48. Szpital

    Wynurzam się na powierzchnię nie bez strachu. Łapię ustami powietrze i uświadamiam sobie, że nie czuję oporu. Gorzej z oczami. Nie mogę otworzyć oczu! Nie! Co się dzieje?! Oślepili mnie?! Wszystko się trzęsie. Gdzieś mnie wiozą. Wywożą mnie! Może do lasu jak tamtą kobietę. Zabiją mnie. Zakopią żywcem. Muszę się uwolnić! Muszę jakoś uciec! Szarpię się, jednocześnie walcząc z powiekami, przez które nieznacznie zaczyna przebijać jakaś jasność, ale wciąż nie mogę ich unieść, są jak kamienie. 

– Spokojnie. Jesteś bezpieczny. Leż spokojnie, już po wszystkim – bliski głos Inki zaskakuje mnie. Słyszę ją, czuję, że tu jest, ale nie widzę. Dlaczego nic nie widzę! Słyszę jęk. To ja jęczę?

– Jesteśmy w karetce, jedziemy do szpitala, leż spokojnie – Wreszcie nadludzkim wysiłkiem uchylam powieki. Udaje mi się ją dostrzec w postaci ciemniejszej plamy pochylającej się nade mną. To musi być Inka. Chyba musnęły mnie jej włosy. Chcę poczuć ich zapach. Jak wtedy na balkonie… Nie mogę oddychać nosem. Jestem cholernie zmęczony. Zbieram wszystkie siły, by się odezwać, ale…

– Nie mów. Spokojnie. Zaraz dostaniesz leki, które uśmierzą ból – ktoś mówi do mnie po angielsku, gdy próbuję się odezwać. To nie Inka. Nadal nic nie widzę, ale już nic się nie trzęsie, nie buja. Karetka pewnie się zatrzymała – Jest duża opuchlizna i rany, ale założymy szwy i będzie dobrze – głos oddala się, tracę sens słów.

*

Gdzie jest Dworna? A może wcale jej nie było? Śniła mi się? Nadal jestem w ich rękach? Jeśli tak, to po co… Słyszę ruch, ktoś coś robi tuż obok. Robi mi się zimno w przedramię, jakby coś od wewnątrz… coś miałem… chciałbym…

*

Budzę się z trudem. Sen, jak lepka maź, nie chce mnie puścić. Ktoś mówi. Rozmawia przez telefon? To Inka. Czuję ulgę. Jednak mnie jakoś znaleźli. Pewnie tamtych zamknęli. I świetnie. Rozumiem słowa, ale zupełnie nie umiem skleić z nich sensu. Może to te dragi, które mi wstrzynął tamten, a może leki. Coś mi przeszkadza. Jakaś regularność. Już wiem. To sygnał. Jakby zajęta linia telefoniczna. Pi... pi... pi... Nie, w telefonie to jednak brzmi nieco inaczej. Może to jakaś aparatura? Pewnie jestem w jakimś szpitalu. Tylko słyszę. Jedynie to mi zostało i narasta we mnie panika. Nie czuję twarzy, oczu. Zdania formułuję jedynie w głowie, nie mogę mówić. Co do cholery?!

– Hej! Spokojnie, bo zaraz spadniesz z łóżka – jej głos i pospieszne kroki – Obudził się, zadzwonię później – mówi ciszej. – Jesteś w szpitalu, nic ci tu nie grozi. Ci… jeszcze się nagadasz, teraz nic nie mów. I tak nie mam szans zrozumieć – czuję, że siada przy mnie. No tak, bełkoczę tylko, nie umiem niczego normalnie powiedzieć. – Spokojnie – powtarza – Posłuchaj mnie. Znaleźliśmy cię w bardzo kiepskim stanie. Zostałeś pobity i masz spory obrzęk twarzy, dlatego nie możesz mówić i niczego nie widzisz, ale to minie. Dostajesz porządne leki, szybko się wyliżesz. Jesteś pod dobrą opieką – ciągnie Inka, a dla mnie jej słowa są jak woda dla umierającego z pragnienia. Wydaje mi się, że mnie dotyka, ale nie jestem pewien. Moje ciało jest otępiałe bardziej niż umysł. Mam tyle pytań… Kurcze, ona pewnie jeszcze więcej. Zewnętrzne ciepło rozgrzewa mi dłoń. Tak. To ona trzyma mnie za rękę. Jestem pewnien.

– Posłuchaj mnie uważnie – jest tak blisko… – Wszystkim zależy, byś jak najszybciej doszedł do siebie, dostajesz silne leki, więc pewnie zaraz znów zaśniesz. Jesteś bezpieczny. Oszczędzaj siły.

Jej kojący głos brzmi, jakbyśmy siedzieli w jaskini albo w wielkiej tubie, zniekształca się, przeciąga, brzmi echem, ale najważniejsze, że jest… Tak, rzeczywiście odpływam, czuję to...

