15. 3 x P

    Można się było spodziewać, że Aniela Kłopocińska — najbardziej upierdliwa sąsiadka — już wszystko wie, a może nawet więcej, niż w ogóle się wydarzyło. Oczywiście widziała, jak wraz z policjantem odstawiłem Bimbra pod drzwi Grześka, a potem wsiadłem do radiowozu i pojechałem w siną dal. W jej teorii muszę być tym złym, inaczej zaraz po moim powrocie złożyłaby mi wizytę, to znaczy zupełnie przypadkiem spotkałbym ją na klatce w pobliżu mojego mieszkania. Aby nie rozmawiać o tym przez zamknięte drzwi, zadzwoniłem do Grześka podczas spaceru z Tolą, Urwisem i Fusią. Tak, wziąłem je wszystkie naraz, bo każde z nich patrzyło tak samo rozpaczliwie i nie byłem w stanie wybrać najbardziej potrzebującego. Założyłem słuchawki, by mieć wolne ręce, choć wciąż to za mało o jedną. Właściwie chciałem zapytać sąsiada, czy Bimber się uspokoił, czy wszystko z nim w porządku. Prawdopodobnie tak jak i ja, pierwszy raz w życiu spotkał się osobiście z trupem. Musiałem też wyjaśnić Grześkowi, co się stało, bo wcześniej nie miałem jak, a pies raczej mu nie opowiedział. 

Przy okazji dowiedziałem się, co też rozpowiada Kłopocińska. Podobno jej bratanek pracuje w Straży Miejskiej i ona od niego dowiedziała się, że słyszał od kolegi, który ma jeszcze innego kolegę, co ma brata policjanta czy jakoś tak, możliwie, że tu coś mi się pomieszało, ale ostatecznie hit jest taki, że w okolicy grasuje gwałciciel. Podobno zaczepia kobiety, zwłaszcza te, które wcześnie rano lub wieczorem uprawiają jogging. Mój poranny spektakularny odjazd radiowozem spod klatki ma mieć z tym coś wspólnego. Grzesiek, opowiadając mi to, omal nie udusił się ze śmiechu. Całe szczęście, że tak łagodnie przechodzi tę chorobę, bo jeszcze miałbym go na sumieniu. Moje ponowne pojawienie się na wolności raczej nie rozwieje plotki. Grzegorz twierdzi, że prędzej pani Aniela uzna, że niewydolna policja ma zbyt mało dowodów i wypuściła przestępcę, niż zwątpi w tak sensacyjną teorię opartą przecież wyraźnie na wiarygodnych słowach policjanta, który jest bratem kolegi od kolegi bratanka… Niech no jeszcze dotrze do niej informacja, że kobieta znaleziona w pobliskim lesie była martwa, to mózg całkiem się jej zagotuje. Cholera, za każdym razem, gdy przypominam sobie to ciało, wraca dręczące pytanie: skąd do licha ją kojarzę? 

Mam wielką ochotę zatelefonować do tej policjantki i zapytać, czy ustalili dane zamordowanej. Wiem, że to głupie, nie udzieliliby mi takich informacji, a jednak żałuję, że wyrzuciłem tamtą karteczkę. Mógłbym zgłosić się, że na przykład przypomniałem sobie o tym, że ktoś prawdopodobnie był w pobliżu. Wtedy, gdy Bimber tak się najeżył. Nie wiem dlaczego, ale nie powiedziałem o tym ostatnio. Chyba zwyczajnie zapomniałem. To mogło być po prostu jakieś zwierzę. Jednak pretekst dobry, aby jeszcze raz złożyć zeznania i, może przy okazji, dowiedzieć się czegoś o tej dziewczynie. Kto by pomyślał – sam kombinuję, co zrobić, by umówić się na rozmowę z glinami.

