10. Kolejny czworonóg

     Przy okazji dokształcania się z żywienia zwierząt domowych w szczególności psów odkryłem, że być może istnieje ktoś, kto mógłby pomóc mi w opiece nad tymi czortami. Może i wiem czym karmić te bestie, ale pojęcia nie mam, jak je nakłonić, by to jadły. Z obrzydzeniem patrzą na suchą karmę i jęczą przy lodówce z głodu. Nie mogę normalnie nic przy nich zjeść, bo siedzą mi pod nosem i gapią się tymi swoimi ślepiami, jakbym nie karmił ich od tygodnia. Podejrzewam, że gdy są same w domu, wykorzystują każdą chwilę, by ćwiczyć przed lustrem te pełne żałości spojrzenia. Zadzwoniłem do weterynarza, by się poskarżyć, a ten kazał być wytrwałym, nawet jeśli nie będą nic jadły przez cały dzień. Łatwo powiedzieć. Chyba jednak skontaktuję się z tym behawiorystą, którego istnienie odkryłem. 

Ledwie umówiłem się na konsultację z panią Kasią (behawiorysta okazał się być kobietą), spokój mój zakłóciła sąsiadka. Ta sąsiadka. Ta, która wcisnęła mi psy. Tym razem, o dziwo, znów chodziło o psa. Niejaki Grzegorz Różycki spod szesnastki ma psa, a także koronawirusa, co niestety wyklucza spacerki z pupilkiem, tymczasem już w okolicy wszyscy wiedzą, że jestem ogromnym miłośnikiem czworonogów i wyśmienicie spaceruję, toteż naturalnie i oczywiste, że to ja powinienem pomóc. Próbowałem się bronić z całych sił, jednak ta kobieta ma nade mną jakąś dziwną, nadprzyrodzoną przewagę i po prostu nie jestem w stanie przebić się przez jej postanowienie, jakby było grubą, okalającą ją dźwiękoszczelną błoną. Powiedziałem, że się zastanowię tylko po to, by już sobie wreszcie poszła. 

Stoję przed drzwiami nr 16. Wizytówka informuje mnie, że w środku mieszka Grzegorz Rurzycki. Nie wiem, co bardziej mnie zaskakuje - fakt, że ktoś w  czasach obsesyjnej ochrony danych osobowych ma zwyczajnie na drzwiach wypisane nazwisko, czy dwa byki w tymże. Od razu wyobrażam sobie zasuszonego staruszka, dla którego świat zupełnie się zatrzymał. Pewnie zaraz zostanę zaproszony do środka na sypaną herbatkę szklance w metalowym uchwycie przy przykrytym serwetą stoliku. A nie, przypominam sobie, przecież ma TEGO wirusa. Naciskam zdecydowanie dzwonek i chwilę przytrzymuję. Istnieje prawdopodobieństwo, że człowiek może mieć słaby słuch. W końcu starość…

– Słucham?! – mocny, chyba lekko poirytowany głos pojawia się niemal natychmiast.

– Ja w sprawie psa.

– A tak. Przepraszam, że nie otwieram od razu. Chory jestem. Pan jest… przysłała pana Kłopocińska?

– Nie wiem – odparłem zdecydowanie, acz głupio – To znaczy, sąsiadka prosiła, żeby przyjść i wyprowadzić panu psa.

– To ona. Jasne. Przepraszam, ja bym znalazł kogoś sam, ale ona zawsze wyrywa się przed szereg, ledwie zwęszy, co się dzieje.

– Nie ma problemu, mogę wyprowadzić – dziwaczne to gadanie przez drzwi. 

– Pan ma te psy od Gwizdoniowej? – sprawdza mnie, nieufny jest. Na pewno ogląda mnie przez wizjer.

– Dokładnie tak. Trzy psy, a właściwie dwie suczki i Urwisa – tak się jeszcze nigdy nie legitymowałem.

– OK. To tak jednorazowo by było, bo jest taka akcja… znajdę kogoś, tylko teraz ledwie żyję. To pieprzone choróbsko wysysa wszelkie siły.


Pies sąsiada Dog niemiecki

Bimber okazał się psem ogromnym. Nie mam pojęcia co to za rasa, ale skurczybyk waży prawdopodobnie prawie tyle, co ja, jeśli nie więcej. Rurzycki kazał mi odsunąć się do schodów, wypuścił brytana, który w zębach trzymał własną smycz i wystawił za drzwi środek do dezynfekcji oraz pojemniczek z workami na kupy. Nogi ugięły się pode mną, ale nic, stwierdziłem, że skoro powiedziałem A…

  Teraz czekam z niecierpliwością na panią Kasię. Chcę, by moje, to znaczy chwilowo moje psy były jak Bimber. Ułożone, posłuszne, inteligentne, spokojne… Od razu zaoferowałem się, że będę wyprowadzał tego giganta choćby na wszystkie spacery przez następne tygodnie. Rurzycki nawet nie był zaskoczony i na pewno się ucieszył. Tak myślę. Dziwnie rozmawia się z człowiekiem przez zamknięte drzwi, zamieniliśmy jednak kilka zdań. Chyba czuł potrzebę usprawiedliwienia się czy po prostu wytłumaczenia sytuacji, bo opowiedział mi o tym, że żona została z dziećmi u teściowej, gdy dowiedziała się o jego nagłej chorobie, do czego musiał ją przekonać, i w ten sposób utknął sam z psem w tych czterech ścianach. Kusiło mnie cholernie by zapytać o tę wizytówkę na drzwiach, tym bardziej że jej właściciel bynajmniej nie jest, jak uprzednio sądziłem, staruszkiem. Nie zdziwiłbym się, gdyby był młodszy ode mnie. Może jest fanem PRL-u, jeździ dużym fiatem, ma w pokoju półkotapczan i boazerię na ścianach? Oj, chyba zaczynam się upodabniać do tej wścibskiej sąsiadki… 


