44. Pies psu nierówny

 To było osobliwe doświadczenie. Dojechałem za radiowozem do pierwszego skrzyżowania i zacząłem na nich trąbić, by łaskawie zwrócili na mnie uwagę. Gdy policjantka siedząca na fotelu pasażera zajrzała do tyłu przez ramię, pomachałem do niej i mimowolnie uśmiechnąłem się całą gębą. Zjechali na parking najbliższego sklepu, a ja za nimi. Ich poważne miny skutecznie starły kretyński uśmiech z mojej twarzy. 
– Już myśleliśmy, że pan nas unika – zaczyna Dworna, gdy wsiadłem do niebiesko-srebrnego auta – Coś pan u nas ostatnio zostawił – podaje mi pendrive’a, bacznie mi się przyglądając. Nie ma sensu się wykręcać.
– Przepraszam.
– Ależ nie ma za co. Rozumiem, że jest pan bardzo ciekaw pracy policji, tylko widzi pan, mamy dobre zabezpieczenia.
– Za próbę… – włącza się drugi policjant, ale przedmówczyni przerywa mu, podnosząc dłoń.
– O tym kiedy indziej. Mamy ważniejsze sprawy do omówienia. Widzimy, że jest pan bardzo zaangażowany w sprawę Any Janiv, panie... Fikcyjny. Jeśli chce pan się czegoś dowiedzieć, lepiej i uczciwiej zapytać.
– Uzyskałbym odpowiedź?
– To zależy od pytania – uśmiecha się niezbyt przyjemnie – Jak pan się zapewne orientuje, zazwyczaj to my jesteśmy od zadawania pytań.
– Nawet tutaj?
– Porozmawiać można wszędzie, prawda? Chcieliśmy złożyć panu wizytę w domu, ale nie zastaliśmy.
– I nie odbierałem telefonu. Tak, tak. – Wyjmuję mój aparat, który nadaje się już tylko na śmietnik, by się usprawiedliwić – Nie działa. Dlatego za wami tak leciałem.
– No tak – tym razem uśmiech aspirant Inki jest bardziej pogodny. – Przyjechaliśmy, by zapytać o Anę Janiv i pańską byłą żonę Grace Latison. Czy według pana coś łączy te kobiety?
– Myślę, że tak – odpowiadam po chwili namysłu. Skoro o to pytają, to znaczy, że sami dodali już dwa do dwóch. Wiedzą czym Grace się zajmowała, z kim współpracowała i kogo kryła, muszą zatem wiedzieć, że mogła mieć też kontakt z oszpecanymi kobietami, może coś wiedzieć o morderstwach.
– Co pan w takim razie myśli?
– Kobietę z blizną już kiedyś spotkałem – decyduję się opowiedzieć o dziewczynie z pubu. Muszę pokazać, że chcę pomóc. Dworna słucha cierpliwie, ale mam wrażenie, że niczego nowego jej nie przekazuję, więc kończąc, pytam – Wy już o tym wiecie, prawda?
Policjantka nieznacznie kiwa głową, nic nie mówiąc.
– Z tego, co pan mówi, wcześniej był pan przekonany, że Ana Janiv to ta sama osoba, którą widział pan w Birmingham, tak? Dlaczego zmienił pan zdanie? – pyta dalej, a mnie rozjaśnia się w głowie. Arleta Wiązer! To ona musiała im powiedzieć. Chciała ze mną rozmawiać nie z dobroci serca, tylko dlatego, że policja jej to zleciła! To musiała być ona.
– Bo ostatnio znalazłem artykuł w internecie o tym, że w lesie niedaleko Londynu, w pobliżu miejscowości Marlow znaleziono zwłoki kobiety, które miały tajemniczą bliznę na szyi.
– Artykuł?
