31. Skrzynka Pandory


    Dawno nie zaglądałem do mojej wciąż aktywnej „hornowej”, czyli tej, którą się posługiwałem, gdy byłem Andym Hornem w Poole, skrzynki mailowej. Poprzedni adres e-mail używany w Dudley całkiem skasowałem, co było nieodzowną częścią procesu zamykania rozdziału. W Poole wylądowałem po ucieczce od Grace. Chociaż nie musiałem pryskać z portowego miasteczka i bezpowrotnie się odcinać, potraktowałem czas tam spędzony jak kolejny zakończony etap. Wszak pozostawiając je w tyle, porzuciłem nawet fałszywe nazwisko, by na nowo zbudować sobie życie z... następnym fałszywym. Chwilami mam wrażenie, że w kółko popełniam te same błędy, kręcąc się w tym schemacie odcinania życiowych kuponów i tylko wszystko się komplikuje.

Poole. Doceniłbym to miasto pewnie dużo bardziej, gdybym umiał wtedy żyć. Pojechałem tam w ciemno. Zaszyłem się w obskurnym, wynajętym z pierwszego ogłoszenia, na jakie trafiłem mieszkaniu i spędzałem całe wieczory, nieraz noce na włóczeniu się wzdłuż portu, piciu w portowych knajpkach. Głęboką nocą lub nad ranem doczołgiwałem się do skrzypiącego łóżka i przesypiałem dni, by po południu znowu ruszyć do baru celem leczenia kaca, użalania się nad sobą i wydawania kradzionych pieniędzy. Taki byłem twardziel. Właściwie, gdyby nie Rafał, pewnie będąc w stanie nieważkości, wpadłbym w końcu do wody czarną nocą i utopiłbym się, o ile wcześniej nie zrobiłbym tego samego w alkoholu. Pies z kulawą nogą, by nie zauważył. Rafała poznałem naturalnie w barze, do którego on wpadał czasem na szybkie piwko po pracy, a ja, bo z tego jeszcze mnie nie wyrzucili. Zwrócił na mnie uwagę, ponieważ dobrze wstawiony, zacząłem paplać do cierpliwego barmana po polsku. Do dziś nie mam pojęcia, o czym rozmawialiśmy, ale szybko wyznałem Rafałowi, że jest moim najlepszym przyjacielem i w przypływie uczuć – wszak nie często spotyka się rodaka, który chce wysłuchać pijaka – zacząłem opowiadać mu o sobie. Gdy otrzeźwiałem następnego południa, zaholowany uprzednio przez nowego znajomego do domu, wpadłem w panikę, ponieważ nie pamiętałem, ile mu naopowiadałem i co może z tego wyniknąć. Kim jest Rafał, gdzie pracuje, co robi, a najważniejsze – co zrobi z informacjami, którymi tak ochoczo podzieliłem się z nim poprzedniego wieczora. Nim ruszyłem się, by go odnaleźć, ewentualnie ukryć się lub zwiać, gdzie pieprz rośnie, zapukał do moich drzwi. Na szczęście okazało się, że niewiele z mojego pijackiego bełkotu zrozumiał, zwłaszcza że tamtego wieczora sam całkiem trzeźwy nie był. Podobno też mi o sobie co nieco powiedział, ale ja, tak zapatrzony w swoje żale, niczego nie zapamiętałem. Nieoczekiwanie poczułem się więc niezręcznie z innego powodu. Wkrótce jednak i tak zostaliśmy całkiem dobrymi kumplami, chociaż bardzo się od siebie różniliśmy, a ja wciąż miałem swoje tajemnice i nieraz czułem się jak dwulicowy skurwysyn, który gra biednego nieudacznika, podczas gdy mógłby odwdzięczyć się i pomóc drugiemu człowiekowi przynajmniej finansowo. 


