Epilog

 – Wiesz, że cię lubię i wolałabym, żebyś tu został. Nikt nie pomagał mi tak jak ty, gdy tego potrzebowałam – mówi z poważną miną Monika. – Jest mi teraz cholernie ciężko, rodzina naprawdę jest ważna. – Prawie łamie się jej głos, nie mam odwagi jej przerwać. – Powinieneś skończyć te szopki i pojechać do swoich rodziców, wyjaśnić im wszystko, te wszystkie kłamstwa, w których żyłeś. Jak w ogóle tak dawałeś radę?
– Nie za bardzo miałem inne wyjście. Zabrnąłem po prostu za daleko. – Wzruszam ramionami. – Masz rację. Sprawa rozwiązana, nie ma co tego tak ciągnąć.
– Właśnie, Leoś, kurcze, Leoś naprawdę pasuje ci jakoś bardziej. – Uśmiecha się, choć w oczach błyszczą jeszcze łzy. 
Stoimy jeszcze chwilę pod blokiem. Monika zaskakuje mnie swoją spostrzegawczością, mówiąc o Ince i o tym, że zawsze mogę tu wrócić, umówić się z nią na kawę i kto wie, zacząć coś zupełnie nowego, ale tym razem legalnie pod prawdziwym nazwiskiem. W końcu przytulamy się na pożegnanie i wkładam ostatnią torbę na siedzenie obok kierowcy samochodu. Tylną kanapę zajmują Tola i Urwis. Po chwili zerkam w lusterko. Monika i Hrabek znikają za drzwiami klatki schodowej, a ja uruchamiam silnik. 
    Justyna Kolanko z ulgą oddała mi psy, a ja z nie mniejszą radością je wziąłem. Naprawdę mi ich brakowało. Szkoda, że są tylko dwa... Wciągnięta w to wszystko wnuczka Gwizdoniowej, chciała, jak najszybciej się da, zostawić za sobą wszystko, co wiązało się z jej pobytem w Polsce. Cholerna Blanka ściągnęła ją tu podstępem. 
Ruszając spod bloku, zauważam beemkę sąsiada kibica. Jak on się nazywał? Mateusz Lok? Chyba tak. Nigdy go nie podejrzewałem. To on, podobnie jak ja, pomagał w wyprowadzaniu Bimbra Grzegorzowi. W międzyczasie rył mu psychikę i manipulował pewnie jeszcze bardziej niż Rafał mnie. Grzegorz miał mnie obciążyć, ale nie zniósł presji, poddał się odnowionej chorobie, z którą walczył latami i pewnie już zawsze będzie pod kontrolą psychiatrów. Strasznie to smutne. Omiatam wzrokiem ulicę. Nigdy więcej jej nie zobaczę. Wbrew temu, co mówiła Monika, Inki też nie. To po prostu nie ma sensu. Muszę zrobić porządek ze swoim życiem i nigdy nie wracać do tego bajzlu. Jedynie psy będą mnie łączyć z tym życiem. Z życiem Leopolda Fikcyjnego. Dociskam gaz.



