? Andy jej zabronił! Według lokalnej opinii publicznej chciałem odciąć narzeczoną, a następnie żonę od jej przyjaciół, byłem chorobliwie zazdrosny i ograniczałem jej wolność. Skubana. Jako Luc Zee naturalnie mogę jedynie ubolewać. Biedna Grace. Co za skurwiel jej się trafił. Ktoś nie wiem kto, poszedł dalej i jest teoria, że to były mąż w zemście wmanewrował biedną Grace w nie wiadomo co. Wcale nie terroryzowała prokuratora, to ten Andy ją wrobił i kto wie, czy nie uprowadził. Takie ploty są wysoce niepokojące. Mam ogromną ochotę wziąć sam siebie w obronę, lecz jestem tylko obcym kolesiem, reflektuję się w porę. Naturalnie Luc nie ma o niczym zielonego pojęcia, podjął współpracę z Grace w pełni profesjonalnie i nic a nic nie wie o jej prywatnym życiu. 

Z tego, czego dowiedziała się Kate można wywnioskować, że Grace nie planowała urlopu czy wyjazdu. Nieoczekiwanie wyparowała z dnia na dzień, nie informując w pracy czy w ośrodku matki o swoich planach. Praktycznie zapadła się pod ziemię, co jest do niej zupełnie niepodobne. Coraz bardziej rosną w siłę plotki, jakoby miała zostać uprowadzona lub nawet zamordowana. 

W przeciwieństwie do błazenady z Kate w stosunku do Marka postanowiłem być całkowicie szczery, w takim mniej więcej zakresie, jak wobec Rafała. Nie wiem, może będę żałował, ale bez tego ryzyka nie ruszę do przodu. Mam trochę dosyć zabaw w ciuciubabkę, zwłaszcza że czekają mnie jeszcze podchody do Arlety Wiązer. Za pośrednictwem jednej z najbardziej szyfrowanych aplikacji do komunikowania się napisałem Markowi wszystko, czego dowiedziałem się o podwójnym życiu Grace, które jak się okazuje, nie miało nic wspólnego z realizowaniem wybujałych potrzeb nimfomanki, było zaś ściśle powiązane ze środowiskiem, z którym o związek mojej uroczej żony nigdy bym nie podejrzewał. O dokładniejszej jej roli w tym bajzlu Mark nie wie albo nie ma zamiaru mi powiedzieć, przynajmniej jeszcze nie teraz, niemniej zamieszana była w zasilanie Europy Zachodniej i nie tylko w niewolników, jakkolwiek idiotycznie to brzmi w naszych czasach. Domyślam się, że to, co pokrótce opisał mi Mark jest tylko maleńkim czubeczkiem góry lodowej, chociaż i tak brzmi, jak jakaś opowieść z krajów dalekiego wschodu lub z przeszłości. Rozległa i pozornie niespójna siatka przestępcza, a właściwie sieć złożona z wielu komórek, pomniejszych grupek, które dumnie w środowisku pretendują do miana mafii, zajmuje się pomaganiem ludziom, którzy na skrzydłach marzeń chcą robić karierę w bogatszych krajach albo po prostu szukają lepiej płatnej roboty. Bardziej lub mniej legalne metody, świetna organizacja i doinformowanie, mnóstwo „pracowników” na różnych etapach procesu doprowadzają do tego, że dyskretnym, choć nieprzerwanym strumieniem spływają nieświadomi swego przyszłego losu ludzie, którzy potem stają się niewolnikami innych. Jak nie trudno się domyślić większość stanowią młode, ładne dziewczyny, które lądują w burdelach nawet tam, gdzie zwykła prostytucja jest legalna. Od czasu do czasu rozpracowywane są poszczególne grupy, które reszta siatki natychmiast odcina i porzuca jak padalec swój ogon w sytuacji zagrożenia. Osoby takie jak Grace są jak plasterek na pomniejsze rany – mały, dyskretny, lecz konieczny, by nie wdało się zakażenie. Mają pilnować przepływu informacji tam, gdzie mogą one zagrażać danej grupie, korumpować jednostki, blokować zagrażające interesom akcje i zdobywać bieżącą wiedzę o aktualnych zamiarach czy operacjach policyjnych. Dlaczego to robią? Z różnych powodów zostały wciągnięte w proceder, a ich współpraca zapewnia im ochronę zleceniodawców przed nimi samymi. W skrócie można powiedzieć, że najprawdopodobniej Grace szantażowała, bo była szantażowana. Pewnie dostawała za to kasę, która tylko jeszcze bardziej wiązała ją z przestępcami. Wciąż nie rozumiem, dlaczego akurat ona wplątała się w taką historię. Nie była przecież biedną, przyciśniętą do muru dziewczyną, która na skróty chciałaby coś osiągnąć, wyrwać się z jakiejś patologii czy coś. Mark zasugerował, że to, co o niej wiedziałem ja, czy nawet całe Dudley włącznie z ludźmi, którzy znają ją od dziecka, wcale nie musi być jej prawdziwym życiem. No tak, ja, który rozmawiam z Markiem jako Andy, z Kate jako Luc, siedzę tu jako Leopold, a w prawdziwym akcie urodzenia mam zupełnie inne imię, powinienem coś o tym wiedzieć. Tę myśl naturalnie zachowałem dla siebie. Swoją drogą ciekawe, czy Mark jest aż tak dobry, by mnie prześwietlić i to wszystko odkryć. Czy jego uczciwość, tak zapewnianą przez Rafała, pozwoliłaby na dyskrecję, która też ponoć jest jego mocną stroną? 