Spóźniona pizza Leopolda

Od blisko dwóch godzin szwendam się bezmyślnie po stronach internetowych i zawędrowałem właśnie w jakąś kompletną czeluść, gdzie przeczytałem "gorącego newsa" o tym, jak to dwóch gości spotkało się na gali MMA, gdzie mieli walczyć na pięści za jakieś absurdalnie ogromne pieniądze. Podstarzały nieco bokser z niedoszłym modelem. Pięściarz skopał młodszego, został zdyskwalifikowany, a ten wyśpiewał komentarz na poziomie zdemoralizowanego przedszkolaka, skacząc po zielonym tle i ja, tak ja to pooglądałem, dokładając się tym samym do prawie półtora miliona odsłon tego absurdu. A wszystko to w oczekiwaniu na zamówioną pizzę… 

– Halo? Dzień dobry ponownie, Leopold Fikcyjny, zamawiałem pizzę na Akacjową…

– Tak, tak, chwileczkę… – słyszę, jak dziewczyna przyjmuje zamówienie od kogoś innego – przepraszam, o jakie zamówienie chodzi?

– Na Akacjową, dwie godziny temu…

– Tak, tak, najmocniej przepraszam. Zdaje się, kolega to przyjmował, poinformował pana o wydłużonym czasie oczekiwania.

– Nie poinformował – w zasadzie to nie pamiętam – kiedy dostanę moją pizzę?  I dlaczego to tak długo trwa? Zaraz umrę z głodu.

– Proszę pana, robimy, co w naszej mocy, ale mamy teraz tylko jednego pracującego kierowcę i mnóstwo zamówień – mówi znużonym, przepraszającym głosem pewnie po raz setny – Teraz pojechał na Zawiszy albo osiedle Malinowe… sama nie wiem. Chwileczkę… – znowu odbiera inny telefon i komuś tłumaczy to samo, co mnie. Zaraz szlag mnie trafi. Rozłączyło się. Cholera. Niewiele myśląc, ubieram się i wychodzę. Sam sobie odbiorę ten pieprzony obiad.

Wracam do domu z pizzą i… nową pracą. Nie przemyślałem sprawy. Po prostu rzuciłem, że skoro mają takie problemy, to chętnie popracuję dla nich jako kierowca – dostarczyciel przez jakiś czas. Od razu zmaterializował się przede mną kierownik z umową i długopisem. Zaczynam jutro w południe. Czy to możliwe, że net tak dziś mnie otumanił, iż nie wiem, co robię?

14. Wzorowy obywatel

    Dochodzę do wniosku, że takie przetrzymywanie ludzi w oczekiwaniu ma swoją funkcję, a nawet cel. Od blisko godziny siedzę na korytarzu komisariatu – „Proszę tu poczekać, niebawem ktoś pana wezwie” – i zdążyłem już uspokoić się, ochłonąć, przemyśleć i odrzucić kuszącą myśl o ucieczce, zdenerwować się, obmyślić, co będę mówił i policzyć wszystkie szpilki oraz pinezki na niemal pustej korkowej tablicy wiszącej na ścianie naprzeciwko, a także przeanalizować treść jedynej przyczepionej tam karteczki, a właściwie ulotki reklamującej pizzerię. Mają w ofercie Piracką na ostro. Z podwójnym serem byłaby idealna. Burczy mi w brzuchu od godziny. 

    Odruchowo poderwałem się, gdy drzwi gabinetu otworzyły się, lecz policjant tylko spojrzał na mnie beznamiętnie, zamknął je za sobą na klucz i powoli sobie poszedł. Trzeba było zabrać kanapki i kawę w termosie. Cholera jasna, znalazłem zwłoki, wezwałem gliny, zgodziłem się od razu złożyć zeznania i razem z milczącym aspirantem odprowadziłem psa, po czym pojechałem z nimi na komisariat. Wzorowa postawa obywatelska została nagrodzona możliwością posiedzenia sobie na tyłku.

– Pan Leopold…

– Fikcyjny, to ja.

– Yhmmm… Proszę – funkcjonariuszka otworzyła drzwi, zapraszając mnie gestem do środka. Wreszcie. Miejmy to już za sobą. Dobrze, że przysłali dziewczynę, pewnie zajmuje się tu papierologią i nie będzie mnie za bardzo maglować. Nawet ładna, chyba w moim wieku. Ciekawe, co taka kobieta robi w takim miejscu jak to. Nie spieszy się, nie wiem, czy to dobry znak. 

