59. Koleżanka

 – Jak to odebrane? Przez kogo?!
– Przez właścicielkę oczywiście.
– Monikę?
– Przez właścicielkę – powtarza uparcie – naprawdę dziwię się, że takiemu… takiemu… – poirytowana szefowa psiego hotelu z niechęcią mierzy mnie wzrokiem – niezaradnemu człowiekowi – jestem pewien, że chciała użyć innego epitetu – powierzyła opiekę nad zwierzętami.
– Proszę mi powiedzieć komu dała pani psy. Właścicielka od dawna nie żyje – staram się opanować głos.
– Yyy… – chwyta nerwowo wymięty, gruby zeszyt A4, który od razu otwiera się na właściwej stronie – Justyna Kolanko?
– Mogła mnie uprzedzić… – mówię do siebie, odwracając się na pięcie.

    Dwadzieścia minut później walę bezskutecznie w drzwi nieżyjącej sąsiadki. Hałasy nie uchodzą uwagi Kłopocińskiej, która błyskawicznie pojawia się w pobliżu. 
– Nikogo nie ma. Już pojechały. Uhh… kiepsko pan wyglądasz – daje krok w tył. Pachnę chyba też nie najlepiej.
– Kolanko?
– A tak, tak. Wnusia Rozalii.
– Pukała do mnie? – wskazuję na moje drzwi.
– A skąd mam wiedzieć? Przecież ja się nie interesuję…
– Pani Anielo! Kiedy tu była?
– No wczoraj. Pod wieczór jakoś, a co?
– I nie wróciła?
– No przecież widzisz pan, że nikogo nie ma.
– Wie pani dokąd pojechała? – pytam szybko, a ona przygląda mi się, zwężając oczy.
– Niech się pan doprowadzi do porządku, sąsiedzie – mówi po chwili ciszy. – Pan w ogóle nie wie co się dookoła dzieje. Jakiś nieprzytomny pan jesteś! – kręci głową ni to z naganą, ni z politowaniem.
– Pani Anielo…
– Nie musi nic mówić – unosi rękę, jakby broniła się przed tym, co chcę powiedzieć – Ja się nie wtrącam w cudze sprawy! Pan młody jest, musi się wyszaleć, ja rozumiem, ale to nieładnie, żeby dziewczyna przez pana płakała. Miałam pana za lepszego.
– Pani Anielo, ja naprawdę muszę…
– Tak? A zeszłej nocy, to gdzie się szlajał?
Rezygnuję, niczego się od niej nie dowiem. Zostawiam Kłopocińską z jej pytaniami i lecę do Moniki. Tu też głucho. Nawet Hrabka nie słychać. Co ona przed chwilą powiedziała? Pojechały? Monika z Kolanko? I kto płakał? Co tu się dzieje do cholery?! Wbiegam po schodach z powrotem na górę.

– Pani Anielo, przepraszam, z kim Kolanko pojechała? Z Moniką? – łapię sąsiadkę jeszcze na klatce przy jej drzwiach. Musiała stać przy drzwiach i nasłuchiwać. Patrzy na mnie jak na szaleńca.
– Co pan opowiada za dyrdymały? Monika rano wyjechała. Widziałam, jak wkłada walizkę do bagażnika. Pokłóciliście się? Ładna z was była para, panie Leosiu.
– Co? – pytam odruchowo, nic z tego nie rozumiejąc. Wyjmuję z kieszeni telefon. Muszę zaraz do niej zadzwonić.
– A Justynka, wnusia świętej pamięci Gwizdoniowej, to była z jakąś koleżanką. Nie wiedziałam, że dał pan jej swoje klucze. Były po jakieś dokumenty. Strasznie pan blady. Nie powinno się tak całymi nocami poza domem…

