50. Pobojowisko

    Nie wiem komu zależało, by mnie zatrzymać w tamtym ciasnym apartamenciku, ale angielscy policjanci wyglądali nawet na zadowolonych, gdy zażądałem opuszczenia tego miejsca. Wormson wzruszył ramionami i powiedział, że w porządku, nikt mnie tam nie trzyma. Głupawo się uśmiechnął na widok zdumienia, które zapewne odmalowało się na mojej twarzy. Zapytałem, czy będą mnie jeszcze przesłuchiwać, czy planują moje spotkanie z Grace, czy muszę pozostać w Wielkiej Brytanii i na wszystko uzyskałem zbiorczą odpowiedź: nie. Musiałem tylko podpisać, że dobrowolnie się wynoszę, niniejszym rezygnując z ochrony (co chyba miało dotyczyć tej emerytki z dołu) i mam świadomość ewentualnego zagrożenia bla bla bla. Próbowałem dowiedzieć się czegoś o Grace, bo jakby nie było jestem człowiekiem wrażliwym na los bliźnich i chociaż tej konkretnej osoby nie znoszę, to jednak... W każdym razie niczego mi nie powiedzieli, prócz tego, że jest pod odpowiednią opieką i konfrontacja ze mną nie będzie powtórzona. Zebranie manatek zajęło mi jakieś osiem minut i tyle mnie widzieli. 
    Pokręciłem się po mieście, by sprawdzić, czy nikt za mną nie łazi, odwiedziłem bankomat, a potem sklep. Nabyłem nowego laptopa i telefon, po czym zadekowałem się w podrzędnym, ale i tak przepłaconym hotelu w pobliżu lotniska. Dostałem mały, przykurzony pokój ze skrzypiącym łóżkiem. Za to z nie najgorszym wifi. Postanowiłem nawiązać kontakt z Markiem, a przynajmniej spróbować. Zabezpieczyłem połączenie po zęby, by nie był w stanie sprawdzić gdzie jestem, próbowałem i próbowałem przez kilka ładnych godzin, ale skurczybyk nie odpowiadał. Są różne opcje: albo tak jak myślałem wcześniej, wrobił mnie i dał się kupić lub zastraszyć, albo podwinął ogon pod siebie, albo nie ufa mi już i dlatego siedzi cicho, a swoje kombinuje. Może go gliny zdemaskowały? Gdyby tak było, bardziej interesowaliby się nim, przepytując mnie. Tę ostatnią możliwość odrzuciłem najszybciej. 
    Pozostało mi wykupić bilet na lot. Jedna rzecz jednak wciąż nie dawała mi spokoju. Na jaką cholerę aresztowano Rafała? Co może mieć z tym wspólnego? Korzystając z szyfrowanego połączenia zadzwoniłem przez Skype'a do jego żony. Odebrała szybko, gadała dużo, ale niczego konkretnego nie powiedziała. Jest zrozpaczona, nie wie, co teraz będzie, kiedy go wypuszczą i tak dalej. Za co go zgarnęli nie potrafiła powiedzieć. Albo nie chciała. Pytała za to, gdzie jestem, czy przyjadę do Poole, czy mógłbym jakoś pomóc staremu kumplowi. Strasznie ciężko się z nią rozmawiało. Nie słuchała, nie odpowiadała, tylko nawijała swoje. W sumie się nie dziwię, też bym panikował na jej miejscu. Powiedziałem, że zrobię, co w mojej mocy i się rozłączyłem. Co za burdel. 
    Siedzę w samolocie. Po niemal nieprzespanej nocy boli mnie głowa. Lot, chociaż niespełna dwuipółgodzinny, potwornie mi się dłużył, więc z ulgą przyjmuję fakt, że podchodzimy wreszcie do lądowania. Czuję się jak zdrajca. Powinienem był pojechać do Poole albo chociażby nawet w Birmingham uczepić się tamtego komisarza, albo Wormsona i kategorycznie zażądać wyjaśnień, powiedzieć im, że to jakieś nieporozumienie, Rafał z pewnością nie jest niczemu winien. Może i wyszedłbym na głupka, ale coś powinienem dla niego zrobić. Przecież on ma dzieciaki, jedno niepełnosprawne, jest im potrzebny. Tymczasem dla uspokojenia sumienia przelałem jego żonie trochę kasy. Tylko na to mnie stać. Co ze mnie za przyjaciel? 