Rafał był jak z innego świata. Mąż, ojciec czwórki dzieciaków, zapracowany od rana do wieczora, by utrzymać rodzinę, z marzeniami… Wiecznie coś kombinował, dorabiał na lewo, planował, gonił za każdym funtem, a gdy umyślił sobie jakąś nową robotę, liczył kasę, zanim ją zarobił i już planował, na co ją wyda. Pracował głównie w porcie, codziennie kręcił się wśród dziesiątek jachtów, statków, motorówek i opowiadał, że pewnego dnia kupi taki jacht. Choć leżało to wciąż w sferze dość odległych pragnień, wiedział doskonale, kto planuje sprzedać, za ile, kiedy i mówił, że jeszcze trochę uzbiera, dorobi, dobierze kredytu i to on będzie szczęśliwym nabywcą. Nie zrażało go, gdy ktoś inny zostawał nowym właścicielem upragnionego jachtu, bo zwykle miał już na oku inny, lepszy. W porcie było tego mrowie. Nic mu nie powiedziałem, że mam tyle pieniędzy, iż mógłbym mu od ręki za gotówkę kupić najbardziej wypasioną łajbę, ale gryzło mnie to gdy widziałem jego codzienną szarpaninę i wciąż te marzenia, które napędzały go, ale ich realizacja wciąż była zupełnie nierealna. No ale co miałem zrobić? Dać mu worek z nielegalnie zdobytą kasą i opowiedzieć jej historię czy nakłamać, że wygrałem na loterii albo w spadku dostałem? Może nie poszedłby na policję, ale na pewno straciłbym kumpla. 
W sumie sporo o sobie opowiedziałem Rafałowi, wyłączając po części moją prawdziwą rodzinę i powód (choć nie ten najistotniejszy) wyjazdu z Polski. Trochę pominąłem, wiadomo, gdy już się zacznie żyć w kłamstwie, niełatwo nagle być całkowicie szczerym. Nawet nie mógłbym. Wiedział zatem o Grace, myślał, że nazwisko mam po dziadku Brytyjczyku, a w Anglii szukam korzeni i lepszego życia, uciekłszy uprzednio od rodziny, która miała wobec mnie wygórowane oczekiwania. To dzięki nowemu przyjacielowi  wylądowałem na kozetce u Johansona i uwierzyłem, że jeszcze mogę coś zrobić ze swoim życiem. Wciąż mam szansę. 
Adres mailowy Andiego Horna założony w Poole nadal działa. Pośród nic nieznaczących wiadomości, znajduję mail od Rafała i robi mi się głupio, bo przecież mieliśmy być w kontakcie. Takie jedno odstępstwo od kolejnego odcięcia kawałka życia. Pisał prawie miesiąc temu. Nawet mu cholera życzeń noworocznych nie złożyłem. Taki kolega jestem. Rad nierad czytam. 
Stary, mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku i to, że się nie odzywasz, to dobry znak. Miałeś nosa z tym wyjazdem. Wiesz, że nie byłem co do tego przekonany, ale cieszę się, że nie odwiodłem Cię od tej decyzji. Prawdopodobnie jeszcze nie wiesz, bo to raczej lokalne brytyjskie serwisy o tym piszą, a tych, jak Cię znam, nie śledzisz. O twojej byłej zrobiło się głośno. Jeśli jest w tym ziarno prawdy, to niezłe z niej ziółko. Serio, stary, dobrze, żeś się z nią rozwiódł. Podobno szantażowała jakiegoś prokuratora, uwiodła go, potem porobiła foty i groziła, że je wyśle żonie i współpracownikom. Żądała wycofania oskarżenia jakiegoś gościa, na którego mają ponoć mocne dowody, że jest umoczony w handel ludźmi. Nie trafiła, bo prokurator i tak jest już w trakcie rozwodu i nie dał się. Mieli ją zgarnąć, ale zniknęła. Więcej nie piszą, bo jak zwykle wszystko jest owiane tajemnicą. W każdym razie szukają jej. Wiem, że ona jest ostatnią osobą, o której chciałbyś myśleć, ale uznałem, że muszę Cię uprzedzić, bo niewykluczone, że i o ciebie będą pytać, w końcu byłeś jej mężem, a praktycznie też zniknąłeś. Na razie cisza. Napisz mi co mam mówić w razie czego. Trzymaj się stary.
Zajebiście. Gorączkowo przebiegam wzrokiem po pozostałych wiadomościach, z których większość, to oczywiście spam. Jest i drugi mail od Rafała.
Cześć stary, nie chcę Cię niepokoić, ale Bill, od którego wynajmowałeś mieszkanie, pochwalił się facetowi, któremu remontuję łajbę, że pytali o ciebie. Chcieli z tobą gadać. Nie wiem dokładnie, bo to jednak z drugiej ręki, ale ponoć pytali też, czy Grace Cię odwiedzała w Poole, czy ktoś ją tu widział i co o niej mówiłeś. Bill, rzecz jasna, nic nie wiedział, nawet o tym, że Ty po rozwodzie. Ron, ten od łajby, nie wie, czy Bill coś mówił, że się znamy, ale nie zdziwię się, jeśli i do mnie dotrą. Daj znać, co mam mówić. Wiesz, że bez twojego przyzwolenia nie pisnę pary z ust, ale kłamać też nie chcę. Na razie. 
Spociłem się jak szczur, nim doczytałem do końca. To wiadomość sprzed ponad tygodnia i więcej nie pisał. Cholera jasna. Mam ochotę wypieprzyć tę skrzynkę w kosmos i udawać, że nic w niej nie było. Jeśli angielska policja szukała mnie i dotarła donikąd, bo Andy Horn zniknął z powierzchni ziemi, to raczej nie przejdzie nad tym do porządku dziennego, tylko zacznie węszyć. Jeszcze mi przypiszą jakiś współudział. W co ta pieprzona Grace się wpakowała? Uwodzenie i szantażowanie w sumie byłoby do niej podobne. To by nawet tłumaczyło te jej sobotnie romanse, ale po to, by ratować tyłek jakiemuś przestępcy? Dla kasy? Wątpliwe – nie była pazerna, chyba że wymyśliła sobie jakiegoś kaktusa nie z tej ziemi i nie było ją na niego stać. Nie zastanawiając się wiele, łapię za telefon i dzwonię przez apkę do Rafała. Odbiera błyskawicznie, choć jeszcze nie wie, że to ja. 
– To ja – od razu poznaje mnie po głosie, więc bez zbędnych wstępów przechodzę do rzeczy.
– Stary, no trudno powiedzieć, tak normalnie przecież nikt o tym nie trąbi, ale ta twoja była chyba się jeszcze nie znalazła. Miałem do ciebie znów pisać, tylko nie wiedziałem, czy jest sens, bo nic nie odpisałeś.
– Dopiero dziś zajrzałem do skrzynki. Nic nie wiedziałem – mówię zgodnie z prawdą.
– No to masz wyczucie. Wczoraj zawędrowało do mnie dwóch detektywów. Pewnie ktoś im powiedział, że się kumplujemy. To w końcu małe miasto. Pytali, dokąd wyjechałeś i takie tam, ale sami nie chcieli mi nic powiedzieć, wiesz, w sensie, o co chodzi, po co pytają.
– Co im powiedziałeś?
– Nic. Nie wiem przecież, gdzie dokładnie jesteś. Szkoda, kurcze, że mi na maila nie odpisałeś. Niby nic nie powiedzieli, ale najwyraźniej zadowoleni też nie byli. Na moje oko, to oni jakoś wiążą jej zniknięcie z twoim, może myślą, że jej pomagasz. Ale, ale, spokojnie, stary, powiedziałem im, że znam historię: rozwiedliście się, bo żona cię zdradzała i odkąd tu przyjechałeś, ani razu nie kontaktowałeś się z nią, ani nic w tym stylu, więc niemożliwe, żebyś jej w jakikolwiek sposób pomógł. Odciąłeś się od niej zupełnie.
– Co oni na to.
– No właśnie nic. Kamienne twarze. Trudno rozgryźć, co sobie myślą pod tymi czapkami.
– No właśnie… cholera.
– Stary, jeśli chcesz mojej rady, to powiem ci, że powinieneś sam się z nimi skontaktować.
– Zwariowałeś?
– Serio, przecież nie masz nic wspólnego z aferami tej swojej eks, prawda? Czysty jesteś, więc lepiej niech nie tracą sił na fałszywe tropy.
– Teoretycznie masz rację – z jednej strony ryzykowne posunięcie, ale z drugiej, im intensywniej będą mnie szukać sami, tym głębiej mogą się dokopać. Dokumenty Andiego Horna są jak spod igły, jednak nie wiem, jakie możliwości ma policja i jak dokładnie mnie sprawdzają. Gdzie mogła podziać się Grace? Gdyby się znalazła, przestaliby się mną interesować.
– Halo?
– Jestem, jestem, myślę. Słuchaj, Rafał, nic nie rób, nie mów niczego glinom, ani, że ze mną rozmawiałeś, ani nic. Zastanowię się i zadzwonię. Dzięki za wszystko!

30. Z Moniką

    Robota! Zapomniałem na śmierć! Wibrujący telefon przypomina mi, że za pół godziny mam być w pizzerii. Zabiją mnie. Biorę głęboki oddech i wybieram numer. 
– Cześć Eliza, dziś mnie nie będzie, nagły wypadek, także kombinuj kogoś innego – mówię tonem nieznoszącym sprzeciwu – Tak, w pewnym sensie miałem wypadek i jestem teraz w szpitalu, może po południu dojadę, to go zmienię. No dzięki, pa.
Siedzimy już trzecią godzinę, czekając na ortopedę. Jest tylko jeden. Zajmuje się jednocześnie pacjentami na oddziale i tymi tutaj, na SORze. Paranoja. Okoliczności przyrody sprawiły, że nie tylko Monika trafiła tu w niedzielny poranek. Przed nami całkiem spory tłumek, a za nami ustawiają się następni. Nikt już nie dba o dystans i zajmowanie co drugiego krzesełka. 
Blada jak ściana Monika siedzi, opierając głowę o ścianę i gapi się bezmyślnie na przeciwległą. Widać, że ją boli. Wreszcie idzie lekarz. A w zasadzie biegnie, wie, że tu na dole czeka go huk roboty. W spojrzeniach pacjentów miesza się ulga – bo wreszcie przyszedł i może coś się ruszy – z potępieniem – jak on mógł kazać tak długo na siebie czekać. W pierwszej kolejności woła tych, którzy mają już wykonane zdjęcia RTG. 