    Radio zaczyna rzęzić w tym samym momencie, gdy zapala się kontrolka rezerwy. Szlag. Mogłem zatankować w mieście. Jak na zawołanie niedaleko po prawej majaczy stacja benzynowa, zjeżdżam więc na prawy pas. Myśl o tym, że Natasza pozwoliła Blance tak się podłożyć, nie daje mi spokoju, chociaż odpędzam ją jak natrętną muchę. Co mnie to obchodzi? Już pozamiatane i nie ma co do tego wracać. Wkrótce stawię czoła rodzinie i będę musiał się tłumaczyć z tych wszystkich lat. Obiecałem sobie, że będę się trzymał jak najbliżej prawdy, a ta może nie być dla nich zbyt strawna. Cholera. Nie wytrzymuję. Nim dystrybutor skończy sikać benzyną do baku i naliczać jak szalony złotówki, piszę SMSa z moimi wątpliwościami do Inki. Nie odpisuje. Odkładam wreszcie pistolet i idę zapłacić. Może wezmę hot – doga... Gdy widzę te leniwie grzejące się kabanosy i parówki, burczy mi w brzuchu. 
– Nie możesz przestać o tym myśleć. – Słyszę głos Inki, gdy tylko odbieram połączenie. Balansuję jedzeniem i gorącym jak piekło kubkiem kawy, trzymając ramieniem telefon. – Może powinieneś zostać gliną? 
– Bardzo śmieszne.
– Wcale nie żartuję. Nadawałbyś się, naprawdę. Słuchaj, ta cała Natasza gdzieś wsiąkła. Podejrzewamy, że zaszyła się w Holandii. Blanka przyznała, że pożarły się o ciebie i o to, jak cię dopaść. Twierdzi, że Natasza chciała się ciebie ostatecznie pozbyć, ale ona przez wzgląd na stare czasy i oczywiście swoje dobre serduszko, nie mogła na to pozwolić. Natasza podobno odpuściła, a Blanka działała na własną rękę. Miała tylko oddać siostrze część twojej kasy. Wyobraź sobie, że planowała cię na koniec odzyskać. Tak przynajmniej twierdzi.
– Teraz rozumiem, dlaczego tak łatwo wpadła. Zawsze była mało rozgarnięta.
– Za to jaka jest piękna. – Śmieje się Inka. – Coś za coś.
– Ty jesteś dużo ładniejsza, a jednak piekielnie inteligentna – wypalam bez namysłu.  
– Nie wychylaj się – mówi poważnym tonem po chwili ciszy między nami. – W razie czego pozostań w kontakcie. – Rozłącza się, nim cokolwiek odpowiem.
Cholera, musztarda z pieprzonego hot-doga wylała mi się częściowo na rozpiętą kurtkę i koszulkę. Stawiam kubek na dachu samochodu i sięgam do środka w poszukiwaniu chusteczek. Co mi strzeliło do głowy, by na drogę założyć biały t-shirt? Mam chyba z piętnaście w odcieniach brązu, czerni i moro. Chustek ani śladu. Oczywiście, jaki facet wozi w aucie takie pierdoły... Koszulki powinny być w zielonej torbie w bagażniku. Tej pod tą drugą ze sprzętem. Przymykam oczy i wciągam powoli powietrze przesycone zapachem etyliny. Spokojnie Leoś. Spoglądam w przestrzeń za stacją. Rozległe, łyse pola drzemią bez ruchu pod cienką warstwą mgły. Jest cicho, zimno i kompletnie nic się nie dzieje. Czas ruszyć do przodu, zacząć normalnie żyć. Zahaczę się gdzieś, zacznę regularnie pracować, wezmę kredyt, a potem kupię lepszy wóz... 
– Przepraszam, czy jedzie pan na północ? – Odwracam się w stronę głosu. Za mną stoi wyraźnie wystraszona dziewczyna o długich blond włosach. – Mogę się z panem zabrać? – pyta błagalnie, nie czekając na odpowiedź na poprzednie pytanie. Rozgląda się nerwowo. Boi się. Odruchowo podążam za jej wzrokiem. Wokół nas jest pusto. Pickup, który tankował stanowisko obok, odjechał przed chwilą i prócz seata należącego zapewne do pracownika stacji, nie ma tu żadnych innych samochodów, a co za tym idzie ludzi. Dziewczyna czeka, wpatrując się teraz we mnie z uwagą. Nawet nie ma przy sobie żadnego bagażu, stoi, nerwowo przestępując z nogi na nogę, jakby się jej spieszyło. Zerka w stronę budynku stacji, a ja zauważam na szyi dziwnie znajomy kształt. Wiatr uprzejmie rozwiewa włosy. Zasycha mi w gardle na widok blizny. 


KONIEC



63. I wszystko jasne

    Od chwili uwolnienia Kolanko, Urwisa i Toli minęły trzy dni. Rzeczywiście Blanka była na tyle głupia, by zatrzymać się z zakładnikami w ruinach motelu. To, że Natasza pozwoliła jej na taki scenariusz, okazało się dla obu zgubne. Oczywiście Blanka nie była sama. Zgarnęli ją razem z facetem, który, jak sądzę, odnalazł mnie tam, gdy próbowałem wyciągnąć coś z Rafała. 
    Gdyby nie szybkie działania policji, pewnie udałoby się jej zwiać, ale uśpiona faktem, że jednak kasa spływała, a ja teoretycznie siedziałem murem w domu przy komputerze, nie spieszyła się. Tymczasem zamiast mnie na mojej sofie rozsiadł się aspirant Olszyniak, którego na upartego z daleka można ze mną pomylić.
Blanka z początku nabrała wody w usta podobnie jak Rafał z tą różnicą, że uwierzyła śledczym w bajkę o składanych w pokoju obok obszernych zeznaniach Rafała. Wystraszona zaczęła sypać. Oczywiście kłamiąc, by się wybielić. Wszystko zrzuciła na Fodora, który rzekomo ją szantażował, na mnie też próbowała, ale przede wszystkim winę wykonawczą przypisała Rafałowi. Kłamstwa nie pasowały do faktów, więc i wyjaśnienia musiała uzupełniać, zmieniać, przypominać sobie, że ach, to jednak było inaczej i tak dalej. Inka potem powiedziała mi, że mieli z nią niezły ubaw, chociaż przez te nieudolne próby kombinowania przesłuchanie trwało dużo dłużej niż powinno. 