Próbuję skupić się na czymś innym, ale moje myśli uparcie wracają do Rafała... Może to ten facet od jachtu go w coś wpakował. Mógł chcieć zemsty, a jak wiadomo, dla bogatego nic trudnego. Niemożliwe, by go zamknęli w związku ze sprawą Kaserleya i Grace. Co on mógłby mieć z tym wspólnego? Chyba że Mark... Tak, może Mark go wrobił. To przecież jemu kazał przekazać, gdzie mieliśmy się spotkać. Nie powinienem był wracać. Podskakuję na siedzeniu, gdy koła maszyny spotykają się nagle z ziemią. Cóż, chyba za późno na takie wnioski. 

    Moje mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej, gdy je ostatnio widziałem. Przynajmniej drzwi są nienaruszone, bo kulturalnie otworzyli sobie kluczami, których nie mogłem się doszukać w moim bagażu. Musieli je zwinąć z hotelu, gdy siedziałem w The Figure Of Eight. Czuję dziwną w tej sytuacji ulgę, że ich sam nie zgubiłem. Dotąd byłem pewien, że mam je w plecaku. Wnętrze wygląda jak po przejściu trąby powietrznej. Durnie, nie mogli niczego znaleźć, bo zwyczajnie niczego istotnego nie zostawiłem. Oczywiście drugi, ten zostawiony laptop zniknął. Uśmiecham się triumfalnie. Nie jestem taki głupi, jak myślą. Miałem przeczucie z tym, żeby podmienić dyski. Przechadzam się po podłodze usianej... wszystkim. Muszę to ogarnąć, zanim odbiorę psy, żeby nie pokaleczyły sobie łap rozbitym szkłem. Ci, którzy tu byli musieli nieźle się wściec, nic nie znalazłszy. Swoją drogą nie mogli być cicho. Kłopocińska! Ona na pewno widziała wandali. Tu przecież nic nie dzieje się bez jej wiedzy. Na bank odgłosy demolki nie uszłyby jej uwadze. Pewnie zgłosiła włamanie na policję. Tylko dlaczego mnie nie powiadomiono? No i chyba powinno to być jakoś zabezpieczone, zamknięte, żeby byle kto nie wlazł. Wychodzę, nie kłopocząc się otwartymi na oścież drzwiami i idę prosto do Anieli. Dzwonię, ale nie otwiera. Jest w środku, słyszę charakterystyczny odgłos odsuwania przesłony wizjera. Uwieszam się na dzwonku jak niegdyś ona na moim. Nasłuchuję. Co ona do cholery wyprawia? 
– Pani Anielo! Proszę otworzyć! To ja, Leopold! – drę się. Może wystraszy się, że zwrócę uwagę innych lokatorów i narobię jej wstydu. Bingo! 
– Czego pan chcesz? – warczy przez szparę zablokowanych łańcuszkiem drzwi.
– Pani Anielo, to ja, przecież pani nie zjem. Pamięta mnie pani? Mieszkam...
– Wiem, gdzie pan mieszkasz! – niecierpliwi się – Ja nie mam panu nic do powiedzenia!
– Ktoś włamał się do mojego mieszkania, wszystko jest poniszczone, pani na pewno słyszała. Czy ja mogę wejść, porozmawiać? – ściszam konspiracyjnie głos.
– Ja niczego nie słyszałam i nie widziałam. Idź pan stąd! – trzaska drzwiami tak, że gdybym wsunął stopę w szparę, jak robią to w filmach, nie miałbym stopy. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, przyznaję. Co teraz? Monika. Zerkam na zegarek w telefonie. Minęła siedemnasta. Możliwie, że jest już w domu.
– Na szczęście – wołam na jej widok z ulgą i wpadam do przedpokoju przez szeroko otwarte przez nią drzwi. Gdzieś podskórnie obawiałem się, że i ona może się odciąć. Zaczynam się przyzwyczajać do absurdów wokół mnie.