– Jadła pani coś dzisiaj? – doktor zerka na Monikę znad nakładanego na nogę gipsu – Żeby nam tu pani nie zemdlała. Gosiu, zmierzysz pani ciśnienie, jak skończę – zwraca się do pielęgniarki – No, ładniej nie będzie.
– Pewnie cukier spadł, kiedy był posiłek? – pielęgniarka pyta ostro, patrząc na Monikę z góry. 
– Wczoraj wieczorem… – Monika zerka na mnie. Wie, że ja wiem: wino i paluszki.
– A śniadanie? Śniadania nie jadła? Dlaczego? Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia – starsza kobieta ściąga groźnie brwi po tym, jak Monika pokręciła przecząco głową. Pewnie czuje się teraz jak małe, karcone dziecko. Siedzę cicho, wszak i ja jestem na czczo. Swoją drogą głód zaczyna mi doskwierać z coraz większą mocą.
– Pan jej pomoże i pójdzie za mną. Skaranie boskie z tą młodzieżą. No już, inni pacjenci czekają – żwawo rusza do wyjścia, nawet nie oglądając się za siebie. Nie mam wyjścia, jak wziąć na siebie prawie cały ciężar skaczącej na jednej nodze dziewczyny i gnać za pigułą, nim zniknie nam gdzieś za zakrętem korytarza.
– Nie wolno wam tu być, jakby się oddziałowa dowiedziała, nawet nie myślę. No już śmiało – wpuszcza nas do pielęgniarskiej dyżurki – Wszystkie przepisy teraz łamię, zwłaszcza covidowe, skaranie z wami. No już, posadźże ją tu. Zaraz ci dam kochana…
No ładnie. Monika dostaje pokaźny kawał tortu czekoladowego i kawę z ekspresu. Mimowolnie przełykam głośno ślinę, a mój żołądek jak na komendę wydaje żałosny kwik, co nie uchodzi uwagi pielęgniarki, która wzdycha teatralnie i kręci głową, po czy odwraca się ponownie do małej lodówki, by wyjąć jeszcze jeden kawałek… dla mnie. 
– Kawy więcej nie mam. No, tylko szybko zjadać i sio mi zaraz na korytarz. Jak nabiorą sił, to mogą iść. No już, już, nie mam całego dnia – popędza, zapuszczając żurawia przez drzwi, czy aby ktoś nie idzie – Macie szczęście, że wczoraj Brygida rozwód dostała.
– Słucham? – wyrwało się Monice.
– Nie mówi się z pełnymi ustami, kochana. Koleżanka się rozwiodła i świętowała. Teraz nie wolno tak jedzenia przynosić i częstować, ale taka okazja. Trzydzieści lat się z dziadem męczyła. No już, kończcie. Muszę iść.

– To był najlepszy tort, jaki w życiu jadłem – mówię do Moniki, gdy siedzimy wygodnie w taksówce. Przyznaje mi rację, po czym oboje wybuchamy śmiechem.


– Powinni mi dać albo choćby wypożyczyć kule – marudzi Monika, gdy wreszcie dotarliśmy do domu.
– Może już nie mieli. Widziałaś, ilu dziś mieli takich połamańców jak ty.
– Dzięki za pomoc. Przeze mnie pewnie wylecisz z pracy – stwierdza ponuro.
– Nie, jeśli tam wreszcie pojadę – nie najlepiej to zabrzmiało – Masz tu mój numer telefonu, gdybyś czegoś potrzebowała, dzwoń.
– Leoś.
– Co?
– Dziękuję – tylko jedno słowo, a robi wrażenie. To jak je wypowiedziała… Patrzę na nią chyba odrobinę zbyt długo, bo się rumieni, ale nie odwraca wzroku. Uśmiecha się delikatnie. Ma śliczne, pełne usta. Kosmyk niesfornych włosów przywarł do policzka tuż przy nich i mam nieodpartą ochotę podejść, zdjąć go i dotknąć jej gładkiej skóry… Drrrryń! Mimowolnie podskakuję na dźwięk dzwonka.
– Siedź, otworzę – odchrząkam i mówię, widząc, że zaczyna się gramolić, by wstać.

Kwiaty dla Moniki

    Za drzwiami stoi facet z bukietem kwiatów. Czerwone róże zjeżdżają w dół, po czym zostają schowane za plecami. Gość gapi się na mnie i mruga nerwowo.
– Pan do Moniki? – to raczej oczywiste, Hrabkowi tych róż nie przyniósł, ale pytam, by go jakś odblokować. Udaje się, przestaje mrugać i mierzy mnie wzrokiem.
– Leoś, masz ochotę na spaghetti? Podgrzałbyś? Nie wstanę dziś chyba z łóżka – słyszymy przymilny głos Moniki.
Facet przestaje mnie oglądać jak eksponat na wystawie i wwierca się wzrokiem w moje oczy. Zaskoczenie zmieszane z zainteresowaniem ulatnia się, ustępując wściekłości wypełzającej na jego twarz w pełnej napięcia ciszy. Otwiera usta, by coś powiedzieć, po czym zaciska szczęki, uderza bukietem o kant drzwi, sypiąc pod moje nogi płatkami i liśćmi, następnie gwałtownie obraca się na pięcie i w furii zbiega po schodach. 
– To co? Zjemy? Jest gotowe w lodówce, wystarczy podgrzać w mikrofali. Kto to był?
– Wysoki blondyn z różami, ale sobie poszedł. Gdzie trzymasz talerze? – wychodząc do kuchni, słyszę za sobą, jak Monika gwałtownie wciąga powietrze.
– O cholera! Zupełnie zapomniałam!
Sam znajduję talerze, sztućce, podgrzewam żarcie w głośnej jak cholera mikrofalówce. Co to jest? Jakiś radziecki prototyp? A nie, po prostu krzywo stoi. W tle słyszę jakieś dziwne dźwięki, które nie są w stanie przebić się na tyle przez hałas sprzętu kuchennego, bym mógł je zidentyfikować, ale podejrzewam, że Monika płacze. Cholera, chyba spędzę tu cały dzień. 
Owszem, płacze, ale zdaje się ze śmiechu. Może to histeria? Stawiam parujące talerze na stoliku kawowym stojącym przy sofie i jeden przysuwam bliżej niej. Mieszam widelcem swój makaron, obserwując dziewczynę. Dać odreagować, czy może pocieszyć? 
– Powiedział coś? – wreszcie trochę się opanowuje, ale szeroki uśmiech nadal zdobi jej twarz. Wyciera oczy wierzchem dłoni.
– Nie, wygapił się na mnie, rozpieprzył kwiatki o drzwi i poszedł.
– Wściekł się! Ha! – ona wyraźnie się cieszy – Teraz już więcej nie przylezie. Dzięki Leoś! – próbuje wstać, nie wiem, może chciała mi się rzucić na szyję w przypływie wdzięczności, ale gips skutecznie ją hamuje i opada z powrotem na kanapę – Ale numer! Bo ty nic nie wiesz. To był Tymon, mój były, strasznie upierdliwy typ. Z gatunku tych, co to nie rozumieją słowa „koniec”. W zeszłym tygodniu wypisywał do mnie idiotyczne walentynkowe SMS-y i się zapowiadał na dziś. Nie odpisałam, ale najwyraźniej nie zrozumiał. Haha! Kwiaty miał? A to dobre!
Może dziwny jestem, ale mnie jakoś ta sytuacja nie bawi. Grzebię w talerzu, zupełnie nie mam ochoty na obiad, chociaż pachnie smakowicie. Przyprowadziłem poszkodowaną do domu, dałem jej jeść, humor ma przedni. Chyba wystarczy. 
– Na mnie czas. Jakbyś czegoś potrzebowała, to jak mówiłem – dzwoń, ale uprzedzam, zaraz jadę do pracy, więc dziś nie pomogę zbyt wiele. Możesz mi dołożyć Hrabka na nocny spacer z psami, podejdę.
– A nie, spoko, dam sobie z nim radę. Poproszę koleżankę. Leoś, zaczekaj chwilę, naprawdę jestem ci ogromnie wdzięczna za troskę. Dziękuję – znowu ślicznie się uśmiecha i znowu wcale nie mam ochoty nigdzie iść – Może zechciałbyś pójść ze mną w przyszły piątek na urodziny do Uli?
– No nie wiem, czy dam radę, piątkowe wieczory mam zwykle zawalone – chyba trochę przesadza, holowanko na imprezę i co jeszcze?
– Zdaje się, wspominałam ci o Uli, mieszka obok tej dziwnej kobiety od tamtej zamordowanej Rosjanki.
– Ukrainki – poprawiam odruchowo. To zmienia nieco postać rzeczy – Zobaczę, co da się zrobić, zorientuję się w dyżurach i dam ci wieczorem znać.

