34. Kontakty

    Gdy wpadłem na pomysł pretekstu do nawiązania kontaktu z Kate, wydawał mi się rewelacyjny, teraz zupełnie zbladł w moich oczach i myślę, że jest daleki od ideału, właściwie głupawy i grubymi nićmi szyty. Cóż, zacząłem, to muszę brnąć. Luc Zee pisze pracę dyplomową z pedagogiki na temat psychologicznych aspektów utrzymania i rozwoju kontaktów pozaszkolnych w dorosłym życiu na podstawie konkretnego obszaru i typu szkół. Opracował nawet przydługawą, nieco pretensjonalną ankietę dla respondentów. W rzeczywistości jest to zlepek przerobionych, przeróżnych pytań pozbieranych w internecie plus moje wymysły. Kate pracowicie wypełniła dokument, a ja przy okazji podziękowania napomknąłem, że martwi mnie cisza ze strony Grace i tak od słowa do słowa rozwinęliśmy konwersację. Zasiałem w niewinnej dziewczynie niepokój, dowiadując się przy okazji, że moja eksżona dość długo robiła mnie w balona z tym nocowaniem u koleżanki. Kate już dawno wyprowadziła się z Nottingham. Faktycznie były dobrymi kumpelkami również przez kilka lat po ukończeniu wspólnej szkoły, mimo że ich drogi zawodowe się rozeszły. Były zżyte, regularnie spotykały się lub rozmawiały przez telefon niemal o wszystkim, lecz Grace zaczęła mieć jakieś tajemnice, zrobiła się drażliwa i niecierpliwiła się, gdy przyjaciółka pytała, czy coś ją dręczy. Z czasem coraz rzadziej się umawiały, Grace odwoływała spotkania w ostatniej chwili, przestała dbać o przyjaźń, choć Kate wylądowała właśnie na jakimś zakręcie życiowym, przynajmniej tak wywnioskowałem z jej pełnych przedawnionego żalu słów, potrzebowała bliskiej osoby jak nigdy dotąd. W efekcie długoletnia przyjaźń rozpadła się bezpowrotnie. Pomimo odrzucenia i urazy Kate najwyraźniej jednak niepokoi się o starą koleżankę, bo napisała, że popyta dawnych znajomych, poszuka. Korespondujemy od kilku wieczorów, ostatnie rozmowy to ona zaczęła inicjować, jest szczera, ufna, mam wyrzuty sumienia, że ukrywam się za maską Luca Zee i wielką ochotę zrzucić ją, przyznać kim jestem, powiedzieć Kate, że podobnie jak ona zostałem odrzucony, okłamany przez Grace. Wiem, że to byłoby głupie do kwadratu. Zapewne urwałaby kontakt natychmiast.

Z zamyślenia wyrywa mnie sygnał przychodzącej wiadomości: Nie wytrzymam dłużej z tym betonem! Strasznie mnie swędzi noga. Zostałem ostatnio piapisółkiem Moniki, pewnie Ula opieprzyła ją, że zawraca jej w pracy głowę pierdołami, więc wypisuje do mnie jakieś osiemset tysięcy SMS-ów dziennie, chociaż przychodzę do niej na prawie każde zawołanie. Żal mi jej, przyznaję, ten gips jest chyba gorszy niż kula u nogi. Mam wprawdzie ochotę odpisać jej, by nie zawracała mi głowy, bo zajęty jestem, jednak biorę głęboki oddech i odpowiadam pocieszająco: Jeszcze tylko tydzień do wizyty u lekarza, wytrzymaj. Jesteś megadzielna! W nagrodę dostaję kompozycję z uśmieszków, tulasków, całusów i innych kretyńskich emotek. Siedzenie w domu istotnie nie wpływa na nią korzystnie. Mam nadzieję, że zrosła się porządnie i zdejmą jej ten cholerny balast, by mogła jak najszybciej wrócić do swojego normalnego trybu życia, bo zdurnieje do reszty. W skrzynce Horna pojawia się nowy mail. To od Rafała. Przemyślał sprawę i chce się zaangażować. Zaraz, chwila… podnosi mi się ciśnienie, gdy czytam wiadomość.

    Pojechałem wczoraj do Birmingham, żeby zorientować się co i jak. Sorry stary, ale z tym pendrive’em to się nie uda, nie ma opcji, by główny mnie przyjął z moją sprawą, bo do takich mają osobną komórkę. Zresztą Owenem K. zajmują się kryminalni, a tam to już w ogóle nie mam co szukać. Mam lepszy pomysł. Musisz się zgodzić na współpracę z pewnym kolesiem.

Jasna cholera musiał wyjść przed orkiestrę. Czytam szybko dalej.

    Spotkałem kumpla, redaktora pomniejszego czasopisma. Gdy ostatnio gadaliśmy, zajmował się tropieniem nieprawidłowości w finansach lokalnych spółek związanych z hodowlą drobiu czy czymś takim. Koleś niby robi w lokalnej gazetce, a ciągle coś węszy i szuka dużego tematu. Od słowa do słowa doszliśmy do tego, że w zasadzie jesteśmy w mieście z podobnego powodu z tą różnicą, że on od lat próbuje znaleźć dość informacji, by zrobić solidny reportaż o działającym w hrabstwie West Midlands podziemiu. Postanowiłem zaryzykować i powiedziałem mu, że pomagam kumplowi, którego żona zaginęła, a wiele wskazuje związek ze sprawą prokuratora i Owena K. Od razu zorientował się, że mówię o Grace. Miałem nosa, bo chociaż się wahał, w końcu powiedział, że Owen K. jest mocno zamieszany w nielegalną prostytucję i też właśnie nim się interesuje. Mark koniecznie chce kontakt do ciebie, ale powiedziałem, że najpierw muszę zapytać, czy w to wchodzisz. 

