26. Niejeden

    Byliśmy już pięć miesięcy po ślubie, gdy odkryłem, że Grace ma kochanka. Już albo dopiero. Przez moją głowę przelatywały dziesiątki pytań, niektóre wielokrotnie te same, lecz żadne nie zostało wypowiedziane na głos i na żadne z nich nie potrafiłem sobie odpowiedzieć. Czy to się dzieje od dawna, czy może małżeństwo ze mną to takie rozczarowanie, że kobieta musi szukać doznań u innego faceta? Czy jestem tak beznadziejny, że to robi? Do czego jestem jej potrzebny, skoro na co dzień zatruwa mi życie, a w weekendy kocha się z innym? Dlaczego mi to wszystko robi? I dlaczego do jasnej cholery wcześniej nic mnie nie zaniepokoiło, że tak gładko i po prostu wpakowałem się w to? 

Tamtej odkrywczej soboty wróciłem do domu i zwyczajnie urżnąłem się w trupa. Niedzielny poranek rozdarł dzwonek telefonu, który niczym kat wbił bezlitosny topór w moją umęczoną głowę. Nie odstawiłem dostawczaka z sadzonkami na miejsce. Stał pod domem. No tak. Dobre wrażenie szlag trafił. To już nie miało żadnego znaczenia.

Wziąłem się jednak w garść, nic nie powiedziałem żonie, za to kilka kolejnych sobót spędziłem, śledząc ją. Uzbrojony w aparat fotograficzny, ubrany w nowe, zupełnie nie w moim stylu ciuchy, by nie rozpoznała mnie na przykład po kurtce tak, jak ja ją po sukience, czułem się jak idiota. Gdy odwiedzała matkę, czekałem już na nią na drugim końcu parkingu. W pensjonacie spędzała maksymalnie pół godziny, po czym ruszała do centrum miasta. Zawsze była umówiona w którejś z restauracji lub kawiarni. Rozmawiali, śmiali się, pili, jechali taksówką do hotelu. Ten sam scenariusz za każdym razem, różne były tylko lokale, hotele i... faceci. Tak, za każdym razem spotykała się z innym facetem. No może nie za każdym, bo jeden powtórzył się dwukrotnie, jednak moje wyobrażenie o tym, że ma kochanka, uległo dziwnemu przeobrażeniu. Niczego już nie rozumiałem. Lepiej to czy gorzej? Lepiej by miała stałego fagasa z miłości, czy realizowała się jako pospolita kurwa? Co z tą kobietą jest nie tak? Raz udało mi się nawet zrobić wyraźne zdjęcie przez okno, gdy byli w pokoju. Grace zasłaniała roletę, gdy on, już nagi, zdejmował jej stanik. To był akurat ten dwukrotny absztyfikant. Od czwartego razu właściwie nawet się nie denerwowałem, widząc ją mizdrzącą się do innego. Byłem odrętwiały. Patrzyłem na kobietę, jakiej zupełnie nie znałem.  Z tej nowej perspektywy miłość, która jeszcze nie dawno kazała mi się zmieniać dla niej, zagryzać zęby i dostosowywać za wszelką cenę, zacząłem postrzegać jako niedorzeczny twór, absurdalny wybryk wyobraźni. Obserwowałem, jak mój świat się wali. Czułem ból pustki i może jeszcze jakąś dziwną, gorzką satysfakcję, gdyż byłem krok przed nią. Wiedziałem, a ona nie wiedziała, że ja wiem. Którejś nocy włamałem się do jej komputera i telefonu, przejrzałem wszystkie konwersacje z tymi facetami, smsy, chaty na zahasłowanym koncie, o którym nic wcześniej nie wiedziałem. Jedna podobna do drugiej, ten sam schemat wybierania i łowienia mężczyzn na jedną noc. Nawet trochę zrobiło mi się ich żal. Ze starszych rozmów wynikało, że umawiała się z nimi również w innych miastach, jeździła nawet do Sheffield i Manchesteru. Wtedy pewnie nawet nie zaglądała do matki. Były też usunięte rozmowy, ale miałem na tyle dość, że już ich nie próbowałem odzyskać i czytać. Tego, co zobaczyłem, było aż nadto. Moja chęć zemsty konkurowała we mnie z chęcią zostawienia jej bez słowa. W końcu zwyczajnie pokazałem Grace zdjęcia i powiedziałem, że to koniec. Rozwód będzie równie szybki, co ślub. Oniemiała, zbladła, po czym wściekła się, zaczęła mnie oskarżać, że nie mam prawa jej śledzić, że jestem zboczonym tyranem i inne takie. Nie było w niej żadnej skruchy czy poczucia winy ba, próbowała mnie szantażować, mówiła, że mnie zniszczy, też potrafi spreparować na mnie dowody, a w to, co mam, nikt nie uwierzy. Pamiętam te wykrzyczane słowa: A może nie muszę niczego wymyślać?! Kim ty właściwie jesteś? Skąd jesteś? Może cała twoja historyjka jest wyssana z palca? Gdy się zapominasz, masz obcy akcent, wiesz? Może jesteś jakimś oszustem? Hę? Ja jestem stąd, znają mnie od dziecka! Nikt ci nie uwierzy! Jesteś chory! Darła się na mnie, jednocześnie walcząc ze sobą, by nie krzyczeć zbyt głośno, bo sąsiedzi. Mój brak reakcji doprowadzał ją do szału, kto wie, może gdybym został choć chwilę dłużej, zamiast zabrać spakowane uprzednio rzeczy, odłożyć mój komplet kluczy na stół i wyjść na zawsze, rzuciłaby się na mnie z pazurami. Zbyt wiele mnie to jednak kosztowało, miałem dość patrzenia na jej facetów, kaktusy i przede wszystkim na nią. Moja miłość niestety nie przeobraziła się w nienawiść, jak początkowo próbowała, czy chęć zemsty, lecz w żal i cholernie bolesne poczucie krzywdy. Szkoda. Czysta nienawiść byłaby łatwiejsza.