– Wzmiankę raczej, bo próbowano ustalić jej tożsamość – teraz mam ogromną nadzieję, że jakaś lokalna gazeta to podłapała i napisała choćby kilka zdań. Nie mogę przecież się przyznać, że grzebię w dokumentacji angielskiej policji, która najwyraźniej nie ma tak skutecznego oprogramowania antywirusowego, co tutejsza – Nie wiem, czy ustalono w końcu personalia tamtej kobiety. – dodaję. Wiem, że nie, ale oni nie muszą wiedzieć, że wiem. – Jeśli to była ta sama, z którą Grace rozmawiała kilka tygodni wcześniej na moich oczach, to fakt, że tutaj znalazłem zwłoki Any, jest cholernie dziwnym zbiegiem okoliczności.
– Istotnie, dwie denatki znalezione w różnych krajach, ale łączy je blizna i twoja osoba – podsumowała policjantka, a mnie zrobiło się nieswojo.
– Raczej moja była żona.
– Co może łączyć ją z Aną Janiv?
– Mam nadzieję, że wkrótce się dowiemy – mówię zamyślony.
– Wkrótce?
– No… gdy się znajdzie. Mam nadzieję, że się znajdzie – dodaję. Prawie się wygadałem.
– Panie Leopoldzie, byłoby dużo łatwiej, gdyby był pan ze mną szczery – Inka patrzy mi w oczy tak, że mam ochotę wszystko powiedzieć włącznie ze wsypaniem Marka. Na szczęście jakiś dzieciak śmignął z głośnym szurnięciem tuż obok radiowozu na hulajnodze, więc mam pretekst, by odwrócić wzrok.
– Ależ jestem. Niewiele jednak wiem.
– No dobrze – policjantka wzdycha, po czym zaskakuje mnie własną szczerością – Grace Latison została odnaleziona – wiem, że oboje bacznie obserwują moją reakcję, toteż staram się być tak bardzo zaskoczonym, jak tylko potrafię.
– Naprawdę? Och! To świetna wiadomość! – cieszę się.
– Tak. Tylko jest mały problem, panie Leopoldzie.
– Niech zgadnę. Nie chce mówić, zażądała adwokata i milczy jak zaklęta.
– Angielska policja wie, że przebywa pan w Polsce, wie również, że pana… że rozmawiamy. Chcą pana przesłuchać i skonfrontować z Grace Latison – kontynuuje.
– Tak? A po co? Wszystko już powiedziałem wam, a Grace na pewno nie będzie chciała ze mną gadać. Jeszcze gotowa obwinić mnie o wszystko, jak dawniej – tego ostatniego zaczynam się rzeczywiście obawiać.
– Grace Latison ma amnezję, być może łatwiej byłoby wywołać powrót pamięci, gdyby spotkała się, porozmawiała z kimś, kogo zna, z kim wiąże lub wiązała jakieś uczucia.
– O tak, jak mnie zobaczy, to tak się wścieknie, że od razu sobie wszystko przypomni – ironizuję.
– Nie chcą przyprowadzać do niej innych osób ze względu na to, że jej odnalezienie na razie jest tajemnicą. Ważne, by środowisko przestępcze, z którym miała kontakt, nie dowiedziało się zbyt wcześnie.
– Chcą ich uśpić. Sprytne. Tylko Grace nic nie mówi.
– Dokładnie. 
– I ja miałbym to zmienić?
– Spróbować.
– Ale ja nie mogę wyjeżdżać za granicę. Sami zalecaliście mi pozostanie na miejscu – droczę się niewinnie i strasznie mi się to podoba. Oczywiście z chęcią polecę spojrzeć Grace w twarz, jeśli to cokolwiek pomoże. Nie będzie mi łatwo, ale jestem gotów.
– Polecę z panem. Jeśli oczywiście góra zaakceptuje całą operację – Mówi Dworna, a ja muszę się powstrzymać, by nie wrzasnąć z radości jak dzieciak.