9. Człowiek uczy się przez całe życie

    Wizyta na komisariacie przebiegła lepiej niż przypuszczałem. Bałem się, że przy okazji składania zeznań dotyczących okoliczności śmierci Gwizdoniowej,  będą mnie o zbyt wiele wypytywać, nabiorą podejrzeń i przyczepią się, niwecząc wszystko, co tak starannie opracowałem. Wiem, co mówię, oglądałem przecież Lie To Me. Tymczasem rozmowa przebiegła gładko, rutynowo, gliniarz prawie wcale na mnie nie patrzył, a ja byłem bardzo naturalny, co mnie nawet trochę podbudowało. Może to moje wrodzone zdolności aktorskie, a może po prostu podejście funkcjonariusza, który wyglądał, jakby miał od rana wszystkiego dość i chciał mieć już za sobą ten nudny obowiązek. 

    Będąc na fali dobrego humoru, stwierdziłem, że dziś trzeba zrobić coś, co posunie na przód moje pokręcone i zdominowane przez innych życie. Ostatecznie czyż nie mam szczęścia? Nie muszę siedzieć od świtu jak ten policjant za biurkiem, wysłuchiwać kiepskich opowieści, dusząc się w przybrudzonej maseczce, by zarobić na życie. Mam jeszcze trochę kasy, o którą nikt nie pyta, mam czas, możliwości i… psy. Zdecydowałem, że zabiorę Urwisa do lekarza, żeby poradził coś na te biegunki i smród z pyska. Do najbliższej, czyli oddalonej od domu o ponad cztery kilometry, lecznicy dotarliśmy piechotą, bo pies za nic nie chciał wejść do autobusu. Poświęcenie się opłaciło, gdyż dowiedziałem się od specjalisty bardzo istotnych rzeczy, z których najważniejszą jest to, że jestem kompletnym durniem. Weterynarz nie powiedział tego oczywiście wprost. Nie musiał. No ale skąd miałem wiedzieć, że psów nie karmi się kiełbasą, serem, mlekiem i ogólnie normalnym jedzeniem? Z przedszkola nawet pamiętam, że każdy piesek lubi kiełbaski. Poza tym Fusi i Toli jakoś taka dieta nie szkodzi. A może przechodzą ową szkodliwość bezobjawowo? W każdym razie dostałem jakieś próbki karmy, ulotki, dziwaczne zielone gryzaki i mam sobie poczytać o żywieniu psów. Urwis zaliczył zastrzyk, mam mu podawać przez kilka dni wielkie białe tabletki, a potem wszystkim dać inne mniejsze na odrobaczenie. Chyba zbladłem, gdy lekarz mi je pakował, bo dodał, że profilaktycznie. No ja myślę. Tola codziennie rano budzi mnie lizaniem po twarzy. Zapytałem, czy ja też mogę dostać taki lek profilaktycznie oczywiście, czym zbłaźniłem się do końca. Weterynarz, powstrzymując śmiech, powiedział z politowaniem, że to są lekarstwa dla zwierząt, nie dla ludzi i jeśli bardzo chcę, to mogę zapytać w aptece o coś bez recepty lub umówić się do internisty. Dziękuję, postoję. 

    Samochód. Muszę sobie kupić samochód. Wróciliśmy z Urwisem do domu, nóg nie czuję, a tu dwie suki patrzą i czekają na swoje spacery. Może corsę albo golfa? Coś niewielkiego, ale nie za małego, bo psy. Raczej starszy model, używany, niedrogi, nierzucający się w oczy. W zasadzie najlepiej stary grat, bo przecież jestem bezrobotny i nie mogę epatować bogactwem. Tłumaczę czworonogom, że muszę chwilę odpocząć, zanim z nimi pójdę i przeglądam oferty motoryzacyjne. 

Wybieram numer do kolejnego komisu, gdy telefon dzwoni mi w dłoni. 

– Dzień dobry, pan e… Fi… Fikcyjny? – słyszę niepewny głos.

– Leopold Fikcyjny, słucham?

– O, to dobrze, bo już myślałam, że coś… ja jestem córką pani Brewer.

– Tak? - nic mi to nie mówi – A o co chodzi?

– O babcię, proszę pana. Nazywam się Justyna Kolanko, jestem córką pani Brewer z domu Gwizdoń. Mama prosiła, żeby się z panem skontaktować w sprawie jakichś zwierząt.

– Mówi pani o córce Rozalii Gwizdoń z Nowej Zelandii. Będzie mogła przyjechać? W takich wyjątkowych okolicznościach…

– Nie, nie. Mama nie przyjedzie – coraz słabiej ją słyszę i muszę domyślać się, co mówi.

– Halo? Co pani mówiła? Cieszę się, że wreszcie dzwoni ktoś z rodziny, bo ja nie mogę zajmować się tymi psami cały czas. Czy pani też jest za granicą? Halo?

– Psami? A to psy są… Bo proszę pana… mamusia nie żyje i ja nie wiem… Miałam się z panem skontaktować i przekazać, że teraz raczej nikt nie zamie się spadkiem po babci, przynajmniej przez jakiś czas.

