21. Oriana

    Gdy wreszcie opanowałem swoje niepohamowane rechotanie, sąsiadki już nie było. Nim wyszła, wręczyła mi miskę z pierogami, co zapewne gwarantuje moją zgodę na idiotyczną umowę. Popłakałem się ze śmiechu. Jak nic spóźnię się do pracy. Co za pomysł! Musiało ją naprawdę przypilić, skoro przyszła z tym właśnie do mnie – domniemanego przestępcy – gwałciciela. No, chyba że nie jestem na bieżąco i w międzyczasie zostałem oczyszczony z plotkarskich zarzutów. Mówiła coś o kobiecie z lasu. Co to było za imię? Oj, obawiam się, że makowiec nie wystarczy. Nic to, najwyżej spóźnię się bardziej. Lecę do sąsiadki. 

– O, uspokoił się pan. Rozumiem, że się pan zgadza.

– Chciałbym o coś zapytać. Mogę wejść?

– Pierogów nie widzę, czyli mamy umowę – stoi twardo i nie otwiera szerzej.

– Niech będzie. W porządku – zachowuję pełną powagę, jakbyśmy umawiali się na skok stulecia. Przynajmniej.

– Wchodź pan – wpuszcza mnie, po czym rozląda się po korytarzu. Wczuła się w rolę – Co chce pan wiedzieć? Tylko szybko, mąż z zakupów zaraz wróci. Zaraz zacznie wypytywać. Jemu się mój pomysł wcale nie podoba, jęczy, że przecież się zorientują, bo niby co moja córka miałaby robić u pana i takie tam.

– Całkiem logicznie – przyznaję – Pani wspomniała o…

– Ale jakie tam logicznie! Właśnie wcale nie logicznie! Skąd oni niby mają wiedzieć, że to nasza córka?

– Słucham?

– Karol mi powiedział, że jeśli będą sprawdzać, to skierują do tego młodych, wie pan, tych takich no… posterunkowych czy jak ich tam zwą. A skąd oni niby mają znać moją córkę i wiedzieć, że to akurat ona?

– Może po nazwisku?

– Ha! A właśnie, że nie, bo ona ciągle nosi po mężu. A żeby go tfu! Gnojek jeden! Wie pan, że zostawił ją samą z dziećmi i wyjechał do tej swojej flądry, lafiryndy blondyny? To taki typ wampira, czytałam o tym, to wiem, wyssie człowieka ze wszystkiego, ale dobrze mu tak, nie go w skarpetach puści, a co! Jak durny, niech lezie. Mojej Jasi taki pajac niepotrzebny!

– Pani Anielo…

– A tak, tak, bo ja się tak tym denerwuję. To znaczy, denerwowałam kiedyś, bo mnie dzieci szkoda i córki, ona taka wrażliwa i dobra jest. Wie pan. Nie zasłużyła na taki los, ale nie słuchała matki, oj nie, a ja mówiłam…

– Pani Anielo – Chyba dziś w ogóle do roboty nie dotrę.

– No więc mówię panu. Oni się nie zorientują. Jasia nie posługuje się moim, czyli swoim panieńskim nazwiskiem. Może pan powiedzieć, że to pana koleżanka, albo nie, lepiej narzeczona, o. Może trochę starsza jest od pana – taksuje mnie wzrokiem – Ale teraz takie czasy, że nikogo nic nie dziwi. No. Do tego się nie przyczepią. Nic im do tego. Narzeczeni mogą spędzać razem święta. Będzie was tylko piątka.

– Co pani wie o kobiecie z lasu?

– Co? O tej tam, co ją znaleźli? Że w sensie nieżywą?

– Tak, dokładnie o tej. Pani podała jej imię.

– Pan siada – wchodzi do pokoju i wskazuje mi krzesło, sama zajmuje drugie naprzeciwko. Patrzy na mnie przez chwilę, mruży oczy – Pan tam był. Wtedy. Jak ją znaleźli.

– Ja ją znalazłem.

– A… to mnie Karol nie powiedział.

– Karol?

– Mój bratanek. Jest strażnikiem miejskim. To od niego właśnie się dowiedziałam, że… a właściwie nieważne – łypie na mnie i ucieka wzrokiem w bok – chłopak ma bujną wyobraźnię, coś usłyszy, coś dopowie, e, nieważne – macha ręką, jakby odganiała natrętną muchę. To pan znalazł Orianę? Wtedy w lesie to pan? Niech pan opowiada – rozpromienia się. Tego tylko brakowało, żebym jej zaczął opowiadać o tym, jak Bimber znalazł trupa podczas spaceru. Nie po to tu jestem.

– Pani znała tę Orianę?

– Oczywiście. To znaczy nie, ja jej nie znałam.

– Kojarzyła ją pani? – bardzo się staram zachować cierpliwość.

– No… wszyscy ją kojarzyli. Wie pan, ludzie gadają – wzrusza ramionami.

– Tak? Mieszkała tu?

– Tu? A nie tu nie. W naszym bloku są sami porządni ludzie. Ale, wie pan, niekoniecznie na całym osiedlu. Ona mieszkała w tym skrajnym, obok skrzyżowania. Tam generalnie sami tacy szemrani, rozumie pan. Na przykład jest taki jeden rzekomy inwalida, co...

– Pani Anielo, co ludzie gadali o Orianie?

