55. Niespodziewany gość

 Nie mogę dać się zastraszyć. Muszę wrócić do normalnego trybu życia. Przynajmniej w miarę normalnego. Inka oczywiście twierdzi, że muszę uważać, powinienem się ukryć i w ogóle jest zła, bo wnioskowała o przydzielenie mi odpowiedniej ochrony, ale spotkała się z odmową. Przeanalizowałem sytuację. Rafał nie wie, że powiedziałem policji co wiem, za to wie, że wcale nie wiem wiele. Byłem z nim otwarty. Niby gadał, że to nie jego sprawa, że nie chce się mieszać, ale w sumie całkiem sprytny to był wybieg, bo tym chętniej byłem z nim szczery, gdy nie wypytywał. Nie dopuścił do mojego spotkania z Markiem, więc ma świadomość, że nie mogę wiedzieć nic, co wniosłoby cokolwiek do sprawy. Zwłaszcza że Anglicy bez problemu mnie wypuścili. Gdybym był skarbnicą wiedzy, nie zrobiliby tego. Proste. Nie, nie ma sensu panikować. Chociaż z drugiej strony… Inka niechętnie wyjawiła mi, że Kockiego wypuścili z aresztu, zanim zgromadzili dostateczną ilość dowodów i dodali dwa do dwóch. Błyskawicznie przepadł jak kamień w wodę. Kasarley zaś nadal siedzi, ale odkąd pojawił się u niego nowy adwokat, nie puszcza pary z ust. Długo utrzymywał, że wcale nie zna Rafała i nigdy nawet go nie widział. Potem sobie go przypomniał, ale wkrótce wszystko odwołał, powiedział, że się pomylił, został zmanipulowany i w ogóle opacznie go zrozumieli, bo właściwie to nie zna żadnego Rafała Kockiego i nic nie wie. Grace, według tego, co powiedziała Inka, praktycznie straciła kontakt z rzeczywistością i przebywa na oddziale zamkniętym pilnie strzeżona. Ma taką sieczkę z mózgu, że lekarze nie dają zbyt wiele nadziei na jakiekolwiek sensowne przesłuchanie. Krótko po mojej wizycie pogorszyło jej się do tego stopnia, że muszą ją karmić. Oczywiście nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego tak się stało. Ingo Bobby Fodor, główny szef, zajęty jest robieniem w dudka międzynarodowych, choć głównie angielskich służb i nikt nie ma pojęcia gdzie jest. Widziałem zdjęcie jego facjaty. Nie znam typa. Właściwie nie mam żadnego znaczenia. Nie jestem w stanie zaszkodzić przestępcom, nie mam na nich niczego. Nie ma sensu, by się mną interesowali, a jeśli są na tyle sprytni, że nie dali się jeszcze pozamykać i wciąż kręcą swój złoty biznes, to orientują się lepiej niż policja całej Europy w tym, kto, co i po co, więc powinni o tym doskonale wiedzieć. Muszę przyznać, że doszedłszy do takiego wniosku, trochę śmielej patrzę w przyszłość. Monika nie wygadała się Dwornej, która nawet nie pytała jej o moją przeszłość. Przeszłość zresztą niemającą tu żadnego znaczenia. A ja… ja już nic więcej nie potrafię pomóc w sprawie, powiedziałem wszystko, co wiem, a jak widać to i tak niezwykle mało. Tylko dlaczego ciągle w tyle głowy mam to zdjęcie Kockiego z Kasarleyem? Coś niezidentyfikowanego mnie niepokoi, ale coraz bardziej skłaniam się ku temu, że to tylko mój złośliwy umysł, nic więcej. Zostawiłem Ince wiadomość głosową, by i mnie pokazała fotografię Grace z Rafałem. 