    
    Uruchamiam nowy telefon po przełożeniu karty i niemal natychmiast wskakuje na ekran wiadomość od Moniki: I co? Grzesiek jest podejrzany? Ciekawe, że nigdy nie interesowała się specjalnie Grzegorzem, a teraz tak wypytuje. Może Kłopocińska zaraziła ją bakcylem wścibskości? Zgodnie z prawdą odpisuję: Pracuję nad tym. Na razie nic nie wiadomo.
    Godzinę temu wysiadłem z radiowozu i zmierzałem do swojego auta, gdy w ostatniej chwili przypomniałem sobie o nieszczęsnym sąsiedzie. Naburmuszony kolega Dwornej, który raz uciszony miał focha i nie odzywał się do końca mojej wizyty w ich samochodzie, włączył silnik i wrzucił jedynkę, gdy wróciłem się i zapukałem w szybę po prawej stronie, by zapytać o Grześka. Wyjaśniłem, że krążą jakie dziwaczne plotki, a ja, jako ten dobry sąsiad – kolega martwię się o człowieka w depresji. Policjantka wsadziła nos w swój kajet i zwyczajnie spuściła mnie po brzytwie, mamrocząc, że za wcześnie, by cokolwiek mówić. Szyba podjechała w górę, a naburmuszony ruszył. Pozostało mi wrócić do swojego samochodu.

    Zaparkowałem pod domem, ale nie wysiadam, bo bawię się moim nowym telefonem. Dostosowuję ustawienia, by były takie jak w starym. Chciałbym ustawić taki sam dzwonek, tylko jak on się nazywał… 
    Co to za jazgot? Odrywam się od urządzenia. Oczywiście nikt inny, jak nie Kłopocińska Aniela, wyrasta mi przed oczyma.  Może z cztery, pięć metrów obok sąsiadka zaplątana w rozwiniętą do końca, kilkumetrową taśmę smyczy typu flexi wywrzaskuje coś i dziwacznie podskakuje, podczas gdy Bimber próbuje złapać pekińczyka, który zawzięcie doskakuje do niego, atakując długie łapy. 
– Zefirku! Zefir! Wracaj! Nie wolno! Wracaj tutaj, Zeeeefir! – właścicielka pekińczyka dobiega zdyszana do psów i krzyczy, machając rękami. – Przestań, Zefir!
– Zabierzże go, złap go! – dyszy Kłopocińska.
– Nie mogę! Zefir, dobry piesek, chodź do pańci natychmiast, no chodź, masz, zobacz, co pańcia ma dla ciebie, masz! Masz Zefirku! – kobieta człapie wokół jak kwoka z czymś w ręce, ale nie odciąga rozwścieczonego psiaka od nóg Bimbra, który nie ma jak się odsunąć czy uciec, więc wreszcie łapie go zębami za kark, aż rozlega się przeraźliwy pisk. – O Matko Boska! Zabierz tego psa, zabierz! – wrzeszczy jak opętana babka z serdelkiem, czy co ona tam ma w ręku.
– Do kurwy nędzy! Zapnij go Kryśka na smycz! – drze się Kłopocińska cała czerwona na twarzy z wysiłku. Nie może wydobyć się z coraz bardziej zaciskającej się na niej taśmy. Bimber trzyma w pysku wijącego się jak piskorz pieska, by ten nie dosięgnął go swoimi ząbkami. Wygląda, jakby nie wiedział za bardzo co ma dalej zrobić z pekińczykiem. Zakrywam usta, by nie parsknąć śmiechem.
– Nie mogę!
– Musisz!
– Ugryzie mnie! Zefirku mój!
– Bimber cię nie ugryzie, łapże tego kundla!
– Zefir mnie ugryzie, stara idiotko! To nie jest kundel! To pekińczyk, rasa mandżurska, ma rodowód, a ty sama jesteś… Zefir! Zefiruniu!