– Proszę usiąść i przygotować dowód osobisty – mówi łagodnie, włączając komputer. Podaję mój skądinąd fałszywy dokument pełen pewności siebie, lecz nieco zasycha mi w gardle, gdy policjantka ogląda go, po czym przygląda mi się jakby odrobinę zbyt długo. Wiedziałem, że to był kretyński pomysł na nazwisko. Trzeba było zostać jakimś Kowalskim albo Pawlakiem. Zaraz się do tego przyczepi. Niech to się szybko skończy, a przysięgam, wyjadę stąd na koniec świata i zostanę Johnem Smithem.

– To pan, panie Leopoldzie… Fikcyjny, znalazł ciało denatki w lesie. Proszę opowiedzieć, jak do tego doszło – mówi, jednocześnie przepisując moje dane.

– A więc… To znaczy. No tak – czuję się, jak uczeń wezwany do odpowiedzi – Wyszedłem jak co rano z psem sąsiada, który jest chory i…

– Sąsiad nazywa się?

– Grzegorz Rurzycki. Przez u otwarte i er zet. Nazwisko, bo imię normalnie. I…

– Adres?

– Mój czy sąsiada?

– Sąsiada.

– Akacjowa 54 przez 9.

– Na co choruje pies?

– Co?

– Powiedział pan, że pies sąsiada jest chory.

– A nie! Nie pies. Sąsiad jest chory. Ma koronawirusa i dlatego ja zaoferowałem pomoc i go wyprowadzam. To znaczy, psa wyprowadzam.

– Rozumiem. Proszę kontynuować.

– Tak. Więc ja z Bimbrem, czyli psem, bo pies wabi się Bimber, wyszedłem i on mnie zaprowadził do lasu. To znaczy nie, ja go prowadziłem, nie on mnie, ale wyraźnie chciał iść do lasu, chociaż rano raczej tam nie chodzimy. Rano to zwykle po okolicy…

– Spokojnie. Proszę się nie denerwować – mówi i w tym momencie uzmysławiam sobie, jak bardzo pocą mi się dłonie – Wyprowadził pan psa o imieniu Bimber należącego do sąsiada Grzegorza Rurzyckiego na spacer i poszliście do lasu, tak?

– No tak. Nie miałem zamiaru w taką mgłę, ale on… Pies uparł się. Był niespokojny. To dla niego nie jest typowe. Wyrwał mi się i uciekł, a potem szczekał i jak go znalazłem, to stał nad tą… denatką. I ja zadzwoniłem. A nie! Jeszcze coś! Bo ja się zdenerwowałem, to znaczy nie, żeby ten…, tylko że byłem zaskoczony, nie spodziewałem się, no… nigdy wcześniej nie znalazłem, nie widziałem martwego ciała. No i jak chciałem zadzwonić, to mi telefon wypadł tuż obok i ja go wyjąłem i zadzwoniłem.

– Rozumiem. Czy czegoś pan dotykał? Chodził wokół?

– Nie, nie! Bimber też stał praktycznie w jednym miejscu, gdy tak szczekał. Nic nie ruszaliśmy. Tylko tyle, że telefon…

– W porządku.

– Potem, tak jak mi kazaliście, wysłałem moje współrzędne i czekałem.

– Czy rozpoznaje pan osobę denatki?

– Nie. 

Spokojny głos policjantki pozwala mi się nieco rozluźnić. Chyba całkiem dobrze mi poszło. Nagle drukarka tuż obok ożywa i wyrzuca z siebie kilka arkuszy.  Na jednym z nich są moje dane i to, co opowiedziałem w wersji dużo bardziej uporządkowanej i klarownej. Podpisuję swoje zeznania i jeszcze kilka innych tekstów typu RODO, pouczenie, zgoda na coś itp. 

– Dziękuję, na razie to wszystko.

– Wszystko?

