53. Komplikacje

    Po kilku godzinach w klaustrofobicznym policyjnym pokoiku czuję się gorzej niż podczas przeżywania porannego kaca. Kto by pomyślał, że długie rozmowy z Inką tak dadzą mi w kość. Gdy komisarz do nas dołączył, nawet nie zająknęła się na temat mojego wybryku z poprzedniego dnia. Przeszła za to gładko na formę oficjalną. Wrota najwyraźniej się spieszył, był myślami gdzieś indziej i całkowicie oddał pałeczkę Dwornej. Zmył się po półgodzinie, a my kontynuowaliśmy do popołudnia. Swoją drogą niesamowite do jak wielu rzeczy można dojść podczas takiej rozmowy z policjantką, ile się przypomina i jak niektóre elementy zaczynają się składać w całkiem sensowne fragmenty. Niczym puzzle. Nie przyznawałem się długo do tego, że mam trochę zdjęć w telefonie ze swojego wczorajszego chaotycznego buszowania w komputerze Wroty. Ona nawet nie pytała. W pewnym momencie uznałem jednak, że sam o tym powiem. Nawet nie była zdziwiona. Raczej zadowolona. Jakby wiedziała, że nic nie ukryję. Zaufałem jej, ona zaufała mnie. W efekcie zaczęliśmy analizować wszystko krok po kroku, a to, co miałem w telefonie, przestało być dla mnie tajemnicą. Ba, poczułem się jak detektyw na tropie wielkiej sprawy. Wiem, dziecinne. Zmęczenie, głód, powrót bólu głowy, którą zmusiłem do nadmiernego móżdżenia sprawiły jednak, że ledwie żyję. Inka chciała mnie odwieźć do domu, ale zgodnie uznaliśmy, że to nie jest najlepszy pomysł. Nawet nieoznakowanym samochodem. 

– Co się pan tak rozglądasz? Uciekłeś psom z aresztu? – śmieje się rubasznie taksówkarz.

– Gorzej. Boję się, że mnie baba śledzi. – odpowiadam głupkowato. Niech się kierowca pobawi moim kosztem, czemu nie.

– O! No to gruuubo. Faktycznie wyglądasz pan jak ofiara przemocy domowej. – cieszy się.

– Dzięki. Niech pan na drogę patrzy.

– Co za czasy. Panie...

Przestaję słuchać taksówkarza, który rozkręca się ze swoim monologiem. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, czego dowiedziałem się dziś o Rafale. Tyle godzin spędziliśmy razem na szczerych rozmowach, myślałem, że mi naprawdę pomaga, że jest uczciwy. Byłem gotów ręczyć za niego. Tymczasem on... 

