51. Podwójna ucieczka

– O! – wyrywa mi się ze zdziwienia i radości. Teraz wiem, jak czuje się pies, gdy właściciel wraca do domu. Gdybym miał ogon, merdałbym nim zapamiętale. Na szczęście opanowuję chęć radosnych podskoków, odchrząkuję i witam się, jak na obywatela przystało. 

– Możemy porozmawiać? W środku? – pyta Dworna, która najwyraźniej przyszła właśnie do mnie. 

– Naturalnie, tylko uprzedzam, mam bałagan. – Popycham przed nią drzwi, by stanęły otworem. – Proszę.

– Wow, przebiłeś nawet moją kuzynkę, która nigdy nie skalała się sprzątaniem swojego pokoju, gdy była dzieckiem.

– Szukałem wykałaczki – plotę byle co, wciągając z rozkoszą ledwie wyczuwalny, ale na mnie zawsze działający, zapach Inki.

– Kiedy to się stało? Nie wyglądasz na zmartwionego – wskazuje ręką wnętrze mojego mieszkania i odwraca się do mnie, unosząc brwi. 

– Wychodzi na to, że gdy wypoczywałem na all inclusive w Birmingham. Ale mogę ci podać rysopis sprawców.

– Od Anieli Kłopocińskiej? – zadaje retoryczne pytanie i nieznacznie się uśmiecha. – Zgłosiłeś to?

– Właśnie miałem zamiar. 

– Zadzwonię po techników. Mam nadzieję, że nic nie ruszałeś.

– Tylko krzesło. Chyba... – Wskazuję na mebel, na którym niedawno siedziała przyparta do muru sąsiadka. Inka stąpa ostrożnie i się rozgląda. 

– Rozpoznajesz ich po jej opisie?

– Niestety nie. A... jesteś tu służbowo czy prywatnie – pytam, próbując ukryć nadzieję w głosie, ale chyba nie do końca mi się to udaje. Jest ubrana zwyczajnie, po cywilnemu.

– Dotarły do mnie słuchy, że wróciłeś. Przyszłam porozmawiać o sprawie. Widzę jednak, że trochę się nam to wszystko komplikuje. Nie ma śladów włamania... – podchodzi do drzwi i ogląda je z zainteresowaniem. 

– Mieli klucze. Nawet byli tak mili i je zostawili. Zobacz. – sięgam w kierunku stolika.

– Zostaw! Niczego nie ruszaj. Może jednak to ktoś znajomy?

– Bynajmniej. Musieli ukraść klucze z hotelu. 

– Dlaczego tego nie zgłosiłeś? – zerka na mnie podejrzliwie.

– Wtedy nie wiedziałem – wzruszam ramionami. – Ktoś był w moim pokoju, zostawił uchylone drzwi, ale nic nie zgięło, nic nie było nawet przestawione, więc...

– W naszym hotelu? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?

– Nie byłem pewien czy...

– Przyślij mi chłopaków na Wrzosową do włamania. Najlepiej, żeby Witek przyjechał. – Inka już mnie nie słucha, dzwoni. – Tak, tak, byłoby super. Jeszcze oficjalnie nie zgłoszone, ale akurat jestem na miejscu. Trzynaście przez dwadzieścia pięć. No tak, u niego. Ja przyjmę, nie ma problemu. – Rozłącza się i spogląda na mnie z naganą w oczach, ale nic nie mówi. 

– Próbowałem się z tobą skontaktować, ale...

– Mam nowy numer. Przenieśli mnie. 

– A... a dokąd? – mój głos brzmi piskliwie. Cholera, muszę wziąć się w garść. Ciągle wychodzę na kretyna.

– Do pionu operacyjnego. Cieszę się, że wróciłeś do zdrowia. Dziwię się za to, że wróciłeś tutaj. 

– Dlaczego? Tu jest mój dom. 

– Tak... mój dom, moja ulica, mój kraj... Jesteś Anglikiem, tam zapewne bardziej czujesz się, jak w domu – nie podoba mi się jej ton, badawcze, zimne spojrzenie. 

– No, ale tu się przeniosłem... No i mam tu zobowiązania.

– Tak?

– Psy. Nie mogą wiecznie mieszkać w hotelu. No i pracę.