– Och, panie kochany! Czego nie gadali! – chyba wreszcie zadałem odpowiednie pytanie – Ona tu była nielegalnie, niezameldowana. Mieszkała u takiej samotnej kobiety, dziwnej trochę. Ludzie nawet mówili, że one, no wie pan, razem żyły. Ja tam nie wiem, nie wtrącam się w życie innych, to nie moja sprawa – robi niewinną minę i podnosi ręce, powstrzymuję się od komentarza – Ja nie wiem, skąd ona tę dziewczynę sprowadziła, ale razem mieszkały, to pewne. Raczej nie przyjechała bezpośrednio z Ukrainy, bo całkiem dobrze mówiła po polsku. Sprzątała tu na osiedlu u starszych osób, zakupy im robiła i takie tam. Wie pan, tu u nas jest dużo samotnych, starych, zapomnianych przez rodziny. Na przykład taki Jacenty. Nawet nikt nie wie, ile ma lat. Schorowany, nie wychodzi, trzeba mu zakupy zrobić, obiad ugotować, do lekarza zawieźć. Gdyby nie dobrzy ludzie… – zerka na mnie – Oriana do niego chodziła, do innych też, pomagała, a on jej coś tam płacił z renty, grosze jakieś, ale skąd miał brać? Jej to wystarczało. Chodziła tak do co najmniej kilku staruszków na osiedlu. Jedni płacili gotówką, inni obiadem, który gotowali z tego, co ona kupiła. Jakoś się utrzymywała.

– A u kogo mieszkała?

– A nie, nie, niech pan nawet tam nie idzie. Nic panu nie powie. To wariatka. Do siebie gada na ulicy, a jak człowieka zobaczy, to w tył zwrot! Nawet drzwi panu nie otworzy. Ludzie mówili, że ona czasem kogoś sobie sprowadza, a potem te osoby znikają. Może to ona zabiła Orianę? Słyszałam też co innego. Jest taka teoria, że pomaga ludziom, wyciąga z kłopotów. A Oriana może uciekła skądeś i ona dała jej schronienie. Ja nawet słyszałam, że Oriana była prostytutką, która uciekła jakiemuś alfonsowi. To by pasowało, bo pracowała tylko na czarno, nigdzie się nie ruszała i taka cichutka, zlękniona była – głos Kłopocińskiej przybrał kształt teatralnego szeptu – Wyobraża pan sobie? Herbatą bym pana poczęstowała, ale mąż zaraz wróci.

– Hmmm, mówiła pani o tym policji?

– Ja? A skądże! Nikt mnie nie pytał. Może tych z tamtego bloku pytają, mnie nie. A pan jak myśli? Ktoś ją zamordował? No tak, na pewno, tylko kto? Sama by do lasu nie poszła i nie umarła. W jakim stanie było ciało? Bo wie pan, ja słyszałam, że tu jakiś gwałciciel był, Karol mi mówił, ale wie pan, on ma bujną wyobraźnię, plecie trzy po trzy. Ja się w każdym razie do lasu nie wybieram, trzeba przezornym być – i słusznie, dla własnego i innych dobra, nie wiem, kto wyszedłby gorzej na spotkaniu z Kłopocińską, ona czy gwałciciel, którego mogłaby zagadać na śmierć.

– I ma pani rację, pani Anielo. Dziękuję pani. Muszę lecieć do pracy. Do widzenia.

– Ale w wigilię pan będzie w domu i dwa dni świąt też? – spieszy za mną.

– Tak, oczywiście, jesteśmy umówieni – puszczam jej oczko, a ona rozpływa się w uśmiechu. 

20. Pierogi i makowiec

    Czasem myślę, że z Grace mogło się udać. Mogłoby, gdybym był z nią szczery. Problem tylko w tym, że gdybym powiedział jej całą prawdę, wszystko skończyłoby się, zanim się zaczęło. Może tak byłoby lepiej… ale potrzebowałem jej rozpaczliwie. Teraz wiem, jakie to było z mojej strony egoistyczne, jednak wtedy to nie mało znaczenia. Mój punkt widzenia był zupełnie inny. No i tkwiłem w kłamstwie, w które sam się uwikłałem dla ratowania własnej dupy. Nie było odwrotu. 


Z zamyślenia wyrywa mnie dzwonek. Jakże by inaczej, zawsze musi się ktoś przyplątać. Łapię odruchowo za słuchawkę domofonu.

– Kto tam? – cisza. Nieprzyjemnie natarczywy dźwięk dobiega bliżej. No tak. To bezpośredni dzwonek do drzwi.

– O! Jest pan! Wspaniale! Mogę na chwilunię? Bo ja mam taką gorącą prośbę do pana, sąsiedzie – Kłopocińska bezceremonialnie odsuwa mnie i wpycha się do przedpokoju, zamykając za sobą drzwi – Nie przeszkadzam? Jak pan się czuje? Słyszałam o tej kobiecie w lesie. Paskudna sprawa. Na pana takie paskudne sprawy spadają. Najpierw ta nieszczęsna Gwizdoniowa, potem Oriana. Paskudna sprawa.

– Oriana? – o czym ona mówi? Słowa wylatują z niej jak z karabinu maszynowego. Chyba przedawkowała leki na stawy.

– No ta, co to ją w lesie pan znalazłeś. No, ale mniejsza o to. Nie rozpamiętujmy, szkoda zdrowia. Stało się, to się stało, żyć trzeba dalej, a pan taki porządny człowiek jest. Naprawdę. Ja się na ludziach znam. A święta idą! Pan nie wyjeżdża aby do rodziny gdzie?

– Nie…

– A bliskich swoich, może rodziców pan zaprosił albo kogoś, dziewczynę może? Sam pan będzie?

– No… sam, a czemu...

– O, to wspaniale! Bo widzi pan, ja mam taką gorącą prośbę. No nie mam się do kogo zwrócić na piętrze, Słowaccy będą w komplecie, Nowaki też, na inne piętra nie chcę ryzykować. A to jednak święta. Ja, proszę pana, wnuków rok nie widziałam! Rok caluśki! Te święta to jedyna okazja, bo wie pan, oni mieszkają za Jelenią Górą, kawał świata, no i pracują na okrągło, nie ma kiedy się spotkać, zobaczyć. Tylko te święta jedyne. Ledwiem namówiła, bo bali się, że kłopot, sam pan rozumie. Świat na głowie stanął przez tę zarazę. A życie płynie, dzieci rosną. Tęskni się, prawda? Ja zawsze wysyłam dzieciom pieniądze na urodziny i…

– Pani Kłopocińska, o co chodzi?