Za młodu Rafał Kocki był znany warszawskiej policji z udziału w rozbojach, bójkach, chuligańskich ekscesach. Był jednak od zawsze sprytny i długo wymigiwał się wymiarowi sprawiedliwości, aż wreszcie wpadł na jakiejś grubszej robocie. Odsiedział swoje, a potem zniknął. Wyjechał za granicę. Słuch po nim zaginął, więc nikt się nim więcej nie interesował. Prawdopodobnie już wtedy nawiązał kontakty w środowisku i zaczął działać w organizacji przestępczej związanej z przemytem. Zawsze w cieniu, zawsze ostrożny, nie zwracał na siebie uwagi, jednak gdy brytyjscy śledczy wzięli pod lupę Kasarleya, dostrzegli i Kockiego. Inka przeczytała mi fragment raportu opisującego spotkanie Rafała z Grace. Odbyło się kilka tygodni po naszym rozwodzie. Mniej więcej od tego czasu policja zaczęła interesować się Rafałem, w ogóle zwracać na niego uwagę i kopać w przeszłości. Koniec końców dowiedziałem się od Dwornej, że Kocki świetnie znał Kasarleya, był kontaktem między Grace a Fodorem, szefem grupy. Organizował dokumenty dla transportów, fałszywe umowy dla ściąganych na zachód dziewczyn, a od pewnego czasu nawet prowadził swoistą rekrutację. Wyobrażam sobie, jak wzbudzał zaufanie dobrotliwym wyglądem, swoim pełnym empatii zachowaniem, jak łatwo było uwierzyć marzącym o karierze za granicą dziewczynom, temu facetowi. Cholera, sam uwierzyłem w te wszystkie jego bajki. Do Poole przyjechał się mną "zająć" w ramach odmiany i zapewne po to, by zejść z oczu władzom, chociaż myślę, że nie tylko. Właściwie to on namówił mnie do powrotu do Polski. Cholera, może jakoś podprogowo przemycił mi pomysł na zamieszkanie w tym mieście? Jestem wściekły, że tak dałem się oszukać, że Rafał nie jest tym, kim był w moim wyobrażeniu, tak perfidnie mnie zmanipulował, ale jednocześnie czuję swoisty respekt. Sukinsyn jest lepszym psychologiem niż Johansson. Może zresztą ta cała terapia u doktora też była ustawiona? Może Johansson prowadził ją pod dyktando Rafała? Wg Inki psychoterapeuta jest czysty, ale policja wcale nie musi wiedzieć, czy wymienili się po cichu kopertami z gotówką i informacjami, czy nie. 
Co ciekawe żona i dzieci Kockiego są jego prawdziwą rodziną. Ożenił się dwa lata temu, przysposobił trójkę jej dzieci i tylko ostatnie jest jego. Tego też nie wiedziałem. Rodzinka pewnie działała jak zasłona dymna. Podobno żona do niczego się nie przyznaje, zaprzecza jakoby wiedziała cokolwiek o powiązaniach Rafała, uparcie twierdzi, że to uczciwy człowiek, pracuje w porcie i jest oddany rodzinie. Może rzeczywiście nie wiedziała. Zupełnie jak ja nic nie wiedziałem o prawdziwej Grace...
To, co pobieżnie powiedziała mi Inka, z pewnością jest tylko czubkiem góry lodowej. Oczywiście zrobiła to, bym uświadomił sobie, w jakie wdepnąłem bagno i powiedział wreszcie wszystko, co wiem. Chyba pokłada we mnie zbyt duże nadzieje.

Mieszkanie wygląda jeszcze gorzej niż wczoraj. Nie wiem, od czego zacząć. Nie miałem zbyt wielu rzeczy, ale i tak jest co sprzątać. Wyciągam spod zlewu rolkę największych worków na śmieci i zabieram się do roboty. Jak skończę, będzie tu puściej niż w hotelowym pokoju. 

– Hej, pomóc ci? – podskakuję, usłyszawszy za sobą głos Moniki. – Spoko, to tylko ja. Swoją drogą powinieneś teraz zamykać drzwi na zamek. A najlepiej wymienić wszystkie. To co, ja może ogarnę te skorupy, a ty podnieś regał.

– Dzięki. 

– Nie ma sprawy Waldek.

– C... co?

– No regał...

– Nie, jak mnie nazwałaś?

– Mówiłeś...

– Zostaw to na chwilę. Powiedz mi, co ci naopowiadałem zeszłej nocy. Mów! – Ściszam drżący ze zdenerwowania głos. 

– No wiesz... – przestraszona Monika cofa się, by odsunąć ode mnie.

– Spokojnie, Monia, słuchaj, ja byłem pijany w trzy dupy, nie pamiętam po prostu. Zrozum, jestem teraz w trudnej sytuacji. Ktoś chce mnie dopaść, policja naciska, a ja nic nie wiem. – Tłumaczę, próbując uspokoić i ją i siebie. – Chodź, usiądźmy. Powiedz mi, co usłyszałaś wczoraj ode mnie. Co ci opowiadałem?

– Mam ci streścić, co mówiłeś mi o sobie? – nadal patrzy na mnie ze zdumieniem. – No... więc mówiłeś, że twoja żona cię oszukała, jesteś po rozwodzie, uciekłeś czy jakoś tak. Że cię zdradzała z jakimiś przestępcami... Wybacz, ale tak to zawile opowiadałeś, płakałeś przy tym i w ogóle. Sama też trzeźwa nie byłam.