    Puszczam mimo uszu dalsze uwagi i wpadam do swojego mieszkania, trzaskając drzwiami. Co tu się do kurwy nędzy dzieje?! Nikomu nie dawałem kluczy. Cholera, nie zdążyłem wymienić zamków, nowe ciągle są w samochodzie. Mieszkanie wygląda jak wcześniej. Gdyby to znowu byli tamci… Chwila. Kolanko. Na pewno zapisałem jej numer. Gorączkowo grzebię w telefonie. 
– Pani Justyno, muszę z panią pilnie porozmawiać. Proszę o kontakt! – nagrywam się na pocztę głosową i od razu dzwonię do Moniki. Czekając na połączenie, szukam laptopa. Powinien leżeć na stoliku albo sofie. Albo…
– Gdzie ty się podziewasz? – mówi Monika bez wstępów.
– A ty? Wiesz co tu się w ogóle dzieje?
– Może byś też coś wiedział, jakbyś łaskawie czytał wiadomości, które ci wysyłam – prycha – Zapadasz się jak kamień pod ziemię i jeszcze do mnie masz jakieś pretensje?
– No dobra, przepraszam – przełączam się na głośnik i sprawdzam SMS-y. Rzeczywiście jest tego od cholery – Możesz mi streścić? – zmieniam ton.
– Mam tylko chwilę, zaraz jadę z matką do zakładu pogrzebowego. Wczoraj zmarł mój ojciec, więc pojechałam do domu rodziców. Muszę się zająć tu wszystkim, mama jest załamana i potrzebuje pomocy – dopiero teraz zauważam napięcie w jej drżącym głosie.
– Dlatego płakałaś... – przypominam sobie wyrzut Kłopocińskiej – Bardzo mi przykro – dodaję szybko. Brzmię banalnie.
– No dzięki.
– Trzymasz się? Jeśli potrzebujesz…
– Nie, nie. Daję jakoś radę. Dzięki. 

    Nie ma sensu zawracać jej teraz głowy. Zamiast wypytywać, kończę rozmowę i sprawdzam te cholerne wiadomości. Monika pisała, że Dominiszewska, ta z psiego hotelu, znowu dzwoniła i pytała, bo nie mogła się do mnie dodzwonić. To pewnie było wtedy, gdy Rafał terroryzował mnie swoim pistoletem. Krótkie: gdzie się podziewam, dlaczego znowu nie odebrałem psów, jestem jakiś niepoważny, co się ze mną dzieje, zaczyna się martwić, czy byłbym łaskaw się odezwać… I info o tym, że pojawiła się Kolanko i odebrała psy. Chwila… Monika się z nią widziała? Czytam dalej… Nie, to chyba Dominiszewska do niej napisała. Tak przynajmniej wynika z chaosu jej wiadomości. Tyle na ten temat. Niewiele treści jak na tak dużą ilość SMS-ów. Ostatni jest już z dziś i informuje o śmierci ojca oraz wyjeździe. 
Podpinam telefon do ładowania i rozglądam się za sprzętem. Skąd Kolanko miała klucze i po jaką cholerę w ogóle tu wchodziła? Po mój komputer? To przecież absurdalne. Pulsuje mi w głowie. Jestem potwornie zmęczony, a jednocześnie nie potrafię nawet usiąść. Kłopocińska! Musi wiedzieć coś więcej.
 
    Zatrzymuję się z ręką nad dzwonkiem i zaciskam ją w pięść. Winda jest na parterze, więc zbiegam po schodach. Jest tylko jedne sposób, by trafić odpowiednio do tej kobiety. 