– A no tak, właśnie. Chodzi o święta oczywiście. Pan słyszał na pewno o tych obostrzeniach? Ile osób może być? Słyszał pan?

– Coś tam słyszałem, ale co ja mam…

– No właśnie. I dlatego ja do pana z gorącą prośbą przyszłam. Nie za darmo! O nie! Ja zapłacę w razie co i pierogów panu z kapustą dam, o proszę, przyniosłam już, i makowca doniosę. Ja piekę najlepszy makowiec w okolicy! W żadnym sklepie pan takiego nie kupisz! – Mam ochotę wypchnąć ją na klatkę.

– Spieszę się, zaraz wychodzę do pracy – Robię krok w kierunku drzwi i łapię za klamkę. To znaczy, mam zamiar. Sąsiadka chwyta moją rękę i przyciąga do siebie.

– Kochany sąsiedzie! Ja bardzo pana proszę! Przecież ja nie mogę dzieciom odmówić! Raz w roku! Serce matki pęka na te okropności, co się dzieją! – oszalała jak nic. Jak mam się jej pozbyć? Przymykam na moment oczy. Tylko spokojnie.

– Dobrze. O co pani chodzi? Konkretnie.

– Konkretnie to jakby przyszła policja, to pan weźmie do siebie Jasię z dziećmi.

– Co?

– Nie co, tylko kogo. Jasię z dziećmi. Moją córkę Jasię i wnuczki: Gosię, Antosię i Józia. Pierogi teraz, makowiec potem.

– Co? – tu gdzieś musi być ukryta kamera.

– No jak to co? Co pan taki niekumaty? Przecież jakby ich u mnie policzyli, to, to… to ja nie wiem, co by było. Mandat może albo co? Może kazaliby im natychmiast wyjechać? Katastrofa! No i jak ja bym się potem ludziom na oczy pokazała? Aniela Kłopocińska i kłopoty z prawem? Pan sobie wyobraża? Kogo by obchodziło za co, zaraz by ze mnie kryminalistkę zrobili. Żeby pan wiedział, jak ludzie plotkują! No niechże pan zrozumie. Ja tylko raz do roku wnuczki…

– Chwila – przerywam zdecydowanie słowotok – Chce pani u mnie zakwaterować swoją rodzinę na święta, by obejść przepisy?

– A gdzie tam obejść. Zwyczajnie, umówić się chcę z panem, żeby pan w razie kontroli wpuścił do siebie córkę z dziećmi. Tylko tyle. Syn z ojcem, żoną i synami zostaną u mnie. Bo to ich piątka i ja z mężem może być, a Jaśka z dzieciakami u pana się zmieści, jeszcze by pan mógł jedną osobę zaprosić. My prawie drzwi w drzwi, nim ci z patrolu wjadą windą, przegrupujemy się. Oni sobie policzą, ile jest u mnie, ile u pana, wszystko się zgodzi i tyle. A jak pójdą, to pan… czego się pan śmieje? Ja panu pierogów przyniosłam…

19. Blanka

 Nie potrafiłem oderwać od niej oczu. Minęło tyle lat, a ja wciąż pamiętam to uczucie, jakbym przeżył je dosłownie przed chwilą. Didżej maniacko puszczał Madonnę i od tamtego czasu, gdy tylko słyszę któryś z jej ówczesnych przebojów, widzę przed sobą Blankę, czuję podniecającą gorączkę dyskoteki, w której się poznaliśmy. 

    Dziwnie pamiętam tę dziewczynę. Potrafię przywołać wspomnienie niektórych szczegółów. Choćby jej włosy. Jedwabiście miękkie, długie i niezwykle jasne pasma zawsze pachniały delikatnie słodkawo, zmysłowo, jakby muśnięte łąkowym wiatrem i dymem. Albo głos. Wysoki, trochę piskliwy, a jednocześnie uwodzicielsko wibrujący. Nieraz powodował, że wzdłuż kręgosłupa przepływał mi przyjemny prąd. Pamiętam też oczy – duże, niesamowicie błękitne, jasne, okolone długimi jasnymi rzęsami, które uparcie tuszowała, aż sklejały się i przypominały owadzie nogi. Nigdy jej tego nie powiedziałem, nie potrafiłem być szczery, jeśli przeczuwałem, że mogłoby to sprawić jej przykrość. Przywiązywała dużą wagę do wyglądu, spędzała całe godziny w łazience. Wiecznie narzekała, że w czymś źle wygląda albo nie ma się w co ubrać. Nie rozumiałem tego, zresztą nadal nie rozumiem. Była tak śliczna, we wszystkim prezentowała się perfekcyjnie. Chociaż trzeba przyznać, że gdy się wystroiła, wyglądała po prostu zabójczo. Co ciekawe nie potrafię przypomnieć sobie jej twarzy. To znaczy, wiem jaka była, mniej więcej. Te oczy, drobne usta, kształt… ale całościowy obraz zaciera się w pamięci. 

    Była wysoka. A właściwie takie sprawiała wrażenie dzięki butom, co uświadomiłem sobie dopiero wtedy, gdy zaczęliśmy spędzać ze sobą noce, budzić się razem i półnago, na bosaka krzątać po mieszkaniu. Wtedy wydawała mi się taka uroczo drobna, naturalna. Jednak po uzbrojeniu się w modne ciuchy, makijaż i te jej nieodłączne, wysokie szpilki przeobrażała się ze słodkiej dziewczyny w silną, zdecydowaną i bynajmniej nie kruchą kobietę. 