– Co za niespodzianka! Nie dzwoniłeś, że wracasz – cmoka mnie w policzki i przytula jak starego kumpela – Kiedy przyleciałeś? Chodź, zrobię kawy. Musisz mi wszystko...
– Monia, wiesz coś o włamaniu do mojego mieszkania? – wchodzę jej w słowo.
– Co? 
– Czyli nie wiesz. A Kłopocińska coś o mnie mówiła? Dziwnie się zachowuje.
– Jak dziwnie?
– Nie chce ze mną rozmawiać i twierdzi, że nic nie wie o włamaniu, a tam jest wszystko rozpieprzone! Po cichu takiego czegoś nie da się zrobić.
– Pierniczysz – Monika robi wielkie oczy i zamiast do kuchni, mija mnie, idąc do wyjścia – Hrabek, zostań. 
Zatrzasnęła psu drzwi przed nosem i pognała schodami do góry napędzana ciekawością. I pomyśleć, że całkiem niedawno ledwo się poruszała z nogą w gipsie. 

– O cholera! Ale rozpiździel! – krzyknęła, zatrzymując się gwałtownie w progu. Zginęło ci coś?
– Stary laptop, a poza tym trudno określić. To musieli być ci sami, co mnie porwali. Tylko że też chciało im się lecieć do...
– Co?! Porwali cię?! Leoś, co ty mówisz?
– Ciszej – zerkam w kierunku mieszkania Kłopocińskiej i zamykam za nami drzwi. – Wszystko ci opowiem. Zastanawia mnie tylko to, że najbardziej wścibska ze wścibskich nic nie chce mi powiedzieć.
– Kłopocińska musiała coś słyszeć, a może i kogoś widzieć. Czekaj, ja ją zapytam.
– Nie ma sensu. Ona przecież wie, że się przyjaźnimy. Teraz na bank siedzi przy drzwiach i podsłuchuje. 
– Może ją zastraszyli? – Monika marszczy brwi, po czym uchyla drzwi i głośniej mówi – Albo pani Kłopocińska maczała palce w tym włamaniu, albo kryje złodziei!
– O tak, to jest możliwie, muszę koniecznie o tym powiedzieć policji przy zgłoszeniu  – odpowiadam, również podnosząc głos – Kto by pomyślał, że pani Aniela może być wmieszana... – przerywam, bo już słychać odzew na naszą szopkę. Dwa zamki i łańcuszek błyskawicznie ustępują, a sąsiadka wypada na klatkę, jakby wypchnęła ja wichura.
– Chwileczkę! Ja sobie wypraszam! Co wy pleciecie? – dopada zdyszana do mego progu. – Ja nie mam z tym nic wspólnego! – zniża wzburzony głos do teatralnego szeptu. 
– O, to może jednak pani coś słyszała? – pytam uprzejmie i odsuwam się, by mogła zobaczyć moje lokum.
– Matko jedyna... – zapuszcza żurawia, chwilę się waha, ale ciekawość wygrywa, więc wchodzi do środka, a ja zamykam drzwi. Na zamek. Kłopocińska gwałtownie się odwraca. Widzę strach w jej oczach. 
– Dlaczego pani kłamie? – pytam spokojnie.
– Ja? Ja nigdy w życiu! Nie mam z tym nic wspólnego. Jak w ogóle mogłeś pomyśleć, że ja! Po co ja bym miała się włamywać. O matko jedyna, ja i włamanie! Muszę stąd wyjść, słabo mi!
– Pani Anielo. Przecież pani tu mieszka, pani doskonale się orientuje, co dzieje się w naszym bloku, nie tylko na pani piętrze, ale na wszystkich! To jest poważna sprawa. Leoś zgłosi to na policję, a oni będą z pewnością pytać wszystkich sąsiadów, czy ktoś coś zauważył. Będzie pani kłamać policji? – Monika tłumaczy jej jak dziecku, stając na drodze do wyjścia.
– A gdzieżby, przecież ja nigdy nie kłamię. Skąd ta myśl, że miałabym kłamać policji! Jak przyjdą mnie zapytać, to oczywiście powiem.
