56. Szantaż

     – Żartujesz – stwierdzam, bo to nie może się dziać, to nie jest możliwe. Milion... To jakiś pieprzony sen!
– A wyglądam, kurwa, jakbym żartował?! – ryknął Rafał. Głos poniosło daleko, ale to i tak bez znaczenia. Nikogo nie ma w promieniu kilometrów. – Nie mam wyjścia, stary. – Podchodzi do mnie i wymachuje tą swoją giwerą. Instynktownie robię krok w tył.
– Skąd miałbym tyle wziąć? Człowieku, ja rozwożę żarcie. – On nie może wiedzieć ile tak naprawdę mam i że w ogóle mam jakąś większą kasę. Zaczyna się śmiać. Co z nim jest do cholery? Niemal zgina się w pół i rży. Może to dobry moment, by jakoś wytrącić mu broń i zwiać. Mógłbym uderzyć go czymś w głowę. Rozglądam się, ale w zasięgu moich rąk nie ma zupełnie niczego. Błyskawiczne myślenie w podbramkowej sytuacji nie jest moją mocną stroną.
– Ty naprawdę masz mnie za debila – mówi prawie dobrodusznie. Przestaje się śmiać i przygląda bacznie. Jego oczy poważnieją. Sztywnieję i czekam. Jestem kompletnie zdezorientowany. – Rozbawiłeś mnie, stary, naprawdę. Grunt pali ci się pod nogami, a i tak stać cię na żarty. Wiesz, nawet trochę mi ciebie żal. Poczciwy z ciebie chłop. Kłamca, złodziej i skurwysyn, ale poczciwy. – Przerywa na chwilę monolog, a ja nie wiem, co powiedzieć, więc tylko się gapię na niego, jakby był niespełna rozumu. Chyba jest. – Posłuchaj mnie teraz uważnie, bo śmieszkowanie zakończone. Jedziesz teraz spokojnie do domciu, prosto do domciu i odpalasz komputer, logujesz się przez VPN-a na stare konto do tego serwisu wędkarskiego z forum, który przeglądaliśmy wspólnie w Poole, na pewno pamiętasz. Tam w prywatnych wiadomościach znajdziesz dalsze instrukcje. I śpiesz się lepiej, bo do północy musisz dokonać transakcji. Zrozumiałeś?
– Rafał, co ty…
– A sorry – przerywa mi – przecież nie wiesz, jaka jest stawka. Otóż mój przyjacielu, jeśli nie wywiążesz się z… polecenia, ludzie, którzy chcą pomóc ci w uregulowaniu tych twoich zaszłości z niejakimi siostrami Sobak, dostaną twój adres, dane i takie tam. Jak sądzę wolałbyś tego uniknąć.
– So... sobak…
– O, widzę, że coś dotarło. Cieszę się bardzo. A teraz…
– Zaczekaj. Co konkretnie wiesz? Co niby miałoby mnie z nimi łączyć? – przepycham słowa przez zaschnięte z wrażenia gardło. On blefuje, musi blefować. Coś może wygrzebał. Cholera, może nawet zna moje prawdziwe nazwisko, powiązał jakoś z Blanką. Nic więcej nie może wiedzieć.
– Jednak kurwa, tępy jesteś, wiesz? Waldemarze Torawowski, może to było dawno, ale Natasza Sobak nie zapomniała, że oskubałeś ją na grubą kasę, za ciebie poleciały łby, a ona musiała się mocno nagimnastykować, żeby nie utknąć w pierdlu na lata. Zresztą nie tylko ona. Bobby postanowił zabawić się w kogoś w rodzaju windykatora i uszczęśliwić poszkodowaną. Tyle ci mogę powiedzieć. Jesteś na dużo większej muszce niż ta – podstawia mi lufę przed nos – Ona głupia nie jest, a z Bobbym u boku… Rozsmarują cię, rozumiesz? Oddasz wszystko razem z odsetkami i pójdziesz do piachu. To znaczy byłoby tak, ale na szczęście masz mnie. Ratuję twoją dupę nie pierwszy raz, tylko tym razem nie za darmo. 
– Ratujesz? Szantażujesz mnie, człowieku, nie ratujesz!
– Nie pierdol. Zapłacisz, ja zniknę, ty jesteś ostrzeżony i też sobie ładnie znikniesz. To jest ratunek. Takie nasze win – win.
– A ty? Nie pracujesz dla Bobbiego? – muszę zapytać, chociaż i tak to, co odpowie, wcale nie musi być prawdą.
– Skup się teraz i pilnuj swojego nosa. Milion euro. To niecałe dwadzieścia pięć bitcoinów. Pestka, a jak wiele możesz ocalić. Zauważ, że czas ci ucieka. Prosto do domu i nie zatrzymuj się, nie zjeżdżaj z trasy, nie kombinuj. Auto masz na podglądzie. Zaczniesz kombinować, zatrzymasz się, będziesz szukał nadajnika, pojedziesz do glin, kurwa, zechcesz się po drodze wyszczać, wykonam telefon, jeden krótki telefon i będzie po tobie. Nie masz wyjścia. Rozumiesz?