– Za chwilę przyjadą technicy. Spiszemy protokół, bo właśnie mi zgłaszasz włamanie. I wracamy do oficjalnej formy, rozumie pan, panie... Horn – Fikcyjny?

– Oczywiście – wyduszam z siebie. 

    Gdy w mieszkaniu zaroiło się od policji, pojechałem z Dworną na komendę. To nie była sympatyczna rozmowa. Nie wiem, co ugryzło Inkę. Może awans ją zmienił? Przesłuchiwała mnie jak przestępcę, a potem pałeczkę przejął Wrota. Niby chodziło o przyjęcie zgłoszenia o włamaniu, ale pytaniom nie było końca. Jakbym znowu był w samym środku sprawy związanej z Grace, z tym że komisarza coraz bardziej interesowało wszystko, co mogę wiedzieć o Rafale i Marku. Skubaniec doskonale wie, że nie wszystko mu mówię. Nie przyznam się przecież do tego, że pomogłem Markowi dobrać się do akt i policyjnych materiałów. Zatoczyliśmy krąg ze dwa razy, po czym znowu komisarz wrócił do rozmowy o włamaniu. Zaczynam się czuć tak, jakbym sam był jakimś oprychem, który rozpieprzył własne mieszkanie. Jeśli Inka od niego uczy się, jak rozmawiać z obywatelami, to... 

– Panie Horn? – Wrota wyrywa mnie z zamyślenia. Patrzy przenikliwie, jakby właśnie mnie na czymś przyłapał. – Pytałem o okoliczności utraty kluczy.

– Mówiłem już, że musieli ukraść mi je w Birmingham.

– Czy wówczas zauważył pan nich brak?

– No... nie, właściwie wtedy to nie. Mówiłem, że...

– Więc skąd pewność, że to było akurat w tamtym hotelu?

– Tak myślę...

– Myśli pan, czy jest pewien?

– W sumie... A właściwie co to za różnica? Czy w tym hotelu, czy w innym, czy może, nie wiem, w taksówce? To są moje klucze. Charakterystyczny komplet, który znalazł się w mieszkaniu przede mną, w dodatku wtedy, gdy jeszcze siedziałem z fioletową gębą zamknięty na Wyspach. – Zaczyna mnie denerwować to podejrzliwe, natarczywe spojrzenie komisarza. – Nie wiecie ani kto mnie tak tam urządził, ani kto tu wywrócił moje mieszkanie do góry nogami, a interesuje was, w którym dokładnie momencie buchnęli mi klucze? To jakiś absurd!

– Wszystko jest ważne. – spokojnie mówi po dłuższej chwili milczenia. Chyba przyzwyczajony jest do niecierpliwych frustratów. 

    Nie dane nam dłużej rozmawiać, bo do gabinetu wchodzi inny policjant, szepcze  komisarzowi do ucha coś, co sprawia, że ten pochyla się nad ekranem komputera, po czym wybiega z pokoju. Funkcjonariusz wyprasza mnie więc na korytarz i gna za tamtym. Stoję jak ta pierdoła pod ścianą. Kiedyś tu było krzesło. Teraz można tylko stać lub iść, ale nie wiem, czy mam tu czekać, czy co... Wokół mnie pusto i cicho. Chwileczkę... Rozglądam się jeszcze raz i podchodzę do drzwi. Wrota nie zamknął ich na klucz! Nie do wiary! Cholera, a jak zaraz wróci? Waham się sekundę i wchodzę. No i co ja tu znajdę w tym bałaganie? Może się nie wylogował. Nawet nie sięgnął do klawiatury przed wyjściem. Ruszam nerwowo myszą. Ekran rozświetla się. Cholera, że też nie mam przy sobie pendrive'a z trojanem albo chociaż i bez żeby skopiować co nieco. Gorączkowo przeglądam to, co Wrota aktualnie ma pootwierane. Mój profil. Dane... O. Sporo tego. Analizują mnie całkiem dokładnie. Daty, miejsca, Grace... Andy Horn ze znakiem zapytania. Boldem. Odnośnik do uwag. Tylko gdzie te uwagi? Cholera. Nie dam rady tego tutaj ogarnąć. A to co? Rozwijam wiadomość, którą Wrota dostał prawdopodobnie tuż przed wyjściem. Mark Odonsky, dziennikarz. Powiązany ze sprawą Ingo Bobby Fodora. W nawiasie Owen Kasarley, Grace Latison, Rafał Kocki i... Andy Horn. Znaleziony martwy w... Oblewa mnie zimny pot. Trzęsą mi się ręce, ale robię zdjęcia tego, co widzę na ekranie, przewijam strony otwartych dokumentów, notatek, uruchamiam inne z folderu, pstrykam bez czytania. Może jest też coś w tych teczkach? Cholera, wszystko spada. Zbieram kartki naprędce sprawdzając, czy to coś związanego z tą sprawą i ze mną. Jakiś trzask. Wybiegam w panice na korytarz.