Wydarzenia dnia sprawiły, że zupełnie zapomniałem o podchodach celem zdobycia informacji. No, może o tym trochę myślałem, gdy nudziliśmy się na SORze, ale niczego konstruktywnego nie wymyśliłem. Kto by pomyślał, że samo przyjdzie.

29. Zimowy spacer ekstremalny

    I co teraz? – to pytanie tłukło mi się po głowie przez całą noc i bynajmniej dotąd nic się nie zmieniło. Zamiast spać, dopiłem przeklęty gin i myślałem do świtu. Kompletnie nic mi z tego nie przyszło pozytywnego, jedynie ból łba i zmęczenie, a dziś niedziela, co oznacza dla mnie, że od południa zaczynam pracę. Czy ja w ogóle wytrzeźwieję do tego czasu? Odbicie w łazienkowym lustrze mówi, że wyglądam fatalnie, czyli adekwatnie do tego, jak się czuję. 

    Może i robiłem to już pierdyliard razy, ale ustalmy fakty ponownie: po pierwsze mam wiedzę, która może być istotna dla śledztwa dotyczącego babki z lasu, po drugie cholerna Grace to pieprzona enigma, coraz bardziej niezrozumiała i niebezpieczna. Jeśli pójdę na policję i opowiem o tym, jak moja eksżona gawędziła sobie z obecnie nieżyjącą, bo zamordowaną Ukrainką, to może wniosę coś nowego, a może nie, bo w sumie nikt nikomu nie zabrania znać ludzi i rozmawiać z nimi, ale z pewnością mocno zaryzykuję, bo raczej nie przejdą do porządku dziennego nad tym, że łżę jak pies co do własnego życia, ba, własnej tożsamości. To by było po trzecie. Sprawdzą Grace, zaczną zadawać pytania, może i coś to pomoże, ale mnie z pewnością zaszkodzi. Odpada, definitywnie. Cholera, a może coś mi się popieprzyło, wyobraźnia robi mi na złość? Nie, no przecież pamiętam dobrze… Nie mogłem sobie tego uroić. Może i jestem porąbany, ale nie aż tak. No dobrze, czyli policja absolutnie nie wchodzi w grę, dzielenie się tym z kimkolwiek nie wchodzi w grę. Co mam zatem zrobić? Zapomnieć. Olać to. Nie moja sprawa. Nawet nie znałem tej dziewczyny, a to, że pies sąsiada wytopił jej trupa w lesie, jeszcze mnie nie obliguje do tego, by się tym w jakikolwiek sposób zajmować. A za Grace przecież definitywnie zamknąłem drzwi i absolutnie nic, co z nią związane, nie powinno mnie interesować dla mojego psychicznego choćby zdrowia. 

    Odrywam się od mojego żałosnego odbicia w lustrze i włażę pod prysznic z nikłą nadzieją zmycia ze siebie nocnego kaca wraz z dręczącymi wspomnieniami. Trzeba się odświeżyć, łyknąć procha przeciwbólowego, zjeść jajecznicę i wyprowadzić sforę, a potem zadzwonić do Krystiana, żeby zamienił się ze mną i przyszedł dziś do pracy na dwunastą. Trzeba zająć się swoim życiem i kropka. 

    Ciepła woda przyjemnie spływa po skórze, zamykam oczy i podstawiam twarz pod łaskoczący strumień prysznicowych kropel. Pod powiekami wysoka blondynka… jasna cholera. Skąd u licha Grace ją znała? Czego tamta mogła od niej chcieć? Dlaczego zwyczajnie nie przedstawiła koleżanki, tylko uciekła z nią przed lokal i pozbyła się jej. No właśnie. Grace się jej pozbyła. Dokładnie tak to wyglądało. Tamta przecież czekała na nią, była zdenerwowana, koniecznie czegoś chciała, widziałem przecież, jak szybko poruszała ustami, coś tłumaczyła, ale jednocześnie gięła się, jakby błagała o coś, a Grace władczym ruchem położyła rękę na jej ramieniu, ułożyła włosy, by zasłoniły bliznę, kiwała głową raz na tak, raz na nie, a potem najwyraźniej kazała tamtej sobie pójść. Tak. Jak najszybciej. Pogoniła ją. I ten niepokój, gdy zobaczyła, że je obserwuję… Ałłł! Co jest?! Gorąca woda szczypie boleśnie. Tu trzeba ciągle pilnować i regulować, bo ciśnienie wariuje, temperatura skacze. Zwłaszcza w weekend, jakby nagle wszyscy w bloku przypomnieli sobie o higienie. Zakręcam kurki i wyskakuję z kabiny na zimną posadzkę. Szczęśliwie łapię równowagę. Kiedyś to mi się nie uda i rozwalę sobie łeb. Muszę kupić jakiś dywanik czy matę, czy co się tam w łazience kładzie, by nie było tak ślisko. No jasne – ręcznik spadł i leży mokry. Przechodzę po nim w akcie zemsty i  idę goły do pokoju po czysty. Cholera, ale zimno…  Muszę dowiedzieć się, kim była ta kobieta, inaczej nigdy nie da mi to spokoju. 