– Proszę przyjąć wyrazy współczucia, rozumiem, że to wielki cios, i babcia i matka – zaczynam pleść, żeby podtrzymać tę dziwną rozmowę. Zbiła mnie z tropu kompletnie.

– Dziękuję. Do widzenia.

– Chwileczkę! Niech się pani nie rozłącza! No ale co będzie dalej? Może pani by tu przyjechała, gdy już będzie po… no wie pani, po…

– To niemożliwe – przerywa mi – przecież loty do Polski są wstrzymane. W dodatku jestem na kwarantannie, nawet nie mam jak dostać się do Nowej Zelandii, aby zająć się pogrzebem matki – z tonu płaczliwego przechodzi w bojowy – Pan pewnie myśli, że to takie łatwe. Ciążą panu psy, a co ja mam powiedzieć? Mama nie żyje, babcia, której nigdy nie znałam też, ja mogę być zakażona koronawirusem i co ja mam z tym wszystkim zrobić?!

– Ja… no…

– No właśnie. Żegnam!

I nawet nie powiedziała wprost, po co dzwoniła. Po to, by uświadomić mi, że inni mają gorzej?

8. Drobne inwestycje

    Nie wiem, jak ona to zrobiła, ale przekonała mnie. Przez blisko godzinę rozmawiałem z kobietą z najbliższego schroniska dla zwierząt. Nie wiedziałem, że jest aż tak źle. Są przepełnieni, nie mają ani jednego wolnego kojca, za to rosną ich długi, brakuje karmy, pieniędzy na leczenie i ludzi do pracy. Zamiast umówić się na oddanie tej przeklętej trójki, niemal zgodziłem się na wolontariat w schronisku. Na szczęście zreflektowałem się, że społecznie to ja już mam co robić w pełnym wymiarze godzin. Pracownica schroniska sugerowała zgłoszenie się do fundacji, poszukiwanie nowych domów adopcyjnych i tak dalej, ale ja nie jestem właścicielem tych psów, więc i tak formalnie nic nie mogę. Cudownie. Wygląda na to, że czasowo zostałem na nie skazany, czy mi się to podoba, czy nie.




– I co? Będę się musiał z wami mordować. Macie pojęcie, jak komplikujecie mi życie? Co to w ogóle za chora sytuacja, żeby trzymać trzy psy? No i czego się tak gapicie? – siedzą tuż obok i wlepiają we mnie te swoje oczyska. Słuchają moich wyrzutów i… o cholera, może mnie rozumieją? Tak żałośnie patrzą. Błagalnie. Rozumieją, że chciałem je oddać, że mam ich powyżej dziurek od nosa i chcę się ich pozbyć. Robi mi się strasznie głupio, co ze mnie za nieempatyczny, samolubny i nieczuły bydlak.

– No sorry, no. Przecież zostajecie. Dalej będziecie się tu rządzić i… – Tola zaczyna trącać mnie nosem, a Urwis się zerwał i wybiegł z pokoju. Nie mogę się nadziwić, naprawdę kumają, o czym mówię. Wstaję, a suczki wybiegają za kudłatym. Idę więc za nimi, pełen uniesienia, bo przecież ewidentnie nawiązaliśmy kontakt, zwierzęta mnie rozumieją, jestem jak… A nie. Jestem tylko zwykłym idiotą. Zapomniałem je nakarmić, stąd te błagalne spojrzenia i nasłuchiwanie, co mówiłem. Poleciały do kuchni i siedzą przy lodówce. Przyznaję, durne nie są, tylko mnie się nie wiadomo co wydaje. Przecież to psy. Dla nich ważne jest to, żeby się nażreć, wyspać i załatwić. Potrzebują do tego sługusa, którym jestem aktualnie ja i tyle, jeśli chodzi o nasze relacje.
Po posiłku i trójdzielnym maratonie spacerowym, po którym przynieśliśmy do mieszkania z dziesięć kilo błota, ponownie zasiadam przed laptopem. Muszę kupić jakiś sprzęt do zbierania kup, bo nie uśmiecha mi się płacenie mandatów lub alternatywnie bieganie za każdym razem do pobliskiego lasu, który najwyraźniej zamienia się o tej porze roku w bagna.
 
    Wnikliwie przestudiowałem temat i wnioskuję, że najlepiej będzie zaopatrzyć się w specjalne woreczki. W tym celu odwiedzam jeden z pierdyliarda sklepów internetowych dla zwierząt i wrzucam do koszyka rolki folii, dodatkowe smycze i drogie jak cholera, ale wyglądające na porządne, legowiska, których producent obiecuje, że są praktyczne, wygodne i twój pies je pokocha. Może odzyskam łóżko. Narosła taka kwota, że dorzucili darmową wysyłkę i gumową gęś. Teraz jeszcze tylko wizyta w spożywczym po dwa kilo wiejskiej, ser żółty, mleko, ewentualnie zupki chińskie dla mnie i przeżyjemy jakoś weekend. 

7. Miarka się przebrała

     Oczywiście jestem w czarnej dupie. Albo źle zapisała numer, albo córeczka na wszelki wypadek nie odbiera telefonów z Polski. Może wcale nie ma zamiaru interesować się spuścizną po matce, skoro nawet nie mogła uczestniczyć w pogrzebie. Rzeczywiście loty z Nowej Zelandii do Polski zostały wstrzymane. 