*

     Cicho. Znowu się budzę i znowu tylko nasłuchuję. Totalna cisza jest niepokojąca. Oczy wciąż nie chcą się uchylić choćby odrobinę, ale i tak muszę spróbować. Z trudem podnoszę rękę i macam twarz. Zamiast niej macam dziwne wypukłości, chyba bandaż na szczęce. Skóra twarzy jest jak znieczulona, bo nie odczuwam nią placów, którymi ją badam. Człowiek bez twarzy. Na siłę uchylam powieki, tak, na pewno udaje mi się uzyskać przynajmniej milimetr, jednak żadne światło do mnie nie dociera. Może jest po prostu noc? Nasłuchuję. Chyba ktoś chrapie w sali obok. 

    Jestem uwięziony. Nie mogę kontaktować się z nikim, nie mogę wstać, zwyczajnie wyjść, nawet nie mogę patrzeć. Kim oni byli? Mówili po angielsku. Dlaczego Mark nie przyszedł? Wystawił mnie? Przeszedł na ciemną stronę mocy? A może i jego dorwali? Dużo się dowiedział. Skąd przestępcy mogą wiedzieć, że jakiś pismak ma dostęp do policyjnych źródeł? I jakie to ma znaczenie, skoro te źródła są najwyraźniej ubogie, skoro nadal ich nie pozamykali? 

Zaczyna mnie wszystko boleć. Plecy mam zdrętwiałe, głowa pulsuje nieznośnym szumem. Próbuję się poruszyć i nawet mi się to udaje, ale tylko pogarsza sprawę. Uświadamiam sobie, że cały czas mam zatkany nos, więc oddycham przez usta, które są nieznośnie suche. Próbuję przełknąć ślinę, lecz nie potrafię. Myślę o cytrynie, soczystej, kwaśnej cytrynie. Gdy byłem dzieciakiem, urządzaliśmy na podwórku zawody w plucie – kto dalej. Myślenie o cytynie pozwalało na szybszą produkcję amunicji. Teraz nie działa. Chyba już wolałbym spać. Jak na ironię, nie mogę usnąć. Nie mogę też zawołać pielęgniarki. Pewnie wszyscy śpią, tylko nie ja. Nie mam nic innego do roboty, jak po prostu myśleć. Próbuję odciągnąć myśli od kiepskiego samopoczucia i zaczynam analizować to, co się stało. Może Mark pracuje dla nich albo go zmusili, zastanawiam się kolejny raz. Wmanewrował mnie w to, by monitorować postępy policji, teraz wiedzą wystarczająco, by uciszyć i mnie i Grace. Ten facet, coś mówił o Grace… Chyba sugerował, że to ja naprowadziłem ich na miejsce, w którym przebywa. Z tego by wynikało, że wcześniej nie wiedzieli, a skoro mają dostęp do policyjnych dokumentów… Nie, to się nie trzyma kupy. Może Mark utracił dostępy? Może go zdemaskowali, może sam handluje żywym towarem… Muszę powiedzieć Ince, że Grace jest w niebezpieczeństwie. Jej lokalizacja nie jest już tajemnicą władz. Jeśli jeszcze żyje… Ile mogło minąć czasu? Zaraz rozsadzi mi twarz z bólu, czyli pewnie jeszcze nawet nie zaczęła się porządnie goić, więc może nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny. Nie mogę tak po prostu tu leżeć jak kłoda i czekać! Mam ochotę się zerwać z tego przeklętego łóżka, wszystko mnie drażni, boli, swędzi. W całym ciele czuję ponaglające mrowienie. Niecierpliwość zaraz rozerwie mnie od środka!  

    Słyszę kroki i zamieram. Ktoś otwiera drzwi i wchodzi. Inka? Pielęgniarka? Morderca?! Nabieram powietrza do płuc, aż do bólu i zaczynam wrzeszczeć. Wydobywa się ze mnie jedynie dziwny kwik. Jestem kompletnie bezradny! Serce wali we mnie, jakby miało mi zaraz rozerwać klatkę piersiową. Zwierzęcy strach. Ktoś stoi obok. Czuję to. Majstruje przy mojej ręce, pewnie przy kroplówce. Wbrew logice, serce się uspokaja, paniczny lęk obojętnieje. Wciąga mnie nicość. Ostania myśl: śmiertelny zastrzyk. Spadam. Umieram.  



Co to za hałas? Nieregularny szum zaczyna się klarować, rozdzielać na odrębne dźwięki: szelesty, słowa, kroki gdzieś w tle. Jacyś ludzie stoją nade mną. Rozmawiają o mnie? Chyba tak. Może to lekarze? Niewiele rozumiem. Jestem otępiały, ale uświadamiam sobie niesamowite szczęście: żyję! Albo śmiertelny zastrzyk był za słaby, albo to była tylko pielęgniarka z czymś niewinnie przeciwbólowo – nasennym. 