    We śnie poznałem ją po figurze, ruchach, tym jak stała, szła, ale nie widziałem zupełnie twarzy… No i miała nieswoje włosy, nieswoją bliznę. Pomimo nagości emanował z niej ów szykowany codziennie dla zewnętrznego świata wizerunek. A może miała swoje szpilki? Nie pamiętam… Muszę zapisać to, co jeszcze potrafię przywołać, nim zatrze się, zblednie i zniknie jak każda inna senna mara…


Szpilki dziewczyna kobieta Blanka

    Miałem dwadzieścia trzy lata, kiedy zadurzyłem się w niej totalnie, od pierwszego wejrzenia, gdy tylko zobaczyłem ją tańczącą w tamtym lokalu. Wszystko, co działo się potem, było nią uwarunkowane. Wiedziałem, że nie wyjdę z dyskoteki, jeśli nie zdobędę przynajmniej jej numeru telefonu, tymczasem po kilku godzinach miałem nie tylko to.

    Wszystko, co działo się później, przynajmniej przez jakiś czas, było jak półsen, któremu poddawałem się bez najmniejszego słowa sprzeciwu. Tkwiłem w głupkowatym zachwycie, zadowolony płynąłem z jej prądem i robiłem, co tylko chciała z pełnym przekonaniem, że los nam sprzyja, a przed nami świetlana, wspólna przyszłość. Rzuciłem studia dzienne, na które uprzednio dostałem się nie bez trudu i aby być bliżej niej, zostałem studentem zaocznym psychologii. Czesne było wysokie, a praca dla studenciaka jak zwykle niskopłatna, więc dziękowałem opaczności i Blance rzecz jasna za nowe źródło dochodu, które może nie było legalne, ale sprawiało, że czułem się wreszcie kimś, mogłem pokazać rodzicom, że nie potrzebuję ich pieniędzy okraszonych wyrzutami i w dodatku mogę mieć dużo więcej, niż wcześniej. To była czysta robota. Prosta jak na tamte czasy hakerka, podrabianie faktur, dokumentów, fałszowanie danych i zdobywanie haseł, by siostra Blanki, Natasza mogła wprowadzić w obrót pieniądze z nielegalnego źródła. Ja ich nie kradłem, nie robiłem nikomu nic złego. Tylko... pomagałem prać. Najważniejsze było to, że wzbudzałem podziw i zadowolenie dziewczyny, w której zakochałem się po uszy. Dzięki niej byłem bogaty, szczęśliwy, czułem się niezależny, niezniszczalny, najlepszy! Śmiałem się z brata i jego mrówczej pracy. Radek tyle lat ślęczał nad książkami, zarywał noce, tyrał niemal za darmo na stażu, by potem zasuwać w szpitalu na dwudziestoczterogodzinnych dyżurach za grosze i ledwie wiązać koniec z końcem. Gdyby nie Hanka, jego żona, jeszcze przez długie lata musieliby mieszkać z rodzicami. A ja, ja miałem Blankę i siedziałem w złotym interesie. Nie zdawałem sobie tylko sprawy z tego, że w rzeczywistości stąpałem po bardzo cienkim lodzie. A zresztą, nawet gdybym był tego świadom, nie zrezygnowałbym. Nie mógłbym jej zawieźć, co gorsza stracić. Poza tym mijały miesiące, lata, ja zaś stawałem się perfekcjonistą, nie popełniałem żadnych błędów, nie zostawiałem śladów, nie było możliwości, by pies z kulawą nogą zorientował się, że działam poza prawem. Zaślepiony miłością i pewnością siebie, nie wziąłem pod uwagę tego, że przecież wystarczy, aby ktoś inny wzbudził podejrzenia, zaczął sypać i początek końca będzie kwestią czasu. 

    W międzyczasie olałem studia, za które ciągle płaciłem, a Blanka swoje ukończyła. Jej siostra widziała we mnie potencjał, za pośrednictwem mojej dziewczyny namawiała mnie do nauki i obie wjeżdżały mi na ambicję, toteż zacząłem przygodę z ekonomią. Miałem hajs, nie potrzebowałem robić wszystkiego sam. Kombinowałem. Pracę licencjacką napisał dla mnie na zlecenie kolega. Nie, żebym się nie uczył. Po prostu nie miałem na wszystko czasu, natomiast stać mnie było na… pomocników. Blanka o tym nie wiedziała, nie mogłem się przyznać, że nie ogarniam. Byłem przecież supermanem. Cóż, jak się potem okazało, i ona miała przede mną swoje tajemnice. Co gorsza, gdybym na czas nie otrzeźwiał, nie wykazał się refleksem i sprytem w ratowaniu własnej dupy, poszedłbym siedzieć za to, co robiłem, pewnie jeszcze za innych, a Blanka bez mrugnięcia swoim ślicznym okiem, obciążyłaby mnie w sądzie. Na szczęście zupełnie przypadkiem podsłuchałem jej rozmowę z Nataszą i zrozumiałem, kim naprawdę dla nich byłem przez cały ten czas. Cóż, grunt, że w porę uciekłem z tonącego okrętu bez patrzenia za siebie. Sumienie odezwało się później. Ten idiotyczny sen to też pewnie echo skrupułów, które potem tak długo mnie męczyły. Tylko dlaczego teraz?

    Mógłbym chwycić za telefon, umówić, wizytę, wskoczyć w samolot i choćby jutro poszukać odpowiedzi razem ze starym doktorem… Mógłbym? Johnson nigdy się nie spieszył i w tej kwestii na pewno nic się nie zmieniło. Jego podejście niemal sugeruje, że facet jest nieśmiertelny, stąd na wszystko ma nieskończenie długi czas. Każdy objaw niecierpliwości kwitował podczas spotkań tym swoim: Haste makes waste. Potrzebowałbym co najmniej kilku wizyt, by miało to jakikolwiek sens. A jutro do roboty. Nie, nie szukam wymówki. Po prostu nie mogę się cofać. Zawsze będzie coś do rozkminienia, wypłynie jakiś problem, rozterka. Stanąłem na nogi i zmierzę się tym sam. Czy nie do tego ukształtowały mnie te wszystkie nonsensownie drogie sesje z psychologiem?

