49. Rekonwalescencja

    Moje nowe lokum to piętro angielskiego, wąskiego domu z zagraconym obmurowanym ogródkiem wielkości budy dla psa. Mam do dyspozycji pokoik z wysokim jak katafalk, wąskim, trzeszczącym łóżkiem, absurdalną toaletką zamiast stołu i oknem zasłoniętym grubą, granatową kotarą. Jest tu potwornie duszno. W dodatku w powietrzu unosi się dziwny smrodek, którego nie umiem określić. Za drzwiami znajduje się najmniejszy możliwy przedpokój składający się z samych drzwi. Po prawej jest jakieś pomieszczenie zamknięte na klucz, a po lewej mikroskopijna łazienka wyposażona w kibelek wciśnięty między krótką wannę z plastikową zasłonką a umywalkę z dwoma kranami. Naprzeciw pokoju zaś kolejne drzwi zamknięto na klucz. Oddzielają mnie od schodów prowadzących na parter, gdzie mieszka jakaś starsza kobieta. Trzy razy dziennie przynosi mi na tacy posiłki. Oczywiście wszystko dla mojego bezpieczeństwa. Tylko dlaczego czuję się jak więzień? 
    Wiedziałem, że po wyjściu ze szpitala nie będzie tak, jak wcześniej, ale naiwnie myślałem, że umieszczą mnie w jakimś tajnym miejscu razem z Inką albo po prostu wpakują w samolot do Polski. Nic nie wiem, niczego nie chcą mi powiedzieć, nawet Dworna milczy jak grób. Powiedziała tylko, że sprawa jest poważna, muszą mnie chronić i ma związane ręce, po czym przepadła jak kamień w wodę i nie mam z nią kontaktu. Tęsknię, przyznaję.
Mój telefon i komputer zabrano, ale co ciekawe laptopa przynieśli mi już po kilku dniach. Wystarczyło poprosić. Mam nawet internet. Kusi mnie, by skontaktować się z Rafałem. Nie mam jednak pojęcia, na czym stoję. Czy aresztowano Marka? Czy jest zamieszany w tamten atak na mnie, czy może też został wykorzystany? A może również oberwał? Czy kogokolwiek złapali, czy coś ruszyło się w śledztwie i wreszcie: co z Grace? 
Moja gęba wygląda już mniej więcej jak gęba, chociaż nie mogę jeszcze porządnie otworzyć ust, a gdy próbuję, coś boleśnie przeskakuje mi w żuchwie. Nad skronią z lewej strony wygolony placek powoli zarastają włosy, omijając grubą kreskę największego szwa, gdzie tworzy mi się łysa ścieżka. Ciągle mam przekrwione, wrażliwe oczy. Z pewnością oglądanie Netflixa całymi dniami w ciemnym pokoju nie pomaga. Może zapomnieli o mnie? Będę tu tkwił teraz latami, kobieta z dołu będzie mnie dokarmiać tak długo, aż sama zapomni lub umrze ze starości, a wtedy ja... Wczoraj śniło mi się, że coś w tym stylu się dzieje, ale nie mogę w żaden sposób się uwolnić, bo niczego nie da się otworzyć. Gołymi palcami zdzierałem drzwi warstwa po warstwie, ale błyskawicznie narastały z powrotem. Godzinami przedzierałem się przez mięsistą kotarę, by potwornie zmęczony, ostatkiem sił dotrzeć do okna, którego nie miałem szans otworzyć.  Zupełnie jak w Warhouse z Josephem Morganem. Oglądałem ten film lata temu, a teraz stanął mi przed oczami, jakbym go widział dziś. Albo przeżył. Zbudziłem się, pływając we własnym pocie.
    Po raz tysięczny zadaję sobie pytanie – na cholerę mnie tu trzymają? – gdy z dołu dobiegają głosy. Akustyka domu jest taka, że słyszę wszystko, co dzieje się na dole. Wiem, kiedy kobieta wstaje, korzysta z toalety, kroi coś w kuchni. Wiem już, że oto po schodach wchodzą oficer Alex Wormson, którego nazwisko wyjątkowo szybko zapamiętałem, oraz komisarz Ben Jakiśtam. Jestem zawiedziony, że nie słyszę Inki i niemal załamany, gdy wchodzą i upewniam się, że rzeczywiście również tym razem nie przyszła z nimi. Powstrzymuję się, by o nią zapytać. Nie chcę wyjść na mazgaja, który potrzebuje opiekunki.
