47. Leoś w opałach

     Jeśli ktoś może wyglądać całkowicie znajomo, a zarazem zupełnie obco, to tak właśnie wygląda Grace. Wszedłem do pokoju i stanąłem, gapiąc się na nią. Tkwiłbym tak pewnie dłużej, gdyby nie Inka, która dotknąwszy mojego ramienia, szepnęła mi do ucha, że mam usiąść i się odezwać. Siedzę więc obok kobiety, z którą dzieliłem kiedyś życie, ale poza „Cześć Grace” nie wiem co powiedzieć. Nie zwraca na mnie uwagi. Jej krótkie, zawsze perfekcyjnie przystrzyżone i ułożone włosy wiszą w strąkach. Grzywka opada jej na oczy. Pamiętam, że tego nie cierpiała. Teraz nawet nie zauważa. Rysy twarzy ma jakby ostrzejsze, podbródek bardziej szpiczasty, kości policzkowe wypukłe. Trochę głupio mi tak się przyglądać, ale chyba nawet nie spostrzegła mojej obecności. Wciąż patrzy na dłonie, więc i ja spuszczam na nie wzrok. Splecione palce kończą się połamanymi, matowymi paznokciami. Lekko, bardzo lekko drżą. Jak skrzydła motyla. Cała sylwetka jakby drży. Zgarbiona, sprawia wrażenie skurczonej, należącej do starszej, schorowanej kobiety, którą znój życia przygniata do ziemi. 
    Słyszę za sobą ruch. To tutejszy komisarz spóźnił się na nasze osobliwe spotkanie. Wchodzi bezceremonialnie i zajmuje miejsce naprzeciwko przy stole. Inka dopiero teraz siada, między nim a mną. Grace nadal nic.
– Jak się pani dziś czuje, pani Latison? – mocny głos policjanta przerywa ciszę. Jego radosne, nieoczekiwane brzmienie przyciąga uwagę Grace, która jakby wybudziła się ze snu i ze zdziwieniem spojrzała na komisarza. Jej oczy, chociaż bez makijażu, zapadnięte i zaczerwienione, to wciąż te same oczy, które dobrze pamiętam. Przez chwilę wydaje mi się, że Grace zaraz się odezwie, może zapyta, co tutaj robię, co ona tu robi, ale nie. Przygląda się tylko funkcjonariuszowi jak zwierzakowi, który z każdą sekundą staje się coraz bardziej nieciekawy. Nagły błysk zainteresowania gaśnie w jej oczach równie szybko, jak się pojawił, ustępując zobojętnieniu.
– Grace? Cześć Grace. Dawno się nie widzieliśmy – zaczynam mówić byle co, zachęcony jej reakcją, postanawiam pójść za przykładem policjanta i mówię głośno, by zwrócić na siebie jej uwagę – Przyjechałem, żeby się z tobą zobaczyć.
Jak w zwolnionym tempie przenosi na mnie wzrok. Patrzy, ale zdaje się nie widzieć. Przygląda mi się, lecz nie mam pojęcia czy rozpoznaje. Czy w ogóle rozumie, co do niej mówię? 
– Grace, to ja, Andy.
Uchyla usta, po czym je zamyka, patrzy wciąż na mnie, jednak tak, jakby patrzyła przez szybę. Pochylam się i wyciągam do niej rękę, chcę wziąć jej dłoń w swoją, jak dawniej, gdy było między nami dobrze. Dotykam delikatnie lodowatej skóry, a ona zaciska splecione dłonie, aż bieleją jej knykcie. Znowu spuszcza głowę. To cała reakcja na mój dotyk. Dziwnie speszony zabieram rękę i się prostuję. Robi mi się jej okropnie żal, chociaż wciąż pamiętam, do czego była zdolna, jaka był perfidna. Była czy jest? 
– Pani Latison, mąż przyjechał specjalnie, by pani pomóc. Pamięta go pani, prawda? Proszę pani... – komisarz znowu zachęca Grace do współpracy, lecz tym razem jego głos nie mobilizuje jej. Kurczy się jeszcze bardziej, choć wydaje się to niemożliwe, jakby się bała. Dłonie drżą jej coraz bardziej.