Nie zważając na porę łapię za telefon. 

– Cześć, możesz gadać? Kim jest ten Mark?

– Pisałem ci, redaktorem. Facet godny zaufania, moim zdaniem, znamy się od lat. Zawsze był uczciwy.

– Redaktor uczciwy?

– Coraz rzadsza rzecz, co? Gdyby nie był, to już dawno błyszczałby u szczytu kariery, bo facet ma łeb. Mógłby wykorzystać niejedną sytuację. Jasne, że głowy za to nie dam, aż tak głupi nie jestem, ale on może sporo wiedzieć o tym, co cię interesuje. Jak trzeba, potrafi być dyskretny.

– I tak ot mi powie?

– No nie koniecznie ot tak, ale możecie sobie pomóc nawzajem. Jeśli ta twoja eks jest umoczona w coś grubszego, a skoro miała ratować dupę Owena, musi być, to znajduje się w kółku zainteresowań Marka.

– Czyli? Konkretnie mi mów.

– Czyli stręczycielstwo, handel ludźmi, porwania i tak dalej. On te tematy śledzi od lat, zbierał na przykład materiały na temat rozbitej kilka lat temu mafii działającej na Wyspach, której przywódcami było dwóch Polaków. Przyczynił się w pewnym stopniu do jej rozbicia. Policja odtrąbiła międzynarodowy sukces, ale według Marka to była tylko jedna z wielu takich grup i w dodatku pomniejsza. Owen Kasarley jest chyba zaangażowany w coś dużo grubszego.

– Chyba?

– Słuchaj, Mark jest moim długoletnim kumplem, ale nie jestem jego spowiednikiem czy bliskim współpracownikiem, a on nie chlapie ozorem. Oczy mu się jednak zaświeciły, gdy powiedziałem, kim się interesujesz, jakie informacje chcesz pozyskać i że Grace to twoja była żona.

– Sporo mu powiedziałeś – nie jestem zachwycony szczerością Rafała. Właściwie bardzo negatywnie zaskoczył mnie swoim brakiem dyskrecji.

– Spoko stary, nie wydałem cię komuś, kto mógłby ci zaszkodzić, zaufaj mi. No może trochę zaryzykowałem, ale tylko tak mogłem zainteresować Marka. Inaczej nie miałby powodu, by z tobą gadać. Jestem pewien, że możecie pomóc sobie nawzajem. Nie powiedziałem mu, gdzie jesteś, jak się nazywasz, chociaż to ostatnie już pewnie sobie znalazł bez trudu. Dam ci namiar, jeśli się zdecydujesz, skontaktuj się z nim. Jeśli nie, ja mu kontaktu do ciebie nie dam. Twoja sprawa. Pamiętaj tylko, że u glin nic nie wskórasz, przynajmniej nie za moim pośrednictwem. Nie, żebym nie chciał pomóc, po prostu jestem na to za krótki.

– OK. Jak się nazywa?

– Mark Odonsky.

Oczywiście po rozmowie z Rafałem pierwszą rzeczą, jaką robię, jest wrzucenie do wyszukiwarki nazwiska redaktora. On, poznawszy moje, z pewnością bez najmniejszej zwłoki szybko zrobił to samo. Swoją drogą ciekawe, ile można znaleźć na temat Andyego Horna. Otwieram drugą zakładkę, by się tego dowiedzieć. Na szczęście wykreowałem tak nudną postać, że niewiele się znalazło, aczkolwiek z pewnością Mark potwierdził prawdziwość słów Rafała, co do mojego nieszczęsnego małżeństwa zakończonego rozwodem. Zastanawiające. Niby prywatne informacje szarego człowieka, a jednak tak łatwo do nich dotrzeć. 

    O Marku Odonskym natomiast znajduję kilka ciekawych informacji. Rzeczywiście jego nazwisko pojawia się, choć śladowo, w związku z zatrzymaniami sprzed kilku lat. Napisał o tym kilka artykułów, choć artykuł to chyba za duże słowo. Na pewno nie jest redaktorem z parciem na szkło. Co interesujące, ma polskie korzenie, chociaż urodził się w Anglii. Po tym, do czego się dokopałem, mogę zaryzykować stwierdzenie, że facet jest pracowity, inteligentny i skrupulatny, a jednocześnie ostrożny i bardzo dba o ochronę swojej prywatności. Ciekaw jestem czy wie coś o Grace i jej mrocznej stronie. W trzeciej zakładce wpisuję nazwisko zbira, które jakby nie było, Rafał zdobył od Marka i o tę informację jestem z pewnością do przodu. 