Dziś mam zamiar odebrać wreszcie psy z hotelu. Tylko swoje, bo Bimber znalazł miejsce u rodziny żony Grześka. Nim też się zajęli. Podobno leczy się w jakimś prywatnym ośrodku. Strasznie namieszał z tym przyznawaniem się do zamordowania Any, a potem zrzuceniem winy na mnie. Myślałem przez chwilę, że ktoś nim manipuluje, ale to pewnie po prostu jego choroba. Zupełnie się chłopina pogubił w życiu. Na tego sąsiada kibica też podobno wygadywał niestworzone rzeczy. Tylko dlatego, że uznano go za wariata, uniknął odpowiedzialności za składanie fałszywych zeznań i utrudnianie śledztwa. Wszystko poszło na karb depresji i okresowej niepoczytalności. 

    Zanim wezmę psy, zdecydowałem zmienić zamki, a przy okazji wizyty w sklepie, doszedłem do wniosku, że nie mogę żywić się tylko w Żabce i żerować na Monice, więc po zakupie zamków, wstąpiłem jeszcze do marketu. Siaty muszą jechać w bagażniku, bo wnętrze samochodu zarezerwowane jest przecież dla moich kundli. Cholera, już prawie osiemnasta, nie zdążę. Muszę zadzwonić, że się spóźnię. Wsiadam do auta i wyszukuję numer, nim ruszę… 
– Cześć stary. – Ktoś wyjmuje mi telefon z ręki. Obok mnie, w moim samochodzie siedzi... Rafał Kocki. Celuje do mnie z broni. – Ruszaj. Spokojnie, po prostu jedź. – mówi łagodnie.
Jadę. Daję się kierować. Co innego miałbym zrobić? On wie, że ja wiem. A może nie wie? Co robić? Co teraz?!
– Widzę, że lekko cię zszokowałem. Nie spodziewałeś się. Sorry stary za tego gnata. – Kątem oka widzę, jak macha niedbale pistoletem na wysokości mojego brzucha.
– Od kiedy to potrzebujesz broni? – pytam trochę nienaturalnym głosem. Staram się brzmieć jak zaskoczony kumpel, który nie ma nic do ukrycia. Będę udawał, że nic nie wiem o tym, kim naprawdę jest. Pewnie wie, że rozmawiałem z jego żoną, więc słyszałem o jego zatrzymaniu – Doszły mnie słuchy, że policja cię zgarnęła w Birmingham. Za mandaty czy posiadanie tego? – zerkam w kierunku broni. – Swoją drogą, po co ci to? – Czuję na sobie jego wzrok. Wie, że pajacuję, każe mi zawieźć się do lasu, a potem wykopać samemu sobie grób. Powiedzieć, że oblatuje mnie strach, to nic nie powiedzieć. 
– Jedź za miasto, pogadamy w jakimś spokojnym miejscu. – jego polecenie sprawia, że jeszcze bardziej cierpnie mi skóra. Zaciskam spocone ręce na kierownicy i próbuję się skupić, coś wymyślić. Telefon. Zabrał mi go, ale chyba nie wyrzucił. Włożył do kieszeni? Tak, chyba tak. Czyli mnie namierzą. Być może. Istnieje taka szansa. Cholera. Ale kiedy? Jak już będę martwy od kilku dni i zorientują się, że mnie nie ma? No dobra, może szybciej, lecz na pewno nie w ciągu najbliższych godzin, czyli, tak czy siak, zdąży mnie zabić. Robi się ciemno, budynki miasta są daleko w tyle, a przed nami las. Zerkam na Rafała. Ta podróż bynajmniej go nie nuży. Broń leży na udzie, wciąż skierowana lufą w moją stronę. To zły znak. Nie mam szans na odzyskanie jego zaufania. 

pistolet

– Skręć tam w prawo.
– W pole? – jęczę. Nie odpowiada, a ja grzecznie robię, co każe. Znikamy w gęstwinie czerniejących zbóż czy tam traw, nie mam pojęcia co to jest. Jedno jest pewne: tu jest kompletnie pusto. Przestrzeń i wiatr. Rafał zabiera kluczyki.  Wysiadamy. Wrzuca mój telefon do auta i zamyka je.  Podchodzi do mnie, ale niezbyt blisko i przygląda się, jakby coś chciał  wyczytać z mojej twarzy. Za chwilę już nic nie zobaczy na tym zadupiu, bo zrobi się zupełnie ciemno. Tylko co mi to da? 
