58. Bezsenna noc

Rafał kłamie. A przynajmniej nie mówi mi całej istotnej prawdy. Wolałbym wycisnąć z niego więcej, zanim oddam go Ince. Wie doskonale, że to zrobię, że teraz nie ma już szans, bym mu zaufał. Nie ma możliwości, byśmy po prostu podali sobie ręce i rozeszli się w swoje strony. Miałem być winnym śmierci Any, jak twierdzi Rafał. Po co chcieli mnie w to wrobić, już nie mówi. Kręci. To kompletnie bez sensu. Co więcej, policja takiego scenariusza chyba nawet nie wzięła pod uwagę. Na pewno nie. To czysty idiotyzm. 
Latarka świeci coraz słabiej. Obserwuję Rafała. Widać, że szyje na bieżąco, unika mojego wzroku, denerwuje się i poci. Boi się. Na pewno nie mnie. Może tego, że go wydam glinom? I, że dorwie go ten cały Fodor? Jeśli tak, to dlaczego przeciąga, jakby grał na czas? Co mu to da? Mam już dość, tracę cierpliwość. 



Niespodziewanie przez szpary błyska światło. Słyszę odgłos kół na żwirze. Kurwa. Zrywam się i szybko podchodzę do okna, by zajrzeć na zewnątrz między framugą a krawędzią byle jak przybitej deski. Ktoś zaparkował obok mojego auta i wysiada. Nie wyłączył świateł, ale i tak niewiele widzę. Ma broń. Celuje w mój samochód, sprawdza… jasna cholera!
– Kurwa, to ludzie Fodora! – krzyczy szeptem Rafał. Nie widzę go teraz, ale po głosie słychać, że jest przerażony. Szura, wije się, jakby próbował wykrzesać ze siebie jakąś nadludzką siłę i rozerwać więzy. Podbiegam do niego, rozwiązuję częściowo i łapię za ramię. Ręce zostawiam skrępowane. Na wszelki wypadek wbijam lufę pistoletu pod żebra. Żeby wiedział.
– Cicho bądź – mówię prosto do ucha.
– Zabiją nas!
– Tak? To co kurwa proponujesz? Co? Rusz się.
Ciągnę Rafała w kierunku frontowego wyjścia. Zaraz tu wejdą. Jeżeli od frontu, też ktoś jest, to po mnie. Właściwie po nas. Podłoga skrzypi złośliwie, ale nie czas na delikatne pląsy. Drzwi są oczywiście zamknięte. Okno obok nie ma szyby, zasłania je jedynie gruby kawał dykty. Tu nie mam jak wyjrzeć, by sprawdzić, czy na zewnątrz jest czysto. Jest ciemno jak w dupie, a na szukanie szpar nie ma czasu. Walę łokciem w osłonę okna, aż przeszywa mnie prąd aż po same palce. Omal nie upuszczam broni. Jasna cholera! Nie mam wyjścia. Potrzebuję obu rąk, więc puszczam Rafała. Napieram ramieniem. Blokada ustępuje, ale niechętnie. 
– Przesuń się – mówi Rafał. Walimy obaj z całej siły. Na zapleczu słychać rumor. Trzaskają drzwi. Rumor na dole i skrzypienie od strony schodów. Chyba zaczęli od zaplecza i góry. Błyskawicznie przełazimy przez częściowo odblokowane okno, a płyta, wciąż przymocowana od góry, opada z głuchym puknięciem za nami na swoje miejsce.
Wygląda na to, że jest pusto. Lecę w ciemnościach, potykając się, by okrążyć budynek i dostać się do  samochodu. Jeśli nikt nie został na zewnątrz, mamy szczęście. Nie mogę włączyć latarki i po prostu sprawdzić. Skradam się. Rafał sapie tuż za mną. Dobiegam do auta. Nie ma czasu zaglądać do wozu obok. Rzucam tylko okiem. Powinienem wsadzić Rafała do bagażnika, ale nie ma na to czasu. 
– Do tyłu! – rzucam cicho przez zęby, szarpiąc go. Najszybciej jak się da, zapinam mu pas tak, żeby nie było mu łatwo odpiąć go związanymi rękami. Dodatkowo przymocowuję mu łapy do drugiego pasa, by nie dosięgnął do zapięcia. Wskakuję za kierownicę i przekręcam kluczyk. Jeśli teraz się zakrztusi… kamień z serca. Nigdy dotąd odgłos uruchamianego silnika nie brzmiał piękniej. Wrzucam wsteczny, koła buksują. Omal nie rąbię w auto obok. Zerkam w czarny otwór drzwi budynku. Gdy wyskakuję na drogę, tracąc na chwilę przyczepność, słyszę ryk uruchamianego za budynkiem samochodu. 
Fatalnie się gna nieoświetloną krętą drogą bez włączonych reflektorów. Prędzej się tu rozwalę na jakimś drzewie, niż mnie dogonią. Po kilku zakrętach ryzykuję i włączam światła. Liczę jednak na to, że nawet jeśli tamci usłyszawszy mój samochód, natychmiast pobiegli do wyjścia, mam niewielką przewagę. Właściwie przy odrobinie mojego szczęścia mogli nawet ruszyć w przeciwną stronę.  
– Kto to kurwa był? – wrzeszczę. – Jak nas znaleźli?!
Rafał siedzi cicho. Zerkam w tyle lusterko. Mam przeczucie, że zaraz pojawią się tam światła. Wyszarpuję z kieszeni telefon. Wypada mi na podłogę. Cholera jasna! 
– Ej! Zabijesz nas! – gdyby nie pasy, Rafał latałby po tylnym siedzeniu jak wór kartofli. W ostatniej chwili unikam spotkania z rowem, ale znajduję smartfona. Ręka drży mi irytująco, gdy próbuję go odblokować i wybrać numer Inki. Rafał szarpie się z tyłu. Mocuję telefon w uchwycie na szybie i wyjmuję pistolet spod uda.
– Spokojnie, stary – mówię, zerkając za siebie – Wciąż mam twoją pukawkę, pamiętasz? – macham lufą w jego stronę.
– Nie dzwoń po gliny idioto! – ryczy desperacko dokładnie w momencie, gdy sygnał oczekiwania na połączenie ustępuje zaniepokojonemu głosowi Inki.
– Fikcyjny?
– Mam Rafała! Gonią mnie. – Zerkam nerwowo do lusterka w niezmąconą czerń. Pewnie zaraz się pojawią. – Zaraz zjadę ze starej krajówki na autostradę w kierunku miasta.
– Zjedź na posterunek autostradowy. Jestem w drodze. – Inka wydaje polecenie, a ja się czuję, jakbym wynurzał się na powierzchnię. Rozłącza się.
– Pojebało cię?! – Rafał cały czas się drze, jakby go ktoś przypiekał żywym ogniem. Dociskam gaz. Do zjazdu brakuje zaledwie kilku kilometrów. Powinienem zdążyć, zanim ten kretyn wypnie się z pasów i rzuci na mnie.

