45. Z Inką w stolicy West Midlands

    Ciekawe czy również w tym hotelu Grace spędziła noc z jedną ze swych ofiar. Przeszywa mnie nieprzyjemny dreszcz, gdy patrzę na szerokie łoże w mojej tymczasowej sypialni w Birmingham. Na prokuratora Rodeya zarzucała sieć w tutejszym Hiltonie. Możliwe, że... Co za absurd. To drugie po Londynie największe miasto w Anglii i pewnie są tu dziesiątki jak nie setki hoteli. Mam nadzieję, że jeśli uwodziła kogoś w tym budynku, to przynajmniej nie w tym pokoju. Dlaczego w ogóle to tym myślę? Wychodzę na balkon, by świeże powietrze pomogło przegnać idiotyczne skojarzenia. Biorę głęboki oddech i zamykam na chwilę oczy, by zaraz je otworzyć i podziwiać z góry rozpościerające się przede mną miasto. Jest już po zachodzie słońca, więc pod ciemniejącym niebem przybywa rozedrganych elektrycznych świateł, migających neonów i obsypanych rzędami świetlistych punktów budynków. Coraz bardziej odznaczają się setki kolorowych logotypów sklepów i przeróżnych firm. Ulicami wciąż przesuwają się sznury samochodów, a hałas miasta zlewa w jednolity szum, z którego od czasu do czasu wybija się przeciągły dźwięk karetki lub radiowozu na sygnale ginący po chwili gdzieś w dali. Stare i nowe budowle wyglądają, jakby trwały zaklinowane między sobą w walce o przestrzeń miasta. Mam świetny widok na Bull Ring. Pierwszy raz widzę to ogromne, rozrośnięte zuchwale centrum handlowe z tej perspektywy. Wieże zabytkowego kościoła świętego Marcina, choć strzeliste i wysokie, wyglądają jak wiekowy, pokurczony dziadek, który przycupnął nieśmiało przy napompowanym i rozpychającym się Selfridges Building i dominującej nad nim cylindrycznej Rotundzie. Czuję delikatny zapach. Chyba go znam. 

– Niesamowity widok – słyszę głos właścicielki zmysłowych perfum. Aspirant Dworna wygląda zupełnie inaczej niż zwykle. Stoi tuż obok, na swoim równie niewielkim, jak mój balkonie i po prostu patrzy zachwycona w dal. Jej włosy miękko falują przy każdym ruchu. Nawet nie wiedziałem, że są tak długie. Zawsze chowa je z tyłu, ściska w koku. – Dla pana to pewnie standard. – zerka na mnie, ale zaraz znowu błądzi wzrokiem daleko, chłonąc obraz miasta. – Wszystko w porządku?

– Yyy… tak. Rzeczywiście, piękny widok, chociaż taki… wymieszany – ależ głupio teraz palnąłem – To znaczy, mam na myśli pod względem architektonicznym.

– Niezwykłe połączenie, oryginalne. Mnie się podoba. Czuję się trochę jak na wakacjach – śmieje się – Aż by się chciało pójść w to miasto.

– Pora jeszcze wczesna, mógłbym ci, pani pokazać…

– Nie wątpię, jednak nie mogę zapominać, że i tu jestem w pracy. Przed siódmą ruszamy. – Na myśl o obowiązkach prostuje się i mimo braku munduru, przypomina policjantkę. Trudno mi oderwać wzrok od jej smukłych ramion i kształtnych piersi, które unoszą się z każdym oddechem pod cienką, „cywilną” bluzką.

– Tak wcześnie? – jęczę – Od rana mam przypominać Grace kim jest?

– Zanim do tego dojdzie, czeka pana jeszcze rozmowa z tutejszą policją i cała masa formalności. Nie wiem, czy już jutro uda się z nią zobaczyć. 

– No tak, kryminalni pewnie przebierają nóżkami.

– Już dawno chcieli pana przesłuchać.

– Wygląda na to, że trzeba będzie iść spać tuż po dobranocce – ależ ze mnie tani żartowniś. Czego oczekuję? Że zejdzie ze mną do baru, będziemy pić i bawić się przez resztę nocy? Nawet nie przeszliśmy na ‘ty’ i wcale się nie zanosi. Ona jest przecież w pracy, a ja…

– Przejdę się jeszcze do restauracji, nie potrafię zasnąć bez kolacji.

– Świetny pomysł! Właściwie jestem głodny jak wilk – prawie podskakuję z radości – Może pójdziemy razem?

– Chętnie. Za pięć minut przy windzie?


    Gdy talerze są już na wpół puste, ona ledwie umoczyła usta w czerwonym winie, a ja wchłonąłem dwa kieliszki, zaśmiewamy się z historii o tym, jak zostałem opiekunem czwartego psa. Ciekawe. Wcześniej nie wydawało mi się to tak zabawne. 

– Na niektóre starsze panie trzeba uważać – Inka nadal się śmieje – są sprytniejsze, niż może się wydawać. Zaprowadziłeś do niej wszystkie cztery na czas wyjazdu?