– Co mówiłem o Waldku?

– Że tak masz na imię. Mówiłeś, że tęsknisz za rodziną, opowiadałeś o ciotce, bracie, że zawiodłeś rodziców, nigdy nie spojrzysz im w twarz. Dużo mówiłeś o swoich uczuciach, ale gdy pytałam cię, dlaczego wobec tego do nich nie zadzwonisz, nie pojedziesz, to stwierdziłeś, że i tak nie zrozumiem – wzruszyła ramionami – W zasadzie nie wiem, dlaczego w ogóle zmieniłeś nazwisko. I jeszcze to udawanie Anglika po drodze. Nie obraź się, że nie jestem pewna czy w pijanym widzie nie wplątałeś jakiegoś scenariusza filmowego w swoje życie, bo naprawdę gadałeś od rzeczy.

– Tak... no trochę tak... – mówię, zastanawiając się, czy rzeczywiście nie pójść tą drogą. – To może nie nazywaj mnie Waldkiem?

– Ale jak to? Przecież obiecałeś mi, że zadzwonisz do matki, naprawisz to! Naprawdę chcesz tak żyć? Bez najbliższych? W kłamstwie? 

Jęknąłem, ale nie skomentowała, bo właśnie dzwoni jej telefon.

– Tak... Oczywiście... Teraz?... A nie, jestem, tylko tu na górze u... Leopolda – spogląda na mnie wymownie – Tak, zejdę. – naciska czerwoną słuchawkę i unosi brwi – Detektywka. 

– Kto?

– Pani Dworna Irena, przecież mówię. Chce ze mną porozmawiać. O tobie, jak sądzę. Nieoficjalnie.  

– Ja pierdolę... 

– No ja pierdolę. Co ja jej mam powiedzieć? Wczoraj mi mówiłeś to wszystko w wielkiej tajemnicy, ciągle powtarzałeś, że nikt nie może się dowiedzieć, bo chociaż nic złego nie zrobiłeś, to tak musi być, bo tak i już. 

– Monika, jeśli ty jej powiesz...

– Hej, stop! Za kogo ty mnie masz! Kto mi wczoraj mówił, że jestem jedyną godną zaufania osobą, jaką znasz, że tylko ja cię rozumiem? No kto? Chyba że to też był tylko pusty, pijacki bełkot i...

– Nie! Oczywiście, że nie. To znaczy tak, jesteś godna zaufania. Inaczej przecież nie otworzyłbym się przed tobą – kłamię jak najęty, ale nie mam wyjścia. Obawiam się, że jak Monika się zestarzeje, to niewiele się będzie różnić od plotkary Kłopocińskiej. W co ja się wpieprzyłem! – Dobra, Monia. Zróbmy tak. Rozmawiaj z policją tak, jakby tej wczorajszej nocy nie było ok? Jakbyś nie wiedziała nic z tych rzeczy, o których ci mówiłem.

– A jak zapytają, to kłamać mam?

– Nie, tylko nie bierz pod uwagę, no kurcze, uznajmy, że wczoraj opowiadałem ci rzeczywiście scenariusz filmu. O jakimś gościu, który zmieniał tożsamość, bo chciał się odciąć od rodziny czy jakiś tam innych osób. Rozumiesz? Jestem Leopold Fikcyjny, twój sąsiad, kolega, mam psy, musiałem wyjechać, bo powiązano mnie ze sprawą martwej Ukrainki, dostałem trochę po łbie, wróciłem i tyle. Nic więcej nie wiesz.

– Sąsiad, kolega. – podsumowuje, dziwnie na mnie patrząc, aż mnie naszła nagła chęć ucieczki. Co ja jeszcze narobiłem tamtej nocy? 

Coś zabrzęczało. Spuszcza wzrok na telefon.

– Już jest. 

– Monia, proszę... – moja prośba brzmi jak skamlenie psa. A jeszcze rano byłem po prostu Leosiem…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...