Może gdybym znienawidził obie siostry po równo, byłoby łatwiej. Bezwzględną Nataszę co prawda powiesiłbym chętnie na suchej gałęzi, nie mam co do niej żadnych pozytywnych uczuć. To typowa hiena, żerująca na innych, bez skrupułów niszcząca wszystkich i wszystko, co stanie jej na drodze do celu. Jestem pewien, że śpi spokojnie, podczas gdy inni odsiadują za nią wyroki. Natomiast Blanki nigdy nie znienawidziłem do końca, chociaż miałem, chyba wciąż mam do niej ogromny żal. Za to, że mnie zdradzała, wykorzystała, a na koniec wystawiła, chciała wydać i obciążyć. Jednocześnie dręczyły mnie przez długie lata wyrzuty sumienia, bo przecież ostatecznie to ja zablokowałem dla siebie jedno z grubych kont, wyczyściłem je i wyszedłem bardzo po angielsku, zacierając po sobie ślady, nim się zorientowała. Ile razy miałem potworną ochotę poszukać jej w internecie, sprawdzić co z nią, może nawet pojechać do niej… Mógłbym to zrobić bez obaw, nikt by się nie dowiedział. Problem w tym, że ja bym wiedział, a przecież z takim trudem zamknąłem ten rozdział. Przynajmniej do tej pory byłem pewien, że to zrobiłem. 

    Jak to możliwie? Właśnie teraz, po zatrzaśnięciu tych wszystkich drzwi, wyrzuceniu kluczy, znów słyszę skrzypienie? Blanka we śnie nie miała długich, złotych włosów. Były krótkie, ciemne. Jak włosy Grace... 


18. Wybryki wyobraźni

    To był dobry tydzień. Jestem co prawda zmęczony, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mam za sobą kilka intensywnych dni, a właściwie wieczorów, bo jak się okazuje, to właśnie późnymi popołudniami pizzeria cieszy się największym zainteresowaniem. W pierwszym dniu czułem się jak dziecko we mgle. Niby prosta robota, każdy praktycznie może to robić, tymczasem zdążyłem pomylić zamówienia, zapomnieć terminala, zgubić sosy i  narazić się szefowi, bo zaparkowałem na jego miejscu. No ale skąd miałem wiedzieć, że skoro jest wolne, to zajęte?
 Poniedziałek, czyli moją nową niedzielę, spędzam na samych przyjemnościach. Oznacza to mniej więcej tyle, że nic nie robię. Chętnie wpadłbym znów na tę szaloną sąsiadeczkę z Chrupkiem. Nie, z Hrabkiem.   Ten zarośnięty kurczak nosi dumne imię Hrabia, dla przyjaciół Hrabek. Nie wiem, czy istnieje na świecie istota z gorzej dobranym imieniem. W dodatku ten nieokrzesany „hrabia” z hrabiowskimi manierami nie ma nic wspólnego. Serio, już lepiej, żeby nazywał się Chrupek. Za to zaczynam chyba lubić jego panią – Monikę. Może zaproponowałbym jej małą lekcję, jak zajmować się psem? Czuję, że po szkoleniu u pani Kasi – behawiorystki jestem niemal ekspertem w psiej dziedzinie.
Obraz abstrakcja dom Grzegorza