Pytają jak się czuję, zupełnie nie oczekując odpowiedzi i przechodzą do rzeczy. Czy coś sobie przypomniałem, czy chciałbym coś dodać do poprzedniego wyjaśnienia, czy podczas pobytu w Anglii ktoś się ze mną kontaktował albo ja z kimś, ile razy, o czym rozmawialiśmy... Już im to wszystko wcześniej opowiedziałem. Wiedzą, że rozmawiałem z Moniką, Rafałem, miałem spotkać się z Markiem. Powiedziałem też o SMS-sie z pogróżkami, który zniknął. 
– Julia Okunowa. – rzuci komisarz i obaj się we mnie wpatrują – Znasz to nazwisko?
– Nie kojarzę. A kto to jest?
– Julia Okunowa – powtarza i wyjmuje zdjęcie, a właściwe rekonstrukcję zdjęcia twarzy. Podobna do Any. To ta kobieta sprzed pubu! Muszę to powiedzieć, bo najwyraźniej po mojej twarzy widzą, że rozpoznałem.
– To z nią moja była żona rozmawiała wtedy przed pubem! – od razu wyjaśniam, kiedy to było, w jakich okolicznościach i tak dalej. Mam ogromną ochotę zapytać, czy to ją znaleźli w Marlow, ale akurat tego, że Mark ściągał dzięki mnie informacje z policyjnych zasobów, jeszcze nie wyznałem. Nie mogę przyznać się, że wiem cokolwiek o zwłokach  pod Londynem. Pytam jedynie, czy została odnaleziona, ale oczywiście ani Ben, ani Alex nie mają zamiaru mi niczego powiedzieć. Widać, że marzą, by stąd wyjść. Oficerowi pot skrapla się na czole. Co chwilę je wyciera. 
– Może otworzę okno? – mam wrażenie, że we trójkę nie tylko wypełniamy całą przestrzeń pokoiku, ale wyssaliśmy już z niego cały tlen.
– Nie! Gospodyni to zrobi. Jeszcze jedno. Od jak dawna znasz Rafała Kockiego? Jak się poznaliście? 
– Poznałem Rafała w Poole. Przeprowadziłem się tam po rozwodzie.
– Po rozwodzie z Grace Lawson? – pyta znudzonym głosem oficer. Nie, z Jennifer Lopez, mam ochotę odpowiedzieć, ale tylko przytakuję. Opowiadam jak to Rafał mi pomógł dojść do siebie. Przy okazji nawijam o doktorze Johansonie, mojej terapii i tak dalej. Zapisują nazwisko, kiwają głowami, po czym znów wracają do Rafała. Wypytują o niego tak intensywnie, że zaczynam się zastanawiać, czy nie narobiłem kumplowi kłopotów. Generalnie Rafał jest uczciwy, ale czasem robi coś na boku, trochę kombinuje, jak to Polak, no ale ma rodzinę na utrzymaniu, czworo dzieciaków. Jego życie nie jest usłane różami. 
– Kiedy ostatnio kontaktowałeś się z Rafałem Kockim?
– Rozmawiałem z nim przez telefon w barze The Figure Of Eight w wieczór poprzedzający moje porwanie. Miał mnie umówić z Markiem Odonskym. Mówiłem już o tym.
– Tak. A potem? 
– Potem już nie. Acha, wysłał mi wiadomość od Marka z miejscem spotkania, ale to też już wiecie. Macie mój telefon. 
– To ta wiadomość, która została skasowana – oficer zwraca się do komisarza, a ten beszta go wzrokiem – Przepraszam – bąka.
– Jak to skasowana? – dopytuję. Przecież skasowane zostały tylko pogróżki z poprzedniej nocy. Oficer zerka na mnie nerwowo.
– Jest tu internet? – pyta Ben, chociaż dobrze wie, że jest. Odwraca moją uwagę. – Sprawdzasz maile? Komunikatory?
– Tak. Mam chyba prawo...
– Oczywiście. Czy Kocki podjął próbę kontaktu?
– Nie. – uświadamiam sobie, że Rafał rzeczywiście się nie odezwał ani słowem. Jeśli dzwonił do mnie, by zapytać, czy spotkanie z Markiem się udało, a ja nie odbierałem, bo mój telefon ma policja, to naturalną byłaby inna próba kontaktu. Znając Rafała, powinien odezwać się choćby na Skype. Otwieram laptopa, by się upewnić, chociaż Skype zawsze działa w tle, więc nie mógłbym przegapić. W tej norze praktycznie ciągle siedzę z nudów przy komputerze. Nic. Dziwne. Może i jemu coś się stało?
– Skoro to on przekazał wiadomość o miejscu spotkania, a oni mnie tam... napadli, to może...
– Może? 