Złożyłem pozew o rozwód, przedstawiłem wszystkie dowody, jakie miałem na zdrady małżeńskie, by sprawa była jasna i szybko załatwiona, a Grace nie miała czasu na przekręcanie faktów. Wypowiedziałem umowę o pracę w trybie natychmiastowym z powodów losowych i pozwoliłem sprawom toczyć się dalej. Może Birmingham to duże miasto, ale Dudley już nie. Chociaż Grace bardzo starała się mnie oczernić, w miasteczku i tak zaczęło huczeć od plotek na jej temat. Na mój oczywiście też, jestem pewien, że koniec końców i tak to o mnie myślą źle, jeśli w ogóle, lecz to już nie było moim zmartwieniem od momentu, gdy bezpowrotnie pożegnałem hrabstwo West Midlands.

Zamknąłem rozdział (przynajmniej formalnie), podwinąłem ogon pod siebie i wyjechałem na południe. Zmieniłem numer telefonu. Znowu zaczynałem od nowa. Tym razem jednak było ciężej. Piłem coraz więcej, użalałem się nad sobą, dręczyłem się i obwiniałem o te wszystkie moje idiotyczne życiowe wybory, w wyniku których zawsze zostaję sam, krzywdzę siebie i innych. Nawalony płakałem nad sobą, nad okradzioną przeze mnie Blanką i jej siostrą, nad zdemaskowaną nimfomanką Grace i sobą – królem kretynów. Im więcej rozpaczałem, rozpamiętywałem własne krzywdy i piłem, tym większą czułem do siebie odrazę, przez co jeszcze bardziej pogrążałem się w rozpaczy, a co za tym idzie, więcej wlewałem w siebie alkoholu, by nie myśleć. Jak w zaklętym kręgu głupca.

    Chciałem wrócić do Polski, przyznać się, oddać kasę i poprosić o surowy wymiar kary. No, ale oczywiście nie mogłem tego zrobić, bo jestem zbyt wielkim tchórzem. Zamiast tego wybrałem na chybił trafił nowe miejsce i wkrótce wylądowałem w portowym mieście Poole nad cieśniną La Manche. Tam uratował mnie Johanson, a właściwie Rafał, dzięki któremu dotarłem do doktora. 

25. Tajemnica Grace

Skoro tak już rozpamiętuję, to pójdę na całość. Doktor Johanson zawsze mawiał, że trzeba wyrzucić z siebie do końca. Co prawda wyrzuciłem już dawno i byłem pewien, że sprawa jest zamknięta nieodwołanie, ale jak widać, wspomnienia wróciły i znów przerabiam to samo, choć może teraz już na luzie, z dystansem, zupełnie inaczej. Wróciły, zatem widocznie mam potrzebę znów to przewałkować... tylko nie wiem po co... Nie, na pewno nie będę szukał nowego psychologa.

Grace przez okres naszego małżeństwa niesamowicie zmieniła się w moich oczach. Uświadomiłem sobie potem na jak wielu płaszczyznach. Oczywiście inaczej ją widziałem przez różowe okulary miłości, a inaczej przez pryzmat rosnących frustracji. Grace miała jednak dwa oblicza. Ludzie znali piękną, zgrabną, krótkowłosą brunetkę o bursztynowych, roześmianych oczach, która dla każdego miała promienny uśmiech, dobre słowo, imponowała zorganizowaniem, profesjonalnym podejściem do pracy, zawsze dobrym humorem. Tymczasem za zamkniętymi drzwiami, u siebie, dawała się poznać z innej, nieoficjalnej strony, gdy zdejmowała maskę i była sobą. Nikt, kto ją znał, nie uwierzyłby, gdybym powiedział, że łatwo traci cierpliwość, często bywa złośliwa, z sadystyczną rozkoszą stosuje wymyślne szantaże i jest po prostu nie do zniesienia.
Po drugiej w mym życiu „ucieczce” i pomocy uzyskanej u Johansona dopiero to wszystko sobie do końca uświadomiłem. Wcześniej myślałem, że to raczej ze mną jest coś nie tak, zatem starałem się dostosować, sprostać oczekiwaniom, tkwiłem w tym związku, ulegając jej, dając się manipulować, niszczyć i pewnie zjadłaby mnie do końca jak modliszka, gdybym nie odkrył jej drugiej "słabości", przy której ta pierwsza – alkohol – była niczym dziecinna igraszka. Wyszło dzięki prozie życia.

Stałym elementem życia mojej żony były sobotnie wyjazdy do Nottingham, gdzie odwiedzała swoją matkę, która mieszkała w domu opieki. Niestety nie  było mi dane nigdy poznać teściowej, gdyż podobno tolerowała jedynie wizyty córki i bardzo denerwowały ją inne osoby, a że była schorowana i mocno posunięta w latach należało akceptować jej wolę, nie ryzykować zdrowiem. Nie miałem nic przeciwko, znajdywałem lepsze pomysły na spędzanie sobót. Dla Grace był to dzień – odskocznia, jak mawiała. Nie tylko sprawdzała, czy u matki wszystko w porządku i przywoziła jej świeże owoce, również uzupełniała cotygodniowy zapas ulubionego wina (nigdy nie kupowała go w większej ilości w lokalnym sklepie u Alice, gdzie na co dzień chodziliśmy) i robiła shopping, co w jej przypadku oznaczało zwykle kilka nowych kosmetyków lub ciuch, a czasem nawet i mnie coś przywiozła. Aby nie spieszyć się i, co najważniejsze, spędzić z mamą odpowiednio dużo czasu, a także nie wracać nocą (Grace nigdy nie prowadziła po zmierzchu – jedna z jej żelaznych zasad), zatrzymywała się na noc u przyjaciółki lub w hotelu. Mówiąc krótko, to był jej dzień i szybko zrozumiałem, że nie mam szans, by kiedykolwiek pojechać razem z nią. 