    Tymczasem Grzesiek wyzdrowiał, skończył kwarantannę po chorobie i dziś w południe zaprosił mnie do siebie. To bardzo dziwne uczucie, gdy poznajesz człowieka tylko głosowo, jakoś go sobie wyobrażasz, a po kilku tygodniach nagle patrzysz na niego i stwierdzasz, że jest zupełnie niepodobny do siebie. Sprzeczne z wyobrażeniem okazało się również wnętrze mieszkania. Nowoczesna, jasna przestrzeń ogromnego salonu zaskoczyła mnie kompletnie. Nie wiedziałem, że w tym pionie są tak duże lokale. Przestronny, jasny pokój wielkości całego mojego mieszkanka – no może przesadzam, ale prawie – błyszczy czystością i elegancją. Siedziałem na rozkosznie miękkiej, skórzanej kanapie i patrzyłem na niezwykły, ogromny obraz przedstawiający jakąś abstrakcję, idealnie współgrający z wnętrzem, jakby podkreślał jego spokojną klasę poprzez kontrast rozmachu koloru. Jakby namalowany specjalnie dla niego albo odwrotnie – salon dopasowano stylem do dzieła. Poczułem potrzebę docenienia sztuki i oczywiście palnąłem coś o tajemniczej wymowie obrazu, jego szalonej ekspresji, co Grzesiek uciął, mówiąc, że to wizja kompletna, w której wszystko jest starannie wyważone i przemyślane. To idealna równowaga – jakoś tak to określił. Chyba przez moment był urażony, ale zaraz się rozchmurzył, więc mogło mi się wydawać. 
To zabawne, jak łatwo wyobraziłem sobie wcześniej tego człowieka i jego otoczenie, tylko na podstawie drzwi. Cały czas myślałem, że za nimi kryje się zagracone, ciemnawe i ciasne wnętrze oprawione w przykurzoną boazerię oraz wzorzystą tapetę z meblościanką, wersalką, ceratą na stole i zwalistym sprzętem audio Grundiga. Pośrodku zaś stoi przygarbiony właściciel w okularach z rogowymi oprawkami i rozciągniętym swetrze w romby. Nawet imię jego psa jakoś bardziej pasowało do tamtego wyobrażenia. Kiedyś przy piwie opowiem Grześkowi, jaki wizerunek jego i jego domu uroiłem sobie wcześniej. Teraz nie mam śmiałości, chyba wciąż jestem zbyt zaskoczony. Inna sprawa, że w zasadzie słabo się znamy i nie wiem, czy zwyczajnie się nie obrazi. Jest eleganckim, nawet w domu dobrze ubranym facetem, który najwyraźniej dba o formę i wygląd. Nie umiem się jednak oprzeć ciekawości i w końcu pytam o tę nieszczęsną wizytówkę na drzwiach.
– Masz rację, teraz już nikt nie przedstawia się na drzwiach. To ma swoją historię i w zasadzie ten Grzegorz Rurzycki złotymi literami, to nie ja – zerka na mnie nieco rozbawiony – Moi rodzice sprowadzili się tutaj razem z dziadkiem, gdy tylko zbudowano osiedle. Jako że to on „wychodził” ten przydział i „załatwił” dzięki rozlicznym znajomościom, jego imię powieszono na drzwiach. Był oficjalnie właścicielem lokalu, więc jemu należał się ten zaszczyt. Po latach, gdy dziadek zmarł i wizytówki tego typu zaczęły wychodzić z mody, ojciec chciał ją zdjąć, lecz matka się nie zgodziła, co było w zasadzie paradoksem. Z początku ponoć nawet nie chciała jej zakładać, a przecież wszyscy niemal obowiązkowo to robili. Po ślubie nie przejęła nazwiska męża. Całe życie twierdziła, że z dwoma bykami w nazwisku polonistce chodzić nie wypada. Uczyła w pobliskiej podstawówce. Jednak potem, gdy dziadek zmarł i czasy mocno się zmieniły, kazała zostawić ten osobliwy identyfikator, jako pamiątkę, chociaż wówczas ludzie raczej je zdejmowali, pozostawiając co najwyżej numer mieszkania. W efekcie po latach, gdy i rodziców pochowałem, ożeniłem się, nadal tu mieszkam z rodziną, wszystko w domu kilka razy przeszło remont i jest zupełnie inaczej niż kiedyś, drzwi tkwią wciąż te same. Są jak pomost między wczoraj a dziś.
– Piękna historia – podsumowałem, zaskoczony nieco tą opowieścią – Rzeczywiście nazwisko masz oryginalne – już chciałem zapytać o żonę, ale mnie uprzedził.
– Tak, mnóstwo z nim kłopotu, ale moja żona nie narzeka. Pracuje w angielskiej firmie, więc przynajmniej brak „ó” tylko ułatwia jej życie.
Nim wróciłem na swoje piętro, zjechałem jeszcze windą na dół do skrzynki na listy. Widziałem rano przez szparę, że coś tam jest, ale jak zwykle nie miałem kluczyka. Nowa stawka za mieszkanie od stycznia, plik reklam i wezwanie do komendy na piątek o 14-ej. Będę w pracy o tej porze, zdecydowałem więc zadzwonić i przełożyć. 
– Dzień dobry, Leopold Fikcyjny, ja w sprawie wezwania – już po drugim sygnale aspirant sztabowa Irena Dworna, czyli dokładnie ta sama, która podpisała się pod listem do mnie, przedstawiła się, odebrawszy telefon. Kto by pomyślał, że oni tacy zorganizowani. Rozmowa trwała może trzy minuty. Sztabowa bez problemu przesunęła mi spotkanie na siódmą rano w poniedziałek. Konkretna babka.
Cholera, taki jestem zaskoczony, że zapomniałem o swoim wolnym dniu i zgodziłem się natychmiast. To oznacza, że będę musiał wstać przed szóstą ze względu na psy. Swoją drogą ciekawe, czy ta sztabowa to ta sama policjantka, co wtedy? Głos wydawał się podobny. Nie wiem dlaczego, jakoś podnosi mnie to na duchu i gotów jestem pogodzić się z wcześniejszym wstaniem w wolny dzień. Ciekawe co z tą denatką. Męczy mnie ciągle wspomnienie blizny. Była identyczna z tą ze snu i w sumie nie ma się co dziwić, w końcu byłem w lekkim szoku po tym zdarzeniu i mogły śnić mi się przeróżne bzdury, jednak jestem pewien, że coś jest nie tak, gdzieś widziałem już ten kształt, taką samą skazę, jednocześnie na sto procent nie widziałem nigdy wcześniej tej kobiety. No dobra, na  dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Myślę, że mam pamięć do twarzy i jeśli, kogoś raz poznam, może zapomnę, kim jest, ale przy ponownym spotkaniu raczej zorientuję się, że nie po raz pierwszy go widzę. Blizna jest mi znajoma, właścicielka nie. I co ja mam z tym zrobić? Powiedzieć o tym policji? Rozsądek nakazuje nie mieszać się o tyle o ile to tylko możliwe.
Tylko dlaczego bliznę we śnie nosiła Blanka? Nie chcę wracać do wspomnień, ale wracam...  


