52. W winie zguba

 – Dobra. Jeszcze raz, bo nic z tego chaosu słów nie rozumiem. Twierdzisz, że ktoś cię zaatakował, tak? – niepokój, jaki towarzyszy temu pytaniu, daje przyjemne wrażenie, że Inka jednak odrobinę się o mnie troszczy. Chciałbym, by jej na mnie zależało, ale obawiam się, że to tylko troska zawodowa. 
– Nie do końca. Chcieli mnie zepchnąć z drogi, ale gdy zobaczyli gliny, znaczy policję drogową, odpuścili. Nie zdążyłem wyhamować, więc zostałem zatrzymany i...
– Chwila. Zostałeś zatrzymany przez drogówkę z powodu przekroczenia prędkości, gdy napastnicy cię gonili? – chyba uznała, że trochę to potrwa, bo siada
 wreszcie po przeciwnej stronie stołu w salonie Moniki. 
– No tak właśnie mówię. 
– Rozumiem, że ich też zatrzymano.
– No właśnie nie. Wyhamowali jakoś. Słuchaj, tam jest jakby pod górę. Ja wyskoczyłem, oni siedzieli mi już prawie w bagażniku, ale zauważyli widocznie, że coś jedzie i ostro dali po hamplach. W SUV-ie wyżej się siedzi, to pewnie lepiej widać drogę. No a ja pojechałem dalej. Uciekałem, więc wcale nie miałem zamiaru hamować, zwłaszcza że nie zorientowałem się tak od razu, że to policja. A potem, jak oni mnie spisywali, to tamci...
– Dlaczego im nie powiedziałeś? 
– A co by to dało?
– Jak to co? – wyraźnie się denerwuje – Człowieku, to się mówi natychmiast! Można było ich złapać, a tak... No nic. Widziałeś kierowcę? Pamiętasz rejestrację?
– Nie... 
– Marka, model, jakieś cechy charakterystyczne?
– Audi... czarne...
– Coś więcej? Nic?
– No... nic. – Czuję się jak dureń. Miałem milion szans, chociażby na zapamiętanie tablic, cholera, nawet mi to do głowy nie przyszło. 
– Nie przejmuj się. Byłeś zdenerwowany, to zrozumiałe – Inka spuszcza z tonu. Pewnie jest jej mnie żal. Tak. Jestem godny pożałowania. Niczego więcej. – Jest już późno, także nic nie zwojujemy. Wrota poszedł do domu, a ja mam jeszcze masę roboty. Załatwię, żeby patrol tu się pokręcił dzisiejszej nocy i żeby wypatrywali tej terenówki, chociaż teraz pełno takich. Nigdzie się nie ruszaj. Jutro rano widzę cię na komendzie. Wrota zmyje ci głowę, za to, że sobie poszedłeś. – Najwyraźniej zbiera się do wyjścia.
– Powiedz mi  co się dzieje? 
– Koło dziewiątej, ok? Możesz tu zostać na noc?
– U Moniki? Zapytam ją, jak wróci, ale...
– Byłoby lepiej, żebyś dziś jeszcze nie wracał do swojego mieszkania. Czynności są zakończone, ale tak będzie bezpieczniej. – Wstaje, unikając mojego wzroku.
– Inka. – Jestem szybszy, staję jej na drodze. – O co chodzi z zatrzymaniem Rafała Kockiego? Co z Markiem Odonskym, tym reporterem, z którym miałem się spotkać, gdy mnie porwano? Co z Grace? I gdzie jest teraz Rurzycki? Wiecznie słyszę tylko pytania, tymczasem dopiero wyleczyłem siniaki, a ktoś rozpieprzył mi mieszkanie, śledzą mnie, a ja nie wiem, co się do cholery dzieje. Ja muszę...
– Nie dziś, ok? Wszystko w swoim czasie. – Inka ucina, a drzwi otwierają się i do przedpokoju wpada Hrabek. – Nie wychodź już dziś, a jutro sam i prosto do nas, rozumiesz? – mówi śmiertelnie poważnie, patrząc mi prosto w oczy. – To nie jest zabawa. – Odwraca się ode mnie ku wyjściu. – Pani Moniko, prosiłabym, by pani przenocowała dziś pana Fikcyjnego, jeśli to możliwe.
