60. Pieniądze albo życie

     Natarczywy dzwonek telefonu wygania mnie spod prysznica. Wyskakuję na mokrą podłogę i z trudem łapię równowagę. Kiedyś naprawdę się tu zabiję. Biorę telefon mokrą ręką. Wyślizguje się, ale łapię go w locie. 
– Cześć kochanie, kopę lat! – to… Blanka. Nie wierzę. Mam halucynacje ze zmęczenia? Odsuwam telefon od ucha. Numer Kolanko.
– Halo?!
– Głuptasie, nie poznajesz? – perlisty śmiech drąży dziurę w moim umęczonym umyśle. – Trochę zleciało, ale jestem pewna, że mnie doskonale pamiętasz, kochanie.

Zasycha mi w gardle. Nie wiem co powiedzieć. Czego chce? Jak mnie znalazła? Rafał! Jasne! Musiał być z nimi w kontakcie. Pracuje dla nich cały czas. Kolanko też? Zaraz oszaleję.

– Hej, jesteś tam? Wiem, że zbierasz szczękę z podłogi, ale skup się lepiej.
– Jestem. Czego chcesz? – wyduszam ze siebie.
– A jak myślisz, durniu? Cała kasa z odsetkami dziś ma zmienić właściciela. I nie próbuj kontaktować się z tą swoją wywłokowatą policjanteczką. Widzimy cię.
– Blanka, spotkajmy się, porozmawiajmy, dobrze?
– Kobieta i psy zostaną zadźgane, a na narzędziu zbrodni policja odkryje twoje odciski palców. Pożyczyłam sobie twój nóż z kuchni. Oczywiście nie masz nic przeciwko temu, prawda? – chichocze – Swoją drogą całkiem niezłe miejsce na zbrodnię znalazłeś ostatnio. Ale to czy się stanie, zależy od ciebie. Teraz…
– Nie, Blanka…
– Zamknij się kurwa i słuchaj! Twój żałosny komputer jest na regale z książkami. Przygotujesz teraz konta, na których trzymasz kasę tak, by ją wysłać tam, gdzie ci wskażę.
– To nie jest…
– Wiem, że ogarniasz Tora. Wyobraź sobie, że mam swoich speców, lepszych od ciebie. Zalogujesz się bezpiecznie tak, jakbyś chciał skontaktować się z Markiem. Dalej będą instrukcje.
– Kurwa! Blanka!
– Czas start, chcę widzieć, że działasz. Inaczej będziesz miał krew na rękach.
– Czekaj! – drę się, ale połączenie zostało przerwane.



    Szumi mi w uszach. Sens słów Blanki dociera do mnie jak przypływ. Regał? Jest mój laptop! Wewnętrzny opór powstrzymuje mnie, by po niego sięgnąć. Nie mogę przecież tego zrobić. Nie mogę tak ot oddać jej całej kasy. Co, jeśli posłucham, a ona i tak kropnie tę kobietę? Na pewno to zrobi. To koniec. Ja pierdolę! Co robić?! Jak przez watę dociera do mnie dźwięk telefonu. 
– Przyjadę do ciebie po trzynastej, ok? – głos Inki brzmi, jakby był z innego świata – Najlepiej nigdzie nie chodź, jeśli nie musisz.
– Jasne – odpowiadam odruchowo i zaciskam oczy, jakby to miało pomóc mi w podjęciu decyzji. Otwieram usta i orientuję się, że rozmowa została przerwana. Cholera! Telefon znowu ożywa.
– Nie odbieraj od glin. Z nikim się nie kontaktuj. To ostatnie ostrzeżenie – piskliwy głos mnie zaskakuje. Skąd ta suka wie? Rozglądam się jakbym miał psychozę. A może mam? Sprawdzam spis połączeń. Ostatnia Inka… Jak? Albo to jakiś cholernie wysublimowany koszmar, albo jestem w potrzasku. Co robić?
Rozglądam się po pokoju. Czy Blanka w obecności Kolanko zainstalowałaby kamerę? Blanka? Przecież ona potrafi instalować co najwyżej sztuczne rzęsy. Okno. Podchodzę do szyby. Po drugiej stronie ulicy stoi szeroki blok, właściwie to ciąg bloków po kilkanaście pięter. Dziesiątki okien. Za jednym z nich może siedzieć obserwator z lornetką. Żebym chociaż miał zasłony… 