    Przez nikogo niezatrzymany wyszedłem z komendy, powstrzymując się z całych sił od biegu. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem przed siebie. Nie wiem, gdzie jechać, co robić, z kim mogę o tym pogadać. Jeżdżę bez sensu po mieście. Czy mogę już wrócić do mieszkania, czy powinienem tam wracać? Dlaczego wsadzili mnie w jeden nawias razem z Kasarleyem? I ten pogrubiony znak zapytania... Trzeba było grzebać dalej, nie dać się spłoszyć jak jakaś dziewica. Walę ręką w kierownicę z bezsilności, chociaż mam ochotę rąbnąć w nią łbem. Hamuję przed czerwonym światem i prawie spełnia się moje życzenie. Chwila. Znaleziony martwy? Mark? Próbuję sobie przypomnieć to zdanie. Czy wynikało  niego, że to Mark Odonsky nie żyje? Muszę dorwać Dworną. Nawet jeśli nie darzy mnie już choćby cieniem sympatii, prędzej chce wsadzić za kratki, to muszę z nią porozmawiać. Powinienem wrócić na komendę. W sumie to idiotyczne, że stamtąd zwiałem. Trzeba było sterczeć na tym korytarzu albo wrócić do gabinetu i dalej myszkować. Właściwie nie podpisałem nawet swoich zeznań. 


Pościg ogon śledzenie

    

    Albo w tym mieście jeżdżą same czarne SUV-y, albo jeden się do mnie przykleił. Mam zamiar skręcić w lewo, ten za mną też miga lewym kierunkowskazem. Tymczasem korzystam z zielonej strzałki i zmieniam zdanie. Skręcam w przeciwną stronę. On również. To nie może być zbieg okoliczności. Robi mi się gorąco. Automatycznie dociskam gaz. Terenówka zostaje w tyle. Ktoś jej się wepchnął przed maskę, więc korzystam z okazji i przyspieszam jeszcze bardziej. Teraz wykorzystam światła i luźniejszą trasę. Ha! Niezły jestem. Po SUV-ie ani śladu. Wszystko fajnie, tylko wyjechałem na zadupie. Przede mną droga przez lasy i wsie albo zjazd na autostradę. Bez sensu. Nie wybieram się nad morze. Pojadę prosto, objadę najwyżej kilka wsi i wrócę do miasta od zachodniej strony. By nie tracić czasu, stukam w telefon, by zadzwonić na policję. Może uda mi się złapać Dworną. Jasne. Ekran rozświetlił się i wyłączył. Gdzieś tu miałem kabel do ładowania... Sięgam do schowka na rękawiczki, gdy kątem oka widzę, jak coś wybiega mi przed samochód. Cholera jasna. Ała! Hamuję na szlag, kot ucieka, a klapa schowka przytrzaskuje mi rękę. Chrzanić kabel. Zerkam w tylne lusterko. Gdyby ktoś za mną jechał, pewnie siedziałby mi już w tyłku. Nie do wiary! To ten sam SUV. Albo podobny. Jest daleko, ale szybko się zbliża. Zapieprza ze dwa razy szybciej niż pozwalają przepisy. Duszę pedał gazu. Silnik wyje z bezsilności. Trzeba było myśleć o koniach mechanicznych, gdy się kupowało auto. Cóż, te, które mam muszą wystarczyć. Mobilizuję samochód i po chwili gnam przez wieś stówą. Mijam ostatnie domy terenu zabudowanego, rozpędzam się na maksa i śmigam między polami. Terenówka prawie siedzi mi na tyłku. Zerkam nerwowo w lusterko, ale nie jestem w stanie rozpoznać kierowcy. Dojeżdża pod zderzak, zjeżdża na lewo, trzymając tempo. Cholera, zaraz zacznie mnie spychać! Depczę gaz, ale już szybciej nie dam rady. W dodatku teren się wznosi. Co jest? Odpuścił? Hamuje. Czy... Przed nami, na sąsiednim pasie majaczy samochód. No tak, lepiej mnie zabić bez świadków. Zwłaszcza takich. Chyba nigdy dotąd nie ucieszył mnie tak widok radiowozu. Prześladowca maleje we wstecznym lusterku, więc i ja zwalniam. Radiowóz mruga światłami, a policjant wychodzi na drogę z lizakiem. Już się mieszczę w przepisowej prędkości, ale ciut za późno. 