– Co? Yyy... A tak, nie ma sprawy. Może spać na kanapie. A coś się stało nowego? – zaskoczona Monika zerka na mnie pytającym wzrokiem.
– Po prostu tak będzie prościej. Jego mieszkanie jeszcze nie nadaje się do... niczego, a już jest późno. – Inka krótko wyjaśnia, a ja się czuję jak przedszkolak, któremu panie organizują leżakowanie.
– Czy to ma związek z tymi ludźmi, którzy go śledzili? – pyta przytomnie Monika. Z rozpędu opowiedziałem jej o tym z grubsza. Inka odwraca się na moment i karci mnie wzrokiem.
– To jeszcze ustalimy. Spokojnej nocy.

    Dawno nie wlałem w siebie tyle wina. Właściwie to chyba nigdy... Czy ja w ogóle kiedykolwiek wcześniej piłem słodkie, czerwone wino? Idąc do łazienki, dochodzę do wniosku, że całkiem nieźle się czuję. Ani kaca, ani bólu głowy... Chociaż jestem niewyspany, a budzik Moniki zadzwonił o jakieś kompletnie nonsensownej godzinie, jestem w dobrej kondycji. 
– Szybciej tam, przecież się spieszę! – Monika wali w drzwi. Cholera, obsikałem deskę. 
– Już, zaraz! – mój głos jakoś nienaturalnie wybrzmiewa w tej łazience. Skąd tu takie echo? W takim ciasnym i zagraconym pomieszczeniu. Swoją drogą, po co jej te wszystkie rzeczy? Szykuje się na jakiś kosmetyczny armagedon i wykupiła zawartość okolicznych drogerii? Wycieram pośpieszne sedes i spuszczam wodę. 
– Ej, bo jeszcze muszę wyjść z psem przed pracą!
– Co? To może ja pójdę?
– Ty? Ty masz jechać na komendę.
– Ale to dopiero za półtorej godziny...
– Chcesz tak jechać? Chyba musisz się ogarnąć, prysznic wziąć. A, nie nie! Ja pierwsza. – Wypycha mnie z łazienki i omal nie przytrzaskuje ręki. 
– To pięć minut przecież... – mówię zrezygnowany raczej do siebie. Ten szum z toalety nie ustaje. To niemożliwe... O cholera... uświadamiam sobie, że w mojej głowie narasta tornado, które jakimś cudem pojawiło się w samym środku, gdzieś za oczodołami i szaleje promieniście, bombardując szpilami bólu wszystkie napotkane na swej drodze komórki. Szum nasila się nieznośnie.
Monika wyciągnęła wczoraj z lodówki butelkę przeraźliwie słodkiego wina, które szybko się skończyło i zostało zastąpione drugim, takim samym, a potem chyba kolejnym, chociaż nie jestem pewien. Wchodziło idealnie i rozwiązywało język koncertowo. Cóż, nie mogę tak do końca zrzucać winy na wino... Potrzebowałem z kimś pogadać, otworzyć się, wyżalić, a przede wszystkim wyrzucić to z siebie. Zdaje się, uświadomiłem sobie, że jestem żałośnie samotny, zagubiony i nieszczęśliwy. Opowiedziałem jej o... wszystkim?... Cholera, zaraz mi eksploduje mózg, a muszę go wysilić, skoncentrować się... Na pewno powiedziałem o tym, co zdarzyło się w Birmingham, o mojej przeszłości z Grace, tym jak mnie załatwiła i jak sama skończyła. Wygadałem się, że nazywam się Andy Horn, ale... chyba nawijałem o zmyślaniu historii z dzieciństwa... Monika mówiła, że nie uwierzyłaby mi, iż jestem Anglikiem, bo zachowuję się za bardzo "po polsku" jak na Anglika. O ja pier... 
– Leoś! Przynieś mi telefon! Zostawiłam obok kawy! Muszę zamówić taryfę! – Marta drze się zza zamkniętych drzwi.