    Owen Kasarley. Nieciekawy typ. Klasyczna zakazana morda idealnie pasująca do roli przestępcy. Skazany za handel narkotykami odsiedział swoje, ale jak widać, z oferty resocjalizacyjnej nie skorzystał i raczej nie jest zbyt rozgarnięty, skoro dał się znowu złapać z dragami. Tyle oficjalnie. O, jeszcze dochodzą rozboje, drobne kradzieże sprzed lat i podejrzenie o sutenerstwo, jakieś pośrednictwo w załatwianiu lewej, niemal niewolniczej pracy nielegalnym imigrantom. Same ogólniki. Co dumna i zadzierająca nosa perfekcjonistka Grace mogła mieć wspólnego z takim indywiduum? Zobaczmy, czego mogę dowiedzieć się od Marka. 


– Mógłbyś mi wysłać SMS-em?

– Co? Nie ma mowy! Żadnych śladów. Gdyby ktoś się dowiedział… Zapisz sobie na jakiejś karteczce, a najlepiej po prostu zapamiętaj i zapomnij, że znasz ten numer ode mnie – nerwowo zaproponował Darek ściszonym głosem, jakby dawał mi namiary co najmniej na płatnego mordercę, a nie koleżankę z pracy.

– Czekaj chwilę, nie mam jak, zaraz będą światła.

– Jedziesz samochodem?

– Tak, a co?

– Sam? – z nerwów zaczyna mówić falsetem, aż zawibrowało mi w uchu. 

– Sam, sam, spokojnie, bez świadków – no może jeden jest. Siedzi obok mnie, ale wolę nie wspominać o tym Darkowi, bo jeszcze gotów uznać, że pies na niego doniesie. Tymczasem zadowolony Urwis zapamiętale świni nosem szybę. Właśnie jedziemy do weterynarza z rozwaloną łapą – Dobra mów – szczęśliwie dla sytuacji jest czerwone światło, wygrzebuję więc ze schowka długopis i z braku jakiegokolwiek papieru podciągam rękaw kurtki, by zapisać numer na ręce. Jest dobrze. Złapię trzy sroki za ogon: Kate, Marka i Arletę. Po zakończeniu rozmowy z Darkiem sprawdzam wiadomości. Jest odpowiedź Marka. Chce się spotkać. Dobre sobie! Chętnie, ale w grę wchodzi co najwyżej meeting online. Kierowcy z tyłu informują mnie swoimi klaksonami, że bardziej zielone nie będzie. No to ruszamy, mam nadzieję, że u lekarza nie będzie kolejki i zdążę przed pracą skontaktować się z Markiem.


33. Nowi znajomi

     „Nie ma problemu. Jutro wypełnię ankietę” – tylko tyle i aż tyle napisała Kate. Od razu zalogowałem się na profil Grace, mając przeczucie, że tam również   pojawi się wiadomość. Nie myliłem się. Kate najwyraźniej chciała sprawdzić, czy mówię prawdę. „Hej, dostałam ankietę od Luca Zee. Podobno z nim pracujesz. Zgadza się?” – napisała w prywatnej wiadomości do Grace. Naturalnie nie otrzyma odpowiedzi, co będzie w zasadzie potwierdzeniem moich słów, że urwała kontakt i jednocześnie pozwala założyć, iż Kate nie wie o jej rzeczywistym zniknięciu. Ciężko było mi zasnąć, zostawiając to wszystko. Miałem ogromną ochotę usiąść i odpisać czym prędzej jako Luc Zee, jednak co nagle to po diable jak mawiał dziadek Janek. 

    Z rana, niewyspany, obudzony przez zimne nosy i mokre jęzory, poganiany ogonami i stukotem niecierpliwych pazurów, wybiegłem czym prędzej w chłód poranka, by nie ulec i nie zasiąść do komputera. Po powrocie ze spaceru odpisałem i znowu czekałem na odpowiedź Kate niecierpliwie jak dzieciak na urodzinowy prezent. Zdecydowanie muszę wyluzować.

To cud, że nie dostałem dziś mandatu. Mnogość zamówień i kursów z żarciem sprawiły, iż dzień minął błyskawicznie. Ledwie zdążyłem wpaść do mieszkania, pognać znów z psami (sorry sierściuchy, że dziś tak krótko), wziąć prysznic i odpisać Kate, gdy Monika zaczęła popędzać mnie SMS-ami. 