Zdarzyła się jednak sytuacja, której moja małżonka nie przewidziała. Pewnego razu mieliśmy obsuwę z dostawą sadzonek, przez którą stracilibyśmy klienta, gdybym nie zaoferował swojej pomocy. Pracownik zaakceptował duże zamówienie roślin, nie sprawdziwszy, czy mamy taką ilość na stanie, a gdy ktoś inny się zorientował, było zbyt mało czasu na sprowadzenie brakujących sadzonek z innego oddziału firmy. Klient miał dowiedzieć się w poniedziałek, że nie otrzyma swojego towaru na czas. Zgodnie z procedurą zamówienia były dowożone z filii w Sheffield w czwartki i nikomu nie przyszło do głowy, by po prostu wyjątkowo pojechać po nie wcześniej, no bo przecież w weekend nie pracujemy. Mnie za to przyszło, więc się zaoferowałem, bo i tak nie miałem nic lepszego do roboty, a jeździć lubię. Nawet po godzinach. Ponadto był to czas, gdy w firmie już mało kto chciał ze mną rozmawiać, zatem nie mogłem odpuścić okazji do tego, by jakoś się wykazać. Wciąż wierzyłem, że wszystko się ułoży… 
    Grace nic nie wiedziała o podjętej na szybko decyzji o moim wyjeździe, wpadłem więc na genialny pomysł, by zrobić jej niespodziankę. Wczesnym sobotnim popołudniem odebrałem sadzonki, kupiłem żonie nową apaszkę w drogim sklepie oraz nową odżywkę dla kaktusów, o której niedawno wspominała i ruszyłem z powrotem, lecz nie prosto do domu. Wszak Nottingham miałem prawie po drodze. Byłem dobrej myśli. Grace, choć tak do bólu poukładana, lubiła niespodzianki (byle nieczęste) i prezenty. Między nami było kiepsko, ale wciąż tliła się nadzieja, że może jakoś przebrniemy, nauczymy się siebie, zaakceptujemy to, jacy jesteśmy. Przynajmniej we mnie się tliła. Rozpaczliwie potrzebowałem stabilizacji, punktu zaczepienia, myślałem, że ułożę sobie z nią życie na zawsze, naprawdę i nieodwołalnie będę już tylko Andym Hornem (tak się wówczas nazywałem) do końca moich dni. Sam w to uwierzę bez reszty. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że mógłbym to zrobić bez niej.

Tajemnica Grace

Miałem zamiar najpierw odwiedzić jej przyjaciółkę, a jeśli tam bym nie zastał żony, zwyczajnie zapytać, w którym hotelu mogła się zatrzymać. Może to dziwne, że jako mąż o tym nie wiedziałem? Troszkę zaniepokoiłem się, gdy drzwi otworzył młody mężczyzna i poinformował mnie, że Kate, do której przyszedłem, nie mieszka tam od kilku lat. Zgłupiałem, bo przecież Grace nocowała u niej trzy weekendy temu. Tak mi powiedziała. Jak każdy w takiej sytuacji, nabrałem podejrzeń i silnej potrzeby odnalezienia za wszelką cenę żony oraz uzyskania wyjaśnień. Chociaż w Nottingham jest od cholery hoteli, szybko wyeliminowałem te, których z pewnością by nie wybrała, czyli najdroższe, najtańsze, na obrzeżach, a zwłaszcza w północno-wschodniej części miasta oraz z kiepskimi opiniami w sieci. Zostało kilka. Najbliżej miałem Linden Leaf, który początkowo chciałem wykluczyć z listy. Jakie było moje zdziwienie, gdy jadąc, zobaczyłem znajomą sukienkę, a nad nią te zadziorne, sterczące niczym igły kaktusa włosy. Oto skręciła za róg i minęła niski, wiekowy murek, by wejść do hotelu. Zaparkowałem na pierwszym wolnym miejscu i pobiegłem za nią. Potem wszystko zaczęło się dziać jak na przyspieszonym filmie. 
    Oczywiście była z innym facetem. Oczywiście widać było, że to bynajmniej nie zwyczajny kolega lub znajomy. Stałem jak dureń przy wejściu, gdy ona zapamiętale go całowała. Co zrobiłem? Uciekłem. Zanim ktokolwiek się zorientował, zwyczajnie zwiałem. Wsiadłem do samochodu i czekałem, aż moje dłonie przestaną się trząść, odzyskam zdolność do prowadzenia go i w ogóle do czegokolwiek, choćby podstaw myślenia. Najpierw postanowiłem natychmiast wrócić i ją zabić, ewentualnie jego zabić, a jej zrobić awanturę stulecia. Następnie – zabić oboje. Nim pomyślałem o ewentualnych konsekwencjach, trzeźwo zauważyłem, że zwyczajnie nie mam czym spełnić zamiarów. Gołe ręce odpadały. Dosłownie i w przenośni, można rzec. Osłupienie, odrętwienie i niemoc w tamtym momencie były chyba moimi sprzymierzeńcami, tak to widzę z perspektywy czasu, bo gdybym zamiast tego po prostu wparzył tam bez zastanowienia, pewnie nie wyszedłbym jako wolny człowiek. Siedziałem więc bezradnie w samochodzie, nawet nie wiem jak długo, zastanawiając się, jak to możliwe, dlaczego mi to robi, czemu nic wcześniej nie zauważyłem, jak mogę być takim głupcem i wreszcie – co mam teraz z tym nowym, zmieniającym wszystko faktem począć? Wreszcie ochłonąłem nieco i zdyscyplinowałem swoje szare komórki do tego, by pomyśleć na najbardziej elementarny i sensowny w tamtej chwili temat: Co dalej?

    W efekcie ruszyłem po prostu do domu, a plan powolutku układał się w mojej głowie. Wiadomo, że z Grace niczego nie można „na gorąco”, bo za chwilę okazałoby się, że to ja mam romans z tym sukinsynem, a jej tam wcale nie było. Byłem pewien, że oto zawalił się mój świat tak, jak nigdy dotąd. Nie wiedziałem, że tamtego dnia odkryłem zaledwie wierzchołek góry lodowej. 