– Już! – lecę do kuchni, a właściwie przetaczam się z trudem. Na widok pełnego dzbanka kawy, zaczynam nagle czuć jej boski aromat. Nie jest już gorąca. Mam ochotę pić prosto z dzbanka, ale zmuszam się, by nalać sobie do kubka, jak cywilizowany człowiek. 
– Jest?!
– Już, no. – Przełykam pospiesznie i dostaję czkawki. Robi mi się niedobrze.
Chwileczkę. Monika nadal nazywa mnie Leosiem, więc jak ja to... A no tak, skoro nie uwierzyła w moją brytyjską tożsamość, to pewnie uznała, że była tymczasowa, a ja byłem i jestem po prostu Fikcyjnym. A może jakiś instynkt samozachowawczy mnie uratował i zmodyfikowałem dla niej moją historię? Muszę sobie przypomnieć.
– To idziesz z tym psem, czy nie? – owinięta ręcznikiem wystawia głowę z zaparowanej łazienki. Bez makijażu wygląda, jakby była dziesięć lat młodsza. 
– Powiedziałaś...
– Cholera. Dawaj ten telefon. Wyglądasz koszmarnie, świeże powietrze dobrze ci zrobi. Idź już. – macha ręką jakby odganiała muchę i znika za drzwiami. Wzdycham, co jest błędem, bo mój alkoholowy oddech nadal jest ze mną. Wolałbym już umyć zęby. Rozważam krótko szybką wizytę we własnej łazience, ale Hrabek najwyraźniej podsłuchał rozkaz swej pani i kręci kółka wokół moich nóg. Schylam się więc, by założyć mu szelki. Szum w głowie przechodzi w rytmiczne łupanie, zlewając się z denerwującym stukotem psich pazurów o panele. 

    Jazda windą nie była dobrym pomysłem. Mam wrażenie, że żołądek odczepił się ze swojego miejsca i jeździ mi w trzewiach od przełyku po jelita i z powrotem. Zamykam oczy, ale jest tylko gorzej. Nigdy więcej nie tknę alkoholu. A wina to już na bank. Mogę złożyć uroczystą przysięgę.
    Hrabek uczepił się latarni i odczytuje nosem wiadomości pozostawione przez inne psy. Rozglądam się dyskretnie. Żadnej czarnej terenówki nie widzę. Jedynie szary Jeep sąsiadów. Parking wzdłuż ulicy już częściowo opustoszał. W klatce naprzeciwko sprzątaczka szoruje drzwi, które ktoś upstrzył sprayem. Czuję się jakoś nieswojo, jakby ktoś mnie obserwował... Zerkam do góry, ale Kłopocińskiej w oknie nie ma. Rozglądam się. Kilkanaście metrów za mną stoi oparty o samochód sąsiad kibic, którego kiedyś spotkałem w windzie. Gapi się w telefon. Swoją drogą dawno go nie widziałem. Dalej jakaś babka pędzi dzieciaka, zapewne do przedszkola. Sadzi wielkie kroki we wściekle różowych tenisówkach, a mały bez marudzenia, ale z miną nietęgą, przebiera nóżkami, próbując za nią nadążyć. Na niebezpiecznego przestępcę nie wygląda. Chyba dostaję paranoi. Ciągnę psa w kierunku trawników, gdy akurat postanowił zadrzeć nogę do góry przy latarni. 
– Sorry, Hrabek. – mówię, bo spojrzał na mnie z wyrzutem, balansując na trzech łapach. 


– Mam nadzieję, że nie przyjechałeś własnym samochodem? – pyta Inka, przyglądając mi się z uwagą. Najwyraźniej ma dziś lepszy humor, bo uśmiecha się do mnie i nie używa oficjalnej formy, choć jesteśmy na posterunku. Zauważam, że nie nosi już munduru. – Mamy ogólnodostępny alkomat, jakbyś chciał sprawdzić. Komisarz, na twoje szczęście, jest  w terenie.  