– Słuchaj stary, pytałeś, po co mi to, to ci powiem. – zaczyna po chwili – Nie wiem komu mogę ufać, rozumiesz? Wrabiają mnie i jak dam się złapać, pójdę siedzieć za innych, za cudze przestępstwa, które są na tyle poważne, że zdechnę ze starości za kratami. – Jest zdenerwowany, cały czas się kręci, ściskając w ręce broń, jakby był na haju.
– Kto cię wrabia? – wyduszam pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Właściwie mam to w dupie, gorączkowo myślę, co robić, jak go podejść, zabrać mu pistolet i zwiać stąd. 
– Bobby, policja, wszyscy. Chcą ze mnie zrobić kozła ofiarnego, rozumiesz?
– Bobby? Kim...
– Nie pierdol, że nie wiesz kim jest Bobby! Mark miał na niego tyle, że mogliby go posadzić na dwieście lat. Albo dłużej – denerwuje się, a ja nie chcę go rozjuszać. No ale też nie mogę przytakiwać.
– Mark nie mówił mi wszystkiego. Nie przekazywał mi tego, co wiedział – tłumaczę, a Rafał wygląda na zaskoczonego –  Serio. Mark mnie zwyczajnie wykorzystał. Jak założył moją pluskwę, odciął mnie. Twierdził, że tak będzie bezpieczniej, że i tak mi udostępni. Nie zrobił tego. Miałem nadzieję, że go przekonam w Birmingham. Po to chciałem się z nim widzieć. 
– Ta. Ty z nim, czy on z tobą? – Rafał mruży oczy.
– No on zainicjował spotkanie, ale ja też czegoś po nim oczekiwałem. Chciałem go przekonać... 
– Co się wtedy stało? – przerywa mi. Najwyraźniej ma dość moich tłumaczeń, które szyję na bieżąco.
– No, nie przyszedł. – patrzy na mnie i czeka, więc czuję się zmuszony tłumaczyć. – Dobra, nie wiem, czy nie przyszedł, może dotarł jakoś później, ale czekałem długo – mówię po chwili ostrożnie. Przyznać się, że wiem o śmierci Marka? Jeśli się przyznam, zapyta, skąd wiem. Cholera.
– Tak?
– Słuchaj. Czekałem na niego tam w knajpie. Nieciekawa miejscówka. Ktoś dał mi w łeb, gdzieś mnie wywieźli. Może i Mark przyszedł, ale mnie nie zastał. Raczej stracił do mnie zaufanie. – Mam ochotę sobie pogratulować za wybrnięcie z sytuacji. Tak przecież mogło być. – Próbowałem się z nim kontaktować, ale bez skutku.
– Kto cię wywiózł?
– Nie wiem. Założyli mi coś na głowę i wrzucili do auta – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Tłukli mnie. Krzyczeli, że niby współpracuję z policją.
– A współpracujesz?
– Ja? Niby po co? To oni chcieli, żebym pojechał do Birmingham. Chcieli mnie przesłuchać w związku z Grace, ale nie mam pojęcia, w co się władowała. Wiem, że zdradzała mnie na prawo i lewo. Miała coś wspólnego z gościem, którego zamknęli. Gadaliśmy o tym, wiesz, co ja wiem, a tu się nic nie zmieniło – nawijam dalej. Rozpaczliwie próbuję się oczyścić z wszelkich podejrzeń. Robię ze siebie naiwnego głupka, który nic nie wie, tylko znalazł się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Po dłuższej chwili zaczynam się powtarzać, aż wreszcie milknę, jakbym czekał na werdykt. Uwierzy mi, schowa gnata i pójdziemy na piwo czy jednak będę musiał wykopać sobie tu grób? Nie mam łopaty – ta myśl dziwnie dodaje mi otuchy. Zaraz zwariuję od tego napięcia.
Rafał przygląda mi się długo, milcząc jakby zastanawiał się, w jaki sposób się mnie pozbyć. Cisza między nami nieznośnie się przedłuża. 
– Słuchaj, musisz mi pomóc – mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...