24. Chwili ciąg dalszy

   Ciotka Weronika, rodzina, Sobakówny... To przez Grace ich wspominam. Ech, ta Gracie… Ciągle chodzi mi po głowie, chociaż tyle przecież minęło czasu… Przerobiłem to wszystko, zdystansowałem się, zostawiłem daleko w tyle – przynajmniej tak myślałem, a tu nagle znowu ona w mojej głowie. Musiała kolejny raz nawiedzić mnie we śnie i to w tym pierwszym noworocznym! W dodatku nie pamiętam tym razem niczego konkretnego, prócz jej osoby. To znaczy, pamiętałem przez dosłownie kilka sekund po przebudzeniu, potem Tosia wskoczyła na mnie z radością, jakbym wrócił z dalekiej podróży za oceanami – zawsze  tak mnie rano wita, chociaż śpi całą noc w tym samym łóżku, rozpychając się w dodatku bardziej niż Urwis. Gdy już uporałem się z nachalnym psem, sen wyparował. Dosłownie. Jakby był kroplą wody, która spadła na rozgrzaną upałem blachę. Dobrze, że nie zasyczało. 

Grace. Moja jedyna jak dotąd żona. Oszalałem na jej punkcie, jakbym był szczylem bez doświadczeń, a potem szybko się pobraliśmy i wtedy dałbym sobie obciąć głowę za to, że będziemy razem do końca życia. Cóż, nie miałbym teraz głowy. Gdy wtedy, na początku znajomości i naszego małżeństwa latałem tak kilka centymetrów nad ziemią, rozkwitając szczęściem, podejmowałem spontaniczne decyzje i byłem pewien, że oto zaczyna się najwspanialszy okres w moim życiu, które będzie proste, spokojne i wreszcie normalne, tak naprawdę coraz szybciej zbliżałem się do nowego bagna, a właściwie nieświadomie leciałem w jego kierunku, nabierając tempa. Nie z powodu poprzednich stresów przy Biance i ucieczki z ukradzioną kasą, nerwowego życia w ukryciu, gdy wciąż oglądałem się ze strachem za siebie, wylądowałem w końcu u psychoterapeuty, o nie. Tamto pomimo wszystko nie zniszczyło mojej psychiki. Możliwe, że nawet mnie w jakimś sensie wzmocniło. Tymczasem Grace wpędziła mnie niemal w szaleństwo. Co prawda sprawiła, iż coraz rzadziej myślałem o przeszłości, można powiedzieć – domykałem za nią drzwi i zacząłem w końcu normalnie funkcjonować bez oglądania się przez ramię, ale ta nowa rzeczywistość przeobraziła się w zupełnie inną, niż się spodziewałem. Grace ostatecznie okazała się toksyczną, manipulującą bez skrupułów osobą, robiła, co chciała i to przez nią zacząłem pić, tracić grunt pod nogami. Byłem tak blisko pogrążenia się, zniszczenia sobie życia do cna, że nawet teraz przechodzą mnie ciarki. Wystarczy, że o tym pomyślę. 

To było dawno, ale kiedy wracają wspomnienia, wydaje się, jakby wczoraj. 

Po kilku latach czajenia się za granicą z lewymi dokumentami postanowiłem uporządkować swoje życie, zwłaszcza że sprawa przycichła. Pilnowałem jej, śledziłem źródła, wiedziałem kto i kiedy ma rozprawę, jakie wyroki zapadły i tak dalej. Przy okazji uświadomiłem sobie skąd tak naprawdę brały się pieniądze, które pomagałem prać i częściowo mam w posiadaniu. Przedtem niby też wiedziałem, ale nie do końca, nieoficjalnie i mogłem udawać, nawet przed samym sobą, że mnie ta część "biznesu" zupełnie nie dotyczy. Pytali o mnie, a jakże, ale tylko dlatego, że kręciłem z Blanką lub siostry o mnie powiedziały. Problem w tym, że nie miały wystarczających dowodów. Owszem, ludzie wiedzieli, że byłem z młodszą, bywałem w pobliżu, miałem kasę, lecz pracowałem zawsze sam, niczego nie podpisywałem, nie zostawiałem śladów. Nie wiem skąd wówczas wzięła się we mnie – młodym, gniewnym, podbijającym świat wbrew zasadom – ta ostrożność. Może miałem przeczucie, jakiś dodatkowy zmysł nakazywał strzec się w tej nielegalnej robocie… Równie dobrze na moim miejscu mógł być ktokolwiek inny. Choćby sama Natasza. Nie chwaliłem się rodzinie, jak zarabiałem te większe pieniądze, ile tak naprawdę ich mam i nie mieli podstaw, by podejrzewać jakiekolwiek nielegalne źródła. Dodatkowo jeździłem na taksówce po zrobieniu licencji i to była moja mała „przykrywka”. W efekcie policja stosunkowo szybko straciła mną zainteresowanie, nawet mnie nie wezwali, pewnie wyglądałem na kogoś, kto nie ma nic z tym wszystkim wspólnego, a Sobak chcą mnie wrobić, chociaż nie mają żadnych dowodów na to, że kiedykolwiek cokolwiek dla nich zrobiłem. A może nic o mnie nie powiedziały, jeśli w porę zorientowały się, jak „czysta” i bezśladowa była moja część „brudnej” roboty? Ważne, że stróże prawa kupili historię, którą uprzednio sprzedałem rodzicom i w zasadzie nie musiałbym się ukrywać, gdyby nie widmo zemsty Nataszy. Może naoglądałem się zbyt dużo filmów, a może strach był uzasadniony, bo w końcu naraziłem się ludziom, którzy zawsze szli po trupach do celu i na pewno chcieliby odzyskać kasę i uciszyć kogoś, kto mógłby w zasadzie pogrążyć ich jeszcze bardziej, gdyby na przykład wpadł na pomysł, by zgłosić się na świadka i uzyskał jakoś status koronnego. Wolność Nataszy skończyłaby się na długo z chwilą, kiedy zacząłbym śpiewać. Jakoś bardzo mściwy nie jestem, ale chętnie zobaczyłbym obie siostry za kratami, gdzie gniłyby bez tych swoich szpileczek. Wolałem i nadal wolę zatrzymać kasę, nie ryzykować. W końcu to właśnie ja spadłem najbezpieczniej na cztery łapy. Głupotą byłoby to zaprzepaścić. Nie miałem zamiaru wiecznie ciągnąć zabawy w ukrywanie się. W końcu życie płynie dalej, myślałem, że przestaną mnie szukać, dadzą sobie spokój. Dobrze się jednak stało, że Grace zupełnie nieświadomie zatrzymała mnie i opóźniła beztroską drogę powrotną, bo nie zapomnieli. Czekali.