    Zdziwiłem się, gdy przez przeszklone drzwi komendy zobaczyłem wysiadającego z radiowozu, skutego sąsiada kibica. Nigdy go nie podejrzewałem, a tymczasem to właśnie on mnie obserwował, manipulował Rurzyckim i zabił Anę Janiv. Plan był prosty: to ja miałem zostać wrobiony w to morderstwo, chyba że oddam kasę, jednak zanim siostrzyczki zaczęły mnie szantażować, sprawę skomplikował Mark Odonsky. Inka nie wdawała się w szczegóły, twierdząc, że i tak zbyt dużo mi mówi, lecz Fodor podobno zdecydował o zmianie planu właśnie ze względu na Marka. Redaktor chciał zdemaskować bossa, a w rzeczywistości nieświadomie dostarczał mu informacji o tym, co władze na niego mają. Dlatego zawsze był kilka kroków do przodu. Mark jednak zaczął się wymykać, bo jak się okazało nie wszystko mi przekazywał, coraz lepiej się zabezpieczał, więc zaczął stanowić zagrożenie. Wtedy wezwano mnie do Birmingham, bym złożył zeznania i pomógł w dotarciu do umysłu Grace. Podejrzewam, że i to mogło być zasugerowane przez Fodora, który przecież spokojnie może mieć niejedną wtykę w brytyjskiej policji, ale Inka twierdzi, że nie ma na to żadnych dowodów. Niewinna jak zawsze Blanka powiedziała, że Fodor chciał oszukać ją i Nataszę, uprowadzić mnie i wycisnąć ze mnie ich miliony, a je wrobić w morderstwa. Pamiętam Nataszę. Nie wyobrażam sobie, by pozwoliła komukolwiek na coś takiego. To, że zwiałem jej sprzed nosa z kasą, z pewnością wiele ją nauczyło. W przeciwieństwie do młodszej siostry była piekielnie inteligentna. Chociaż może nie aż tak, skoro zawierzyła młodszej i dała poprowadzić ostateczny szantaż z porwaniem. Coś mi się tu nie zgadza, ale teraz już nie mam zamiaru o tym myśleć. Przynajmniej spróbuję przestać.

– Możesz już wrócić do domu. – Głos Inki wyrywa mnie z zamyślenia. Odwracam się od okna, za którym szaleje wichura.
– To już koniec?
– Dla nas raczej masywny początek – wzdycha. Uwielbiam jej uśmiech. Chciałbym, żeby dla nas dwojga też tak było.
– Macie Nataszę?
– Jeszcze nie, ale kilka innych osób powiązanych ze sprawą albo raczej sprawami odłowiliśmy. Dla Fodora przestałeś się liczyć.
– No tak, żadnej kasy już nie zobaczy.
– Natasza miała zapłacić mu za pomoc w ściganiu ciebie, ale teraz…
– A jego macie?
– Niestety, to nie jest takie proste. Jest poza naszą jurysdykcją. To już sprawa międzynarodowych – rozłożyła ręce. – Ale podejrzewam, że jest już daleko poza Europą. 
– Dlaczego Ana? – pytam po chwili milczenia, widząc, że Inka ma zamiar zakończyć naszą rozmowę. – Została zamordowana tylko po to, by mnie obciążyć, szantażować?
– Dlaczego przyjechałeś właśnie tu? Do tego miasta? – odpowiada pytaniami na pytania.
– Rafał? – pocieram ręką czoło, jakby to miało mi jakoś pomóc. Czy to nie on sugerował, gdzie powinienem się zatrzymać? Z dala od rodzinnego miasta… Nie wiem, czy to strzępki wspomnienia, czy może próbuję sobie coś wmówić.
– Kocki istotnie bywał tu wcześniej. U Mateusza Loka.
– Loka? – Nie wiem, o kim teraz mowa.
– Twojego sąsiada. Zgarnęliśmy go w ostatniej chwili. Był już spakowany i jedną nogą w swojej beemce. To on obserwował Anę od pewnego czasu jeszcze zanim ty się tu pojawiłeś. Znaleźli ją i sprawdzali. Fodor nie lubi, gdy mu dziewczyny zwiewają. Jest cierpliwy. Wie, że zguby są ostrożne do czasu. Każda, którą zdoła odnaleźć, wcześniej czy później zostaje znaleziona martwa.
– Jak ta z Londynu…
– Jak ta z Londynu. Być może przedłużyłeś Anie Janiv życie o kilka miesięcy. Lok mógłby zabić ją wcześniej, ale widocznie zmienili plany, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Musiał poczekać na ciebie. Zbieraj się. – Powoli, jakby się ociągała, podchodzi do drzwi. – Twoje dokumenty są nieważne. W dyżurce odbierzesz zaświadczenie o zgłoszeniu utraty. Wyrobisz sobie nowe w urzędzie. Tym razem prawdziwe, Waldemarze Torawowski. – Uśmiecha się blado i odwraca w kierunku schodów na piętro. 

    Czy chcę znowu być Waldkiem, synem Dariusza i Eweliny? Czy chcę wracać tam? Być… sobą? Porzucić Leopolda Fikcyjnego, którego nawet polubiłem? To nie będzie łatwe. Trzeba będzie znowu... zacząć od nowa.


Fikcyjny... i co dalej?

Prace nad udoskonalaniem "Fikcyjnego ja" trwają! Na pewno będą zmiany i na pewno na lepsze :D Celem ostatecznym, jak zapewne nietr...