Wzorem byłej właścicielki zacząłem wychodzić z psami osobno. Boję się tak całkiem samopas wypuszczać Fusię, więc w efekcie odbywam dziewięć przechadzek dziennie, a czasem i więcej, gdy jaśnie pan Urwis wyraża dodatkową potrzebę. Nigdy się tyle nie nachodziłem co teraz. Niby jest mniej hardcorowo, ale mam tyle kilometrów w nogach, że padam na pysk. I pomyśleć, że w poprzednim życiu nawet po fajki do kiosku jeździłem samochodem. 

Plus taki, że rano zagadnęła mnie ta ładna z pieskiem, co to kiedyś zobaczyła, jak podchmielony kibic Pogoni ściskał mnie w windzie. Chyba zapomniała o tym incydencie. Miło pokonwersowaliśmy przy trawniku, gdzie Tola i pupil tamtej obwąchiwali sobie tyłki. Myślałem nawet, że mnie podrywa, ale nie. Wywnioskowała nie wiadomo skąd, że zajmuję się zawodowo wyprowadzaniem psów i chciała mi złożyć ofertę, bo pracuje do siedemnastej i przydałby jej się petsitter. W tym momencie zauważyłem, że ma straszne krzywy i zadarty nos. Wcale nie jest taka ładna. 

Miarka się przebrała. Nie dość, że tymczasowo podporządkowałem swoje nowe, pełne nadziei życie trzem niewdzięcznym kundlom, to jeszcze dostałem mandat! Dosłownie przed chwilą dwóch strażników miejskich z uśmiechami satysfakcji na twarzach powiedziało mi, że mam sprzątać po psie. Wyjaśniłem upierdliwcom, że to nie mój pies, a w dodatku grzecznościowo, bezinteresownie i z dobrego serca zajmuję się trzema sztukami. Nie wiem, co sobie myślałem. Że się rozczulą, jaki dobry jestem? Wydedukowali, że po pozostałych też nie sprzątam, co oznacza, że generujemy co najmniej trzy kupy dziennie, więc tym bardziej upomnienie nie wystarczy. Nie sprostowałem, że te cholery srają praktycznie za każdym razem, bo żrą jak konie pociągowe. Wytapetowaliby mnie tymi swoimi mandatami. O nie, koniec z tym.




Stoją wszystkie trzy i czekają na posiłek po spacerze. Czuję na sobie ich wzrok, oddech dyszącego Urwisa też czuję. Ignoruję je z pełną premedytacją, uruchamiając komputer. Mam zamiar znaleźć adres i numer najbliższego schroniska. Trudno. Nie tak miało wyglądać moje nowe życie. Mieszkanie tonie w sierści, nie mam na nic czasu, do jedzenia zostaje mi tylko chleb i warzywa, bo to, co mięsne i nabiał muszę oddać terrorystom, nie mogę się normalne sam wyspać we własnym łóżku, wszystko mnie boli i od chodzenia w mokrych butach dostałem kataru. O kosztach nawet nie chcę myśleć. Basta. Gdy już prawowita spadkobierczyni tego bałaganu przyleci zza oceanów, odbierze ich sobie z azylu. Ja mam serdecznie dość. 


6. Trzeba być stanowczym

 – Proszę otworzyć, wiem, że pani tam jest! Chcę tylko o coś zapytać – stoję pod drzwiami mieszkania sąsiadki, która wcisnęła mi kilka dni temu psy. Nie dam za wygraną, cały dzień się na nią czaję – No niechże pani się nie wygłupia. Sama pani powiedziała, że gdybym czegoś potrzebował… - Wreszcie słyszę szczęk zamka. Uchyla drzwi zablokowane łańcuszkiem.

– Taaak? – łypie na mnie wystraszonym wzrokiem, gotowa w każdej chwili zatrzasnąć mi drzwi przed nosem. Dziś nie jest taka chętna do konwersacji.

– Dzień dobry, droga pani, czy może mi pani dać jakiś kontakt do rodziny zmarłej pani Gwizdoń? - staram się uśmiechać uprzejmie, chociaż najchętniej rozwaliłbym jej te cholerne drzwi, za którymi tak się chowa. Pewnie boi się, że przez szparę wepchnę jej psy i sam dam nogę. Ewidentnie mnie unika, raz zwiała windą, raz udawała, że nie słyszy i odwróciła głowę intensywnie zainteresowana żywopłotem na ulicy. No i wciąż udawała, że jej nie ma w domu.

– Y… ja nie mam, to znaczy nie wiem…

– Numer telefonu do córki – prościej się chyba nie da.

– Co? Ale ja nie mam córki. Przepraszam, mleko mi wykipi.

– Córki pani Gwizdoń! - mówię pospiesznie, w ostatniej chwili wsuwając stopę w szparę drzwi, by uniemożliwić jej ucieczkę w głąb mieszkania. Boli.

– Co pan? Proszę pana, tak nie można…

– Nie można?! – zaraz coś jej zrobię i każdy sąd mnie uniewinni – Pani wcisnęła mi trzy psy, nie pytając mnie nawet o zdanie, nikt się do mnie po nie nie zgłosił, nie wiem co z nimi zrobić, jeden chyba choruje, bo regularnie obsrywa mi mieszkanie, chociaż na okrągło latam na spacery. Żrą jak pułk wojska, śmierdzą i komplikują mi życie. Nie mam jak pójść do pracy, a pani, pani jest jedyną osobą, do której mogę się tu zwrócić! Chowa się pani przede mną i nie chce pomóc. Jeśli tak, to ja zaraz odwiozę je do schroniska i niech się dzieje co chce! – mój podniesiony głos niesie się po klatce, a sąsiadka coraz szerzej otwiera oczy. Teraz wygląda na jeszcze bardziej przerażoną.

