46. Wiadomość, której nie ma

     Próbuję zebrać w myślach wszystko, o co mnie dziś pytano i jakoś to złożyć z tym, co już wiem, ale chyba jestem zbyt zmęczony, by wyciągnąć jakieś sensowne wnioski. Gdybym był u siebie, poszedłbym na długi spacer z psami, dotleniłbym mózg… Cholera, strasznie mi tego brakuje. Jestem zmęczony siedzeniem na tyłku i przemieszczaniem się w taksówkach. Kusi mnie, by wyciągnąć na spacer panią aspirant, której towarzystwa chyba nie potrafię przedawkować, ale wtedy raczej będę myślał o czymś zupełnie innym. Muszę pobyć sam. Przejdę się po prostu wzdłuż Old Line. Birmingham ma więcej kanałów niż Wenecja, więc mam gdzie pospacerować.


Wokół mnie zamiast drzew wysokie budynki, których okna zaglądają do siebie nawzajem, wąskie ulice wykładane kostką, szeregi piętrowych domów. Docieram do Brindleyplace, przechodzę na drugą stronę kanału, mijam wąskie domy z czerwonej cegły oddzielone od wody obudowanymi murem kwadratowymi trawniczkami szumnie zwanymi ogrodami. Irytuje mnie takie bezcelowe łażenie, niestety dziś nie czuję klimatu tego miasta. Lepiej będzie wrócić na Brindley, przechodzę więc mostkiem dla pieszych między centrum handlowym a biurem pośrednictwa pracy i wchodzę w strefę przyjazną ludziom utrudzonym codziennością, czyli jedną z wielu dzielnic pełnych restauracji, kawiarni i knajpek. Prawie wszędzie wiszą kartki z informacją, że trzeba zarezerwować stolik. Wędruję między lokalami, wreszcie wchodzę do The Figure Of Eight i zamawiam piwo. Nie potrafię sobie wyobrazić, że jeszcze niedawno te wszystkie miejsca ziały pustkami, chociaż i teraz nie ma tu tłumów. Wciąż wszędzie widać ślady pandemii, z której powoli wydobywa się Europa – tabliczki zapewniające czystość zdezynfekowanych stolików, maseczki, ograniczenia… Mogłem zabrać ze sobą laptopa, spokojnie skorzystałbym z WiFi w lokalu. Rozglądam się. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Jako że jestem sam i nie wypada gapić się na innych, wsadzam nos w telefon. Monika znowu pisała. O psach, o tym, że noga boli ją na deszcz i wciąż martwi się o Grzegorza. Przeglądam zdjęcia, które wysłała mi wcześniej. Psiaki wyglądają na zadowolone. Personel hotelu, za który słono płacę raczej nie przysłałby smętnych fotek. Dopijam piwo i zamawiam następne, gdy dzwoni Rafał. Ledwie go słyszę, więc wychodzę na zewnątrz, gdzie jest odrobinę ciszej. Wieczór jest ciepły, ale trochę wieje. Tutaj właściwie zawsze wieje. 

– Tak, jestem już na miejscu. Sorry stary, nie miałem głowy, by zadzwonić – usprawiedliwiam się i odpowiadam na pytania kumpla, który jest ciekaw, co z Grace – Na razie gadam z glinami. Właściwie bawimy się w tysiąc pytań do, ale nie wiem, czy za prawidłowe odpowiedzi będzie jakaś nagroda – wraz z drugim piwem wraca mi humor.

– Gadałeś ostatnio z Markiem? Pytał o ciebie.

– Nie, na razie nie, ale wiesz, jeśli masz z nim kontakt, zapytaj, czy ma coś nowego, wiesz, coś istotnego, o czym powinienem wiedzieć.

– Myślisz, że mi cokolwiek powie? Wiesz, jaki on jest, a ja nie chcę się mieszać. 

– Nie musi wchodzić w szczegóły. W razie czego powiedz mu, że jeszcze co najmniej kilka dni posiedzę w Birmingham.