Dawno nie byłem na domówce, zwłaszcza takiej, gdzie praktycznie nikogo nie znam, toteż czuję się dziwnie. Monika, obarczona wciąż gipsem, uwieszona na moim ramieniu przedstawiła mnie Uli, dzisiejszej solenizantce oraz ich wspólnym znajomym, których imiona usilnie próbowałem zapamiętać. Salon, w którym siedzimy, jest praktycznie takim samym pokojem, jak ten u mnie – tu podłużny stolik, rogówka, dwie pufy do siedzenia, wąski regał z książkami i szpargałami wypełniają skutecznie całą przestrzeń. Siedzimy z Moniką na krótszej części narożnika, ja wciśnięty praktycznie w róg, obok mnie Estera – siostra Ulki, dalej dziewczyna z imieniem na E (tyle pamiętam) i swoim chłopakiem Darkiem, potem siedzi Marcin, chyba Beata i jeszcze jedna dziewczyna, której z pewnością nie jest zbyt wygodnie na tym rozlewającym się stołku. Za naszymi głowami bezszelestnie i jakby w zwolnionym tempie przechadza się kot. Ula biega co chwilę do kuchni. Czekamy na pizzę (ta potrawa mnie prześladuje) domowej roboty, popijając piwo. W ciągu pierwszej godziny dowiedziałem się, że Monika, E. I Beata to koleżanki z pracy. Ciekawe, że dopiero teraz dowiaduję się, gdzie pracuje „moja” dziewczyna. Tak, chociaż na wstępie powiedziała im, że nie jesteśmy parą i tak jestem domyślnie traktowany jako jej nowy chłopak. Pracują w biurze tłumaczeń, gdzie Monika jest sekretarką, Ula tłumaczem niemieckiego, a ta trzecia zajmuje się finansami. Dziwne, że nie zapamiętałem jej imienia, jest najładniejsza z całego towarzystwa. Aromat dobiegający z kuchni wyraźnie mi mówi, że jedzenie jest już gotowe, zrywam się więc, by pomóc gospodyni w przyniesieniu pizzy, wszak nikt nie ma w tym takiej wprawy jak ja, a chciałbym zagadnąć ją na osobności.

– No pachnie, ale jeszcze minuta – ocenia przez szybkę piekarnika, obraca się w miejscu i sięga do lodówki po napoje – Monia mówiła, że to ty jesteś tym szczęśliwym znalazcą zwłok w lesie – o, jak miło, właśnie zastanawiałem się, jak podjąć temat.

– Tak, niezwykle szczęśliwym – uśmiecham się – to podobno była twoja sąsiadka.

– No, to chyba za dużo powiedziane, ale tak, mieszkała trzy klatki obok. To strasznie dziwne, że ktoś ją zamordował, wiesz ta świadomość, że kogoś, kogo widywałeś czasem na ulicy, zabito. Brr… Strach z domu wyjść. Ja bym na twoim i Moniki miejscu do tego lasu nie chodziła. Ciągle nie wiadomo kto to zrobił. Pewnie jakiś zwyrol. Przestaw te piwa może tam, bo muszę tu mieć miejsce. Tylko uważaj na tort. Nienawidzę tej cholernej małej kuchni, nie ma się gdzie ruszyć.

– Ona nie była stąd, prawda? – upycham butelki na parapecie i półce niebezpiecznie przy brzegu, po czym odsuwam się najbardziej, jak tylko się da, by zrobić jej miejsce, a jednocześnie pozostać w kuchni.

– Co? A ona. No nie, imigrantka, chyba z Ukrainy, tak mówią. Taka wiesz, cicha, spokojna, pomagała tu ludziom, zwłaszcza starszym. Przeróżne ploty o niej chodzą, ale wiesz, jak to ploty, przeważnie wyssane z palca, bo ludzie lubią szukać sensacji tam, gdzie ich nie ma. Jasna cholera, weź mi podaj tamtą ścierkę za tobą – syknęła dotknąwszy piekarnika – A ty podobno się nią interesujesz, tak?

– Przypomina mi kogoś.

– Nie mów! Znałeś ją osobiście?

– Nie, mówię tylko, że mi kogoś przypomina, no i trochę wstrząsnęło mną jej martwe ciało, chciałbym, żeby znaleźli tego, kto to zrobił. Znasz kobietę, u której mieszkała?

– No jasne. To znaczy jasne, że byś chciał, każdy by chciał, a tej to nie, nie znam. No tyle, co z widzenia, jak każdego z ulicy. Dobra, weź rękawice i zanieś pierwszą do pokoju – no to się dowiedziałem – Zróbcie tam miejsce, pizza idzie! 

– Ale wiesz, Darek powinien ją lepiej kojarzyć – mówi, gdy wracam po chwili.

– Darek – wskazuję ręką w kierunku pokoju – Ten Darek?

– No, chłopak Emilii, pracuje w opiece społecznej jak tamta. To znaczy on w biurze a ona w terenie raczej, inny dział, ale może będzie wiedział, skąd się Ukrainka u tej wzięła. Ta jest bez szynki, postaw bliżej Beaty i Aśki, one są wege.

    Jemy, pijemy, gadamy o pierdołach, w tle przyjemna muzyka, czekam na odpowiedni moment, by zagadać Darka, gdy już wszyscy będą bardziej wyluzowani, a dziewczyny przestaną przekrzykiwać się nawzajem. Darek nie wygląda mi na zbyt gadatliwego, niestety. Wlewam w siebie trzecie piwo, zakładam, że reszta podobnie, gdy znów Ulka przychodzi mi z pomocą (już ją lubię), przypominając sobie, o czym rozmawialiśmy w kuchni i zagadując Darka. Okazuje się, że wszyscy wiedzą o Orianie i każdy ma swoją teorię na ten temat, więc zanim Darek powie coś konkretnego, dyskusja o prawdopodobnych i zupełnie fantastycznych scenariuszach rozkręca się na dobre. Kot zwinął się w kłębek na moich kolanach.

– A co ty myślisz? W końcu to ty ją znalazłeś – nieoczekiwanie pada pytanie i wszyscy milkną, patrząc na mnie.

– Zgadza się. To było przykre wydarzenie – nie bardzo wiem, czego ode mnie oczekują. Szczegółów?