    Wracam do regału i ściągam z góry laptopa. Po jaką cholerę go tu położyła? Od razu rzuca się w oczy mały, połyskujący pendrive. Wyrywam go i rzucam na podłogę z obrzydzeniem. Próbuje pokonać mnie swoją własną bronią. Odnalezienie tego, co mi zostawiła i wyczyszczenie dysku zajmie trochę czasu. Uruchamiam kompa w trybie awaryjnym, żeby zidentyfikować, co przybyło. Co jest? Mam ograniczony dostęp do rejestru? Co się dzieje? Czuję jak swędzące kropelki potu rosną na moim czole. System uruchamia się bez mojego udziału! Przecież nie… Dlaczego antywirus się nie zabrał od razu do roboty? Nie wiem co za gówno Blanka podpięła, ale najwyraźniej ten, kto to opracował, był przygotowany na moją prewencję. Tylko co z tego? Nawet jeśli wyrzucę tego cholernego laptopa przez okno, niczego to nie zmieni. Nie, nie mam zamiaru oddawać im całej kasy. Zamykam oczy i przez chwilę skupiam się na oddychaniu. Wypuszczam głośno powietrze i zaczynam robić dokładnie to, czego oczekują. Chcą kasy? To ją dostaną. Tyle ile uznam za stosowne. Przecież nie wiedzą ile mam. Uśpię czujność Blanki. Uwierzy, że się poddaję. Zerkam na zegar. Jest jeszcze trochę czasu do przyjścia Inki.
Daję się prowadzić jak baran na rzeź,  wreszcie robię transfer i wstaję, odsuwając komputer tak, by patrzył kamerą w okno. Gapcie się sami na siebie. Powstrzymuję się, by nie pokazać środkowego palca. Idę do łazienki, włączam światło i tuż przy ścianie, by nie zostać zauważonym, przesuwam się w kierunku drzwi. 

    Nigdy nie podejrzewałem, że Aniela może być mi taka potrzebna. Pukam bezskutecznie. Dzwonię. Napięcie rozsadza mi czaszkę. Słyszę szuranie. To nie są kroki Kłopocińskiej...
– Taaak? – drzwi otwiera sąsiad.
– O! Dzień dobry. Zastałem żonę?
– Żonę? – pyta zdziwiony.
– Pana żonę. Panią Anielę?
– A! Ją – zaskoczył – Do Kryśki poszła.
– Cholera, a kiedy wróci? – pytam szybko, by wykorzystać przebłysk przytomności sąsiada. Zaczyna się śmiać. Klepie się ręką po udzie. Rzeczywiście niezły ubaw. – Panie Kłopociński? – ponaglam.
– Człowieku, skąd ja mam wiedzieć? Jak się dwie stare plotkary spotkają, to… ech, szkoda gadać. Coś ważnego pan chciał?
– Czy ja mógłbym zatelefonować? – może nawet tak będzie lepiej. Na pewno szybciej i dyskretniej. – Coś mi komórka szwankuje i…
– Oczywiście, sąsiedzie – już nie słucha, odwraca się tyłem i człapie do pokoju, a ja z nim. Starsi ludzie bywają okropnie nieuważni. Mógłbym walnąć go w łeb i splądrować… Zauważam lustro, a w nim badawczy wzrok wpatrującego się we mnie sąsiada. Cofam, co pomyślałem.

– Przyjedź prywatnym samochodem, zaparkuj gdzieś dalej i wejdź do bloku przez dziewiątkę. Spotkamy się na poddaszu – mówię cicho, osłaniając słuchawkę dłonią, gdy tylko usłyszałem głos Inki. Sąsiad ma na mnie oko z kuchni. Teraz pewnie Inka zacznie zadawać pytania, a nie ma na to czasu.
– Będę za kwadrans – szybko się rozłącza. Jednak mamy solidną nić porozumienia. Sąsiad łypie w moją stronę, więc głośno mówię do telefonu: To świetnie, dziękuję. Do widzenia.
Chcę od razu iść na górę, ale to mogłoby wzbudzić podejrzenia. Ileż można siedzieć w łazience? Wracam więc do siebie. Próbuję zachowywać się naturalnie. Robię kawę, zalewam wrzątkiem jakieś danie instant. Omijam szerokim łukiem komputer. Blanka się nie odzywa. To dobry znak. Dobra, już czas. Znów udaję, że idę do łazienki. 
Czy ta winda zawsze była taka powolna? Wysiadam wreszcie na ostatnim piętrze i wchodzę na poddasze. Lada chwila powinna się pojawić. Telefon wibruje krótko w tylnej kieszeni. Otwieram wiadomość ze zdjęciem.

Właśnie zabiłeś jednego pieseczka. Rób tak dalej. 



1 komentarz:

Fikcyjny... i co dalej?

Prace nad udoskonalaniem "Fikcyjnego ja" trwają! Na pewno będą zmiany i na pewno na lepsze :D Celem ostatecznym, jak zapewne nietr...