– Znowu pan? – wita mnie poirytowana Aniela, a ja podstawiam jej pod nos moją broń: ciasto o wdzięcznej nazwie "Jamajka z wiśnią" z najbliższej cukierni.
– Pani się nie złości pani Anielo – uśmiecham się najsłodziej, jak potrafię, a Kłopocińska szerzej, choć wciąż niepewnie, otwiera drzwi. Na jej ustach błądzi rodzący się uśmiech.
– Słodzi pan? – pyta po chwili, gdy grzecznie siedzę przy stole i czekam na kawę.
– Nie, dziękuję. A ta wnuczka pani Gwizdoniowej…
– Świętej pamięci Gwizdoniowej – poprawia mnie – Justysia.
– Justysia. To… pani ją dobrze zna?
– Dobrze, niedobrze. Pamiętam ją jak o… taka była. Kokardy jej takie wiązali czerwone na tych mysich ogonkach. Ładna dziewuszka, taka, wie pan – porusza dziwnie ramionami –  sprytna i…
– Tak, tak. A pani ma z nią jakiś kontakt? – przerywam jej, zanim się rozkręci na dobre i ugrzęźnie we wspomnieniach. – Kojarzy panią?
– Czy kojarzy? – unosi czarne pijawki brwi i zaczyna się śmiać – Justysia do mnie na działkę przychodziła czereśnie zbierać w każde lato, a czemu pyta?
– Bo widzi pani, ja chciałbym z nią porozmawiać, wytłumaczyć no i przekazać te… no… zalecenia behawioralne dla psów, karmy i tak dalej, skoro je już na dobre zabrała.
– Zalecenia beha… acha.
– No właśnie. Mam wrażenie, że nie chce ode mnie odebrać telefonu. Może się obraziła. Czy mogłaby pani zatelefonować do niej?
– Ja tam się nie chcę wtrącać – zatapia łyżeczkę w kawałku ciasta, a ja robię proszącą minę, naśladując Urwisa przy lodówce. – Ostatecznie mogę zadzwonić. Przekażę, że są zalecenia beha… Pij pan tę kawę, bo wystygnie.
Kłopocińska podnosi się z teatralnym westchnieniem i wychodzi. Zaraz wraca z zeszytem i okularami. Wyszukuje odpowiedni kontakt i wbija po jednej cyfrze numer na stacjonarnym telefonie. Nikt nie odbiera. Wybiera więc inny. Rozpoznaję ten sam, który mam. Również cisza.
– Nie odbiera.
– A ta koleżanka, z którą tu była. Pamięta ją pani?
– Co mam nie pamiętać. Alzheimera nie mam. Widziałam je obie, jak przyszły i otwierały pana drzwi. Akurat wychodziłam po jajka – zerka na mnie badawczo. Nie śmiałbym jej oczywiście podejrzewać o zaglądanie na klatkę z ciekawości. – Justysię od razu poznałam, chociaż się..., to znaczy wydoroślała. Zamieniłyśmy słowo. To ta druga miała klucze. Powiedziała, że pan chciał, by odebrały jakieś dokumenty psów. Czemu pan u mnie nie zostawił? Przekazałabym. Justysia swoja, ale ta druga obca… Nie wiem, ja bym tak ochoczo obcym kluczy do swojego mieszkania nie dawała.
– Ma pani rację, mój błąd. A jak wyglądała ta koleżanka?
– Strojnisia taka. Blondyna. A jaka wymalowana! Wie pan, jakby na dyskotekę szła. Nie wiem skąd Justysia taką koleżankę wytrzasnęła. 
– Może to któraś sąsiadka? Koleżanka z osiedla.
– Niemożliwe.
– Dlaczego?
– Wie pan, ja nie znam wszystkich, bo przecież nie interesuję się życiem innych, mam swoje sprawy, ale gdyby na naszym osiedlu mieszkał ktoś o takim głosie, to na pewno bym wiedziała – kiwa głową z miną znawcy.
– Jakim głosie?
– Piskliwym. Od razu widać, że fałszywa. Kłapała tymi sztucznymi rzęsami – rozczapierza palce przed twarzą – uśmiechała się sztucznie, a jak zapiała, to aż… wie pan jak u nas po klatce niesie. Okropna kobieta.
– Brzydka?
– Gdzie tam brzydka! Pan mnie nie słucha – obrusza się – Bardzo ładna. Taka zgrabna blondyneczka, tylko z toną tapety i głosem koguta! 

    Z trudem dojadam swój kawałek Jamajki i dopijam kawę. Opis idealnie pasuje do Blanki, ale to przecież niemożliwe! To śmieszne, że w ogóle o niej pomyślałem. Zupełnie niedorzeczne.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Epilog

 – Wiesz, że cię lubię i wolałabym, żebyś tu został. Nikt nie pomagał mi tak jak ty, gdy tego potrzebowałam – mówi z poważną miną Monika. – ...