Jajecznica będzie musiała poczekać. Tola siedzi już przy drzwiach i patrzy na mnie z wyrzutem. Ile można kisnąć w łazience? – zdają się pytać jej oczy. 

– No już, już, tylko się ogarnę. Człowiek czasem musi pomyśleć – tłumaczę się psu jak idiota.


No proszę. Idealnie! Dostrzegam postać z nienaturalnie wielką głową za białą połacią, która zwykle jest osiedlowym boiskiem. Nie jest łatwo biec po śnieżnej nawierzchni, zwłaszcza gdy jeszcze trzeba ciągnąć za sobą trzy psy, które akurat teraz koniecznie muszą co dwa kroki zatrzymywać się i obwąchiwać z uwagą żółte podpisy innych czworonogów. Pędzę w zwolnionym tempie. Tymczasem Monika stoi i jak to zwykle ona przebiera palcami po ekranie telefonu, podczas gdy jej ubrany w idiotyczne fioletowo – zielone wdzianko z (a jakże) wielkim kapturem obszytym kicią piesek ryje nosem w śniegu, spokojnie coś zajadając. Docieram do niej zziajany. 

– O, Leoś, cześć – zerka na mnie, nie przestając pisać na telefonie – Nie mów, że idziesz do lasu. Utkniesz tam w tych zaspach.

– Hej, myślałem bardziej o wybiegu dla psów, dojście powinno być odśnieżone. Przejdziemy się?

– Powinno, co nie znaczy, że jest. Nie wiem, nie chce mi się – chowa komórkę razem z ręką do kieszeni.

– Bardziej zmarzniesz, stojąc tu bez ruchu, chodź, Hrabkowi należy się porządny spacer przy niedzieli – namawiam, aby spędzić z nią więcej czasu i być może czegoś się dowiedzieć, chociaż nie przemyślałem jeszcze, jak ugryźć temat. Jedno jest pewne – wbrew rozsądkowi muszę znaleźć sposób, by dowiedzieć się czegoś więcej o Orianie, inaczej nie przestanie mnie to nurtować.

– W sumie masz rację – przyznaje niechętnie – za mało ostatnio poświęcam mu czasu i biedaczek chodzi tylko na krótkie spacery. A zobacz, jaki dziś elegancki – wskazuje na koszmarny psi kubrak – Od razu chętniej wychodzi, nie jest mu już tak zimno. Wiesz, nie obraź się, ale trochę się tobie dziwię. Urwis jest mocno włochaty, Tola chyba też sobie radzi, ale Fusia to już naprawdę powinna mieć jakieś ubranie. Na sto procent jest jej bardzo zimno.

    Patrzę na najmniejszego z moich psów, który w tym momencie leży na plecach i z rozkoszą robi orła na śniegu. No, może orzeł z tego nie wyszedł. Nie wyobrażam sobie Fuśki w psiej kurtce, ale cholera, może rzeczywiście wypadałoby ją ubrać. Wszystkie małe teraz chodzą w odzieży. Rozmawiamy więc o psiej modzie. Monika poleca sklepik na drugim końcu miasta, gdzie mają ponoć jakieś markowe, wysokiej jakości produkty dla psów. Nie komentuję i nie dopytuję, zerka więc na mnie badawczo.

– Wiem, że pewnie dużo nie zarabiasz, a utrzymanie trzech psów kosztuje, ale naprawdę warto zainwestować – zerka na mnie badawczo, pewnie ma mnie za biedaka, który ledwo wiąże koniec z końcem – Sorry, nie chciałam cię urazić, czy coś – dodaje nieporadnie i... rozbrajająco.

– Może masz rację. A ile takie wdzianko kosztuje? – rzeczywiście żyję teraz z bieżącej pensji i szału nie ma, ale bez przesady.

– Zależy, co chcesz kupić. Sweterki od razu odradzam, wyglądają na ciepłe, jednak są zupełnie niepraktyczne, wełna zaraz będzie mokra i tylko wyziębi ci psa. Najlepiej zainwestować w puchówkę na taką porę. Dobrą jakościowo kurtkę można kupić już za jakieś trzy, cztery stówy.

– Mam kupić psu kurtkę za cztery stówy? – coraz bardziej jestem rozbawiony.

– No… za dwieście też dostaniesz całkiem porządną, tylko pewnie bez kapturka. W zasadzie kaptur nie jest konieczny, psy raczej i tak nie noszą ich na głowie.

– To po co im?

– Dla ozdoby naturalnie. Przecież… aaa! Hrabek! – Monika w jednej chwili wykonała nieoczekiwany skok i znalazła się na ziemi. Szybko dopadam do niej i pomagam się podnieść. Hrabek zobaczył innego psa, z radości wyrwał się dziewczynie, a ta, niespodziewanie szarpnięta, straciła równowagę i runęła jak długa. Klasyk.



– Ałłł! – wrzeszczy mi prosto do ucha – Moja noga! – Monika całym ciężarem wisi na mnie, w efekcie muszę walczyć o równowagę, bo miota się przy tym okropnie – Hrabek!!! Ała, ała… chyba złamałam nogę, boliiii…

– Dobra, trzymam cię, tylko stój i nie kręć się tak, bo…

– Jak mam stać? Nie mogę stać! Hrabek, ty łajzo!

    Podprowadzam, a właściwie wlokę Monikę do ławki, która na szczęście stoi w pobliżu. Oczywiście dziewczyna protestuje i nie chce usiąść na kupie śniegu, ale raczej nie ma wyjścia. Nie jestem w stanie trzymać jej, trzech smyczy i jeszcze czyścić ławeczkę. Puszczam ją zwyczajnie, siłą rzeczy wpada tyłkiem w puch ze skrzypnięciem. Przynajmniej ją zamortyzowało. Podnoszę z ziemi koniec smyczy zadowolonego z siebie psa w durnym kubraku. Przywitał się z jakąś suczką i wrócił jakby nigdy nic, merdając ogonem. 

– Jeśli nie możesz iść, to trzeba wezwać pogotowie – mówię – Dzwoń, ja nie mam jak – pokazuję jej pęk smyczy, gdyby nie zauważyła, że naprawdę mam zajęte ręce.

– Zwariowałeś? Zanim przyjedzie karetka, zamarznę tu na śmierć! To pewnie tylko zwichnięcie. Pomóż mi trochę – zaczyna się gramolić z ławki.


Po karkołomnym powrocie do domu sadzam Monikę na najbliższym krześle i z ulgą zdzieram z siebie kurtkę, zrzucam ją na podłogę. Puszczam smycze, nie zawracając sobie nawet głowy z odpinaniem ich od obroży. Doholowanie jęczącej dziewczyny i czterech plączących się ze sobą oraz pod nogami czworonogów dało mi w kość, choć przecież ułomkiem nie jestem. 