– Nie, ale szkoda, że nie wpadłem na taki pomysł. Chociaż nie wiem, czy psy by to zniosły. Są w psim hotelu. – wyjaśniam. Szczerze powiedziawszy, trochę się o nie martwię i… tęsknię.

– Nie tęsknisz?

– Skąd wiesz? – uśmiecham się. Muszę przestać, ileż można się szczerzyć?

– To teraz twoi najbliżsi – wzrusza ramionami i sięga po kieliszek – W dodatku zależni od ciebie.

– Monika zapewniła mnie, że to dobry hotel. Zostawiała tam już Hrabka i była bardzo zadowolona z opieki. Zna właścicielkę i… nie miałem innego wyjścia.

– No tak, zmusiliśmy cię do wyjazdu.

– Nie żałuję – patrzę jej w oczy. Szkoda, że nie mam już wina. Zasycha mi w gardle, gdy wytrzymuje mój wzrok. Zerkam w kierunku baru.

– Przed nami niekoniecznie łatwe dni. Ostrzegam, że może być ciężko – spoważniała.

– Przeżyłem komisarza Wrotę, przeżyję i tych tutaj – odpowiadam i już wiem, że to było słabe.

– Mam na myśli spotkanie z Grace. Jej reakcja na twój widok może być różna, chociaż liczę na to, że będzie jakaś.

– Masz rację. – Nie, nie chcę teraz rozmawiać o Grace. Nawet nieobecna potrafi wszystko popsuć. Zamawiam jeszcze jeden kieliszek wina, podczas gdy Inka wciąż sączy pierwszy. Jest niezwykła, śliczna, nie potrafię oderwać od niej oczu.


Nie było chyba nawet dwudziestej trzeciej, gdy grzecznie wróciliśmy do swoich pokojów, a ja wkrótce zasnąłem jak kamień. Dobre towarzystwo, kolacja i wino zrobiły swoje. Mam wrażenie, że minęła nie więcej niż chwila, gdy budzi mnie energiczne pukanie. Pod powiekami nadal zachwyca mnie wspomnienie błyszczących oczu w kolorze złocistego miodu.  Jest szósta rano – godzina, która powinna być ustawowo zakazana do wstawania. Zerkam na telefon. No tak. Przed pukaniem Inka wysłała SMS-a i dzwoniła, ale wyciszyłem wczoraj wieczorem komórkę i zapomniałem o tym. Bardzo mi się nie chce, ale wstaję. Myśl o tym, że spędzę z moją ulubioną policjantką najbliższe minuty, nawet jeśli to tylko jazda taksówką, działa mobilizująco.


Przebiliśmy się przez miasto i dzieli nas już tylko jedna przecznica od budynku, w którym mieści się siedziba policji. Inka jest wyraźnie zdenerwowana nieuchronnym spóźnieniem. Teoretycznie dojazd powinien nam zająć pół godziny, my wyjechaliśmy z trzydziestominutowym zapasem, a i tak wciąż tkwimy w taksówce. Chyba wolałaby być w służbowym stroju, skoro założyła ciuchy kolorem łudząco przypominające mundur, a włosy ściągnęła w węzeł nad karkiem. Linia jej szyi… muszę się zmusić, by patrzeć przez okno. To miasto jest jeszcze bardziej zatłoczone niż wówczas, gdy w nim bywałem, a przecież już wtedy było cholernie ciasno i stało się czasem godzinami w korkach. Moja osobista policjantka siedzi sztywno i skubie skórkę przy paznokciu, najwyraźniej bardziej przejmuje się tą wizytą niż ja. 

Wkraczamy pospiesznie do holu, gdzie zaraz legitymujemy się, ja oczywiście dokumentami Andyego Horna, ona swoją legitymacją i niemal natychmiast wyrasta przy nas funkcjonariusz, który zaprasza nas dalej. Od razu rozpoznaję u faceta mocny akcent brummy, charakterystyczny dla wielu ludzi rodem z Birmingham. Na szczęście dla mnie to pestka, a jeśli Inka będzie potrzebowała pomocy, chętnie… Moje bohaterskie plany przerywa głos Dwornej, która właśnie streszcza policjantowi cel naszej wizyty. Swobodnie odpowiada na jego wymamrotane byle jak pytania. Cóż, chyba jednak poradzi sobie bez mojego lingwistycznego wsparcia. Pocieszające jest za to, że zanosi się, iż będziemy rozmawiać z nimi razem.

Zapraszają nas do jasnego i przestronnego pokoju wyglądającego zupełnie jak niewielka sala konferencyjna. Częstują wodą. Nie spieszą się. Ja i Inka obok siebie, czterech Anglików wyraźnie po drugiej stronie. Miło mieć sprzymierzeńca. Tylko czy na pewno nim jest?