– Może i Rafałowi coś zrobili – choć jest tu gorąco, robi mi się jeszcze cieplej. – Musicie to sprawdzić! Cholera, już tyle minęło dni! – Denerwuję się, a oni tylko patrzą. – Ruszcie dupy, a nie gapcie się na mnie jak na pawiana w zoo! – Wrzeszczę po polsku, bo nie mam odwagi powiedzieć im tego po angielsku, a muszę jakoś ze siebie wyrzucić. Rafał może być w niebezpieczeństwie. Jeśli jeszcze w ogóle żyje. 
– Spokojnie, panie Horn. Po angielsku proszę – ględzi Wormson. 
– Ok. Zrozumcie, Rafał to mój przyjaciel. Pomógł mi w trudnych momentach mojego życia. Niechcący mogłem go narazić na niebezpieczeństwo. – tłumaczę, jak dzieciom, chociaż mam ochotę wykopać ich na te absurdalne, wąskie schodki, by lecieli wykonywać swoją robotę, zamiast zużywać mi resztki tlenu w moim więzieniu. Chyba jednak rozumieją, bo wstają, chociaż specjalnie się nie spieszą. Komisarz omiata wzrokiem pokój i zatrzymuje go na mnie.
– Rafał Kocki jest bezpieczny. – mówi po chwili. Chyba czekał aż przejdę zawał z powikłaniami, by mi to powiedzieć. 
– Na pewno?
– Tak. Został aresztowany. Będziemy w kontakcie. I proszę nie otwierać samemu okna – mówi komisarz, wychodząc. Osłupiały otwieram usta, ale nie mam już kim rozmawiać. 
– Halo! Czy mogę mówić z aspirant Dworną?! – dopadam do drzwi i walę w nie pięścią. Policjanci są już na dole, ale z pewnością mnie słyszą. Mimo to wychodzą bez słowa. Cholera jasna. 
    Gdy byłem pod prysznicem, by zmyć pot i niepokój po ostatniej rozmowie z policjantami, gospodyni najwyraźniej była w pokoju, bo znowu mam tlen, nowy karton soku i talerz z obiadem. Granatowa kotara rusza się pod naporem powietrza przeciskającego się przez uchylony lufcik.
Dlaczego aresztowali Rafała? Może Mark go wrobił? Jeśli tak, to dlaczego mnie nie wsadzili? A może wsadzili? W końcu siedzę tu zamknięty, nie mogę wyjść. Dostęp do internetu ma dać mi poczucie, że jestem wolny? No tak, nie mają za co mnie aresztować, chociaż... Zresztą mogę mieć pretensje tylko do siebie. Sam się zgodziłem na to czasowe odizolowanie. Nie mam pojęcia co wiedzą. Załóżmy, że nie dotarli do Marka, a on nie jest związany z przestępcami. Może po prostu przejęli wiadomość od Rafała. Mógłbym zaryzykować, po staremu spróbować kontaktu. Jeśli Mark jest wolny i nie jest jednym z tamtych, odbierze, a może będzie w stanie wyjaśnić mi, co się do cholery dzieje. Obawiam się jednak, że policja tylko czeka, aż wykorzystam łącze do czegoś więcej niż sprawdzanie zwykłych maili o tym, co słychach u moich psów i oglądania filmów. Jeśli Mark jest niewinny, wkopię go. Jestem w kropce. 
– Halo! Proszę pani! – pukam i wołam. Po chwili słyszę kroki i trzeszczenie schodów.
– Tak? Mam zabrać talerz?
– Czy może pani przekazać, że chciałbym rozmawiać z aspirant Ireną Dworną, tą polską policjantką? 
– Smakował panu obiad? – kobieta pyta, nieoczekiwanie otwierając drzwi. Staje przede mną nos w nos. Cofam się. To starsza kobieta, ale trudno określić jej wiek. Może mieć równie dobrze sześćdziesiąt albo osiemdziesiąt lat. Jest wysoka, postawna. Może to była policjantka albo ochroniarka.  Uśmiecha się dobrotliwie. 
– Ja... jeszcze nie zjadłem. Chciałbym...
– Niech pan je, póki ciepłe. Proszę się nie obawiać, policja na pewno wkrótce przyjedzie. Tu nic panu nie grozi. – mówi uspokajającym głosem, po czym zamyka drzwi i schodzi powoli na dół. Odwracam się i spoglądam na kurczaka. Wygląda smakowicie, jednak zupełnie nie jestem głodny.
Wiem, że niczego nie znajdę, ale i tak szperam w internecie poszukując jakichkolwiek newsów, które mogłyby dotyczyć mafii handlującej ludźmi, Grace, Kasarleya czy Rafała. Coś muszę robić. Sprawdzam komputer pod kątem nowo zainstalowanych programów, śledzenia tego, co robię i tak dalej. Niczego nie znajduję, ale to o niczym nie świadczy. Odpowiednie oprogramowanie nie ma przecież być widoczne dla użytkownika. 