– Och nie! Nie może pan tego zrobić! Świętej pamięci Rozalia by… och Boże… –przeżegnała się pospiesznie. Najwyraźniej bardziej przejmuje się opinią martwej osoby niż losem żywej, którą w to wszystko poniekąd wpakowała, a teraz chowa głowę w piasek.

– Zaraz je tam zawiozę i wszystko przez panią! – rzucam w jej stronę i odstępuję do tyłu. Złapałem ją jak rybę na haczyk.

– Nie, nie! Niechże pan zaczeka! Tak nie wolno! Gwizdoniowa się w grobie przewróci. Pan nie może!

– Czyżby?

– Zaraz, zaraz, niech pan wejdzie – omiata wzrokiem podłogę, nim szerzej otworzy drzwi, pewnie chce się upewnić, czy nie podrzucę jej psów przy okazji – Może rzeczywiście mam numer do córki, bo kiedyś, jak w szpitalu była… chwileczkę… Ona powinna lada dzień się tu pojawić. Wie pan, bo ona mieszka w Nowej Zelandii, pracuje tam i w ogóle. Nie tak łatwo teraz taki kawał świata… pan rozumie, w dodatku ta pandemia i w ogóle. Ale ten numer to zagraniczny jest, żeby potem nie było, że narażam na koszty. Pogrzeb też opóźniony, lecz nie wiadomo czy ona zdąży. Taka tragedia, w takich czasach!

Tak, jak nie chciała mnie wpuścić, tak potem nie dała wyjść. Dowiedziałem się między innymi o tym, jak to jedyna córka denatki zakochała się w studencie z wymiany, wyjechała z nim mimo protestów matki, przez lata były pokłócone, a potem... i tak dalej. Szkoda, że nie powiedziała nic konkretnego o psach, prócz tego, że pani Rozalia kochała je jak własne dzieci. Policjant chciał podobno wezwać po nie odpowiednie służby, lecz ona zaoferowała się, że pomoże i zaopiekuje się „nieboraczkami”, więc dali jej zwierzęta, a mieszkanie zamknęli i pojechali. Oczywiście szybko sobie przypomniała, że ma chore biodro i nie może zająć się psami, oraz nowego sąsiada, który jest "taki młody, zdrowy, niepracujący, bez zobowiązań". Ciekawe skąd tyle o mnie wie, a nie ma pojęcia, gdzie Gwizdoniowa chodziła na przykład do weterynarza. Gdzieś przecież musiała je szczepić. Dowiedziałem się tylko, że Fusia była wypuszczana sama i bez smyczy. Tola i Urwis były wyprowadzane osobno. Teraz już wiem, dlaczego, wychodząc z wszystkimi naraz, czuję się, jakbym ryzykował życie. 

5. Bezsenna noc

     Coś jest nie tak... Co to za stukanie? Matko jedyna, co tak potwornie śmierdzi? A!!! Co to jest?! Zrywam się na równe nogi, a właściwie zaplątuję w kołdrę i nie mogę wstać, serce zaraz rozwali mi klatkę piersiową, ale spokojnie... ja pier..., to tylko pies. W ciemności majaczy mi przed oczami kudłaty łeb, z którego wydobywa się regularne dyszenie i ten smród. Jakoś wstaję, zapalam światło, które natychmiast wdziera się przez zaspane oczy wprost do mózgu. Nienawidzę tego. Czego on chce? Wciąż dyszy i biega. Stuka jak szalony pazurami o parkiet. 

– Czego chcesz ode mnie w środku nocy? – wiem, że nie odpowie, ale jestem bezradny. Leci do drzwi wyjściowych i z powrotem do mnie, po czym znów zawraca. Spacer? O tej porze? Chyba nie mam wyjścia. 

    Naturalnie wieje jak cholera i zacina deszczem. Jestem pełen uznania dla Fusi, która zamiast zerwać się i iść z nami jak Tola, zrobiła trzy kółka wokół własnej osi i ułożyła się grzbietem w moją stronę, po czym sapnęła i najwyraźniej zasnęła. A ja, jak ten głupek, próbuję omijać kałuże, co w tych egipskich ciemnościach jest oczywiście niemożliwe, wiec idę w przemoczonych trampkach, a dwa psy szarpią mną na boki. Tola jest wyraźnie zawiedziona jakością spacerku, ale cóż... nikt jej nie kazał pchać się do drzwi. Urwis zaś najpierw latał jak zamroczony z nosem przy ziemi, a potem przybrał pozę kangura. Wspaniale, tylko sraczki brakowało. Mam nadzieję, że to jednorazowy problem. 

    Jestem mokry i przemarznięty, więc nie bez trudu zdejmuję mokre, przyklejone do ciała ciuchy i idę pod ciepły prysznic. Zaraz położę się do łóżka i pośpię tak długo, jak tylko się da. Trzeba korzystać z przywilejów bezrobotnego stanu. 

    Gorąca kąpiel po lodowatej deszczówce tylko mnie rozbudziła, wygrzebuję więc z nierozpakowanego wciąż kartonu pierwszą lepszą książkę. Nie ma to jak lektura do poduszki. Tylko... gdzie ja mam spać? Cholerne psy. Najwyraźniej same zadbały o to, by się powycierać i wybrały moją pościel. Kołdra jest upstrzona mokro-błotnymi plamami, a kudłaty Urwis z przyjaciółką śpią w najlepsze na moich poduszkach. Nie, nie mam najmniejszego zamiaru teraz tego przebierać i suszyć. Idę na kanapę do Fusi. 