– Tak, gdyby się panu coś jeszcze przypomniało, jakiś szczegół, cokolwiek, proszę dzwonić – zapisuje numer i podaje mi karteczkę – W razie potrzeby, będziemy się kontaktować z panem.

Gdybym palił, teraz rozpaczliwe potrzebowałbym papierosa. Nie mam najmniejszego zamiaru do nich dzwonić. Nie patrząc, wyszukuję w kieszeni zmięty papierek z numerem telefonu i wyrzucam do śmietnika pod komisariatem. Muszę jak najszybciej wracać, moje psy już dawno powinny były wyjść. Pewnie siedzą biedaki i trzymają albo nie dały rady i zafajdały mieszkanie. Czas wrócić do rzeczywistości. Tylko twarz tej kobiety… skąd ja ją znam? 


13. Instynkt

    Zamieram w bezruchu, a w głowie pulsuje chaos myśli. Nie mogę oderwać wzroku, jednocześnie widok jest tak przerażający, że nie chcę patrzeć. Co robić? Co robić? Zawiadomić policję. To oczywiste. 

Kobieta z blizną

    Telefon wypada mi z trzęsącej się dłoni, nie mogę tego opanować, do jasnej cholery, wiele w życiu złego zrobiłem, ale trupa widzę pierwszy raz. Muszę podejść bliżej, schylić się nad nim..., nie, nie dosięgnę, smartfon wpadł do tego pieprzonego dołu i leży może ze dwadzieścia centymetrów od kolana. Weź się w garść do cholery! Klękam i sięgam, po czym odskakuję, jakby nieżywa kobieta miała nagle złapać mnie za rękę. Nie mogę opanować histerycznego śmiechu. Dobra. Spokój. Dzwoń. A może nie… Dlaczego ja? Trup to trup, żadna dla niego różnica czy ktoś się nim zajmie szybciej, czy później. Niech ktoś inny to zgłosi, przecież ja się muszę trzymać z daleka od policji, nie mogę się w nic podobnego angażować. Tak. Wrócę do domu jakby nigdy nic. Zamykam oczy, by się opanować. Wciąż widzę to kolano, fragment łydki, czarną ziemię i włosy… splątane, długie i kręcone włosy blond. Jak żywe. Otwieram oczy i wciągam spazmatycznie powietrze. Jej twarz… sina, zastygła w czasie, brudna. Wbrew sobie przyglądam się jej. Właściwie to tylko kawałek profilu i ucho. Szyja przysypana ziemią, ale wyraźnie widać poniżej płatka ucha jakby kreskę, bliznę? Żołądek podchodzi mi do gardła. Nie, na pewno nie podejdę bliżej. Gdzieś już widziałem tę kobietę. Na pewno. Tym bardziej muszę stąd wiać. Wrobią mnie w to jak nic. Dokopią się do wszystkiego i w to też mnie wrobią. 

– Bimber! Idziemy! – łapię go za obrożę, lecz on wcale nie ma zamiaru się stąd ruszyć. Stoi jak wryty i uparcie ni to szczeka, ni to powarkuje – Przestań do cholery. Idziemy! – odciągam go kawałek na siłę i ruszamy w mgłę. Muszę teraz znaleźć jakoś ścieżkę. Hm… możliwie, że nieprędko ktoś odnajdzie to ciało. Biegacze, spacerowicze raczej nie chodzą po krzakach. Może grzybiarze? Już chyba po sezonie… Może jakiś inny pies… No nie, nie mogę tak po prostu odejść. Poza tym na sto procent zostawiłem tam ślady na wilgotnej ziemi i Bimber też. Pies nagle zatrzymuje się i zaczyna szczekać. Inaczej niż przed kilkoma chwilami. Najeża się i marszczy nos, obnażając zęby. Ktoś tu jest. Odgłos łamanych gałęzi tylko to potwierdza. Rozglądam się na próżno, mrużąc oczy, nadal nic nie widać. Co to? Coś mignęło za krzakami nadal przesłoniętymi grubą mgłą, jakby ktoś tam był. Przypadkowa osoba? Dzik? Morderca? Serce skacze mi do gardła. Za daleko, zbyt krótko i gówno widać, cholera, to nie może się dziać. Bimber szaleje, ale tym razem mocno trzymam smycz. Nie będę za nikim gonił ani niczego sprawdzał, nie ma opcji. Mam ochotę odwrócić się w drugą stronę i spieprzać tak szybko, jak to tylko możliwe. Krzaki wróciły do bezruchu, ktokolwiek tam był, uciekł. Przynajmniej taką mam nadzieję. Oddycham głęboko, by się uspokoić, na szczęście przestaje obnażać zęby i się rzucać, chociaż nadal jest bardzo niespokojny. Wyjmuję znów telefon i nie bez trudu, szarpany przez psa, wybieram 112.