– Kurcze, nigdy nie widziałam trupa, w sensie, żeby na żywo, yyy… to znaczy oczywiście nie żeby żywego, bo jednak trup, ale wiecie tak no… z bliska – siostra Ulki najwyraźniej już nieźle ma w czubie – sorry, że tak zapytam, ale miała otwarte oczy?

– Opanuj się Estera, będzie Leoś miał potem koszmary. I bez tego pewnie ma traumę. Ty jej Darek nie znałeś? – Ula zwalnia mnie z odpowiedzi.

– Ja? A niby skąd? – zaskoczony pytaniem Darek prostuje się na tyle, ile pozwala zapadająca się pod nim sofa. Poprawia okulary i pociąga łyk piwa.

– Pracowałeś z tą, jak jej tam, no wiesz, tą taką, co zajmuje się imigrantami. Dziewczyna Leosia u niej mieszkała – niezły skrót, przyznaję.

– Arletą Wiązer? Nie pracuję z nią. Ja w kadrach siedzę.

– No wiem przecież, ale chyba ją kojarzysz, nazwisko nawet znasz – Ulka się niecierpliwi – co o niej wiesz?

– No… nie wiem. Ona rzadko bywa. Jako pracownik socjalny opiekuje się kilkoma rodzinami, tyle wiem. Mało ma podopiecznych, bo zdaje się na pół etatu.

– No a ta Ukrainka?

– Co z nią? – Darek wzrusza ramionami – Nie była od nas. Gdyby była i by została zamordowana, całe biuro by huczało. Ja nic nie wiem, nie interesuję się życiem prywatnym…

– No dobra, dobra, czyli ona nie mieszkała u tej Wiązer z ramienia OPS-u.

– Nie no, skąd. Tak się nie robi. Nie mamy jej w rejestrze, a co Wiązer robi w swoim prywatnym czasie i kogo gości w domu, to przecież nie nasza sprawa – wzrusza ramionami, jakby urażony insynuacjami.

– Znasz może kogoś, kto mógłby wiedzieć, dlaczego tamta dziewczyna u niej mieszkała? – pytam.

– Trudno powiedzieć, mogę popytać, ale ona raczej się w pracy z nikim nie przyjaźni, to taka cicha kobieta, której praktycznie nie widać. Gdyby nie to wydarzenie, pies z kulawą nogą, by się nią nie zainteresował. Teraz w sumie ludzie trochę ją na języki biorą – Darek otwiera następne piwo, rozkręca się – Nie wiem, czy ona teraz nie odejdzie, bo jest właściwie od kilku lat w wieku emerytalnym, a ta sensacja na pewno nie stawia jej w dobrym świetle.

– Dlaczego? Co ona ma z tym wspólnego? Przecież tylko pomagała dziewczynie – oburza się Marta, aż postukuje gipsem. Kot obudził się, wyprężył, fuknął i zwinął z powrotem, tym razem odwracając do niej tyłem. Jest niesamowicie lekki, ale grzeje zupełnie jak Tola.  

– No tak, ale szum się zrobił, ludzie plotkują, a ona to raczej nie jest typ, co lubi być na cenzurowanym – dodaje Ulka.

– No a co policja na to? – dziewczyna Darka, jak jej było… na E., wtrąca pytanie.

– Pytają, na pewno Wiązer wezwali więcej niż raz, bo kierowniczkę rejonową też, ale oni przecież nic nikomu nie powiedzą – Darek chyba jest najtrzeźwiejszy z towarzystwa, patrzy na mnie badawczo, jakby zastanawiał się, co mi powiedzieć – Jeśli chcesz coś wiedzieć, musiałbyś z nią bezpośrednio porozmawiać. Tylko nie wiem, czy cokolwiek ci powie. Wiesz, to nieoficjalne i w zasadzie cholera wie, czy jest w tym jakakolwiek prawda, ale słyszałem, że Wiązer kiedyś była mocno zaangażowana w pomoc uchodźcom, ale nie takim zwyczajnym, tylko ofiarom przemocy, dziewczynom zmuszanym do pracy prostytutek i tak dalej, współpracowała z policją. Chodzą słuchy, że ta dziewczyna uciekła z jakiegoś burdelu, ukrywała się u niej, ale nie wiem, na jakich zasadach i czy w ogóle tak było.


– Takie samo? – pytam Darka w kuchni, jakie piwo wyjąć mu z lodówki, gdzie wyciągnąłem go pod pretekstem wymiany pustego szkła na pełne – Ta dziewczyna mi kogoś przypominała, jakbym ją już kiedyś gdzieś widział, dlatego nie daje mi to spokoju.

– Mówiłeś o tym policji?

– Jasne – kłamię – ale samo wrażenie niczego nie wnosi. Może gdybym porozmawiał z tą babką… Monika twierdzi, że nawet mi drzwi nie otworzy.

– Ma rację. To bardzo nieufna kobieta, taka megazamknięta w sobie. Nie powinienem, teraz są takie przepisy, że… ale jak ci bardzo zależy, mogę załatwić jej numer, a ty już sam wymyślisz, żeby nie rozłączyła się od razu. Tylko nie mów, że ode mnie masz. Mógłbym mieć kłopoty.