Ożeniłem się z Grace w Dudley niedaleko Birmingham, gdzie oboje pracowaliśmy wówczas w centrum ogrodniczym. Ona od dawna, ja na okresie próbnym. Byłem zachwycony jej niezwykłą dokładnością, pieczołowitością, z jaką robiła… wszystko. Była pedantką w każdym calu, a jej uporządkowane – znów to powiem – wszystko imponowało i zachwycało mnie, dopóki z nią nie zamieszkałem. Doskonałe zorganizowanie i precyzja zaczęły dosłownie brzydnąć w oczach, zamieniając się w upierdliwość i nonsensowną drobiazgowość. No, bo wszystko byłoby super, gdyby we wspólnym po ślubie domu owo maniakalne zamiłowanie do układania wszystkiego od linijki nie było wymagane i ode mnie. Zapewne nie trzeba być Sherlockiem, by to przewidzieć, ale taki matoł jak ja jakoś nie wpadł na to. Czasem myślę, że pracując dla Nataszy, znajdowałem się u szczytu moich zdolności intelektualnych, a potem spryt i przezorność gdzieś wyparowały. Może zużyłem zapasy na całe życie? 

    Wynajęliśmy z Grace wspólnie mieszkanie, gdy małżeństwo trwało już ponad dwa miesiące. Trochę zajęły nam poszukiwania takiego, które spełniłoby wszystkie wymagania. W końcu, po obejrzeniu nie pamiętam ilu, jedno zaakceptowała. Nic wielkiego, ale gniazdko było urocze i zawsze idealnie wysprzątane, jakby lada chwila miała nas odwiedzić Anthea Turner z programu The Perfect Housewife uzbrojona w swoją śnieżnobiałą rękawiczkę. Musiało takie być. Grace potrafiła strzelić fochem za krzywo odstawiony but, a okruszki pozostawione w kuchennym zlewie gwarantowały awanturę i wykład o insektach, bakteriach i końcu świata. Starałem się. Naprawdę się starałem. Nigdy nie byłem bałaganiarzem, też lubię porządek i czystość, ale to było dla mnie wyzwanie niczym K2 dla kogoś, kto dostaje zadyszki po wejściu na trzecie piętro. 

To jeszcze nic. Z czasem okazało się, że moja żona ma pewną słabość, a właściwie dwie słabości, które skrywała przede mną wcześniej.  Pierwszą był „tylko” alkohol. Grace nie zasypiała bez solidnej dawki wina. Można powiedzieć, że po ślubie poznawałem ją na nowo. Oczywiście zamiłowanie do procentów wieczorową porą wcale mnie nie przeszkadzało. Ot, byłem zaskoczony i tyle. Gdy byliśmy jeszcze nieformalną parą i zaczęliśmy spędzać razem niektóre wieczory, normą było to, że prócz dobrego filmu, kolacji i łóżka dzieliliśmy butelkę. Uwielbiałem wówczas spędzać z nią czas, miała podobny gust, jeśli chodzi o kino, literaturę i jedzenie. W łóżku też byliśmy jak stworzeni dla siebie. 

Po pewnym czasie jej wieczorna rutyna zaczęła udzielać się i mnie. Nawet gdy nie oglądaliśmy nic razem, bo obraziła się na przykład za zostawioną wieczorem na krześle brudną koszulkę (Na pewno nie byłeś aż tak zmęczony, by nie móc jej poskładać i włożyć do kosza na pranie!), ona piła swoje wino, ja swoje piwo. Codziennie. Problem nawet nie polegał na tym regularnym piciu, ale na tym, że zawsze odwracała kota ogonem. Robiła awantury o byle co coraz częściej, zarzucała mi, że jestem pijakiem i niechlujem, podczas gdy sama po alkoholu traciła gdzieś ten swój pedantyzm, kładła rzeczy byle gdzie, zostawiała brudne naczynia, a po otrzeźwieniu wszystkiego się wypierała, wmawiając, że to ja robię jej na złość i przestawiam przedmioty, zostawiam wszędzie syf. Zaczęła zwierzać się koleżankom w pracy, o czym dowiedziałem się jakiś czas później, że jestem brudasem, alkoholikiem i wzniecam kłótnie. Nim się zorientowałem, nie wiedziałem, co się dzieje, dlaczego zwykle życzliwe mi osoby nagle zaczęły mnie unikać, traktować zdawkowo i nawet stary Edward, okropny gaduła, nie zatrzymuje się, by pogadać, jak zwykł robić praktycznie codzienne. 

Sukulent kaktus

Oczywiście mieliśmy z Grace i lepsze dni, ale jedynie wtedy, gdy sprostałem oczekiwaniom. Problem w tym, że coraz mniej mnie się chciało, robiłem się coraz bardziej sfrustrowany, poirytowany i przygnębiony. Nie było miejsca, gdzie mógłbym czuć się dobrze, nie miałem nikogo, z kim bym mógł o tym pogadać. Za to coraz częściej nachodziła mnie upiorna myśl, by któregoś dnia na jej oczach strącić z parapetów na podłogę te jej wszystkie kaktusy. Jeśli nie dostałaby zawału, to rozszarpałaby mnie prawdopodobnie na strzępy i chyba tylko instynkt samozachowawczy powstrzymywał mnie przed tym czynem. 