– Nie ma sprawy. A do Poole nie wpadniesz? Pogadalibyśmy o starych karabinach.

– Nie da rady. Jestem tu z polską policjantką.

– Uuu… no to ja nie przeszkadzam, stary. Widzę, że u ciebie się dzieje – Rafał się rechocze.

– To nie tak jak myślisz, kochanie – śmieję się.


    Wracam do środka, by odwiedzić WC i zamówić kolejne piwo. Gdy siadam ponownie na swoim miejscu w rogu, Rafał znowu dzwoni. Mark zaproponował spotkanie. Jutro prześle mi adres. W porządku. Jestem wstawiony. Moje szare komórki nie mają najmniejszej ochoty analizować poważnych spraw. Wracam myślami do aspirant Dwornej. Jest taka… nietypowa. Zupełnie inna niż kobiety, które do tej pory poznawałem. Piekielnie inteligentna, ale nie zarozumiała. Szczupła i delikatna, ale z pewnością w razie potrzeby powaliłaby mnie na ziemię w sekundę. Nawet nie miałbym szans. Niesamowicie płynnie przeobraża się z twardej gliny w uroczą dziewczynę, chociaż jako glina też jest urocza. Uroczo–twarda, uroczo–silna, uroczo–ambitna… hm… chciałbym, żeby była tu teraz ze mną, żebym mógł patrzeć na nią, słuchać jej, a nie tylko… Perlisty śmiech przebija ogólny gwar i mimowolnie spoglądam na jego źródło. Dwie dziewczyny patrzą na mnie i śmieją się. Ze mnie? Do mnie? Dwie czy cztery? Przecieram twarz i uśmiecham się do nich. Chyba przed chwilą szczerzyłem się sam do siebie. Albo do pustego kufla. Cóż. Czas na mnie. Już ciemno, a trzeźwy nie jestem. Może wezmę taksówkę.

Chłód nocy przyjemnie omiata mi twarz. Chyba się jednak przejdę. Mijam puby jak wyspy, na których jest głośno, wesoło i jaskrawo. Między nimi, jakby ktoś trochę skręcił potencjometr i przyciemnił. Wyspy są coraz rzadziej, wysokie budynki częściej… Zadzieram głowę do góry. Między ścianami na niebie tańczy kilka gwiazd. Tracę i łapię równowagę. To niedobry pomysł. Przed siebie patrz albo pod nogi, Leoś. Albo Andy. Albo Luc. Albo Waldek. Waldi. Waldemar. Oho, ojciec nie lubił zdrobnień. Dla niego zawsze byłem Waldemarem. Waldemarze. Waldemarowi. Waldemar! Heh… Tylko ciotka Wera mówiła mi Waldi. Tak miękko, miło, z troską. Ciotka Wera… Tak bardzo chciałbym z nią pogadać. Ona zawsze wie, co robić, jak rozgryźć każdy problem. Dlaczego ja do niej nie dzwonię? Dlaczego? 

– Dlaszego? – mówię na głos. Brzmię śmiesznie, głupkowato. Nie chcę być durniem, który gada do siebie na ulicy. Ciotka Wera machnęłaby ręką i powiedziałaby, że to normalne i wcale nie jestem durniem. Ona wszystko rozumiała, wszystko by mi wybaczyła… Ale cicho. Cholera, źle idę. Miałem skręcić w prawo, a jestem już przy Sheepcote Street. Ooo, aleś się wydarł. Sygnał wiadomości właśnie przeszył ciszę ulicy. Ciekawe komu przyszło do głowy teraz SMS-ować. Może Monika z Ulką popiły i fantazjują. Rechoczę. 

Are u lost? 

Co? O co chodzi? Od kogo to?

Who’s asking? – odpisuję.

U want to know too much – wyświetla się prawie natychmiast. 

It's very dangerous. – następny. 

Alone at night on the street…

Someone could hurt u.

Nobody would notice.