– Nic mi nie jest, ale dzięki. Chciałbym dziś wrócić do swojego mieszkania. – zmieniam temat. Widziałem u Moniki na fantazyjnym stojaku zapas kilku butelek z tym okropnym winem. Wolałbym nie ryzykować drugiego wieczoru. 
– Nie ma przeciwwskazań. Niestety nie mogę zapewnić ci żadnej ochrony, więc miej oczy dokoła głowy. – ostrzega, a ja dochodzę do wniosku, że angielska postawna emerytka w charakterze bodyguarda, jaką miałem w Birmingham, to tutaj nieosiągalny luksus – Przypomniałeś sobie może jakieś szczegóły z wczorajszego zajścia?
– Nie bardzo... – pocieram skronie palcami. Ibuprofen, który łyknąłem przed wyjściem, powinien już działać. Może był przeterminowany?
– Przyjrzyj się tym zdjęciom. – Inka chwilę mnie obserwuje, po czym wzdycha, grzebie w jakiejś teczce i wreszcie podsuwa mi lepszej i gorszej jakości wydruki. Przyglądam się wizerunkom ludzi, ziarnistym ujęciom z kamer przemysłowych, zdjęciom samochodów. Kręcę głową. – Spokojnie, masz czas. Zastanów się. 
Dostrzegam bardzo podobnego SUV-a. Zgadza się marka, kolor, model chyba też. Gapię się na niewyraźną, ale odczytywalną tablicę rejestracyjną... Jak mogła wyglądać w lusterku... Cholera, to może być to samo auto! 
– Tak? – Dworna widzi moje poruszenie.
– Nie pamiętam całego numeru, ale na dziewięćdziesiąt procent to jest ten samochód! Zwróciłem uwagę, że nie jest stąd. Tak! Tamten był z podkarpackiego! RSA. Tak, jak tu. Potem jak ruszył za mną z kopyta i już byłem pewien, że mnie goni, jakoś wyleciało mi to z głowy. Kto to jest? Czego ode mnie może chcieć?
– Nie wiem, czego od ciebie chcą, ale raczej nie są to ludzie, z którymi warto zadzierać – odpowiada powoli wymijająco, wyraźnie się zastanawiając. Mam ochotę wyciągnąć ją zza tego biurka i dosłownie przyprzeć do muru, by mi wreszcie coś powiedziała. Szkoda, że wczoraj wieczorem nie miałem szansy przestudiować tego, co sfotografowałem telefonem w gabinecie Wroty. Może łatwiej byłoby mi cokolwiek z tego wszystkiego poskładać, a tak czuję się, jak dziecko we mgle.
– Skoro...
– Posłuchaj. – Przerywa mi twardo, poważniejąc jeszcze bardziej. – Albo doskonale wiesz, o co chodzi i świetnie grasz albo wdepnąłeś w niezłe gówno, o którym nawet nie masz pojęcia. Czy wcześniej widziałeś ten samochód? – dźga palcem zdjęcie.
– Nie, nie wiem, może. Takich jest pełno. Nie zwróciłem uwagi – rozkładam ręce. 
– A rozpoznajesz tego człowieka? – wysuwa spod spodu kiepskie jakości wydruk.
– Hm... to może być każdy. Nie widać nawet twarzy.
– Po sylwetce, ubraniu, nie przypomina ci kogoś? A ten? – stuka w klawiaturę, po czym odwraca w moją stronę monitor z portretem pamięciowym... Rafała...
– To, to mój przyjaciel z Poole... – opada mi kopara. Grafika jest tak dobra, że nie mam najmniejszych wątpliwości, kogo widzę.
– Na twoim miejscu nie nazywałabym go przyjacielem – kręci głową Inka. – Według informacji jakie zgromadzili brytyjscy śledczy rozpracowujący grupę przestępczą zajmującą się handlem żywym towarem i przemytem narkotyków, którą zawiaduje niejaki Ingo Fodor pseudonim Bobby, Rafał Kocki był jednym z kontaktów na Europę Śrdokowo–Wschodnią. Współpracował prawdopodobnie z Owenem Kasarleyem oraz, z większą pewnością, Grace Latison co najmniej od czterech lat. 