Namiętnością Grace prócz wieczornego kielicha były sukulenty. Miała tego chyba z kilkadziesiąt. Wszystkie w błyszczących doniczuniach, wychuchane, odpowiednio nawilżane, odżywiane, hodowane w odpowiedniej temperaturze i nasłonecznieniu. Nawet mieszkanie wybieraliśmy pod te cholerne kaktusy. Warunki musiały być optymalne. Przyznaję, że wyglądały imponująco, jednak od pewnego czasu przyprawiały mnie o mdłości. Na urodziny i z każdej innej większej okazji dostawała kolejne. Zawsze piała z zachwytu, chociaż doskonale wiedziała, który dokładnie okaz otrzyma, bo to było wcześniej skrupulatnie omówione z darczyńcą. Sam podarowałem jej na jednej z pierwszych randek kaktusa i to był prawdopodobnie jedyny niespodziewany prezent w jej kolekcji. Czasem się zastanawiam, czy aby to ta spontanicznie nabyta roślina nie przypieczętowała wówczas mojej najbliższej przyszłości, trafiłem bowiem w dziesiątkę. Kupiłem go w niezwykle oryginalnej kwiaciarni na drugim końcu miasta, zaopatrywanej przez konkurencyjną do naszej firmę. Byłem tam w zupełnie innym celu, ale zwróciłem uwagę na nietypową witrynę, potem zobaczyłem ciekawe sukulenty i po prostu wziąłem pierwszego lepszego z myślą o Grace. Dla mnie wyglądał jak… kaktus. Tani nie był, ale nic nadzwyczajnego. Po prostu ładny maleńki kaktusek w niebieskiej doniczce. Okazało się jednak, że to jakaś rzadka odmiana, o której moja ówczesna dziewczyna marzyła od lat. Tym sposobem otworzyłem kolczastą kulką niczym kluczem drzwi do jej serca, nie wiedząc, że to wejście do raczej mrocznego świata.

    Zdominowany, stłamszony przez własną żonę, odseparowany od ludzkiej życzliwości, użalałem się nad sobą nieraz, utwierdzając w przekonaniu, że czego się tknę, zamienia się po prostu w syf, a moje życie to koszmar. Tymczasem gdy odkryłem wreszcie drugą słabość Grace, wszystko to zbladło i wydało się nic nieznaczące, jak złamany paznokieć w obliczu raka złośliwego.

23. Chwila wspomnień

    Ciotka Weronika mawiała, że pierwszy sen w nowym roku jest bardzo ważny, ponieważ jest niczym metaforyczna przepowiednia dotycząca kolejnych dwunastu miesięcy. Podobną wagę przykładała do pierwszego snu w nowym miejscu, pierwszego snu po ślubie, pierwszego snu po rozwodzie oraz zapewne wielu innych „pierwszych snów”. Ogólnie miała bzika na punkcie tego, co mózg sobie roi nocą. Mój ojciec zwykł mawiać o swojej siostrze: normalna to ona nie jest albo niby żartem: podmienili ją w szpitalu tuż po narodzinach, a dla mnie przez długi czas była najbliższą osobą z rodziny. Nikt tak nie rozumiał moich nastoletnich, późniejszych zresztą też problemów, jak właśnie ciocia Wera ani nikt nie miał dla mnie tyle czasu, co ona, gdy naprawdę potrzebowałem wsparcia i słuchacza. Rzeczywiście, była jakby ulepiona z innej gliny, nie pasowała do tej ambitnej, trzeźwo myślącej, zawsze praktycznej rodziny lekarzy i karierowiczów, jednak wyprzeć się jej nie mogli choćby z powodu niezwykłego podobieństwa do dziadka i mojego taty. Już bardziej ciotka Iza, trzecia z rodzeństwa była najmniej podobna z wyglądu do kogokolwiek w rodzinie, ale za to charakter miała ponoć po babci. To ona przejęła gospodarstwo dziadków.

    Weronika była (właściwie mam nadzieję, że nadal jest, nie widziałem jej od lat i nieraz byłem dosłownie maleńki kroczek od decyzji o odwiedzinach) porywcza, emocjonalna, niezwykle empatyczna, czuła na wszelkie krzywdy innych. To prawdopodobnie najlepsza pielęgniarka, jaką kiedykolwiek zatrudniono i osoba z najbardziej zaśmieconym mózgiem miliardami faktów, ciekawostek, przypowieści, przepowiedni i kto wie czego jeszcze. Gdybym uległ, jednak się z nią spotkał, wyciągnęłaby ze mnie wszystko. Nie wydałaby mnie z pewnością, nie pisnęłaby słowa nikomu, lecz zrzuciłbym na nią ciężar tej tajemnicy i musiałaby z nim żyć. To, co o mnie wie, myśli o moim obecnym życiu, jest najlepszą opcją dla wszystkich. 