    Wieś. Tak dawno tu nie byłem... Łany zbóż, przestrzeń, świeże mleko. Jako dziecko przyjeżdżałem tu czasem z bratem do babci. Nie do wiary! To ona! A myślałem, że umarła dawno temu. Dlaczego mnie okłamali? Babciu. Babciu! Co ona robi? Przecież to dziadek zawsze przerzucał obornik. Babciu, pomogę ci! Strasznie to śmierdzi. Z każdym krokiem bardziej. Tak, wieś kojarzy się z tym zapachem. Babciu, zaczekaj! Idę, lecz nie zbliżam się, tylko ten smród... Babciu!

    Zrywam się z okrzykiem na ustach. To był tylko sen. Oczywiście. Wystraszyłem Fusię, która zeskoczyła na podłogę, lecz zaraz włazi z powrotem i z warknięciem niezadowolenia mości się z powrotem na środku, by nie było mi choć przez chwilę wygodniej. Co za złośliwy pies. Chwila. Sen snem, ale nadal coś potwornie śmierdzi. Nie, tylko nie to. W bladym świetle świtu rozglądam się po podłodze. Nic nie ma, wychodzę więc z łóżka. Winną i wyjątkowo wonną substancję znajduję w przedpokoju. Zaglądam do sypialni. Nocny terrorysta z koleżanką śpią jakby nigdy nic. 

4. Spadek

     Z anonimowego mieszkańca mrówkowca błyskawicznie stałem się "tym, u którego umarła stara Gwizdoniowa". Po prostu rewelacyjnie. Wolałbym po cichu przeczekać, albo gdzieś się ulotnić, ale nie mogę, bo po pierwsze muszę czekać na wezwanie policji, a po drugie dostałem w spadku po nieboszczce cały inwentarz. 

    Jeszcze tego samego dnia, który okazał się być ostatnim dla poczciwej starszej pani i mojego spokoju, wróciła ta druga sąsiadka, co to niby nie wtrąca się w cudze sprawy. Tym razem nie wpuściłem za próg, więc cała rozmowa odbyła się na klatce schodowej. Trwała zaskakująco krótko, jednak nie bez powodu. 
Nim zdążyłem zaprotestować, kobieta wręczyła mi małego psiaka oraz dwie smycze, po czym pospiesznie oznajmiła, że oto Fusia się znalazła i w związku z tym, że nie ma komu zająć się zwierzętami świętej pamięci pani Rozalii, a ja przecież nie pracuję, to niech się zajmę nimi do czasu przyjazdu córki. Następnie czmychnęła szybciej, niż się pojawiła. Nie wiem kiedy owa córka ma przyjechać, czy jest w ogóle już powiadomiona i skąd właściwie pomysł, że nadaję się na opiekuna zwierząt. Na końcach smyczy były jeszcze dwa bardzo zadowolone, machające ogonami psy. A chwilę wcześniej myślałem, że gorzej już być nie może. Opanowałem chęć biegu za sąsiadką i zrezygnowany zabrałem towarzystwo do siebie. 

    Nigdy nie miałem psa, nie znam się na psach, ale na czym tu się znać? Trzeba nakarmić, wyprowadzić czasem na spacer, pogłaskać i tyle. Proste jak budowa cepa. Umarł człowiek, straciłem kontrolę nad swoim życiem, zanim ją w pełni odzyskałem. Czymże są trzy niewielkie pieski w obliczu tego wszystkiego? Dzień czy dwa, najwyżej kilka i ktoś je ode mnie odbierze. Tak, trzeba zachować się jak odpowiedzialny mężczyzna i przyjąć to na klatę. Przynajmniej mam powód, by nie latać w najbliższym czasie na te idiotyczne rozmowy kwalifikacyjne i czas, aby przemyśleć sobie ścieżkę zawodową raz jeszcze, bo czuję, że zabrałem się do tego od złej strony. Czytałem gdzieś, że zwierzęta mają terapeutyczne zdolności, skorzystam więc przy okazji z darmowej dogoterapii. Doktor Johnson byłby ze mnie dumny, wreszcie potrafię znaleźć pozytywy w pozornie fatalnej sytuacji. 

    Jestem potwornie zmęczony, bolą mnie nogi, plecy i ręce. I gardło od licznych, nieudanych prób przekrzyczenia szczekania na spacerach. Co to za potwory? Nigdy w życiu bym nie przypuścił, że spacerek z pieskami może być taką mordęgą! Dla Fuśki nie dostałem smyczy, więc biega sama, zupełnie mnie nie słuchając. Dwa pozostałe – Urwis i Tola (imiona znalazłem na adresówkach przy obrożach) – próbowały lecieć za Fusią, kompletnie mnie ignorując. W dodatku bez przerwy plątały się ze sobą smyczami, szczekały na inne psy i szarpały mną niemiłosiernie. Zachodzę w głowę, jak ta kobiecina sobie z nimi dawała radę? 

    Plus jest taki, że jakoś we czwórkę, bez strat w zwierzętach i ludziach wróciliśmy do domu, zjedliśmy kolację i chyba mam chwilę spokoju. Tola i Urwis chrapią na moim łóżku, a Fusia zwinęła się w rogu kanapy. 

    Muszę rano pójść do sklepu. Nie przypuszczałem, że psy tyle jedzą. 