    Nim zapytałem go o sprawę Owena Kasarleya, uprzedził mnie mówiąc, że Owen to temat na inną noc, sugerując, iż wie o nim znacznie więcej niż ja. Pomysł z programem szpiegowskim ewidentnie mu się nie spodobał, choć jestem przekonany, że gdybym mógł widzieć swego rozmówcę, dostrzegłbym oznaki zainteresowania. 

    Po nocnym pisaniu z Markiem głowa pulsuje mi od zmęczenia, natłoku myśli i kofeiny. Wiem, że długi spacer po lesie z psami byłby dla mojego umęczonego umysłu i ciała jak balsam, ale nie mam czasu. Jak często ostatnio. Dni są coraz dłuższe, obiecuję więc sierściuchom, że po południu powałęsamy się i z dwie godziny, teraz jednak mam coś pilniejszego do załatwienia. W układance ewidentne tyły ma Oriana. Opowiedziałem Markowi zarówno o spotkaniu jej żywej niegdyś w Birmingham, jak i znalezieniu martwej w polskim lesie. Wiem, że to sprawdzi i pewnie dowie się, iż wezwanie przyjęto nie od Andyego Horna, lecz Leopolda Fikcyjnego. To absolutnie szalone, ale chodzi mi po głowie natrętna myśl, by wtajemniczyć tego faceta do końca w moje sprawy. Ostatecznie w świetle tego, co jest tematem jego zainteresowania, moje przestępstwa z czasów współpracy z Nataszą wydają się dziecinną igraszką. 

    Jasna cholera. Przecież miałem zawieźć Monikę. Nie no, jeszcze to… Niby mam dziś wolne, a i tak nie ogarniam rzeczywistości. 

– Tak wiem, zaraz po ciebie będę – pospiesznie zaczynam, odbierając od niej telefon.

– Cześć, no właśnie Leoś, nie obrazisz się, jak mnie zawiezie Ulka? Wiem, że się umawialiśmy…

– Co? – tak mnie zaskoczyła, że nie wiem jak opanować radość.

– No przepraszam cię, ona ma dziś wolne i przyniosła mi zakupy. Myślała, że jutro mam wizytę, ale jak jej powiedziałam, że dziś to… – tłumaczy się jakby to ona mnie pomagała, a nie ja jej i właśnie próbowała się wykręcić.

– No nie wiem, mieliśmy jechać razem – udaję urażonego, usilnie próbując się nie roześmiać.

– To może razem pojedziemy? – Monika wpada nieoczekiwanie na pomysł, a moje rozbawienie wyparowuje w jednej chwili jak… Grace.

– Daj spokój, mnie to nawet na rękę, muszę coś załatwić i… z Urwisem jeszcze zdążyć na kontrolę – cholera byłem wczoraj, tylko czy jej o tym mówiłem?

– Nie byliście wczoraj?

– No… tak, ale dzisiaj jeszcze ma jakiś zastrzyk dostać – wyrabiam się, nie ma co – Jedź z Ulą.

– Gadałeś z tą Arletą? – pyta mnie jeszcze najwyraźniej pod wpływem koleżanki, bo słyszę jej przytłumiony głos.

– Nie, ale mam plan. Nie martwcie się, wszystko wam opowiem, jak się czegoś dowiem. Miłego ściągania gipsu!

– Oby. Dzięki Leoś.

Rozłączam się dokładnie w momencie, gdy telefon znów zaczyna dzwonić. W połowie drogi palca do zielonej słuchawki zamieram i gapię się w ekran kompletnie zaskoczony. Numer, który podał mi Darek, czeka na połączenie. 

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...