Jabłko

Uciekając z tonącego okrętu, nie myślałem zbyt wiele o rodzinie. W końcu i tak byłem czarną owcą, która nigdy nie robi tego, czego od niej oczekują, niech wobec tego sobie radzi sama, skoro przecież tego właśnie chce. Jednakże po kilku tygodniach od opuszczenia Bianki, jej siostry i całego tego interesu, przypomniałem sobie o rodzinie, która w końcu zaniepokoi się moim milczeniem. Może i kontakty z matką, ojcem i bratem miałem, delikatnie mówiąc w tamtym czasie luźne, to czasem rozmawialiśmy przez telefon albo wpadałem na chwilę. Tymczasem do świąt zostało tylko kilka tygodni, więc musiałem coś wymyślić. Kupiłem kartę prepaid, z której można było zadzwonić wówczas bez rejestracji i skontaktowałem się z ciocią Werą, ojcem i bratem. Wcisnąłem lekkostrawną historyjkę o tym, jak to podłapałem okazję pracy w niemieckiej korporacji za zachodnią granicą i planuję zostać tam na dłużej, więc przez jakiś czas nie należy spodziewać się mnie w domu. Z góry sorry za krótką rozmowę i jeśli rzadko będę się odzywał, ale mam masę roboty, muszę się wdrożyć, starać i ogólnie wiadomo – zapierdziel, także wesołych świąt oraz dużo zdrowia. Oczywiście to nie takie proste „powiedzieć”, zdawałem sobie sprawę z tego, że jednak policja może zapukać do ich drzwi, aby się ze mną skontaktować. Nie mogłem być pewien, co zezna Natasza. Wówczas nie miałem również zielonego pojęcia czy i jak bardzo głośna to będzie sprawa, co dotrze do mojej rodziny i na ile oni sami będą mnie podejrzewać o jakieś powiązania. Wiedzieli przecież, że spotykałem się z Blanką. Zadbałem więc o alibi. Zapytany o nią – A co z twoją dziewczyną, razem wyjechaliście? –  odrzekłem, że dawno już się rozeszliśmy, to była tylko chwilowa fascynacja i tyle. Natomiast by jak najbardziej upodobnić moje kłamstwo do potencjalnej prawdy, znalazłem kumpla ze szkoły, który wyjechał za zachodnią granicę, złożyłem papiery do firmy, w której pracował i oczywiście zapłaciłem mu za pomoc oraz dyskrecję. Mój fart, że akurat na kasę zawsze był łasy. Gdyby ktoś chciał mnie sprawdzić (byle niezbyt dokładnie) mój ślad byłby zgodny z tym, co mówiłem. Przy okazji posiedziałem trochę na Bawarii, nim zdecydowałem co dalej. Ojciec chyba ucieszył się, że sobie radzę, za to Weronika tak się zdenerwowała i zasmuciła moją nieobecnością podczas najbliższych świąt, że zaraz złapała za jabłko i zaczęła chrupać, co nieco utrudniało konwersację. Cała ona. Wszystkie swoje niezdrowe zwyczaje typu wielkie kawy-siekiery, wstręt do warzyw, papierosy uważała za zupełnie nieszkodliwe, ponieważ codziennie jadła przynajmniej jedno jabłko, a czasem sześć. Jakby owoc tworzył wokół niej niewidzialną barierę dla wszelkich konsekwencji płynących z całej reszty. Był jej lekiem, ubezpieczeniem od chorób i uspokajaczem. Wszyscy się wiecznie nabijali z tych jej jabłek, a mój ojciec tylko kręcił głową z politowaniem.  

Wtedy myślałem, że normalnie wrócę do domu najdalej za kilka miesięcy, może za rok, gdy już zamkną Nataszę i sprawę na dobre. Nawet raz prawie spróbowałem. Ech, nieważne. Rodzina pogodziła się z moim niezwykle rzadkim odzywaniem się, może i tak wolą, przynajmniej nikogo nie drażnię, nie denerwuję. A ja, chociaż mógłbym właściwie częściej, nie czuję potrzeby. W końcu teraz jestem kimś innym. Jestem Leopoldem Fikcyjnym, a nie… Nie wiem, po co mojej myśli zawędrowały na te manowce, po co znowu o tym rozmyślam. Z jednej strony chciałbym mieć pewność, że siostry Sobak już o mnie zapomniały, a ich szemrani kontrahenci siedzą, by zrzucić fałszywą tożsamość z siebie niczym płaszcz, wrócić do domu, znowu być sobą, lecz z drugiej strony wiem, jestem po prostu pewien, że gdy tylko pojawię się w mieście, obudzę te przyczajone strzygi i zapłacę za swoje. Zresztą, nawet jeśli nie, czy potrafię znów być dawnym sobą? Co im wszystkim powiem? Będę brnąć dalej w kłamstwa i wymyślać szczegóły czy przyznam, że jestem jak zawsze nieudacznikiem, który niczego nie osiągnął, a może wymyślę sobie nową karierę? To bez sensu. Ciotce Weronice nie umiałbym tak kłamać w twarz. Wiedziałaby.


22. Na koniec (roku)

    Kto by przypuścił, że to właśnie nieznośna Kłopocińska, wtykająca bez przerwy nos w nie swoje sprawy, okaże się takim cennym źródłem informacji. Chociaż teraz widzę – przecież to do bólu logiczne: nikt inny jak naczelna plotkara osiedlowa nie może wiedzieć więcej. Ciekaw jestem, ile policja zebrała danych o dziewczynie z blizną. Ostatnia wizyta w komisariacie, choć była całkiem miłym doświadczeniem, to jednak dla mnie mało odkrywczym. Przynajmniej pod kątem samej kwestii tajemniczej denatki. 

    Nie dowiedziałem się absolutnie niczego ponadto, że policjantka Irena Dworna to ta sama, która podpisała się pod wezwaniem, rozmawiała ze mną przez telefon oraz wcześniej podczas pierwszego przesłuchania, a koledzy z pracy zwracają się do niej zdrobnieniem „Inka”. Pasuje do niej. Szczupła, wysoka i z pewnością wysportowana. Założę się, że ma silny uścisk dłoni. Niestety nie dane mi było to zweryfikować – czasy takie, że tej formy powitania raczej się unika. Za to z zadowoleniem zauważyłem, że zamiast maski nosi przezroczystą przyłbicę, chociaż jej idealnie skrojone usta trochę mnie rozpraszały i kilka razy byłem dosłownie krok od palnięcia czegoś idiotycznego. Pytała mnie w zasadzie o to samo, co poprzednio, odtworzyliśmy bieg wydarzeń z tamtego dnia, gdy znalazłem zwłoki Oriany bez wymieniania jej imienia oczywiście – pilnowałem się z sukcesem. Kilka razy próbowałem tak pokierować rozmową, by usłyszeć choć imię, wydusić jakąś okoliczność, małą informację o tym, czy choćby zidentyfikowali już dziewczynę, jednak pani aspirant nie dała się podejść. O mało sam nie wygadałem się z plotek Kłopocińskiej. Co, jeśli są tak samo wyssane z palca, jak to, że miałem być grasującym w okolicy gwałcicielem? Taką ewentualność przecież też muszę brać pod uwagę. Tylko bym się zbłaźnił albo by mnie oskarżyli o jakieś mataczenie.

    Rozmowa z policjantką była jednak bardzo pouczająca, bo choć wprost nie dowiedziałem się niczego nowego, to analizując wspólnie sytuację, przypominając sobie ją chwila po chwili, odkryłem, że prawdopodobnie wiem więcej, niż sobie uświadamiam. Rzeczywiście skądeś znam Orianę i pasuje mi do niej ukraińskie pochodzenie, jednak jestem prawie pewien, że to nie jest jej prawdziwe imię. Bywa czasem, że przypominamy sobie coś, już, już możemy to opisać, powiedzieć, zwizualizować sobie w pamięci, ale utknęliśmy w tym pustym pokoju "przed", obraz uparcie nie wyświetla się w świadomości, choć przecież czujemy, że już tam jest. Dręczące uczucie. Jak zapomniane słowo, które mamy na końcu języka i pocieramy skronie, by je ze siebie wypchnąć. Bezskutecznie.