– Ale jak? – podejmuję słabym głosem, po dłuższej chwili ciszy, której potrzebowałem, by zrozumieć, co ona do mnie mówi. – To niemożliwe. Gdy zamieszkałem w Poole, Rafał już tam przecież był od lat. Pracuje w porcie. Ma żonę, dzieci... Poznaliśmy się przypadkiem, no i przecież to byłby jakiś kosmiczny zbieg okoliczności, że w Poole...
– Niestety nie. – Inka wchodzi mi w słowo. – Kocki pojawił się w Poole po tobie. Prawdopodobnie miał cię obserwować, zbliżyć się. Chlałeś, byłeś niestabilny. W każdej chwili mogłeś zacząć gadać byle komu o swojej eks, może drążyć, szukać informacji. Oczywiście od razu mogli cię zepchnąć nocą do kanału La Manche, lecz ciała czasem wypływają i robi się smród. Kocki wcześniej był widziany w Birmingham, ale wtedy nie było wiadomo, że jest jakkolwiek związany ze sprawą. 
– No a Mark? Mark Odonsky? Rozumiem, że i on jest tym złym. To Rafał mnie z nim skontaktował. Tylko że Mark zbierał materiały przeciwko mafii... Nic z tego nie rozumiem, to się nie trzyma kupy! W dodatku Odonsky nie żyje. 
– Twierdzisz, że Mark Odonsky nie żyje? – spojrzenie Inki przeszywa mnie na wylot. 
– Co? No, podobno... – cholera jasna, przecież tę informację podejrzałem w komputerze komisarza. Pewnie nie mam prawa tego wiedzieć. Kurwa mać. Dworna wreszcie zaczęła mi coś mówić, może nawet zaufała mi, że nie mam z tym nic wspólnego, a ja się  zaraz tak wkopię, że zostanę głównym podejrzanym. Albo już się wkopałem. Czuję jak krew odpływa mi z twarzy. Co jak mam teraz powiedzieć? Co?
– Skąd wiesz, że Mark Odonsky nie żyje? – pytanie przeszywa ciszę i pozostawia ciszę. Dworna nie spuszcza ze mnie wzroku. Gotowa rzucić się na mnie, założyć kajdanki i zawlec do celi. Co robić?!
– Znalazłem te informacje w komputerze komisarza Wroty. – Wyrzucam szybko prawdę, nim zrozumiem, że to samobójstwo i się rozmyślę. Na twarzy Inki odmalowuje się zdumienie. Tego się nie podziewała.
– To nie jest miejsce na żarty – poważnieje. 
– Naprawdę. Komisarz wyszedł z innym policjantem, a ja zostałem na korytarzu. Nie zamknął drzwi na zamek, więc wszedłem. Nadal był zalogowany, więc... Ja chciałem się tylko czegoś dowiedzieć. Nikt nic mi nie mówi. Ktoś próbował mnie ukatrupić, ktoś rozpieprzył mi mieszkanie. Nie skorzystałabyś z okazji zajrzenia do akt? 
– No i co ja mam teraz z tobą zrobić? Wiesz, że to przestępstwo? 
– Nic nie zabrałem, nie ruszyłem nic!
– A jednak. 
– Zamkniesz mnie teraz? – jęczę.
– A mam za co? – przygląda mi się i zastanawia. – Jeśli będzie zachodziło podejrzenie, że możesz mataczyć, zostaniesz zatrzymany. Powiedzmy, że jeszcze nie zachodzi. Natomiast myślę, że zważywszy na wydarzenia, o których wspomniałeś, w twoim interesie jest powiedzieć mi wszystko, co wiesz na temat Marka Odonskiego i Rafała Kockiego.
– Ale Rafał...
– Wszystko. Co robił, kiedy, z kim się spotkał tu czy tam, kogo zapamiętałeś, czego byłeś świadkiem, co widziałeś. Wszystko. Tak, wiem, to nie jest łatwe – podnosi rękę na znak, że nie skończyła i mam grzecznie słuchać. – Zacznijmy więc od początku. Od dnia, gdy poznałeś Grace Latison. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...