12. To miał być zwyczajny poranek

     Jak tak dalej pójdzie, będę musiał ruszyć kasę, która miała nie ujrzeć światła dziennego jeszcze przez co najmniej dziesięć, piętnaście lat.  Co prawda już dawno po procesie, policja i prokuratura odtrąbiły sukces, a kurz całkowicie opadł, jednak lepiej nie kusić losu. Powinienem już mieć jakąś sensowną pracę, zarabiać na bieżące wydatki, a nie jechać cały czas na tym, co przywiozłem. Tym bardziej muszę się zorganizować. 





Wczoraj odebrałem auto. Dziesięcioletnie, więc wcale nie drogie, ale po doliczeniu podatku, ubezpieczenia, opłat rejestracyjnych wyszła niezła sumka jak na kogoś, kto oficjalnie nie ma żadnych dochodów. Tylko kiedy mam pracować, skoro ciągle latam na spacery? Właśnie, czas na poranną przebieżkę z Bimbrem. Na zewnątrz biel wszystko przykryła i nie widać dalej niż na dwa, trzy metry. Będzie dog in the fog. Z czego to było? Z jakiejś reklamy? Chodzi mi po głowie, mam na końcu języka, ale nie mogę sobie przypomnieć… 

Nie miałem w planach lasu o tej porze. Ledwie wstał dzień, w dodatku  mgła nigdzie się nie wybiera, przeciwnie zdaje się gęstnieć. Nogi jednak same zawędrowały między drzewa. Hmm… raczej nogi psa. Co się z nim dzieje? Ciągnie coraz bardziej, a przecież to takie spokojne zwierzę. Zapewne zdemoralizował się przy mnie, o ironio, zamiast świecić przykładem, by motywować mnie do pracy nad tamtymi trzema, które teraz pewnie okupują moje łóżko, sam stanie się taki, jak one. Najwyżej dam Grześkowi namiar na panią Kasię. Zaczyna mnie ogarniać jakiś dziwny, głupkowaty humor. Może to efekt mgły nasyconej nadmiernie smogiem? 

Tu i ówdzie leżą pozwalane po niedawnych wichurach drzewa. Niektóre pocięte na kawałki, inne nie. Mam ochotę poskakać z jednego na drugi jak dawniej z Radkiem. Ile mieliśmy wtedy lat? Ja chyba siedem albo osiem, pamiętam, że chodziłem już do szkoły, więc Radek musiał mieć dziesięć lub jedenaście. Mleczne obłoki. Tak to nazywaliśmy. Był koniec sierpnia i ostatnie dni wakacji, które spędzaliśmy do końca na wsi. Każdego ranka bezlitosny kogut budził nas, drąc się  wniebogłosy pod oknami, więc szybko wstawaliśmy i z nudów wymyślaliśmy różne głupoty. Raz podczas takiej porannej mgły jak ta, wyszliśmy na podwórze i rozwlekliśmy wszystkie większe pieńki drewna zgromadzone na opał obok szopy. Z wielkiego, równo ułożonego stosu niewiele zostało, za to my urządziliśmy sobie przednią zabawę, ganiając się i skacząc po tych pniakach wśród mlecznych chmur. Mam wrażenie, że lada chwila mój starszy brat wyskoczy zza któregoś drzewa, złapie mnie za kurtkę i ryknie „mam cię!” 