Przyznałem się Dwornej, że miałem chwilę słabości, nim zadzwoniłem ze zgłoszeniem. Przeszła mi przez głowę myśl, by uciec, zapomnieć, co zobaczyłem. Może to głupie, ale poczułem autentyczną ulgę, gdy powiedziała, że to naturalna reakcja, nie ma powodu, bym sobie cokolwiek zarzucał, bo liczy się tylko to, co rzeczywiście zrobiłem, a postąpiłem właściwie. Owszem sytuacja przypominała trochę pocieszanie małolata, który ze wstydem wyznaje, że nie chciał przyznać się do wybitego okna, ale jednak mówi prawdę, przeprasza. I dobrze. Jestem tylko człowiekiem. A aspirant po tym wyznaniu była jakby bardziej mi przychylna. Choć może to mylne wrażenie. Uzupełniłem też, że Bimber wyczuł coś i zareagował na ruch nieopodal w krzakach, ale nie było nic widać. Zaprotokołowała, nie skomentowała. Miałem ogromną ochotę zaproponować jej jakąś kawę czy coś. Wciąż mam na to chęć. Muszę się dowiedzieć więcej na temat Oriany, jakoś odblokować się, bo na sto procent kiedyś, gdzieś ją spotkałem i mam przeczucie, że nie było to nic w stylu stania w sklepie w tej samej kolejce. Coś więcej. Z pewnością. Czuję, że muszę. Po co? Dlatego, że mnie to dręczy i po części, małej cząsteczce, by mieć pretekst do ponownego spotkania z Inką. Wiem, że to głupie, napytam sobie tylko biedy, ale jakaś wewnętrzna, a zarazem jakby niezależna siła mnie pcha ku temu. A może tylko próbuję usprawiedliwić jakoś moje samcze zapędy? O tak, z pewnością właśnie tak podsumowałaby to Grace. Jej jednak tu nie ma. Na szczęście. Miałaby mnóstwo uwag co do tego wszystkiego. Wyobrażam sobie jej oburzenie, gdyby mnie teraz zobaczyła. Święta spędzone z jakimiś kundlami, bez choinki, tradycji, skarpet na prezenty, indyka? Dramat. 

Mam za to jeszcze kilka pierogów od sąsiadki. I tego makowca. Przyznaję, rzeczywiście jest dobry, chociaż chyba nie do końca zasłużony, bo nie było mi dane poznać Jasi i jej dzieci. Żaden policyjny patrol przez całe święta nie zainteresował się tym, kto i w jakiej ilości osobowej odwiedza państwa Kłopocińskich. Pani Aniela jednak nie poskąpiła mi ciasta. Gdyby była tu Grace, pewnie nie zostałby już nawet okruszek. Nie wiem, dlaczego akurat teraz musiała mi się przypomnieć. Może z powodu tej okropnej kłótni, którą rozpętała podczas naszych ostatnich wspólnych świąt? Cholerny Boxing Day. 

Grace, wówczas moja żona, zaserwowała mi swoją specjalność pokonfliktową, czyli ciche dni, które musiałem, przynajmniej wtedy byłem przekonany, że muszę, jakoś zwalczyć, przebłagać, znieść koniecznie, nim nastanie Sylwester. Zależało mi na tym dniu, tej nocy. Mieliśmy celebrować nadejście Nowego Roku z przyjaciółmi i ich wpływowymi znajomymi, świecąc przykładem idealnego małżeństwa. Teraz, na samo wspomnienie chce mi się śmiać. Takie nadzieje wiązaliśmy z tym dniem, ba, z owym nadchodzącym rokiem, który miał być naszą szansą, tak wspólną, jak i dla każdego z nas z osobna. Przypominam sobie tamte postanowienia, plany… A potem to zderzenie z rzeczywistością… 

Nie, dziś nie będę o tym myślał. Dziś, pierwszy raz, od nie pamiętam jak dawna, a właściwie pierwszy raz w życiu, spędzę Sylwestra sam na sam z winem musującym półwytrawnym, udającym szampana i nie będę wspominał poprzednich. 

2020 / 2021

    Cóż. Nie taki sam. Mam przecież troje kompanów, którzy na szczęście nie piją (jest więcej dla mnie), ale na nieszczęście boją się hałasów. Chociaż tym razem los jest dla nich łaskawy – odgłosów ludzkiej radości z powodu zmiany ostatniej cyferki w postaci wybuchów, rozbłysków i przeróżnych sylwestrowych „strzelaczy” jest tyle, co kot napłakał. 

– Daj spokój, Urwisie, w poprzednich latach z pewnością było gorzej – zaglądam pod krzesło, na którym siedzę, gdzie wcisnął się największy z moich lokatorów. – Popatrz na Fuśkę, śpi i niczym się nie przejmuje.

W tym momencie Tola wydała jęk spod sofy. Ciekawe czy uda się wyciągnąć ją stamtąd na spacer. Pewnie poczekam do drugiej. Mam nadzieję, że wtedy już naprawdę będzie spokój i cisza na zewnątrz. Mam dwie butelki szampana, przetrwam. Włączam streaming, by zobaczyć, jak tam bawią się ci, którzy mogą, a nawet muszą. O, przecieram oczy, czy to Maryla Rodowicz? To ona jeszcze żyje? Planowałem zobaczyć co tam w publicznej, ale chyba jednak się wstrzymam. Nie będę ryzykować. Film sobie puszczę.

– Wasze zdrowie sierściuchy – wznoszę noworoczny toast i patrzę na grzbiet śpiącej Fusi, jednocześnie drapiąc za uchem Urwisa pod krzesłem. Toli nie widać wcale. – I więcej odwagi w przyszłym roku.

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...