    Przede wszystkim rozumiem, że stałem się dla Rafała na tyle drogocenny, że nie zabije mnie na miejscu. Nie ma opcji, bym wsiadł grzecznie do samochodu i wykonał to jego polecenie. Oddam kasę i co? Będziemy żyli długo i szczęśliwie? Idę na miękkich nogach do samochodu. Myśl, kurwa, myśl!
– Mam cię tu zostawić na zadupiu? – pytanie ma być tylko pretekstem, by się odwrócić i ocenić, czy Rafał ma zamiar odprowadzić mnie do auta, czy stracił czujność, widząc, że się poddałem. Prycha i rusza w moją stronę z bronią wiszącą luźno w dłoni. Robię jeszcze krok za samochód, jakbym rzeczywiście miał zamiar wsiąść.
– Jedź już, kurwa – mówi i zerka w bok. Szybko schylam się i sięgam do drzwiczek.
– Łatwiej będzie z kluczykami – zwracam się do niego, próbując dodać sobie w myślach odwagi. – Telefonu, jak sądzę, nie odzyskam.
– Dobrze sądzisz. – Chyba go rozbawiłem. Podchodzi bliżej. Przekłada broń do lewej ręki i sięga do kieszeni. Błyskawicznie rzucam mu w twarz garścią suchej ziemi zgarniętej przed chwilą obok auta. Łapię drugą ręką za lufę i łatwo wyrywam mu gnata z dłoni. Zaskoczony upuszcza kluczyki i sięga do oczu, jednocześnie szykując się do skoku na mnie i mnąc w ustach przekleństwa. Z całej siły robię zamach i walę go metalową rękojeścią w łeb. Trafiam idealnie w skroń. Chwieje się, ale nie upada, więc poprawiam i całym ciężarem ciała rzucam się na niego, by powalić na ziemię. Wpadam w panikę. Rafał miota się wściekły, trzymając za głowę, kwiczy jak zarzynane zwierzę, jednocześnie gramoląc na kolana. Czuję, że moja przewaga słabnie. Odskakuję. Gdzie kluczyki? W ciemności niczego nie widzę!
– Kurw...! Moje oko! Ty! – ryczy Rafał.
Kopię go z całej siły w brzuch. Upada, więc poprawiam w głowę. Chyba trafiłem w potylicę. Pada na piach twarzą w dół. Nie rusza się. Zalega cisza. Kurwa, chyba go zabiłem! Co robić?! Co teraz?! Trzęsą mi się ręce, cały się trzęsę. Kluczyki! Nie, muszę sprawdzić, czy żyje. Jak go tu zostawię, to… Ja pierdolę! Muszę sprawdzić. A co jeśli skoczy na mnie? Udaje? 
– Rafał? Rafał?! – mój głos brzmi jak pisk. Niemożliwem żeby tak z własnej woli leżał bez ruchu. Przed chwilą był rozjuszony jak byk. Zemdlał od ciosu albo umarł. O matko jedyna… 

    Rzucam się na ziemię i macam za kluczykami, jednocześnie nie spuszczając go z oczu. Cały czas nie potrafię opanować drżenia rąk. Są. Dobra, teraz on. Biorę głęboki oddech, drugi, kurwa, nic to nie pomaga. Nadal mam pietra jak cholera. Podchodzę ostrożnie i popycham go stopą. Mimowolnie odskakuję. Nie ruszył się. Dobra, trzeba mocniej. Ponawiam próbę, popycham nogą jego ramię. Ciało bezwładnie się kiwnęło i nic więcej. Przypominam sobie o broni i dodaje mi to otuchy. Zaciskam mocniej palce na pistolecie, kluczyki chowam do kieszeni i celując w Rafała ostrożnie daję krok w jego stronę.
– Mam cię na muszce stary, chcę tylko sprawdzić, czy żyjesz, jeden twój ruch i cię zastrzelę, rozumiesz? – odpowiada mi cisza i bezruch, więc podchodzę. Powtarzam to samo. Drżącą rękę wsuwam mu za kołnierz. Wyczuwam słaby puls. Zbieram się na odwagę i przewracam go na bok. Żyje, jest nieprzytomny. Co teraz? Wezwę karetkę. Telefon. Nie spuszczając wzroku i wycelowanej broni z jego głowy, macam za telefonem po kieszeniach. Szlag. Muszę go przekręcić. Nogą popycham, by przewalić go na plecy. Połowa twarzy ciemnieje od krwi. Wyszarpuję dwa telefony z kieszeni. Mój i jego. Super. Myśli galopują. Wezwę karetkę i co? Będę tu z nim siedział, a jak się za szybko ocknie, to znów go zdzielę przez łeb? Jeśli odjadę, to jaką mam pewność, że nie zwieje, zanim przyjedzie pogotowie? Jeśli w ogóle tu dotrą. Jeżeli go tu zostawię, będzie się mścił, albo rzeczywiście umrze i rano go ktoś znajdzie. Tu jest pewnie masa moich śladów! Nerwowo rozglądam się w ciemnościach. Co potem? Jasna cholera! Zrywam się, muszę działać. Rafał jest groźnym przestępcą, zaatakował mnie, groził śmiercią, szantażował, mam przewagę, nie mogę jej tak po prostu oddać i zwiać z podkulonym ogonem ani zgrywać prawego obywatela, co się troszczy o pieprzonego zbira. Ja ci kurwa dam milion!
– Leż tu kurwa i się nie ruszaj – syczę przez zaciśnięte zęby.