Nie potrafię się oprzeć i niesiony wspomnieniami wskakuję na gruby pień leżącego drzewa. W tym samym momencie Bimber wyrywa mi smycz z rąk i biegnie w drugą stronę, a ja tracę równowagę, lecę w gałęzie i liście. Wszystko jest oblepiająco mokre, buty ślizgają się na wilgotnej ściółce…

– Bimber! Wracaj! – drę się, stając wreszcie na nogi. Rozglądam się gorączkowo, ale nigdzie go nie widzę. Nawet nie wiem, w którą stronę pobiegł. Jasna cholera! Wracam szybko na ścieżkę i wytężam bezskutecznie wzrok – Biiiiimbeeeeeer!

    Mogę tylko nasłuchiwać, więc robię to, lecz otacza mnie cisza niemal tak gęsta, jak mgła. Co teraz? Czekać? Chodzić i szukać? Zadzwonić do Grzegorza? Bez sensu, jeszcze gotów wyjść chory. Muszę znaleźć tego psa. Drę się jeszcze kilka razy i ruszam na poszukiwania. Nagle słyszę szczekanie, kilka szczeknięć. Chyba z tyłu, więc odwracam się i biegnę. Brakuje mi tchu, pewnie z tych nerwów, wciąż go wołam. Chociaż wkładam w to wszystkie siły, imię psa wybrzmiewa znacznie ciszej, niż powinno. Na szczęście znów słyszę szczekanie. Jak seria z karabinu, po której następuje złowroga cisza. Przynajmniej nogi mnie nie zawodzą, więc pędzę coraz szybciej między drzewami, przez krzaki, które szarpią mi ubranie i drapią niekiedy twarz. Jednocześnie czekam z napięciem na kolejny sygnał. Dobrze. Szczekanie jest teraz wyraźniejsze, bliższe. Dlaczego nie wraca? Zaczepił się o coś smyczą? Wpadł w jakąś pułapkę? Na cholerę tam biegł? 

– Bimber! – jest! Widzę jego kształt, chociaż wciąż za gęstą białą zasłoną. Co za ulga. Mam ochotę go wyściskać z radości i jednocześnie spuścić lanie za ten numer – Co z tobą, chłopie? - sapię, a ten znowu ujada, nawet na mnie nie patrząc – O co… o ja pier… – staję jak wryty i wytrzeszczam oczy. Tuż przed psem, spod świeżej, czarnej ziemi wystaje fragment ludzkiego ciała…


11. Krok do przodu?

 Jestem zdruzgotany, a jednocześnie szczęśliwy. Jest nadzieja. Jeśli tylko przestanę wreszcie wszystko robić źle. Nawet nie zdawałem sobie sprawy… a jednak im więcej się dowiaduję na temat opieki nad psami, tym bardziej uświadamiam sobie, jak niewiele wiem i jakim byłem ignorantem. Naprawdę myślałem, że behawiorystka jakoś „naprawi” te psy, sprzeda mi prosty patent na nie i po jej wizycie wszystko zmieni się o 180 stopni. Teraz chce mi się śmiać z samego siebie. Jak można było być tak naiwnym i myśleć, że wszystko będzie takie proste?

Po pierwsze: zmiana karmy ze śmieciowej na prawdziwą. Ha! A ja myślałem, że jeśli kupię reklamowane żarcie dla psów w markecie, to będzie top klasa. Nie czytam etykiet tego, co kupuję dla siebie, a co dopiero dla tych darmozjadów. No i błąd. W obu przypadkach powinienem. Pani Kasia nie tylko skrytykowała psią dietę, ale i moją. Muszę się lepiej odżywiać, jeżeli chcę mieć siłę i zdrowie na to wszystko. Właściwie sam nie wiem, dlaczego tak się zapuściłem dietetycznie po przyjeździe do kraju… 