– Myślę, że na dziś wystarczy – słyszę za sobą kobiecy głos. To lekarka, która nas tu przyprowadziła. Nie wiedziałem, że cały czas stoi za nami. Zerkam na nią odruchowo i gdy odwracam się ponownie do Grace, ta patrzy wprost na mnie. Nie zmieniła pozycji, patrzy spode łba, spomiędzy strąków grzywki. Teraz naprawdę patrzy na mnie. Nasze oczy spotykają się i przez dłuższą chwilę gapimy się na siebie, a reszta siedzi cicho. Czekają.
– Grace – szepczę. Marszczy brwi, jakby nad czymś intensywnie myślała.
– Grace – cicho powtarza po mnie swoje imię. Niepewnie. Może ze strachem, może ze zdziwieniem.

– Wygląda na to, że zabawimy tu trochę dłużej – mówi moja pani aspirant, gdy wysiadamy pod hotelem – Nie zdziwiłabym się, gdyby przenieśli nas do czegoś tańszego. Wrota dostanie szału, jak się dowie, że jeszcze nie możemy wrócić – dodaje radośnie, jakby znajdowała przyjemność w denerwowaniu szefa.
– Gdybyśmy teraz wrócili, ten wyjazd nie miałby żadnego sensu – wzruszam ramionami.
– Teraz nie, ale komisarz myśli, że za dwa trzy dni będziemy z powrotem. Wszystko jest możliwe, jednak myślę, że praca z twoją żoną będzie mozolna i potrwa kilka tygodni, jeśli ma przynieść jakieś rezultaty.
– Byłą żoną – poprawiam.
– Oczywiście, byłą żoną – przewraca oczami tak, że mimowolnie się uśmiecham. Właściwie miło będzie popracować tu z Inką dłużej. Jak partnerzy. Cholera. Przypominam sobie wczorajszą noc. Mam kłopoty i nawet nie mam pojęcia jakie, nie mogę o tym powiedzieć policjantce, bo nie mam dowodów, a wróciłem pijany i nie wiem, kto konkretnie jest moim wrogiem.

To, że Grace na mnie spojrzała i powtórzyła swoje imię, uznano za obiecujący postęp. Zaplanowano więc kolejne spotkanie jutro, a moje zadanie domowe polega na tym, bym przygotował coś, co mogłaby pamiętać, co nas łączyło i wywoływało u niej pozytywne emocje. Nie mam pojęcia co wymyślić. Powiedziałem, że najlepiej byłoby ją po prostu zabrać do domu, jej domu, ale to podobno nie jest takie proste. Do tego stopnia, że na obecnym etapie wykluczone. Pewnie, po co iść na łatwiznę, skoro można się trochę pomęczyć. 
Resztę dnia mam teoretycznie poświęcić na przygotowanie się do kolejnego spotkania, a Inka zniknęła za drzwiami swojego hotelowego pokoju, mówiąc, że czeka ją kilka godzin pracy online, chociaż według niej to czyste szaleństwo. 
Ledwie zamknąłem za sobą własne drzwi, gdy oblał mnie zimny pot na myśl o SMS-ach, które wyświetlają się jedynie w mojej głowie. Muszę koniecznie spotkać się z Markiem i jemu o tym powiedzieć. Skoro pomimo swojej nadmiernej ostrożności, jest gotów spotkać się ze mną twarzą w twarz, musi mieć coś ważnego. Telepatycznie ściągam Rafała, który wysyła mi wiadomość, gdy chcę do niego zadzwonić. Czas, miejsce spotkania i hasło na zarezerwowany stolik. W porządku. 