Zdania wskakują jedno po drugim.


    Serce wali mi tak, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Odrywam wzrok od ekranu. Gorączkowo się rozglądam. Chwilę trwa, nim wzrok skupiony na rozświetlonym ekranie telefonu odnajdzie kształty w ciemności. Jest pusto. Nie ma żywej duszy. Robi mi się gorąco, trzeźwieję w jednej chwili. Boję się zerknąć na telefon i stracić z oczu okolicę, ale to silniejsze ode mnie.

She died coz of u. – wyświetla się dokładnie w momencie, gdy patrzę. Idę, prawie biegnę w kierunku hotelu, lustrując gorączkowo okolicę. Jestem już blisko. Puszczam się biegiem. W drzwiach jeszcze przystaję, by się rozejrzeć. Latarnie i światła budynku idealnie oświetlają ulicę. Z pewnością nikogo tu nie ma. Wewnątrz cisza. Wpadam do windy i jadę do góry. Drżącą dłonią budzę telefon. Czytam jeszcze raz.


Zgubiłeś się?

Chcesz za dużo wiedzieć.

To niebezpieczne.

Sam nocą na ulicy…

Ktoś mógłby cię skrzywdzić.

Nikt by nie zauważył.

Ona umarła przez ciebie.


    Wyciągam pospiesznie kartę – klucz z kieszeni, gdy winda wypuszcza mnie na właściwym piętrze. Pędzę do swojego pokoju jak do schronu, ale… drzwi są niedomknięte. Otwarte. Co jest?! Wchodzę. Zapalam wszystkie światła. Z duszą na ramieniu zaglądam do łazienki i szafy. Drzwi na balkon są zamknięte. Nikogo tu nie ma. Laptop. Dokumenty. Są. Wszystko jest. Chyba. Nie chyba, na pewno. Pokój wygląda dokładnie tak, jak wtedy, gdy wychodziłem. Nic się nie zmieniło. Może ktoś podłożył mi kamerę albo podsłuch. Biegam, sprawdzam każdą szparę. Nic, kompletnie nic tu nie ma. Inka! Wybiegam z pokoju i już, już mam pukać do jej drzwi. Chwila. Pokój był otwarty, ale nic nie zginęło, nic nie zmieniło miejsca. Wyjmuję telefon i powoli przesuwam palcem po ekranie, by zaraz pokazać jej... Ostatni SMS od Moniki. Co? Gdzie tamte? Gdzie do cholery… 

Po dłuższej chwili sterczenia pod na korytarzu wracam do pokoju. Zamykam cicho drzwi. Siadam na łóżku i zaciskam powieki. Czuję strużkę potu na skroni i pod koszulką wzdłuż kręgosłupa. Spokojnie. Sprawdź na spokojnie jeszcze raz. Przeszukuję telefon. Nie ma. Nie ma! Kurwa, nie ma. 

Gdybym zbudził Dworną, co bym jej pokazał, powiedział? Ot, nawalony wróciłem z miasta i pieprzy mi się w głowie. Sprawdzam jeszcze drzwi, balkon. Kładę się w ciuchach. Nie zasypiam. 


Tym razem to ja czekam na nią. Do rana nie zasnąłem. Siedziałem na balkonie, gapiąc się w gwiazdy, walcząc z kacem i kłębowiskiem myśli w głowie. Rozkręciłem laptopa, by się upewnić, że nic mi w nim nie zostawiono, potem sprawdziłem dokładnie, czy nic nie zainstalowano. Mam oczywiście hasło. Mocne hasło, ale nie znam przeciwnika. Teoretycznie komputer jest czysty. 

 Ona umarła przez ciebie. Kto? Ana? Tamta dziewczyna? Grace? Może dowiem się za godzinę lub dwie, że już jej nie ma? O co tu do cholery chodzi? A może Inka jest w niebezpieczeństwie? Zrywam się w jednej chwili. Jak mogłem nie sprawdzić. Siedziałem tuż obok całą noc...