   

17. Harce Hrabka

Jestem spocony jak szczur, ale jestem. Teraz już chyba naprawdę. Tola, Urwis i Fusia stoją na środku pokoju, jakby nie wiedziały, czy już uciekać, czy jeszcze dać mi szansę. Na ich twarzach, to znaczy na pyskach (oczywiście) widać wyraźnie zaniepokojenie, poruszenie, coś, jakby troskę… a może przywidziało mi się? To przecież tylko psy! Jasna cholera. Muszę natychmiast… No tak, nie jestem już tam. Nie ma doktora Johansena… Jednak potrzeba zapisania snu, nim rozpłynie się w nicość, jest silna. 
    Psy wskakują na łóżko i atakują mnie swoimi merdającymi ogonami, nagle rozradowanymi jęzorami. Wyginają się, łaszą, popiskują radośnie.
– Spokój wariaty – śmieję się mimo woli, przytulam każdego po kolei i głaszczę. Chce mi się płakać i śmiać jednocześnie. Jak to dobrze mieć te futrzane kule przy sobie. Chyba trochę za mocno objąłem Urwisa, bo wyrwał się, zeskoczył z łóżka i skacze jak ulęgałka. Oj, dobrze wiem, czego chce ten łobuz – Zaraz, zaraz. Daj się człowiekowi wyplątać z pościeli – śmiech wygrywa, gdy to mówię.
    
    Czuję dumę, słysząc pospieszne chrupanie. Udało mi się nauczyć je jedzenia suchej karmy i mogę w spokoju skonsumować tosta z szynką. Myśli wracają… Normalnie zapisałbym ten sen w notesie, który i tu miałem zamiar przygotować sobie na szafce przy łóżku, ale zwierzaki tak mnie zajęły, że zwyczajnie zapomniałem, a teraz już właściwie nie odczuwam potrzeby. Wydaje mi się, że złapałem dystans bez tego, mimo to wciąż mam wyraźnie przed oczami cały ten sen. Swoją drogą, to ciekawe. Śniła mi się Blanka, ale jestem pewien, że w rzeczywistości nie miała żadnej blizny. No i nie byłem nigdy z nią w takim miejscu, chociaż… z kimś byłem. Chyba. Powinienem się przyzwyczaić do tych wywołanych przez dragi dziur w pamięci i ich powrotów w koszmarach. Terapia, jak widać, nie wszystko załatwiła do końca. Teraz nawet nie ma jak złożyć reklamacji. Drapię za uchem Urwisa, który zjadł jako pierwszy i jak zwykle przychodzi się pochwalić.
– Zaczekaj na dziewczyny, zaraz pójdziemy – to słowa, które wypowiadam codziennie rano. Od kilku dni. Chyba ustalamy rytm. Urwis zjada, Fusia zjada, na końcu Tola, a potem wychodzimy razem i jest, kurcze rzeczywiście tak jest. No fajnie jest. Na luzie, bez spiny. Dobrze. Urwis patrzy na mnie, a ja na suki z oczekiwaniem na spacer – Dziś pójdziemy do lasu. Co wy na to?

Jestem realistą, wiem, że trupa już nie ma i z pewnością nie znajdę następnego, jednak na wszelki wypadek szerokim łukiem obchodzę tamtą część lasu. Psy słuchają mnie i pilnują. Piękna złota jesień wybuchła przed nami całym swoim urokiem. Próbuję odgonić myśli o dziwacznym śnie, ale uporczywie wracają jak dręcząca zagadka, której rozwiązanie wydaje się oczywiste, choć jest nieuchwytne. Tola, jakby wyczuwając, że potrzebuję pomocy, co chwila przynosi mi zgniłą szyszkę, którą muszę jej rzucać. To pierwszy raz, gdy wszystkie trzy biegają luźno, spuszczone ze smyczy i o dziwo, trzymają się blisko.
– Dzień dobry! – radosny, trochę znajomy głos, wyrywa mnie z zachwytu nad gracją i sprytem Tolki. A… to ta.
– Dzień dobry. Urwis, do nogi!
Zdyszana, z rozwianymi jasnymi włosami i zarumienionymi policzkami młoda sąsiadka z pieskiem wygląda, jakby przed kimś uciekała i właśnie na mnie wpadła. Cóż, mogę ewentualnie zostać dziś jej rycerzem. Uśmiecham się do siebie na tę głupkowatą myśl.
– Ładny dziś dzień się zapowiada, nieprawdaż? – zagaduję, lecz jej poważna, a właściwie zaaferowana mina oznacza, że kobieta raczej nie podzieli mojego optymizmu.
– Widział pan Hrabka? – zawiesiła na mnie cały ciężar swojego zaniepokojonego spojrzenia – No Hrabka, mojego psa, widziałeś?
– A! Tego… No, nie, nie widziałem… – rozglądam się odruchowo – A… zgubił się? – pytam, też bez zastanowienia, wyjątkowo inteligentnie.
– Nie, to taka radosna zabawa. Siedzi w domu, a ja biegam po lesie i udaję, że go szukam! – ałć… no tak.
– Przepraszam, zaskoczyła mnie pani… To może ja pomogę szukać. Gdzie widziała go pani po raz ostatni?
W zasadzie mam jeszcze trochę czasu, mogę jej pomóc. Zatem idziemy razem, to znaczy ja idę i się rozglądam, ona biega chaotycznie po krzakach i wrzeszczy. Kiepska taktyka, ale nie będę przecież pouczał kobiety w najwyższym stanie wzburzenia. Nagle staję jak wryty i czuję, jak pot występuje mi na czoło pod czapką. A co jeśli, ten Chrupek, czy jak mu tam, podobnie jak Bimber wtedy… 
– Zaczekaj! Może trzeba wezwać jakąś pomoc! Albo… o! Może wrócił na osiedle? – nie, nie chcę sam z nią biegać po lesie, nie chcę znaleźć kolejnych zwłok!
– Co? Poleciał w przeciwną stronę, jakby wracał, to bym go zobaczyła, przecież biały jest jak śnieg! Jak nie chcesz, to sama…
– Dobrze już – przerywam jej – nie to miałem na myśli. Uciekł w las? Wyrwał się i pobiegł, szczekając?
– Nie, zwyczajnie pobiegł, jak pies – zerka na mnie, jakby szukała oznak debilizmu na mojej twarzy – A co?
– Nic, nic. Chrupek! – ruszam szybciej.
– Hrabek, nie Chrupek! Może niech pan lepiej wraca ze swoimi do domu, poradzę sobie.
I w tym momencie Fusia, która wąchała coś przy ścieżce, zrywa się i skacze w lewo jak sarna w wersji mini. Nim zdążyłem otworzyć usta, widzę biały kształt, do którego pognała. Teraz radośnie wylizuje pysk Chru… Habkowi. 
– Jesteś! – pańcia z wielką ulgą w głosie rzuca się ku psiakowi, by porwać go w ramiona, aż wystraszona Fuśka odskakuje z podkulonym ogonem i natychmiast chowa się za mną. – Fuuuj! – Odnaleziona miłość zostaje niemal rzucona z powrotem na ziemię. Co do… O cholera. Uroczy biały terierek ma umorusany na brązowo pysk. I w kark najwyraźniej też sobie powcierał zdobycz.
– Fusia! – może jednak niech nie zlizuje z niego tego gówna. Blondyna gładko przechodzi z fazy nerwowego strachu i matczynej troski przez pełnię radości do furii obrzydzenia.
– Ty pieprzony gównojadzie! Co to ma być?! Cholero jedna! Jak ty wyglądasz?! Nie zbliżaj się do mnie!
    