Na Skype przychodzi wiadomość od Moniki. Grzegorz wyszedł ze szpitala i trafił prosto do aresztu.  Dzwonię do niej.
– Przyznał się do zamordowania tamtej Rosjanki.
– Ukrainki. Co?! 
– No to. Podobno sam się przyznał. Kłopocińska mówi, że to dlatego tak podupadł na zdrowiu. Z powodu wyrzutów sumienia.
– Chwila. Chcesz powiedzieć, że Grzegorz, nasz Grzegorz Rurzycki spod dziewiątki zamordował Anę Janiv?
– Też byłam w szoku. 
– To przecież niemożliwe! No... potencjalnie możliwe, ale nie wierzę. Przecież on ani jej nie znał, ani nie miał żadnego interesu, by ją zabijać. 
– Może ktoś go namówił, nie wiem, zapłacił mu. Czasem wydaje się, że kogoś znasz, a tymczasem to może być jakiś świr, płatny morderca albo...
– Daj spokój – przerywam jej, bo brzmi jak Kłopocińska. 
– Podobno zadzwonił i zgłosił się na policję sam, zanim go wypisali ze szpitala. Prosił, by go stamtąd odebrali i zawieźli na komendę. Wyobrażasz to sobie? Nie wiem jak oni tam w tym psychiatryku leczą, ale lepiej się trzymać z daleka. 
– Skąd o tym wiesz? 
– Od naszej Anieli oczywiście. Dziewczyna tego jej bratanka jest pielęgniarką. 
– I pracuje akurat w tamtym szpitalu? 
– Nie, skąd. Ona jest z miejskiego, ale ma koleżankę, też pigułę, której nie wystarczała pielęgniarska pensja, więc się zwolniła i dorwała pracę jako rejestratorka w prywatnym gabinecie psychiatrycznym u lekarza, który ma dyżury w tamtym szpitalu, gdzie Grzegorz leżał i ona usłyszała, że jakiś pacjent prosto z sali szpitalnej trafił do aresztu. Gadały o tym, wiesz, jak o ciekawostce, bo jednak nie często się zdarza, że...
– Dobra, dobra – przerywam jej zwyczajowy słowotok – to mógł być ktoś inny i zupełnie inna sprawa. Kłopocińska nie powinna roznosić plo...
– Nie! – teraz ona wchodzi mi w słowo – Nie przerywaj mi, tylko słuchaj. Dziewczyna bratanka Kłopocińkiej podobno uwielbia takie sensacje, więc podpuściła tę koleżankę, żeby zagadała do tego swojego szefa doktora, żeby czegoś więcej się dowiedzieć. No i niby bez nazwisk czy coś, bo to tajemnica lekarska, ale on jej powiedział, że to pacjent, który wiele przeszedł, nigdy do końca nie pozbierał się po utracie żony i dzieci i popadł w depresję. To przecież musi być nasz Grzesiek! Kłopocińska mu zanosiła jakieś soczki i inne pierdoły do szpitala, a ostatnio jak poszła, to go już nie było, no a do domu nie wrócił.
– Cholera, muszę porozmawiać z Dworną – powiedziałem bardziej do siebie niż do Moniki.
– To będzie ciężko, bo ona jest tutaj.
– Co?
– Jest w mieście. Nawet była u mnie i pytała o różne rzeczy. Właśnie chciałam o tym ci powiedzieć, ale ta sprawa z Grzegorzem... W każdym razie pytała mnie jak długo się znamy, o twoich znajomych, co o tobie wiem. Była z tym drugim, nie pamiętam jak się przedstawił. Taki chudy, tyczkowaty, mundur na nim wisi jak...
– O co konkretnie pytali? – niecierpliwię się. Dworna zostawiła mnie tu, by wypytywać o mnie znajomych w Polsce?
– Konkretnie to o nic, tak ogólnie. Swoją drogą, kiedy wracasz? 
– Też chciałbym to wiedzieć.
    Oficjalnie jestem Anglikiem, Andym Hornem, więc będąc w Anglii, jestem u siebie. Niby jestem świadkiem pod ochroną, bo odbili mnie porywaczom, ale nic nie wiem, niczego nie wnoszę już do śledztwa i tkwię tu, jak kiepski ząb w gębie. Dworną pewnie wezwali do domu, bo na cholerę ma tu tkwić. Nawet nie jest ze służb śledczych. Mam tego już serdecznie dość. Podchodzę do drzwi i mocno pukam, by zwrócić uwagę babki z dołu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...