    Tyłem, by go nie spuścić z oka, podchodzę do auta i otwieram bagażnik. Cholera, pełny jest. Przerzucam zakupy i inne szpargały na tylne siedzenie. Nie wiem, jak go tu wcisnę, ale wcisnę. Dobra, do roboty. Wpycham broń za pasek z tyłu. Gniecie jak cholera, zaraz wypadnie. Co za idiotyzm. Odkładam na dach auta. Rafał jest przecież kompletnie nieprzytomny. Podchodzę do niego i łapię za ramiona. Ciężki skurwysyn. Ciągnięcie po ziemi nie jest łatwe, a muszę go jakoś podnieść i upchnąć w bagażniku.  Zanim dotrzemy do auta, jestem mokry jak szczur. Cholera. Nawet, jak go tu wsadzę, to co potem? Jak się ocknie i go wypuszczę, to mnie zabije. Lepiej go związać czymś, unieruchomić i wsadzić normalnie do auta. Grzebię za jakimś sznurkiem, paskiem, czymkolwiek. Lina holownicza jest mocna, ale jak to cholerstwo zawiązać? Doskakuję do schowka na rękawiczki. Mam opaski zaciskowe. Świetnie. Za małe. Kurwa! Może pod podłogą bagażnika. Świecę telefonem, by łatwiej znaleźć cokolwiek, co nadawałoby się do związania człowieka. Wyciągam zapasówkę, lewarek, klucze francuskie, gaśnicę, jakieś pierdoły… Stłumiony jęk mrozi mi krew w żyłach. To Rafał! Ocknął się! Nie myślę, walę w łeb gaśnicą. 
– A!!! – mój krzyk rozdziera ciszę. Spokój – nakazuję sobie – Spokój. Rafał znowu padł. Nie zawracam sobie głowy sprawdzaniem, czy go już wreszcie zabiłem, czy nie. W rupieciach dostrzegam pęk długich, białych opasek zaciskowych. Bingo! Rozsypują się na ziemię. To nic. Biorę jedną i przewalam Rafała na brzuch. Muszę zagarnąć jego ręce razem. Są jak kłody. Ciężkie i bezwładne. Przytrzymuję wreszcie jedną kolanem i sięgam po drugą. Jak to cholerstwo założyć?! Ręce Rafała wyślizgują mi się, szarpię je bezskutecznie. Pot leje mi się po oczach, a przecież jeszcze muszę jakoś wsadzić go do auta. Dobra, jest. Luźno. Za luźno. Ale chwycone, więc wezmę drugą.

    Podnoszę się po dłuższej chwili i oceniam sytuację. Dłonie Rafała są skrępowane porządnie na plecach kilkoma plastikowymi paskami. Nie ma szans, by to zdjął. Nogi związuję liną, którą przewiązuję też w pasie. Nie ma co, rozkręcam się. Mógłbym go odwieźć prosto na komendę, ucieszyliby się, a ja byłbym chwilowym bohaterem, ale nie mogę tego zrobić, bo Rafał im wszystko o mnie wyśpiewa i obaj pójdziemy siedzieć. Z tą różnicą, że mnie prędzej czy później dopadną tam ludzie cholernej Sobakówny i zatłuką na śmierć. Nie ma innego wyjścia, jak ukryć go gdzieś i porządnie przepytać, gdy już się obudzi. Jeśli się obudzi. Cholera, mam nadzieję, że nie uszkodziłem go za bardzo. 

    Co jest?! Co to?! Oblewa mnie pot strachu… To nic, chyba jakieś zwierzę przebiegło w ciemnościach. Kuna może albo lis. Ale wystraszyło mnie bardziej niż klamka Rafała i jego żądania. To dla mnie stanowczo zbyt wiele. Trzeba się stąd zwijać. Oddycham ciężko. Czuję, jak opadam z sił, a jeszcze muszę go jakoś umieścić w aucie. W bagażniku. Tak, jednak w bagażniku będzie bezpieczniej. Biorę go pod lewe ramię i chwytam mocno za linę w pasie. Dawaj stary! Na raz, dwa, trzy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...