– Kurcze, stary, to by było coś. Trapi mnie ta sprawa. Może pomogłaby mi sobie przypomnieć i wnieść coś do sprawy. Dzięki wielkie.

– No spoko, tylko jakby co, to ja nic nie wiem. Za wynoszenie danych pracowników z pracy…

– Jasna sprawa – przerywam mu – Możesz na mnie polegać. Wklep sobie mój numer.


Jestem niemal zupełnie trzeźwy po przyholowaniu Moniki do domu. Prowadzić człowieka z nogą w gipsie oraz tylko jedną kulą, bo „po co brać drugą, skoro jedziemy autem”, to sztuka i kawałek, a jeśli ów człowiek do tego jest nawalony jak ruski plecak, a w dodatku wymachuje swoim szczudłem jak Gene Kelly w Deszczowej piosence parasolkąto wyczyn godny medalu. Jakoś nie przyszło nam do głowy wcześniej, że wracać już przecież nie będziemy samochodem. Ulka miała iść z nami i wyprowadzić Hrabka, ale zdecydowała, że odprowadzi siostrę na przystanek, bo ta, choć ma sprawne wszystkie kończyny, to ledwie stała, a uparła się jak wół, że nie chce taksówki, bo ma jakiś uraz czy coś. Dzięki temu mam jeszcze na głowie psa Moniki. 

– Pójdziemy raaazem, soo będziesz dwa razy latał – Monika ani myśli zdjąć płaszcza – Mosze i mam nogę w gipsie, ale nie jesem kaleką!

– Dobra, dobra, skorzystam z twojej toalety i idę z psem – sadzam ją na kanapie, jak wielką lalę.

– A proszsz cię bardzo. Zaszekam tu, ale idziemy razem – grozi mi palcem – Wiesz, Leoś, ty jesteś taaaki kochany… Nawet Kita cie polubiła.

Spędziłem w kiblu jakieś dwie minuty, podczas których zdążyła zasnąć i chrapie w najlepsze. Przykładam palec do ust, patrząc na uradowanego Hrabka. Nie ma opcji, bym go ubierał w te fatałaszki, biorę obrożę i smycz. Pies, który zwykle skacze i szczeka przed wyjściem na spacer, tym razem doskonale mnie rozumie i tylko zawzięcie merda ogonem. Chociaż pewnie teraz nawet seria wybuchów nie obudziłaby Moniki.

32. Poszukiwania rozpocząć czas

    To, czego dowiedziałem się od Rafała, komplikuje absolutnie wszystko. Nie ma opcji, bym ot tak zgłosił się na policję. Musiałbym to zrobić tu w kraju, a ci choćby na podstawie mojego zdjęcia jako Horna mogą skojarzyć mnie z prawdziwym nazwiskiem. Nawet jeśli nie dziś, to jutro czy za pół roku, zwłaszcza że nie wiem, jak się sprawy potoczą. Najlepiej byłoby pojechać tam i bezpośrednio, co obecnie jest wykluczone, wyjaśnić, że od dawna się z nią nie widziałem i nie mam już zupełnie nic wspólnego. A gdyby tak znaleźć Grace przed nimi? Ciekaw jestem, co by powiedziała na to, że natknąłem się na jej koleżankę martwą w polskich krzakach. Mam ochotę dorwać ją i wydusić z niej wszystko, a jestem pewien, że sporo by tego było. W Dudley jestem spalony. Nikt nie będzie chciał ze mną gadać i zaraz doniosą policji, że wypytuję. Odpada. Żeby tak znaleźć punkt zaczepienia…

    Jak na autopilocie sypię suchą karmę do misek i idę zrobić sobie kolację. Hm… a ta przyjaciółka z Nottingham? Jak jej było? Kate? Jeśli rzeczywiście przyjaźniły się wiele lat, to nawet jeżeli Grace ją wykorzystywała, nie mówiąc wszystkiego, coś może wiedzieć. Musiałbym też poznać nazwisko gościa, dla którego szantażowała prokuratora. Ciężko będzie bez kontaktów… Cholera jasna, czuję się jak ślepiec. Miałem już nigdy tego nie robić, a tymczasem dochodzę do wniosku, że nie mam innego wyjścia jak samemu dokopać się do informacji, co legalne nie będzie. Po kolei, a właściwie od tyłu. Najpierw muszę zidentyfikować prokuratora z tej afery. Trzeba będzie odświeżyć stare umiejętności. Stąd nie dostanę się jednak tam, gdzie bym chciał, wyjazd odpada, zatem zostaje internet. Czas zadbać o szczyptę anonimowości, łączę się więc przez szyfrowany tunel, na razie to powinno wystarczyć, a następnie rozpoczynam poszukiwania. To będzie długi wieczór. 

– Cześć Leoś – odbieram szybko, myśląc, że to Rafał coś sobie przypomniał, tymczasem słyszę głos Moniki.

– Coś potrzebujesz? – w roztargnieniu pytam dość ostro.

– Ojej, ja nie w porę? Coś się stało? – troska głosie aż się ulewa.

– Nie, nic, zamyślony byłem – tylko rozmówek z nią mi teraz brakuje.