– Dobra, ściągaj buta.

– Co ściągaj, jak? Ty mi zdejm, nie mam siły… Tylko ostrożnie! Ałłłła!

Może kurtka Moniki jest wielka i niezgrabna, czyli w sam raz na srogie mrozy, ale producent kozaczków najwyraźniej bardziej dbał o trafienie w gusta estetyczne klientek podążających za modą niż o funkcjonalność obuwia. Jak można coś takiego założyć na mróz i śnieg?

– W takich butach, to ja się nie dziwię – mamroczę pod nosem. Dziki wrzask rozlega się nad moją głową, zagłuszając mój komentarz, gdy najdelikatniej jak potrafię, zsuwam obuwie, a potem skarpetę ze stopy – Puchnie w oczach – stwierdzam. Nie ma na co czekać, wzywam taksówkę z zamiarem zawiezienia Moniki na SOR. 


28. Blizna

– Dobry wieczór – mówię, do wielkiego futrzanego kaptura Moniki, która stoi w kolejce przede mną. Sklepik jest maleńki, ale wypchany do granic możliwości alkoholem, więc wieczorami cieszy się sporym zainteresowaniem. W środku już są dwie osoby, czyli przepisowe maksimum, zatem dołączyłem do luźnego, kilkuosobowego ogonka na zewnątrz – Chru… Hrabek wolał zostać w domu?

– O cześć. Dla niego zbyt zimno. Dla mnie też – nie mogę się nie zgodzić, ledwie ją widać spod tej grubej, długaśnej kurtki z absurdalnie ogromnym obszyciem z nastroszonego bojowo futra w nienaturalnym kolorze. Dziwnie mruga, chyba jej ta sztuczna sierść przy twarzy włazi do oczu. Drzwi sklepu otwierają się, wypluwają szczęśliwego nabywcę towaru i pochłaniają kolejnego klienta, a my przesuwamy się dwa kroczki do przodu. Tym razem chyba kupię sobie coś mocniejszego, jeśli mam zamiar przeżyć jakoś ostatni dzisiejszy spacer. Straszyli, że w nocy ma być…

– Zapowiadali minus dwadzieścia stopni – sąsiadka czyta mi w myślach, przestępując z nogi na nogę – Nienawidzę zimy. A co u ciebie?

– Dzięki, jakoś leci – odpowiadam oryginalnie oraz inteligentnie. Może to nie jest dobry moment, ale co tam. Przed nami jeszcze kilka minut stania – Zimno, ale jakoś żyjemy. A słyszałaś, że ta znaleziona w lesie, to podobno dziewczyna z naszego osiedla? – przysuwam się nieco i zagaduję bez zbędnych wstępów, niczym wzorowy uczeń plotkary Kłopocińskiej.

– Wszyscy słyszeli. Biedna dziewczyna. To zdaje się była Rosjanka.

– A nie Ukrainka?

– Możliwe, jeden pies – wzrusza ramionami, co powoduje, że wełniany szal podchodzi do góry i maseczka nasuwa się jej na oczy.

– Nie znałaś jej pewnie – raczej niczego się nie dowiem.

– Skąd. Dopiero się głośno zrobiło, jak ją znaleźli – odwraca się do mnie tyłem i znowu robi krok do przodu. To chyba tyle. Cóż, spróbowałem – Ale wiesz – podejmuje po chwili – moja koleżanka opowiadała mi o babce, u której podobno tamta mieszkała. Są z tego samego ciągu bloków. Nie zna jej osobiście, ale to dość charakterystyczna osoba, trochę szurnięta. 

– O, a koleżanka wie dokładniej, gdzie ona mieszka?

– Nie wiem, mogę zapytać – Monika odsuwa się nieco i spogląda na mnie badawczo – A mogę wiedzieć dlaczego…

– Teraz ty – uff… akurat jej kolej, by wejść do sklepu. Nie wiem, jak miałbym wytłumaczyć swoją ciekawość bez wzbudzania podejrzeń. Minutę później dołączam do Moniki, która wybiera wermut w litrowej butelce. Sięga na półkę obok kasy i dokłada paluszki słone. Zerka na mnie – Wezmę paluszki, żeby nie było, że po sam alkohol przyszłam – puszcza mi oko.

– Polecam babkę cytrynową – znudzonym głosem wita mnie sprzedawczyni – Co podać?

– Może… – przesuwam wzrokiem po baterii butelek za plecami kasjerki. Właściwie nie  mam smaka na nic konkretnego.

– Polecam gin. W zestawie z tonikiem i w promocyjnej cenie.


Przyjemne ciepło rozchodzi się promieniście z żołądka, dopełniając to zewnętrzne, pochodzące od dwóch chrapiących psów. Tola ulokowała się pod moim tyłkiem w zgięciu kolan, a Urwis rozciągnął wzdłuż klatki piersiowej. Jestem zaklinowany na kanapie między nimi i kurcze, jest mi błogo. Na razie przynajmniej. Gdy już zdrętwieje mi lewy pośladek i zechcę zmienić pozycję, będę musiał zaburzyć tę kanapową sielankę. Całe wieki nie piłem ginu. Kostki lodu zatopione w alkoholu z odrobiną toniku, który szybko traci gaz w takim towarzystwie, przyjemnie grzechoczą. To niesamowite jak zimny napój błyskawicznie przechodzi transformację w rozgrzewający balsam. Czuję przyjemne rozluźnienie. Powieki zaczynają mi ciążyć, ale walczę, by nie stracić wątku oglądanego właśnie filmu na Netflixie. Cholera, jednak muszę przewinąć kilka minut. 

Klucz do wspomnienia

Ciepło, miło, gin przyjemnie szumi w głowie. Uśmiecham się do niej, a ona do mnie. To część gry. Wokół nas są wszak znajomi, a my jesteśmy zakochaną parą, której wszyscy zazdroszczą szczęścia i wciąż zachwycają się, jak idealnie do siebie pasujemy. Joe mówi jakiś kawał, ale ogólny gwar nie pozwala mi wychwycić znaczenia słów. Gwar i po trosze alkohol. Śmieję się jednak, jak inni i bynajmniej nie jest to radość fałszywa. Całkiem dobrze się bawię. Mam ukochaną, fajnych ludzi wokół, niech ten wieczór trwa jak najdłużej. Wsłuchuję się w monolog Lindy opowiadającej jakąś anegdotę z pracy. Siedzi bliżej niż Joe, więc słyszę ją dużo lepiej, a i tak sens jakoś się rwie. Linda ma zaczerwienione policzki i błyszczące oczy. Tusz nieco jej się rozmazał, ale nikt nic nie mówi. W sumie nawet dodaje jej to uroku. Zwykle nie jest taka wyluzowana i rozgadana. Pracuje w księgowości i, jak na księgową przystało, na co dzień jest raczej poważna i zasadnicza. Jaka miła odmiana… Zerkam na Grace, gdy wybucha salwą śmiechu. Dotykam jej ramienia, mam ogromną ochotę ją przytulić. Teraz wszystko wydaje się takie proste, dobre, nieskomplikowane. Tymczasem ona spogląda na mnie i wstając, posyła mi buziaka. Odchodzi roztańczonym krokiem w kierunku toalety. Patrzę za nią rozanielony. Jak lekko… Jakaś kobieta podchodzi do niej szybko i zaczepia. Grace coś mówi i kręci głową, nie zatrzymując się. Dziewczyna przysiada na hokerze, sprawia wrażenie zmartwionej. Co chwilę sięga dłonią do szyi i pociera ją uparcie. Jasna cholera! No tak! Przytomnieję w mgnieniu oka i zrywam się, budząc psy. 