To lokal w innej części miasta, więc spacer nie wchodził w grę. Wysiadam z taksówki pod samym wejściem. Słabo znam tę okolicę, raczej tutaj nie bywałem, nie przypominam sobie, a bar nie wygląda za ciekawie. Podrzędny, ciemnawy lokal, w którym unosi się gorzki zapach piwa i słodkawej stęchlizny starego, zaniedbanego wnętrza. Właściwie idealne miejsce, by się schować i wymienić informacjami. Pytam barmana o rezerwację na hasło „Peggy”, a on bez słów czy najmniejszej zmiany znudzonego wyrazu twarzy wskazuje na mały stolik w głębi tuż obok toalet i wyjścia na zaplecze. Zamawiam lane piwo. Siadam w ciemnawym kącie, skąd mam ogląd na prawie cały lokal, jednocześnie nie rzucając się w oczy. Naprawdę Mark ma fioła na punkcie ostrożności. Ciekaw jestem czy jest równie punktualny. Mimo idealnej pory na wieczorne piwko na mieście nie ma tu zbyt wielu klientów. Przy końcu barowej lady siedzi starszy facet, który niepokojąco się kiwa. Mam wrażenie, że lada chwila spadnie z hokera. Nikt prócz mnie nie zwraca na niego uwagi. 
    Wyobrażam sobie jak leci, upada na podłogę, roztrzaskuje sobie łeb i zastyga w pośmiertnej pozycji, a ludzie przechodzą zwyczajnie, przekraczając go i kałużę krwi z rozbitej głowy w drodze do piwopoju lub toalety. Barman po zamknięciu lokalu macza brudnego mopa w brunatnej wodzie i myje byle jak podłogę omijając truchło klienta, który już nigdy nie zapłaci. Przenoszę pospiesznie wzrok w prawo na innych, by pozbyć się dziwnego scenariusza zarysowanego przez wyobraźnię. Jakaś grupka zsunęła stoliki i co chwila wybucha salwą śmiechu. Młodzi, hałaśliwi, zajęci sobą. Na zewnątrz się ściemnia i tu również. Słabe punktowe oświetlenie nie rozprasza mroku, ale może to i lepiej, bo sfatygowane blaty stolików przestają się rzucać w oczy podobnie jak wytarte obicia foteli i mocno odrapany brzeg kontuaru. Robi się nawet przytulnie. Barman nudzi się, gra na telefonie, co rozpoznaję po charakterystycznym ślizgu palców po ekranie, i z niechęcią odrywa od niego wzrok, gdy ktoś podchodzi po dolewkę alkoholu. Zerkam na zegar nad jego głową, po czym na mój w smartfonie. O dziwo chodzi, jak trzeba, choć jestem pewien, że jest pokryty grubą warstwą kurzu i zapomniany. Jestem już w połowie kufla kwaśnawego piwa, a Marka nadal nie ma. Zaczyna mnie boleć głowa. Może z nadmiaru wrażeń, może z powodu specyficznego smrodu, który się tu unosi. Wiem, że jestem w odpowiednim miejscu, bo rezerwacja się zgadzała, mimo to sprawdzam jeszcze raz wiadomość od…
Co jest! Co do cholery?! Nim uniosłem głowę, ktoś założył mi coś na nią i mnie ciągnie. Szarpią mnie. Ratunku! Ratunku!!!