– Acha, bo wiesz, ja chciałam się upewnić, że pójdziesz ze mną jutro do Ulki. Na imprezę, mówiłam ci już, pamiętasz? To blisko, ale wiesz… moglibyśmy podjechać twoim. Rozmawiałam z nią o tobie. Wiesz, o tym, że to ty znalazłeś tamtą martwą w lesie i powiedziałam, że chciałbyś pogadać z  babką, u której mieszkała, bo interesujesz się sprawą – chcę ją zbyć, ale teraz zmieniam zdanie. Nie odpowiadam od razu, więc Monika zachęca dalej – Ulka powiedziała, że spoko, kobieta jest osobliwa, ale czasem zamieniła z nią kilka słów, no i z tamtą Rosjanką – Ukrainką, do cholery, wołam w myślach – też była na „dzień dobry”. Może cię do niej zaprowadzić czy coś, żeby nie zatrzasnęła ci drzwi przed nosem, jakbyś przyszedł sam.

– Świetny pomysł. To, o której po ciebie zejść?

Nottingham, Kate, Rafał, Grace i cały ten burdel musi poczekać. Być może Oriana byłaby jakimś źródłem informacji, ewidentnie znała przecież Grace. Byłaby, gdyby nie była tak bardzo... martwa. Paradoksalnie, bez jej zwłok, których widok utkwił mi w głowie jak niemożliwa do wydobycia drzazga, nie niepokoiłbym się tak bardzo, a zniknięcie eks miałbym w nosie.  Zapewne do czasu…  Zobaczymy, co wie, a właściwie co ja mogę wyciągnąć z tej, u której mieszkała Ukrainka. Nie zdziwię się, jeśli nic. Nagle wszystko to wydaje mi się idiotyczne i zarazem zabawne. Co za burdel urządziła Grace, że ciągnie się za mną aż tutaj? Cholera, może sama jest w tym wszystkim ofiarą, jednak nie potrafię o niej myśleć w tych kategoriach. 

Po namyśle, by nie tracić czasu, postanawiam odnaleźć Kate przez internet. Wszak mam jej poprzedni adres i na pewno znała się też z kilkoma osobami z Dudley czy Birmingham. Może znajdę ślad na portalach społecznościowych. Wciągam się, zaczynam kopać za informacjami o Grace i jej powiązaniach. Zaczynam od serwisów, tego, co można znaleźć dzięki przeglądarce. Może „Kate” to popularne imię, ale tę konkretną nietrudno zidentyfikować. Na stronie Perryfields High School znajduję listę uczniów, według której w grupie mojej eksżony były dwie Kate, wyszukuję więc obie i bingo. Tylko jedna pasuje – Kate Wanson. Figuruje w nieaktualnym już raczej i zapomnianym, bo zupełnie niezabezpieczonym spisie najemców wspólnoty mieszkaniowej z Nottingham.  Nie ma przy nazwiskach dokładnych adresów, ale rejon się zgadza z tym, w którym jej szukałem i odbiłem się od drzwi pamiętnej soboty. Grace wciąż ma ją wśród znajomych na Facebooku – skąpy profil bez zdjęć, bez danych. Nie wiem, co Grace naopowiadała jej o mnie, jak często rozmawiały w ostatnich latach i w ogóle jak blisko były, ale na pewno nie kontaktowały się przez FB. Zalogowany przez VPN na konto Grace myszkuję pracowicie, sprawdzając ślady. Nie używały tego kanału, by się umawiać czy choćby rozmawiać, chociaż Grace chętnie korzystała z tej formy przy kontaktach z naszymi wspólnymi znajomymi lub tymi z pracy. Istnieje zatem szansa, że Kate niewiele o mnie wie i nie będzie z góry negatywnie nastawiona. Jakby ją tu… hmmm… zakładam nowy profil do kontaktu. Muszę „zbudować” mu jakąś historię, by był wiarygodny i nie wzbudzał wątpliwości. 

Skończyłem zarzucać pierwszą przynętę, toteż pozostaje mi uzbroić się w cierpliwość i wziąć pod uwagę, że Kate wcale się nie odezwie. Zamiast bezproduktywnie czekać, zabieram się za poszukiwanie newsów o zniknięciu Grace, by ustalić nazwisko jej ostatniej niedoszłej ofiary, czyli prokuratora, o którym pisano w skąpym artykule na Birmingham Live.

Anthony Rodey istotnie miał dla Grace nagiąć literę prawa, aby uratować własną skórę, lecz nieoczekiwanie został chwilowym bohaterem, który nie uległ presji. Materiałów mało, same ogólniki. Słabo. Trzeba będzie pokopać głębiej, a to oznacza konieczność lepszego przygotowania i niestety będę musiał wykorzystać trochę bardziej Rafała. Nikt inny nie przychodzi mi do głowy. Niejaki Owen K. został zatrzymany z woreczkiem metaamfetaminy w kieszeni i w obawie przed mataczeniem w sprawie postanowiono o dalszym, tymczasowym areszcie. Jego wniosek o zwolnienie za kaucją miał być ceną za milczenie Grace. Prokurator miał jedynie nie wyrazić sprzeciwu. Starania Grace nie przyniosły jednak rezultatu i nie tylko Owen K. pozostał w areszcie, lecz również ona miała tam się znaleźć, gdyż jej działania wskazywały jednoznacznie na powiązania ze środowiskiem. Nakaz aresztowania i wizyta policji w mieszkaniu, gdzie niegdyś tak bardzo chciałem odnaleźć szczęście, okazały się daremne, bo po Grace nie było śladu. Ciekaw jestem, jak długo kaktusy wytrzymają bez wody.  A może zabrała je ze sobą? Do niej to całkiem podobne. To tyle, jeśli chodzi o „newsy” ogólnie dostępne, a ja chciałbym wiedzieć, kim jest ów Owen K. Niestety do akt sprawy czy choćby raportów z zatrzymania nie mam dostępu przez internet, choćbym nie wiem, gdzie wlazł. I tu będę musiał wykorzystać kumpla. 