Podobnie jak w Polsce, najpierw sprawdzenie danych, formalności, podpisywane oświadczeń i pytania, pytania, pytania… Tak, rozwiedliśmy się z powodu licznych zdrad żony, tak, wyjechałem, nie, nie kontaktowałem się z nią po rozwodzie, tak, groziła mi, tak, właśnie dlatego postanowiłem wyjechać jak najdalej i tu cała opowieść, dlaczego akurat do Polski, dlaczego zmieniłem nazwisko, dlaczego, dlaczego, dlaczego… Dworna słuchała, czasem notowała i patrzyła na mnie, jakby chciała mnie przyłapać na jakiejś nieścisłości. Ba, czasem sama zadawała podchwytliwe pytanie. Z seksownej, roześmianej dziewczyny z zeszłego wieczoru, która sprawiała wrażenie, że mnie lubi, zmieniła się w zdystansowaną profesjonalistkę. Musiałem w szczegółach opowiedzieć o dosłownie wszystkim, co robiłem w Poole, o znajomych, terapii, przeprowadzce do Polski, okolicznościach i znalezieniu ciała Any. Zapisali sobie nawet, że mam dostarczyć faktury z wizyt u doktora Johansona. Omówiliśmy wszystkie szczegóły na temat kontaktów z Kate, chociaż doskonale wiem, że mają każde słowo, jakie z nią wymieniłem. Dlaczego, po co, jak… 

Po kilku godzinach przesłuchania, bo inaczej tego nie mogę nazwać, stoję przy automacie ze śmieciowymi przekąskami i dosłownie trzęsą mi się ręce ze zmęczenia. Jestem głodny, wykończony i autentycznie mam wszystkiego dość. W dodatku czuję na sobie wzrok Dwornej. 

– Batonika? – proponuję.

– Nie, dzięki.

– Chyba spadł mi cukier – usprawiedliwiam drżenie rąk.

– To było męczące – przyznaje ona, choć wygląda tak samo rześko, jak nad ranem.

– Wycisnęli mnie jak cytrynę – przyznaję i wyjmuję jakiegoś rogala, który najbardziej przypomina jedzenie ze wszystkich oferowanych produktów.

– Pospiesz się z tym, zaraz nas zawołają na drugą część wyciskania cytrusów – wskazuje na mój skromny posiłek i uśmiecha się nieznacznie. Mam nadzieję, że dziś znów spędzimy razem wieczór.


Jestem z siebie dumny. Chociaż w siedzibie tutejszej policji panuje dużo większy chaos i harmider niż na polskiej komendzie, nie wszystkiego pilnują i łatwiej się wkraść do systemu, to za to, jak już dorwą ofiarę do przepytywania, robią to do końca. Mimo to stanąłem na wysokości zadania, nie zagięli mnie, nie zagonili w kozi róg, w którym poległbym sromotnie, wyjaśniłem wszystko, każdy szczegół tak jak trzeba, pozostając nieskazitelnym, niewinnym obywatelem, któremu życie od dziecka rzucało kłody pod nogi. Nie było łatwo. W dodatku czułem się obserwowany przez Inkę, która nie tylko zda szczegółowy raport Wrocie, ale też ocenia mnie, a tak się składa, że chcę u niej zapunktować najwyżej, jak się da. Z jednej strony jej obecność była dodatkowym stresem, z drugiej naprawdę czułem się bezpieczniej, choć z pewnością nie jest moim adwokatem i ani razu nie przyjęła choćby cienia takiej roli. Była obok. To wystarczyło. 

Jak przewidziała, dziś nie spotkam się z Grace i szczerze powiedziawszy, czuję ulgę. Mam dość na dziś. W dodatku teraz uświadamiam sobie, że zwyczajnie boję się spotkania z nią, spojrzenia w jej oczy. Jeszcze niedawno miałem nadzieję, że już nigdy, przenigdy jej nie zobaczę. Nie wyobrażam sobie jej inaczej jak drwiącej ze mnie, oskarżającej. Nie jestem jej nic winien, niczego złego nie zrobiłem, a jednak obawiam się. Jutro rano skontaktują się z Inką i powiedzą, czy lekarz dał zielone światło. Jeśli nie, będziemy czekać. Idę pod prysznic. Muszę zmyć ten dzień.

Od niemal godziny siedzę na balkonie, a ona nie wychodzi. Ma otwarte drzwi balkonowe, więc da się słyszeć rytmiczne uderzenia w klawiaturę. Pewnie pracuje, zdaje szczegółowy raport komisarzowi. Kusi mnie, by też wyciągnąć laptopa i przede wszystkim sprawdzić, co napisał Mark. Na bank ma mnóstwo nowych wieści. Waham się. Zamiast tego odbieram wiadomości na Skype od Moniki. Pisze, że psy trochę przeżywają, nie jedzą (z wyjątkiem Fusi, która zawsze ma wszystkich w głębokim poważaniu), ale jutro na pewno będzie lepiej. Wysyła zdjęcia, które dostała od właścicielki psiego hotelu. Słyszę, że Inka zamyka szczelnie balkon. Pewnie rozmawia przez telefon i nie chce, bym podsłuchał. Czekam, aż skończy wreszcie pracę i mam wielką nadzieję, że znów zrzucimy oficjalny ton i pójdziemy razem na kolację.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...