    To było w Birmingham, w pubie… jak on się nazywał… nieważne, to było tak dawno, byliśmy wtedy z Grace świeżo upieczonym małżeństwem, a tamtego wieczoru imprezowaliśmy zaproszeni przez Ann, naszą wspólną koleżankę z firmy. Świętowała podwójnie – urodziny i awans. Siedzieliśmy tam z Grace niczym dwa gołąbki, a ja żłopałem gin jak durny… Patrzę na swoją prawie opróżnioną szklankę i nie mogę się zdecydować – odsunąć ją z obrzydzeniem, czy może dolać sobie i wypić, by wyostrzyć wspomnienia. Decyduję się na to drugie. Tamta kobieta miała taką samą bliznę jak… Czy to możliwe? Jak?! Pocieram skronie i wytężam pamięć. Wysoka, bardzo szczupła, miała długie, bardzo jasne włosy, może tlenione? Zwracały uwagę. Była zdenerwowana, na pewno. Myślałem, że może chciała coś, no nie wiem…, nie wiem, co myślałem, zdaje się, że uznałem, iż to jakaś znajoma Grace, bo gdy ta wyszła z łazienki i wróciła do stolika, blondynka znowu do niej podeszła, a wtedy Grace przeprosiła nas i wyszła z tamtą przed lokal. To była ciepła, letnia pora. Siedzieliśmy blisko wejścia, tuż przy przeszklonej ścianie zewnętrznej. Pamiętam, że nim wybraliśmy miejsce, chcieliśmy rozlokować się na tarasie, na zewnątrz, ale tam były zbyt małe stoliki, dlatego zdecydowaliśmy się jednak usiąść w środku. Joe się śmiał, że im bliżej baru, tym lepiej. Blondynka była wyższa od Grace, ale i tak wydawała się bardziej krucha i jakby jej podległa. Widziałem, jak coś tłumaczyła, jakby usprawiedliwiała się czy o coś prosiła. Oczywiście niczego nie słyszałem, a i widziałem niewiele ponad głowami siedzących na tarasie. Nie pamiętam już czy coś mnie zaniepokoiło, czy może chciałem zaproponować, aby jej znajoma przysiadła się do nas. Wstałem i wyszedłem do nich. Gdy byłem już blisko, Grace coś do tamtej mówiła, zasłaniając jej szyję włosami. Chwilę wcześniej dziewczyna pokazywała jej co na niej ma. Byłem już na tyle blisko, by dostrzec czerwoną szramę, jeszcze nie do końca zabliźnioną, choć już zagojoną ranę. Zobaczywszy mnie Grace, zrobiła kilka kroków, trzymając tamtą za ramię, jakby chciała z nią uciec. Była ewidentnie zaniepokojona. Zerknęła na mnie wrogo. Już znałem to spojrzenie. Przystanąłem więc zbity z tropu, nie wiedząc co ze sobą zrobić, ale trwało to tylko chwilkę. Kobieta w ogóle nie zwracała na mnie uwagi, skupiała się wyłącznie na Grace. Ta chyba ją uspokoiła, blondynka bowiem wyglądała jakby dostała to, czego oczekiwała. Ruszyłem znowu w ich kierunku i dosłyszałem „Thank you so much, tozh budu, dyakuyu, thank you”. Grace odwróciła się w moją stronę, a tamta ruszyła pospiesznie w przeciwną. Zapytałem oczywiście, kto to był, lecz nie pamiętam już, co Grace mi odpowiedziała. Zbyła mnie czymś, oczarowała uśmiechem i wróciliśmy do środka. To wszystko trwało może kilka minut i praktycznie zapomniałem tę mikroscenkę z życia, by teraz smak drinka przywołał ją niczym ciasteczko zanurzone w herbacie z powieści Prousta. Siedzę sztywno, z szeroko otwartymi oczami, kompletnie rozbudzony i trzeźwy. Widzę ją, choć obraz przeszłości, ta stopklatka, blednie mi w wyobraźni, wiem, że to tam, w Birmigham, kilka ładnych lat temu spotkałem kobietę z blizną. Kobietę, którą Bimber znalazł w lesie.

27. Powrót do teraz.

    Dochodzę do wniosku, że moi obecni bliscy to w gruncie rzeczy najmniej konfliktowe i najbardziej wierne istoty, z jakimi zdecydowałem się zamieszkać. Jak na ironię – kobiety, z którymi tak bardzo chciałem być, wpłynęły na mnie w efekcie destrukcyjnie, a psy, choć początkowo nie miałem najmniejszej ochoty widzieć ich w swoim mieszkaniu, dają mi więcej dobrego, niż mógłbym się kiedykolwiek spodziewać. Muszę skontaktować się z wnuczką Gwizdoniowej, jak jej tam było… coś z nogą… Udko? Nie. Chyba Kolanko. Niech da sobie spokój z szukaniem rozwiązań (choć pewnie wcale tego nie robi), psy zostają ze mną i sprawa zamknięta. Gdybym wiedział, że tak będzie, już dawno sprawiłbym sobie czworonoga. Być może jako właściciel psa nie poznałbym nigdy Blanki bliżej, a nawet jeśli, to z tego, co pamiętam, od wszelkich sierściowatych trzymała się z daleka, ewidentnie nie tolerowała w swoim otoczeniu psów. Nie pamiętam czy tak się ich bała, czy może miała inne powody. Wówczas nie doszłoby do tego, że muszę wiać i tak dalej. Moje życie mogłoby wyglądać zupełnie…

– Bierzesz to zamówienie czy nie? – zniecierpliwiony głos wyrywa mnie z zamyślenia. Najpierw każą czekać, bo nie nadążają z pieczeniem z powodu awarii jednego z trzech pieców, teraz znów poganiają.

– To ja się pytam, ile można czekać?

– Pakuj, ale czekaj jeszcze chwilę, weźmiesz od razu następne, bo to ta sama dzielnica.

– I znów nie dostanę napiwku za zimne żarcie – wzdycham teatralnie.

– Spoko loko, już się dopieka. Minuta.