3. Chichot losu

     To nie dzieje się naprawdę. Zaraz się obudzę i odetchnę z ulgą, bo to przecież tylko idiotyczny, zupełnie nierealny, chociaż przyznaję, wyjątkowo realistyczny sen. Może poprosić tego policjanta, by mnie uszczypnął? Co za nonsens. Senna mara nie będzie mnie szczypać, bym się obudził. No tak, ale to by właśnie udowodniło, że...

– Proszę odpowiedzieć na pytanie – funkcjonariusz gapi się na mnie i czeka. Nic nie powiem, może zamieni się w tygrysa i tym samym udowodni... – Dlaczego pani Gwizdoń przebywała w tym mieszkaniu? – podniósł głos, chyba myśli, że niedosłyszę.

– On jest w szoku, panie oficerze – tej też nie znam – Dopiero co się wprowadził w zeszłym tygodniu.

– Dziękuję pani, Jasicki, zajmij się tą panią – policjant zbywa kobietę, za co jestem mu wdzięczny. Wolałbym, żeby się tu tak nie złaziły. A co z tą od Fusi?

– Aaa... co z tą panią? – wskazuję podłogę, na której jeszcze kilka chwil temu leżała staruszka. Dlaczego mam wrażenie, że wszystko, co powiem, brzmi, jakbym był tępawy? Zdaje, się, że lekarz stwierdził zgon.

– Dlaczego pani Rozalia Gwizdoń przebywała w pana mieszkaniu? 

– Kto?

– Gwizdoniowa. On pyta o Gwizdoniową – woła tamta kobieta z przedpokoju, wyciągając szyję w moją stronę. Jasicki najwyraźniej nie radzi sobie ze świadkiem. Świadkiem? Przecież to ja jestem świadkiem. Rozjaśnia mi się w głowie, jakby ktoś włączył lampę, ba, reflektor. Zbieram się w sobie.

– Ta staruszka, to znaczy pani, która tu leżała, przyszła do mnie po psa. Nie, nie. Źle się wyraziłem. Ona szukała psa, tego ze zdjęcia. 

– Tu u pana, szukała psa.

- Tak właśnie. Źle się poczuła i zaproponowałem, by usiadła, dałem jej wodę i podszedłem do okna, by je otworzyć, bo miała problem z oddychaniem, a wtedy ona zemdlała, więc zadzwoniłem po pomoc – nareszcie! Udało mi się powiedzieć coś z sensem, a w dodatku szczerą prawdę. Zamiast aprobaty, zrozumienia, bo o pochwale wzorowej postawy obywatelskiej nawet nie marzę, widzę wciąż kamienną twarz i nie słyszę żadnego komentarza. Policjant przygląda się mojej twarzy na tyle długo, że robi mi się nieswojo. Zaczynają boleć mnie policzki i uświadamiam sobie, że  szeroko się uśmiecham. No tak, jestem zadowolony ze swoich zeznań, ale chyba nie wygląda to zbyt dobrze w obliczu zaistniałej sytuacji – Przepraszam, ja jestem głęboko poruszony tym, co tu się stało, nie spodziewałem się..., chciałem pomóc, a tu...

– Zostanie pan wezwany do złożenia zeznań – policjant oddaje dokumenty, wciąż patrząc na mnie intensywnie - Do widzenia.

    Kilka minut później zostaję sam. Ja i cisza.

– Wszystko z panem w porządku? – jednak ktoś jeszcze się tu kręci – Powinni jakiegoś psychologa albo na obserwację, przecież pan taki wstrząs przeżył! Kto by pomyślał, że Rozalia taki numer wykręci obcej osobie! Zawsze była dziwna i miała szalone pomysły, ale...

– Przepraszam, kim pani jest? – kobieta, z którą rozmawiał ten drugi funkcjonariusz, wnosi z powrotem do kuchni krzesło i najwyraźniej zamierza na nim usiąść. Pospiesznie zabieram jej mebel i wciskam z drugiej strony stołu, dosuwając do blatu. Mam ochotę wywalić tę babę jak najszybciej, zanim też mi tu kiwnie, jednak coś mi mówi, że lepiej zyskać sojusznika niż wroga.

– No, sąsiadką jestem, mieszkam tuż obok pana, drzwi po lewej. Dlatego przyszłam, bo usłyszałam to całe zamieszanie. Wie, pan, ja się w cudze sprawy nie wtrącam, ale pogotowie, policja tak w biały dzień w spokojnej dzielnicy! No, takie nieszczęście! Takie niespodziewane nieszczęście! Jakby pan czego potrzebował...

– Tak, to znaczy nie, nie potrzebuję, ale bardzo dziękuję – odprowadzam ją do drzwi – Chciałbym ochłonąć, zebrać myśli, ta  sytuacja...

– No, oczywiście, już idę, ale wie pan, jakby, co to ja zawsze w domu jestem. Do widzenia, panu. 

Poszła. Piszczy mi w uszach.