Po drugie: stanowczość i konsekwencja a z czasem opanuję wspólne spacery. Już widzę oczyma wyobraźni, jak idę z trzema psami, a każdy grzeczny jak Bimber. Mógłbym odzyskać swoje życie. Kasia powiedziała, że jest to jak najbardziej możliwe i tak się stanie, ale muszę najpierw sporo popracować nad psami, które teraz po prostu mną rządzą. Gwizdoniową też pewnie tak sobie okręciły wokół… łapy, ale dla niej widocznie to było w porządku. Zresztą nie wiem. Skąd miałbym wiedzieć? W każdym razie zaczynam już od dziś. Dostałem mnóstwo szczegółowych zaleceń, które dodatkowo otrzymam mailem w raporcie z konsultacji, żeby czegoś nie zapomnieć albo nie pokręcić. Będzie dobrze. Kasia tak powiedziała i tego będę się trzymał. Zabieram się więc za siebie i moje życie z kopyta. Jest, jak jest, ale trzeba wreszcie odzyskać kontrolę, uporządkować to wszystko i przede wszystkim nie dać sobą rządzić. Już nic więcej nie może mnie zaskoczyć.

Chwilami wydaje mi się, że żyję w jakieś innej rzeczywistości, w odrębnej bańce, gdzie wszystko kręci się wokół zupełnie innych priorytetów, a zewnętrzny świat jest odizolowany i jakby mniej realny. Tak mocno skupiam się ostatnio na swoim dziwacznym życiu, że naprawdę niewiele do mnie dociera. Nie mam telewizora, nie czytam prasy, nie ma mnie w mediach społecznościowych i o wszystkim dowiaduję się z opóźnieniem. Muszę się wziąć w garść również na tym polu. Omal nie dostałem znowu mandatu, tym razem za brak maseczki. Przysięgam, nie wiedziałem, że teraz już trzeba nosić nawet na świeżym powietrzu, w parku, gdzie w zasadzie nikogo o tej porze przy takiej pogodzie nie ma.  

Leopold w maseczce, koronawirus


Szedłem sobie z Tolą, zadowolony, bo właśnie przed momentem elegancko pozbierałem jej kupę i dumnie niosłem ją w kierunku kosza na śmieci. Naprzeciwko mnie szło dwóch policjantów, których zauważyłem, gdy Tola się załatwiała. Jednym z nich był ten sam, z którym rozmawiałem w kuchni owego tragicznego dla sąsiadki – i mnie poniekąd trochę też – dnia. Gdy podeszli, zamachałem im przed oczami aromatycznym woreczkiem, zanim wrzuciłem go do pojemnika. Oczywiście byli niewzruszeni, a mój entuzjazm zdawał się do nich zupełnie nie trafiać. Skutecznie starli z mojej gęby uśmiech, informując, dlaczego zwrócili na mnie uwagę. Moje zastosowanie się do obowiązku sprzątania za pupilem zostało zupełnie niezauważone i niedocenione. Na szczęście szczerość zdumienia sprawiła, że dostałem tylko pouczenie i nakaz natychmiastowego zasłonięcia ust i nosa oraz zaopatrzenia się w maseczkę, bo następnym razem… i tak dalej… Tak się przejąłem, że na późnowieczorny spacer, gdy w promieniu kilometra nie ma żywego ducha, poszedłem przepisowo zamaskowany. Po cholerę tu wracałem? Do wszystkiego się przypieprzają. 

Trzeba być bardziej na bieżąco, więc usiadłem z piwem przy komputerze tym razem nie w celu znalezienia 101 porad jak żyć ze stadem roszczeniowych psów, lecz po to, by dowiedzieć się, co w ogóle dzieje się wokół mnie. Czytam, patrzę na zdjęcia tłumów, oglądam transmisje z tego, co dzieje się w przeróżnych miastach, miasteczkach, dotarłem również do wypowiedzi oraz komentarzy czołowych polityków dzierżących władzę i trzymam się za głowę.  Potrzebuję więcej piwa. Zdecydowanie więcej. Czy to na pewno jest ten sam kraj, z którego kiedyś wyjechałem? 

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...