    Ohydne to piwo. Łupie mnie po nim tak, że… Gdzie ja jestem? Zrywam się, ale coś mnie mocno trzyma. Jestem przywiązany do czegoś. Głowa pulsuje z bólu. Przypominam sobie i robi mi się lodowato. Czekałem na Marka, patrzyłem w telefon. Ktoś… Ze dwóch mnie wyciągnęło zza stolika, uprzednio zakładając mi coś na głowę. Chyba worek czy szmatę. Wywlekli mnie stamtąd jak szmacianą lalkę. Chciałem się szarpać, nie miałem siły. Chciałem krzyczeć, wołać o pomoc, nie mogłem. Jakby ktoś wyciągnął ze mnie wentyl, wypuszczając całą energię życiową. Wrzucili mnie do samochodu, chyba na tylne siedzenie. Zabujało, a potem… W tym aucie ktoś mnie musiał rąbnąć w głowę i najwyraźniej straciłem przytomność. Bezskutecznie, instynktownie się szarpię. Rozglądam się. Co to za miejsce? Gdzie oni są? Nikogo nie widzę, ale nie mogę się odwrócić. Czuję metaliczny zapach krwi i czegoś jeszcze. Wytężam wzrok i uświadamiam sobie, że nie mam szans nic zobaczyć. Czerń. Mam przecież wciąż jakąś szmatę, grubą, ciężką szmatę na głowie i twarzy. Śmierdzi. Albo to ja śmierdzę w niej. Czuję silne podmuchy. Przeciąg? Gdzie do cholery jestem? Pytam, ale wydobywa się ze mnie tylko bełkot. Mój język jest jak drewniany kołek. Jak strasznie chce mi się pić... 
Ktoś tu jest. Czuję czyjąś obecność. Za mną? Nic nie słyszę, prócz szumu wiatru, ale wiem… Kroki! Słyszę kroki! Musiał mnie obserwować, a teraz podchodzi. Z każdym ciężkim postawieniem buta nasila się we mnie panika. Głowa pulsuje. Pulsuję strachem.
– Gadanie z policją to błąd – rozlega się tuż za mną. Jęczę mimowolnie, chcę coś powiedzieć, krzyczeć, błagać o litość – Skamlesz jak pies. Nikt cię tu nie usłyszy. Ta twoja żonka też będzie skamlała. Zaprowadziłeś nas do niej i tylko dlatego jeszcze żyjesz, chociaż wolałbym cię zabić od razu i mieć z głowy. Co wolisz? Zdychać długo i w cierpieniach czy dostać złoty strzał? Co? Mów głośniej, nie słyszę! – facet drze mi się do ucha. – Złoty strzał w zamian za wszystko, co wiesz. Masz tu próbkę, to będzie ci się łatwiej mówiło.
Wykręca mi związaną rękę tak, że niemal czuję skrzypienie kości, która zaraz się złamie. Uderza boleśnie kilka razy w wewnętrzną powierzchnię i czuję ukłucie. Zimny płyn wdziera się do żyły. Łzy same mi lecą. 
    Cisza. Jest cicho. Gdzie on jest? Znowu straciłem przytomność? Minęła sekunda czy godziny? Ból głowy, ból całego ciała, zdrętwiałe ręce, plecy. Wszystko niby moje, a jakby obce. Ból staje się osobnym bytem, gdzieś obok. Daje się znieść. 
– Jak się nazywasz? – pada pytanie.
– Andy Horn – mówię ostrożnie po chwili wahania. Mój głos brzmi dziwnie, ale słowa są wyraźne. Mogę mówić.
– Gówno prawda! Doskonale wiem, kim jesteś. Taki sprytny jesteś? Węszysz sobie i myślisz, że dadzą ci medal? A może podzielisz się tym, co wiesz?
– Nic nie wiem, ja tylko przyjechałem, żeby pomóc Gr… – ałłł…  o kurwa! Uderzył w krzesło i poleciałem na ziemię, uderzając głową. Coś gorącego zalewa mi oko. Krew. Znowu ten ból. Mój czy nie mój…
– O czym pierdolisz godzinami z policją? Co ci Grace powiedziała?! – dostaję kopniaka w brzuch, aż mnie zatyka. Ból rozlewa się po ciele jak piekąca lawa. Jest coraz ostrzejszy, coraz bardziej mój. Jednak.
Dociera do mnie, że ktoś przyszedł. Przez szum w głowie nie mogę zrozumieć, co się dzieje, co mówią. 
– Szybko. Zabieramy go – identyfikuję słowa faceta, który mnie sponiewierał.
– Nie ma czasu – ktoś odpowiada. Są zdenerwowani. – Wyrzuć go!
Ktoś zaczyna mnie ciągnąć, ale rezygnuje. Słyszę, że odbiega. Ten drugi? 

Boli...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...