– No cześć, wiem, że jest późno. Możesz gadać? – nie zastanawiając się, dzwonię do Rafała i orientuję, że już prawie dwudziesta trzecia.

– Jasne. Właśnie skończyłem czyścić pompę i zbieram się do domu.

– Jak zwykle w garażu siedzisz do nocy?

– To nie garaż, tylko warsztat – śmieje się – O, faktycznie późno jest. Co potrzebujesz?

– Stary, grubsza sprawa. Nie wiem, czy powinienem cię o to prosić, więc sam zadecydujesz, czy to zrobisz. W razie czego rozumiem.

– Ocho, poważnie zabrzmiało. Wal.

– Potrzebowałbym dostać się do policyjnych raportów i ogólnie bazy w Birmingham. Wiesz, żeby dowiedzieć się, w co tak naprawdę władowała się moja eks.

– O… kay, jak miałbym ci w tym pomóc? – już z większą rezerwą pyta Rafał. Mam wrażenie, że widzę, jak zatrzymał się ze zmarszczonym czołem podczas zamykania drzwi.

– Chodzi o zainstalowanie programu dającego dostęp do zasobów. Najlepiej na komputerze komendanta.

– W Poole?

– Właśnie nie. W Poole nie warto ryzykować. W Birmingham.

– Stary, ja się nie znam na takich rzeczach. Jak miałbym to zrobić? Ja…

– Wystarczy wpiąć pendrive’a na chwilę, ale trzeba tam być i jakoś to zaaranżować.

– Stary, w Poole może bym to jakoś miał szansę ogarnąć, ale tam? – jestem pewien, że właśnie drapie się w czubek głowy. Milknie, cisza zaczyna się przedłużać i już nabieram powietrza, by powiedzieć mu, aby zapomniał, to bez sensu, gdy słyszę – Chociaż właściwie mógłbym spróbować. Pamiętasz tego gościa, któremu robiłem wyposażenie? Tego, co tak się chwalił, a może ciebie już nie było? Nie, musiałeś być, przed twoim wyjazdem się zgłosił.

– Pamiętam, miałeś mu zamienić zwykłą kabinę w pięciogwiazdkowy hotel, śmialiśmy się, że najpierw musiałbyś wrzucić granat, żeby powiększyć tę zatęchłą dziuplę.

– Tak! Właśnie. Trochę to trwało, ale zrobiłem, co się dało i wierz mi, wyszło cacko, aż sam nie mogłem się nadziwić. Gdyby jeszcze zapłacił. Dostałem zaliczkę, całkiem ładną, nie przeczę, lecz uśpiła moją czujność. Na zaliczce się skończyło, a robota warta razy trzy. Byliśmy umówieni na rano, a ten, wyobraź sobie, zwiał. Raz odebrał telefon, że niby wypłynął na próbę, skontaktuje się, nawet numer konta wziął, wpłacić miał, żebym nie musiał czekać i od tej pory ani jego, ani kasy, ani nie odbiera. A jak gadaliśmy wcześniej, to mówił, że jest z okolic Birmingham, nie stricte stamtąd, nawet nie pamiętam, ale wiem, że mi mówił i nawet skojarzyłem, że chłop z tych okolic, z których ty przyjechałeś. Cholera, może nawet to wpłynęło na mój zwiększony kredyt zaufania, chociaż to strasznie głupie jest, bo co ma do rzeczy…

– Złożyłeś zawiadomienie? O tym, że ci nie zapłacił?

– Jasne. Tylko tutaj. Na razie cisza, ale mógłbym teoretycznie być niecierpliwy, pojechać do Birmingham i pod pretekstem, to w sumie była spora suma, a na razie gościa ni widu, ni słychu, no wiesz, tylko nie wiem, czy tak od razu dopcham się do głównego komendanta. Wiesz, procedury… 

– Coś wymyślimy – cieszę się jak dziecko, choć w zasadzie nic jeszcze nie jest pewne – Grunt, że mamy punkt zaczepienia.

    Po rozmowie z Rafałem idę z psami, chociaż nie wyglądały na zainteresowane. Zapewne położyły lagę na późnowieczorny spacer, widząc, że utknąłem przy komputerze i poszły spać na dobre. Pozbierały się mimo to, nie mają ze mną lekko.

    Myśli kotłują się w mojej głowie, nie wiem, czy zasnę, chociaż naprawdę mam już dosyć i czuję, że ciągnę resztkami. Podchodzę do komputera, by wszystko powyłączać, gdy widzę powiadomienie o odpowiedzi. Od Kate Wanson. 

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...