    Ktoś mnie dotyka, majstruje coś przy mojej twarzy. Czuję to. Może trochę delikatniej! Odzyskałem czucie w twarzy. Kurcze, to chyba mój szczęśliwy dzień. Otwarcie oczu nadal nie jest łatwe, muszę zebrać siły… Z trudem przesuwam żelazne powieki, nie zdziwiłbym się, gdyby zaskrzypiały jak stare wrota. Trzy osoby w białych fartuchach, dwie na ciemno. Pięć ruchomych plam. Jedna nachyla się nade mną, ale nic nie mówi. Znowu dotyka mojej twarzy, świeci mi z nienacka do oka i coś mówi o zmniejszeniu dawki czegoś, co brzmi jak nazwa leku, włączeniu innego, po czym odwraca się i szybko wychodzi, a za nią białe postacie. Spoglądam na pozostałe dwie, ciemniejsze. To chyba policjanci. Odsuwaja się ode mnie.

– Sprowadź ją – mówi jeden.

– Jest w drodze.

– Dobrze. Zaczekaj na nią – dodaje i wychodzi. Drugi chwilę stoi, jakby się wahał, po czym też znika za drzwiami. Znowu jestem sam. Czuję się jak nieme zwierzę. Obserwowałem, jak mnie obserwowali i nawet się do mnie nie zwrócili. Żeby chociaż zapytali, jak się czuję. Próbuję się rozejrzeć. Za nic w świecie nie chcę zamknąć oczu, zbyt wiele wysiłku kosztowało mnie ich otwarcie. Po lewej wielkie jaskrawe plamy – okna, przez które wpadają promienie słońca. Szara szafka. Stojak z kroplówką. Po prawej drzwi, za którymi zniknęli ludzie. Są uchylone i chyba ktoś tam stoi. Może ten policjant, który wyszedł ostatni. Pilnuje mnie. To dobrze. Ostrożnie poruszam głową. Działa. Zachęcony usiłuję się podnieść. Chętnie bym usiadł. Gorąco mi w plecy. Odrywam się z trudem od poduszki, gdy nagle łupie mnie w głowie, jakby ktoś walnął mnie bejsbolem. Od razu przypominają mi się tamte ciosy. Opadam z powrotem. Ból rozlewa się prominiście, rozchodzi po całym łbie, jakby chciał sprawiedliwie rozłożyć się w każdej pieprzonej komórce. Zamykam oczy, by ciemność stłumiła ból. Czekam. Uspokaja się, stygnie. Teraz jest tępy, znośny. Mogę znów patrzeć, chociaż w pustym, nijakim pokoju nie ma na co. Zastanawiam się nad swoją sytuacją. Ile jeszcze mi zajmie dochodzenie do siebie?

– Obudziłeś się wreszcie! – radosny głos wyrywa mnie z ponurego zamyślenia i natychmiast przestaję się dąsać – Wkrótce staniesz na nogi.

Próbuję się odezwać, lecz znowu wychodzi cholerny charkot. 

– Czekaj, dam ci wody. – Inka naciska coś na małym pilocie, który nie wiem, skąd wzięła, i łóżko pod plecami powoli unosi się, zmieniając moją pozycję z leżącej na półsiedzącą. Cudownie. Dziewczyna przystawia mi do ust butelkę ze słomką. Nieudolnie próbuję wciągnąć choćby odrobinę wody, która jest jak balsam na moje suche gardło. Na nosie Inki kilka ślicznych piegów. Uśmiecha się do mnie. Prawie siedzę, mam wodę i ją tak blisko. Jakże niewiele potrzeba mi do szczęścia.

– Wystarczy – no tak, nic nie trwa wiecznie. Przełkam ostatni łyk, odchrząkuję i przymierzam się do mówienia. Muszę wybrać, co powiedzieć, nie da się wszystkiego naraz.

– Jak… długo tu jestem? – wychodzi ze mnie szeptem.

– Trzeci dzień. A własciwie drugi dzień, ale trzecią noc.

– Jak mnie znalazłaś? – drugie pytanie brzmi trochę głośniej.

Inka sięga do swojego plecaka i wyjmuje telefon. Mój telefon. Wyjaśnia mi, że śledziła moje położenie i zastanowiło ją to, że pojechałem na drugi koniec miasta, więc wysłała za mną ogon. Znaleźli mnie na pustym piętrowym parkingu, który jest w trakcie budowy, więc teoretycznie nikt nie powinien tam się kręcić w nocy. Coś mi nie pasuje. 

– Cały czas mnie pilnowałaś? – pytam, a ona tylko wzrusza ramionami. – Złapaliście ich?

– Niestety nie. Mam nadzieję, że to ty mi powiesz o nich coś więcej.

– Zaskoczyli mnie. Czekałem… czekałem na kolegę – decyduję się powiedzieć prawdę – Nazywa się Mark Odonsky. Mogę… mogę wody? – Znowu trudniej mi wydobyć słowa. Inka natychmiast podaje mi wodę. Przełykam łapczywie. Chwilę odpoczywam. Nie mam siły dalej mówić. – Mark Odonsky – chrypię cicho.

– Dobrze. Odpocznij teraz. Potem pogadamy. – obniża mi łóżko i wychodzi. Moje plecy prostują się, a ja czuję ogromne zmęczenie. Ból głowy, o którym zapomniałem podczas obecności Dwornej, wraca. Szumi niczym górski potok.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...