Dworna i Olszyniak patrzą na mnie jak na okaz w zoo. Właśnie zrelacjonowałem im wydarzenia ostatnich godzin. Teraz pewnie zaczną pytać szczegółowo dokładnie o to samo.
– Co z nim? – pytam o Rafała.
– Nic. Na razie zostanie u nas – opowiada lakonicznie Inka – Jeszcze wody? – wskazuje na pusty plastikowy kubek, którym się bawię. Wyjmuje mi go z ręki i podchodzi do butli z wodą, nie czekając na odpowiedź. – Możesz opisać samochód, którym przyjechali pod motel?
– BMW piątka. Czarny albo grafitowy. Dziwne, że mnie nie dogonili…
– A gonili?
– Właściwie, to... nie wiem. Ruszyli za mną. Jechałem bez świateł, ale…
– Ale to bez znaczenia – stwierdza Inka.
– To bez sensu.
– Niekoniecznie – podejmuje, ale urywa, jakby ugryzła się w język. Zerka w bok, jakby przypomniała sobie o obecności kolegi, który cały czas siedzi cicho. – Wróćmy do twojej rozmowy z Kockim.
W pokoju, gdzie składałem przed chwilą zeznania nie było okna ani zegara, toteż zaskoczony dniem mrużę oczy, gdy wreszcie wychodzimy na zewnątrz. Jest potwornie zimno. Policjanci mają chyba równie dość, jak ja. Olszyniak marudzi coś pod nosem o swoim dyżurze, ale Inka nie nie zwraca na niego uwagi, wypisując z innym policjantem jakieś papiery. Stoimy więc we dwóch i w ciszy wypuszczamy kłęby pary. 
– Dobra, odstaw auto i jedź do domu. – Inka rzuca Olszyniakowi kluczyki – Jadę z nim.
– Ale…
– Jak nie lubisz spać, to się zamieńmy – wyciąga rękę, ale aspirant szybko wycofuje się w stronę radiowozu. – Tak myślałam. Jedziemy do ciebie.
– Do mnie? – dziwię się, a ona nie czekając, maszeruje do mojego auta.
– Ciekawe historie opowiada ten twój kolega – Inka rzuca niby od niechcenia, gdy powoli odmarzamy pod wpływem samochodowego ogrzewania. Czekam na ciąg dalszy – Nie podejrzewałam cię o takich kolegów.
– Nie wiedziałem, że Rafał jest tym, kim jest. Manipulował mną cały czas.
– Udawał przyjaciela, kłamał, wrabiał cię i szantażował – wymienia, wpatrując się we mnie. Wbijam wzrok w drogę. – A ty?
– Ja?
– Jesteś niewinny – mówi po dłuższej chwili ciszy w taki sposób, że przez plecy przebiegają mi ciarki niepokoju. – Adam Horn, prawy obywatel, uwikłany w związek z kobietą współpracującą z przestępcami, dowiaduje się o jej podwójnym życiu, zostawia ją, żyje sam, zmienia nazwisko, by zacząć życie od nowa. Miało być tak pięknie, bezproblemowo, a tymczasem… – urywa, unosząc brwi. Nie wiem, po co ten sarkazm, do czego zmierza, ale po chwili milczenia wzdycha cicho.
– Nie rozumiem, co masz na myśli? – czuję, że chciała mi powiedzieć coś istotnego, jednak rezygnuje.
– Na razie jedź do domu. Siedź w mieście.
– Będziecie mnie obserwować?
– Podrzuć mnie na Słowackiego. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Fikcyjny... i co dalej?

Prace nad udoskonalaniem "Fikcyjnego ja" trwają! Na pewno będą zmiany i na pewno na lepsze :D Celem ostatecznym, jak zapewne nietr...