– Dzień dobry, sierżant Eryk Mewa. A dokąd się tak panu spieszy? – policjant drogówki patrzy na mnie z góry, gdy otwieram okno, a jego kolega parkuje radiowóz za mną. SUV mija nas niespiesznie. – Dokumenty poproszę. Powodem zatrzymania, proszę pana, jest nadmierna prędkość. Czy wie pan, z jaką maksymalną prędkością można poruszać się na tej drodze? 

– Dziewięćdziesiąt?

– Bardzo dobrze. A pan ile jechał?

– No... trochę szybciej, nie wiem, naprawdę. – Mam ochotę wyskoczyć z auta i wyściskać ich za uratowanie mi skóry. Zamiast tego udaję skruszonego. Czarny wóz zniknął za zakrętem. Nie ma sensu mówić im, że to przed nim tak wiałem. Wyszedłbym tylko na kretyna, który zmyśla bzdury, by wykręcić się od odpowiedzialności. Poza tym nie wyglądają na takich, którzy mieliby ochotę na pościg.

– No to proszę tu zobaczyć. – Bierze od kolegi urządzenie i pokazuje mi palcem pomiar. 

– Sto trzydzieści osiem – odczytuję.

– No... a było więcej. Gdyby nie zaczął pan hamować przed zmierzeniem, obawiam się, że byłoby po prawie jazdy. No i po co się tak spieszyć? Do żony? Dziewczyny? 

– Tak, tak, do dziewczyny jechałem. 

– A mógł pan nie dojechać. Są już punkciki?

– Nie, chyba nie...

– Chyba? Dobrze, sprawdzimy. Przyjmuje pan mandat, czy...

– Przyjmuję. Oczywiście.

– I słusznie. To będzie niestety czterysta złotych i osiem punktów. – Mówi ze współczuciem w głosie – Proszę chwilę zaczekać. Nie, nie trzeba wysiadać. Chce pan kredytowy czy płacimy na miejscu?

– A mogę kartą?

– Oczywiście. U nas jak w Biedronce, proszę pana. Pin i zielony.

– To poproszę – jęczę. Chyba za bardzo wczuwam się w rolę. 

– Pan się nie martwi. Kocha, to poczeka. Lepiej późno niż nogami do przodu. 

    Zamiast po zapłaceniu mandatu kontynuować jazdę "do dziewczyny", zawracam i jadę przez dłuższą chwilę za radiowozem, zerkając za siebie. Jeśli ciekawość ich zmusi do ponownego zatrzymania, powiem, że zabrali mi ostatnie cztery stówy i nie mam po co pokazywać się u kobiety taki goły. Widzę, jak kierowca zerka na mnie w lusterko. Najważniejsze, że tamten samochód się gdzieś stracił. Przynajmniej na razie. Co teraz? Najsensowniej byłoby wrócić na komendę i powiedzieć o SUV-ie komisarzowi. Zgłosić to od razu. Zmierzam jednak do domu. Muszę się zastanowić, zebrać to wszystko do kupy, a przede wszystkim naładować telefon, by przeczytać informacje ze zdjęć zrobionych w gabinecie Wroty, zanim znowu będę gadał z glinami. 

    Niepewien czy mogę wejść do własnego mieszkania, poszedłem do Moniki. Oczywiście zarzuciła mnie pytaniami, ale na szczęście udostępniła odrobinę prądu dla mojego telefonu. Ten, ledwie się uruchomił, rozbrzmiał sygnałami nieodebranych połączeń i wiadomości tekstowych. Jedna powtarza się kilka razy.

Proszę o pilny kontakt, I. Dworna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...