– Co pani powie?
– Co?
– Co pani powie, gdy zapytają, dlaczego nie zgłosiła pani, że u sąsiada jest włamanie?
– Co? – powtarza idiotycznie jak zacięta płyta. Stoimy nad nią jak sępy.
– Pani Anielo... 
– Dobrze. Podnieś mi chłopcze krzesło – po dłuższej, pełnej napięcia chwili zastanowienia, wchodzi do pokoju, stąpając między rupieciami.

Oczywiście Kłopocińska doskonale wiedziała o włamaniu, słyszała trzaski, zaglądała na klatkę, ale zamiast wybrać sto dwanaście, zadzwoniła do bratanka. Ten poradził jej, żeby nie wychodziła, nie interesowała się i absolutnie nie pokazywała złoczyńcom, bo ją zabiją. Wg niego wmieszałem się w mafijne porachunki, dlatego zniknąłem na tak długo, a aspirant Dworna wróciła sama i milczy jak grób. W dodatku awansowała zapewne w nagrodę za zdemaskowanie mnie. Powiedział nawet, że jest prawie pewien, iż to ja zamordowałem Orianę, czyli Anę, a to, że Grzesiek przyznał się do tego morderstwa jest oczywiście również moją robotą, bo najpewniej zmanipulowałem biedaka, zagroziłem, że ukatrupię mu psa, toteż zastraszony mówi, co mu kazałem. Na koniec z wyrzutem w głosie Aniela zapytała mnie, co tutaj robię, skoro powinienem siedzieć w  więzieniu. Szczerze powiedziawszy zaniemówiłem. Co ci ludzie biorą, że mają tak szalenie wybujałą wyobraźnię? Tego dnia Kłopocińska chyba była jednak nieco bardziej rozumna, bo po tym, jak mi wszystko opowiedziała, sama doszła do wniosku, że to chyba nie do końca najlepsza teoria. Moje pojawienie się, żądanie wyjaśnień i coraz większe ze zdumienia oczy musiały nasunąć jej taki wniosek. Zapewniłem ją, że nie zabiłem Ukrainki, nie prześladuję Grzegorza i nie mam morderczych planów w stosunku do jego psa. O dziwo, moja deklaracja niewinności wystarczyła, by przestała łypać na mnie podejrzliwym okiem. Nawet powiedziała coś w stylu  Ach, Leosiu kochany, ja od początku wiedziałam, że ten mój Karolek przesadza. Nie rozumiem tej kobiety. Podejrzliwa, sprytna, cwana, wszystko o wszystkich wie, a jednocześnie jest skłonna uwierzyć w każdą bzdurę i jednocześnie odrzucić ją, gdy tylko powie się jej, że to nieprawda.
Zastanawiam się, czy to, co rozpowiada o rzekomym aresztowaniu Grzegorza w ogóle leżało kiedykolwiek w pobliżu prawdy. Może po prostu przenieśli go do innej placówki albo wysłali do sanatorium. Mam nadzieję, że przynajmniej gdy coś widzi osobiście, to nie dopowiada za dużo, bo dowiedziałem się, jak wyglądali ci, którzy buszowali w moim mieszkaniu. Określiła też datę, godzinę włamania, jaka była wówczas pogoda, ile kosztowały pomidory w czwartkowej promocji i że przez to wszystko przypaliła zupę szczawiową. Pal licho moje mieszkanie, utrata zupy to prawdziwe nieszczęście! 

Stoję teraz sam w środku tego pobojowiska. Kłopocińska powiedziała, co wiedziała i wróciła do siebie, bo uciąłem jej próby wypytywania mnie o to, gdzie byłem i co robiłem, jak mnie nie było. Monika pobiegła do Hrabka, któremu należał się spacer, zapowiadając, że wpadnie wieczorem i pomoże w sprzątaniu. Też mam ochotę stąd wyjść. I najlepiej nie wracać. 
Żeby już niczego nie ruszać, nie zacierać śladów i takie tam, wychodzę z zamiarem wstąpienia do apteki po tabletki od bólu głowy. Potem pojadę na posterunek. Na klatce otwiera się winda i staję twarzą w twarz z Inką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...