– Coś się stało? – policjantka uchyla drzwi i patrzy na mnie czujnym wzrokiem, choć po fryzurze widać, że wyciągnąłem ją z łóżka. Nic jej nie jest, po prostu spała. – Która godzina?

– No, właśnie… chyba coś mi się przestawiło, myślałem, że zaspaliśmy… – bąkam jak dzieciak – Przepraszam. Kładź się jeszcze, przepraszam – odchodzę pospiesznie do siebie.

– Nic się nie stało, i tak za chwilę będzie dzwonił budzik. Wszystko w porządku?

– Tak, tak, przepraszam – powtarzam, bo nic innego nie potrafię wyartykułować.


– Późno wróciłeś? – Inka badawczo mi się przygląda, gdy jedziemy do biura policji. Nie wyczuwam w jej głosie oskarżenia, wyrzutu czy pretensji, po prostu pyta.

– Właściwie tak. Zasiedziałem się w pubie. Niepotrzebnie. Teraz mi głowa pęka. Za dużo piwa – uśmiecham się słabo.

– Wziąłeś proszka? – sięga do swojego czarnego plecaka, z którym się tu nie rozstaje, gdy kręcę przecząco głową i podaje mi tabletkę.

– Dzięki.

Inka sprawdza godzinę i mówi do kierowcy, gdzie chce wysiąść.

– Mamy kilka minut w zapasie, więc wstąpimy na śniadanie. Wyglądasz, jakbyś desperacko potrzebował energii – oświadcza. – Rozmawiałam wieczorem z tutejszym komisarzem, którego nie było wczoraj w mieście, a zajmuje się bezpośrednio sprawą Latison. Chce jeszcze z tobą porozmawiać, a potem pojedziemy do niej. On chce być przy waszym spotkaniu.

– Czyli to dziś – mówię, by powiedzieć cokolwiek. Wysiadamy z taksówki przy Temple Row i idziemy wzdłuż ulicy. Inka zdecydowanie obiera kierunek, jakby była u siebie i wiedziała dokładnie dokąd zmierza. Podporządkowuję się bez słowa i człapię za nią.

– Może tu? – pyta i, nie czekając na odpowiedź, wchodzi do Nero Caffe. Od progu pachnie świeżymi rogalikami, aż skręca mi się żołądek. – Tu na pewno dostaniemy dobrą kawę. Dla ciebie chyba podwójne espresso. Nie masz problemów z ciśnieniem? 

Przepycham posiłek wraz z gorzką kawą przez wciąż zaciśnięte gardło, mając nadzieję, że żołądek będzie łaskawy i przyjmie otrzymane właśnie dary bez marudzenia. Inka zajada ze smakiem i sprawdza pocztę elektroniczną w telefonie, po czym wyłącza go, jakby nic ciekawego nie przyszło. Może chodziło jednak o Anę? Gdyby ktoś sprzątnął Grace, powiadomiliby już Dworną. Nie siedziałaby tu taka wyluzowana. 


    Pogrążam się w kółko w tych samych myślach, ciężko mi się skupić. Znowu o coś pytają, więc odpowiadam, prowadzą gdzieś, więc idę, poddaję się całkowicie, a minuty, godziny lecą. Cały czas zastanawiam się – powiedzieć im czy nie. Nie mam dowodów na nic, jednak...

– Hej, weź się w garść – Inka szepcze mi wprost do ucha – Będę z tyłu, ok? Idź. 

Cholera, jesteśmy już na miejscu? Duże zdjęcia przestrzennych krajobrazów ożywiają jasny korytarz sprawiając, że wydaje się bardzo przyjaznym miejscem. Przede mną wyrasta przeszklona ściana, przez którą widać pastelowe wnętrze dużego pokoju z okrągłym stołem pokaźnych rozmiarów. Siedzi przy nim zgarbiona osoba. Wygląda, jakby przyglądała się swoim dłoniom splecionym na podołku. Grace? Wchodzę do środka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...