2. Zasada nr 1: Nie rzucać się w oczy

    Wiedziałem, że z tym wykształceniem będzie jeden wielki niewypał. Co mi strzeliło do głowy, by posłuchać tego kretyna Rafała, który przecież nigdy niczego porządnie nie zrobił, a w swoim mniemaniu zna się na wszystkim najlepiej, począwszy od budowlanki przez medycynę, politykę na peruwiańskich świnkach morskich z rusztu skończywszy. Ekonomia, też mi rewelacja. Dyplomy z Kielc i ze Swansei może i wyglądają przekonująco, ale na wszystkich czterech rozmowach poległem praktycznie po trzecim pytaniu, gdzie pierwszym było coś w stylu „Jak się pan czuje?” a drugim „Dlaczego zainteresowała pana nasza oferta?”. Na takie banały jestem oczywiście perfekcyjnie przygotowany, ale moja improwizacja na polu tematów związanych stricte z pracą nikogo nie powaliła na kolana. Przede wszystkim liczy się to, by nie być „na widelcu” i zminimalizować możliwość spotkania kogoś, kto mógłby mnie rozpoznać, a nie zwracać na siebie uwagę swoją niewiedzą i kwalifikacjami tylko na papierze.

    Mam jeszcze prawo jazdy kategorii D i licencję, w dodatku uczciwie zdobyte, więc mógłbym poszukać roboty jako na przykład kierowca autobusu czy taksówkarz, ale miałbym styczność z mnóstwem przypadkowych ludzi każdego dnia, a tego wolałbym uniknąć. Na wszelki wypadek. Nie wiem, czy nie dostanę w końcu jakiejś psychozy na tym punkcie. Zaczynam powątpiewać, czy przyjazd do kraju był takim świetnym pomysłem, przecież równie dobrze mogłem powędrować gdziekolwiek indziej. Jedyne co mnie ogranicza to powierzchnia tej planety. 

Od kilku godzin siedzę jak ten głupek i przeglądam oferty. Szkoda, że nikt nie poszukuje Specjalisty ds. Pojawiania się w Niewłaściwym Miejscu i Niewłaściwym Czasie albo nie ma ogłoszenia „zatrudnię durnia”. Czy tak nie byłoby prościej?

    Dzwonek do drzwi wzbudza we mnie sprzeczne uczucia: pretekst, by choć na chwilę porzucić upierdliwe zajęcie wywołuje zadowolenie, zaś fakt, że ktoś, czegoś najwyraźniej ode mnie chce – niepokój. Może mnie namierzyli, może to policja, Urząd Skarbowy, brat? Spokojnie, oby to byli Świadkowie Jehowy lub jakaś miła sąsiadka po szklankę cukru. Ta od pieska na przykład. Z uśmiechem otwieram drzwi i spoglądam w dół. Przede mną stoi maleńka, zasuszona kobiecina w chustce na głowie. Wygląda, jakby urwała się z innej epoki.

– O! Jest pan, dzień dobry młody człowieku… – zaczyna pospiesznie, opierając się ręką o futrynę drzwi. Ledwie łapie oddech – Rozalia Gwizdoń jestem, sąsiadka. A… pan u nas nowy? Tak, tak… to pan się wprowadził w zeszłym tygodniu, pamiętam… Dobrze, dobrze. Wygląda pan na miłego młodzieńca – mierzy mnie wzrokiem, nie przestając mówić – Bo wie pan, tu przed panem to mieszkali tacy ludzie, że szkoda gadać. Taka para była, młodzi tacy, a jak się kłócili! A, a wcześniej, to studenci, jeszcze gorzej, spać po nocy nie dali, policja przyjeżdżała, a oni dalej…

– Przepraszam panią, ja trochę zajęty jestem – wtrącam szybko, gdy nabiera powietrza – Pani czegoś potrzebuje?

– Ja? – chyba wytrąciłem ją z rytmu – Tak, tak… chwileczkę… zaraz… - odrywa się od futryny i łapie jedną ręką za głowę, a drugą kładzie na klatce piersiowej. Chwieje się niepokojąco, więc niewiele myśląc, proponuję, by weszła – A nie, ja nie chcę robić kłopotu – mówi, wchodząc – Tylko muszę sobie przypomnieć, wie pan, głowa nie ta… co to ja miałam… – idzie prosto do kuchni, jakby była u siebie, i siada na taborecie przy stole – Jakbyś mi mógł, kochanieńki, odrobinkę wody… A! Już wiem! Bo mi znowu Fusia uciekła i czy pan jej gdzie nie widział, zapytać miałam.

– Fusia? – podaję kubek z wodą i siadam obok. Dopiero teraz zauważam, że staruszka ma ze sobą torebkę, zapewne tak samo wiekową, jak i ona. Grzebie  w niej zapamiętale przez chwilę, po czym wydobywa pognieciony papierek.

– Fusia, o proszę, trochę się pogniotła ta fotografia, bo wie pan, ona, znaczy Fusia, czasem się gdzieś zawieruszy i muszę pytać, każdemu pokazać, bo tu, młody człowieku, to się ciągle lokatorzy zmieniają, ciągle, nie ma roku, żeby ktoś nowy… i każdy tylko swoje sprawy… a ja latam jak głupia po piętrach, och… tak mi ciężko coś… otwórz, kochanieńki, okno, dobrze? - sapie coraz bardziej, więc zrywam się, by uchylić…

Co jest?! Nieoczekiwany hałas za plecami każe natychmiast się odwrócić. Jednym skokiem dopadam do leżącej kobiety. 

– Halo! Proszę pani! Halo! Pani zasłabła? Co się stało?! Proszę się odezwać! Słyszy mnie pani?! – potrząsam nią, nie wiedząc co robić, ale ona nic! Kompletnie nie reaguje! Może ona... Nie, to niemożliwe. Co za irracjonalna myśl. Nie, nie, nie! Zemdlała, straciła przytomność, to się zdarza. Zaraz się ocknie – Halo!!! Proszę pani!!!


57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...