    W przeciwieństwie do sąsiadki czuję autentyczną ulgę i – przyznaję – rozbawienie. Ona nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie ma szczęście. Pies w lesie potrafi znaleźć coś dużo gorszego niż odchody.

16. Sen nocy listopadowej

– Nie, zostaw, tak jest dobrze – powstrzymuję ją przed zaciągnięciem zasłony. Wściekle zielone, mrugające światło neonu sprawia, że jej ciało pulsuje równomiernie kosmicznym blaskiem, tnącym co chwilę głęboki mrok wokół nas.

Sen wspomnienie Blanka

    Jest idealna, perfekcyjna, gdyby świat został zbudowany na podstawie łuku jej ramion, talii, biodra, uda..., byłby rajem nad raje. Od przeszklonej ściany jest zaledwie cztery, może pięć metrów, ale ona idzie, idzie, wciąż idzie… Chcę jej jak najbliżej i jednocześnie chcę wciąż widzieć tę sekwencję płynnych, falujących w zieleni kroków złożonych z nieskończonych mikroruchów jak fraktale... Zatrzymuje się tuż przed niskim jak podnóżek, szklanym stolikiem i na chwilę, tę ponadczasową chwilę, w której mógłbym pozostać na wieki, jak owad uwięziony w bursztynie, zatrzymuje się, a potem pochyla. Zgniata w popielniczce dopiero co zapalonego papierosa i podnosi się, niczym w przewijanym do tyłu filmie wraca do swej doskonałej formy, by znów zatrzymać czas na rozkosznie długi ułamek sekundy. Brakuje mi tchu, oplata mnie gorący, gęsty zapach perfum, dymu, jej ciała i tej elektrycznej zieleni..., ale jestem tak lekki, że zaraz... Mówi coś, chyba coś mówi, a może się śmieje? Jej głos dobiega z oddali, z nieznacznym opóźnieniem, jak przy kiepskim połączeniu, ale ona jest coraz bliżej, żarzy się jak dzika limonka. Wyciągam ku niej rękę, która sama utrzymuje się w powietrzu, jakby nic nie ważyła, ale ona jest tak daleko. A nie, jest tu. Jakby skoczyła w czasie. Dotykam jej włosów. Natychmiast. Są tak miękkie, jak… jak… nie da się tej miękkości do niczego porównać, one są miękkością, istotą miękkości. Zanurzam się w nie dłońmi, twarzą. Krótkie, a jakby wydłużają się, oplatają moje palce, usta, ruszają się, wiją… Zanurzam się cały. Stapiam się w jedno. Jestem nimi. Docieram do ciepła skóry. Przenikam... Szyja, a na niej atłas. Czuję pulsowanie. Wszędzie. W rytm zieleni… Kreska na atłasie przeszkadza, jest złośliwym intruzem, więc gładzę ją palcami. Nie widzę dokładnie, ale czuję wyraźnie. Pod opuszkiem palca, końcem języka. Niech się rozprasuje i zniknie… jak zmarszczka na prześcieradle… Niech zniknie… Niech… Dlaczego nie schodzi? Dlaczego zaburza ideał?

– Hej przestań, nie drap tak! – wrzeszczy mi gorącym szeptem do ucha i trąca lekko w ramię. Nie! Tracę równowagę! Odrywam się. Lecę. Spadam! Nie mam się czego złapać, jestem sam w nicości, spadam! Puls zieleni oddala się błyskawicznie… Tracę oddech! Nie!

Co?! Co to za zapach? Zimno mi, czuję, jak pot zamarza warstwą między skórą a koszulką. To był sen. Tak, to sen, ale... co się stało z pościelą? Co to jest? Liście? Skąd liście? Co do cholery?! Siadam gwałtownie i mrugam szybko oczami, ale niczego nie mogę dostrzec. Ten smród to mieszanka gnijących powoli liści i ziemi, świeżej ziemi. W łóżku? Cholera, psy naniosły na łapach ziemię do łóżka i… rozglądam się wokół, mrużąc oczy, wzrok powoli adaptuje się do warunków. Plamy nabierają kształtów. Drzewa? Krzaki? To wygląda przecież jak las, jak tamto miejsce... Patrzę bliżej, nie ma łóżka, psów, są liście, mnóstwo liści, gałęzi i mokra, zimna ziemia. Boję się odwrócić. Wiem, wiem to. Obok leży ona… Z całej siły powstrzymuję się, zaciskam oczy, pięści, wszystko zaciskam, ale nadal widzę, poruszam się, to nie fair, to moje ciało, ja nim rządzę! Nie chcę tego zobaczyć! Nie!

– Nie!!!

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...