I znów przełączam się w tryb oczekiwania. Na tak zwaną „minutę”. Dziwna sprawa z tym Grześkiem. Czasem spotykamy się na wieczornym spacerze, mniej więcej wychodzimy o podobnej porze i z czystej uprzejmości zapytałem go ostatnio o żonę, której jeszcze nie miałem przyjemności spotkać. Zamilkł, jakby był zaskoczony moim pytaniem, zamyślił się, właściwie odpłynął gdzieś myślami na dobre, bo przestał się odzywać na długą chwilę, po czym ocknął się i zaczął z jakimś takim nienaturalnym ożywieniem opowiadać o niej. O tym, jak ją kocha, jaka jest wspaniała, ambitna, zorganizowana, pracowita i tak dalej. Mimo pracy na uczelni ma czas dla dzieci, pomaga swoim rodzicom, jest wielką optymistką i szkoda, że jej nie poznałem. Z jednej strony mówił o kobiecie, z którą mieszka w tym samym budynku, co ja, a z drugiej miało się wrażenie, jakby opowiadał o kimś, kto jest nieuchwytny, daleki, kimś, za kim raczej się tęskni niż na niego czeka. Może to tylko moje wrażenie, bo jednak było już późno, ja zmęczony, a tematem rozmowy była jednak obca dla mnie osoba, która, powiedzmy sobie szczerze, nie za bardzo mnie interesowała. Trochę byłem zły na siebie, że zagaiłem akurat o niej, bo bardziej zależało mi, aby dowiedzieć się, czy Grzegorz słyszał cokolwiek o Orianie. Wizja kobiety z blizną wciąż tłucze się po mojej głowie. W dodatku z niewyjaśnionych przyczyn sprowadza męczące i wciąż trochę bolesne myśli o Grace. Tego wieczora miałem szansę na dłuższą rozmowę z Grześkiem, gdyż nasz wspólny spacer przedłużał się, jak to czasem bywa w soboty, a do tego jasna, spokojna noc, rozświetlona świeżym śniegiem zachęcała do spacerowania, zwłaszcza że psy świetnie się bawiły, ganiając w białym puchu. Dałem sobie jednak spokój. Grzegorz znów się zamyślił i resztę spaceru odbyliśmy w ciszy. 

Dziś przede mną ciężki dzień. Drugi kierowca zwolnił się, a trzeci, taki bardziej rezerwowy gość, który pomagał w razie potrzeby, jest chory. Teraz gdy większość klientów zamawia z dostawą, pięciu dostawców miałoby pełne ręce roboty, tymczasem zostałem sam na placu boju i wszelkie niezadowolenie skupia się na mnie. Nie moja wina, że piec nie działa, nie moja wina, że na pizzę trzeba czekać nawet ponad dwie godziny, nie roztroję się, ale i tak to ja jestem na pierwszej linii starcia z niezadowoleniem. 

– Leoś, chodź do mnie na chwilę, sprawa jest – tak, najlepiej niech mnie jeszcze szef zatrzyma na pogawędkę, przecież mamy czas. Robię stosowną minę do Elizy, która właśnie wkłada trzy gorące kartony do mojej torby termoizolacyjnej, i rozkładam ręce w geście mówiącym „cóż ja mogę?”. Idę na zaplecze. 

– No, jesteś. Weźmiesz ich dzisiaj ze sobą. Zrób ze trzy, cztery kursy, pokaż co i jak, wieczorem będą już sami jeździć – szef, wiecznie zalatany Benek, oficjalnie zwany panem Benedyktem, wydał właśnie rozporządzenie w takim tempie, że wszystkie słowa zlały się w jedno.

– Mam robić im szkolenie z dostarczania pizzy? – pytam zaskoczony, patrząc na dwójkę wystraszonych dzieciaków, no może nie do końca dzieciaków, ale z pewnością dowody osobiste dostali nie dawniej niż ze dwa lata temu.

– Ty nie potrzebowałeś, ale im się przyda. Żeby głupot mi nie porobili. To jest Leopold, pokaże wam, co i jak – zwraca się do nowych, nawet na nich nie patrząc – No już, już, nie mam czasu!

– No to idziemy. Torby są już załadowane.

Jedziemy, a mnie coś dudni z tyłu głowy, jakiś niepokój, dręcząca, zapomniana myśl, która usiłuje się wydostać. Nowi dostarczyciele to Krystian i Polina. Oboje małomówni, z tym że chłopak chyba jest cichy z natury, a dziewczyna nie zna polskiego. Noszą mi z auta i do auta torby, patrzą, jak pracuję, ale nie wiem z jakim efektem, bo nic nie mówią. Przytakują, gdy pytam, czy wszystko jasne. Komedia jakaś. 

– Będziecie pamiętali, jak obsłużyć terminal? To proste, tylko pilnujcie, by dobrze kwotę wprowadzić i zawsze się upewnić, że go macie przy sobie, jeśli klient wybrał płatność kartą – dziewczynie dodatkowo pokazuję na migi. Nie wiem, jak ona sobie poradzi. Może niech ją puszczają na razie na przedpłacone. Wystarczy podać, powiedzieć „smacznego” i tyle – Acha, jakby było gotówką, radzę mieć przy sobie drobne, jeśli nie zadbacie o to sami, będziecie w dupie, gdy przyjdzie wydać na przykład ze stówy przy jednej pizzy. Rozumiesz?

– Ni… – Polina rozkłada ręce i patrzy na mnie z bezradnością.

– Długo tu jesteś? – odruchowo pytam, jednocześnie grzebiąc w telefonie za przeglądarką, by odnaleźć słownik i napisać jej pokrótce to, co powiedziałem.

– Ya prybuv u vivtorok. Dlya roboty – odpowiada – Ya trokhy tse rozumiyu, tilʹky ty hovorysh zanadto bahato vidrazu.

– No tak… Smartfona z internetem masz? – rzeczywiście za dużo gadam, poradzi sobie. Macham jej swoim telefonem przed nosem.

– Tak.

– To korzystaj ze słownika w razie czego – pokazuję jej moje przetłumaczone porady do przeczytania. Od razu rozjaśniła się jej twarz.

– Tozh budu. Dyakuyu – uśmiecha się i natychmiast z przeciętnej staje się śliczna.

Moje ostatnie cztery dzisiejsze zamówienia załatwili sami włącznie z ustawianiem nawigacji (dziewczynę rozumiem, ale Krystian ponoć mieszka tu od dziecka, a kompletnie nie zna miasta), obsługą klientów, kasowaniem i przyjmowaniem na siebie tłumaczeń, dlaczego to tak długo trwało. Dostali po pstrokatym Seicento i teraz muszą radzić sobie sami. 

    Wracam do domu, niby wyluzowany, zadowolony niczym stary belfer, który wykształcił pokolenia młodzieży, ale w głowie wciąż brzmi mi to jej Tozh budu. Dyakuyu. Nie znam żadnych innych Ukraińców, w zasadzie pierwszy raz rozmawiałem z kimś zza wschodniej granicy, kto mówiłby do mnie w swoim języku. Skąd więc to osobliwe deja vu?

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...