Patrzę oniemiały na scenę, która chyba dobiega końca, piesek bowiem z dzikim piskiem wyrywa się Bimbrowi i ucieka ile sił w krótkich łapkach. Waleczność i agresja wyparowały z niego w jednej chwili, ustępując miejsca panice. Właścicielka, nazwana przez Anielę Kryśką, puściła się truchtem za swoim pupilem, jednocześnie wołając go i wykrzykując inwektywy pod adresem Kłopocińskiej. Bimber tylko raz szczeknął, po czym spokojnie zaczął lizać pokaleczone łapy. 
– Co się pan gapisz?! Pomóżże! – oczywiście sąsiadka mnie dostrzega. Jak zawsze.


– Ja nie dam rady, panie Leopoldzie. To nie na moje lata. Pan zobaczy tę pręgi! – sąsiadka po tym, jak pomogłem jej wyplątać się ze smyczy, pokazuje mi rękę w czerwone paski, które zostały w miejscach, gdzie zacisnęła się taśma smyczy. Będą siniaki.
– Dobrze, że to nie linka, przecięłoby pani skórę do krwi – próbuję ją pocieszyć.
– Co pan mówi? Ja nie mogę z tym psem dłużej, to nie na moje lata, o nie – powtarza, kręcąc głową – A ta smycz! Jakiś diabeł ją chyba wymyślił! Przecież tego się nie da używać. Po co takie wyciągane? Wyciągnie się i tylko ręce tnie.
– Bo tak nie wolno łapać, trzeba zwinąć w razie potrzeby. – Tłumaczę jak dziecku. Kucam przed psem. Jego łapy nie wyglądają najlepiej. Z pewnością gorzej niż ręce Kłopocińskiej.
– Tak, tak, łatwo się mówi. Ten kundel Krystyny jest zupełnie niewychowany. Pan widział, co on wyprawiał? A ta kretynka sama się go boi! Skaranie boskie z tymi zwierzętami – sapie Kłopocińska.
– Bimber jest raczej grzeczny – zauważam.
– Bimber tak, ale panie, co ja z nim mam! On chyba przyciąga nieszczęścia! Co spacer, to… ach, panie Leopoldzie, pan ma psy Gwizdoniowej. Świeć Panie nad jej duszą. – Aniela wznosi oczy do nieba. – Pan sobie doskonale radzi. Naprawdę, podziwiam, jak pan nad nimi panuje.
– Dziękuję. Wie pani, to kwestia wprawy. Trzeba znać podstawy. Jeśli pani chce, mogę…
– Och, naprawdę z nieba mi pan spada! – przerywa mi żarliwie – Jest pan złotym człowiekiem! I takim profesjonalnym, absolutnie profesjonalnym. Bo widzi pan, ja myślałam, że Rurzyckiego wypuszczą do domu lada dzień. Inaczej bym się nie zgodziła. A teraz to już nawet nie wiadomo, co będzie! W sensie z Rurzyckim, bo on jest zamieszany, wie pan, ale mniejsza o to. – sąsiadka ma najwyraźniej potrzebę pogadania, więc nie przerywam, tylko zerkam na telefon. Trzy nowe powiadomienia..., od operatora i z banku. 
– Yhm...
– No, ale dla pana, z pana umiejętnościami i znajomością psiej natury to rzeczywiście żadna różnica, jeden w tę czy tamtą. Dziękuję najmocniej! Pan wybaczy, muszę doprowadzić się do porządku. Pan potem wstąpi po karmę, tak przy okazji, dobrze? Dziękuję! – Kłopocińska wyrzuca z siebie grad słów, gładząc spódnicę i pokazując pozaciągane rajstopy na łydkach. Podnoszę wzrok jej twarz. Zanim dociera do mnie pełnia sensu jej słów, ściska mnie serdecznie za ramię i żwawo odchodzi w kierunku drzwi budynku. Uświadamiam sobie, że trzymam w ręku smycz. Chyba mam déjà vu… Otwieram usta, by zaprotestować, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Za późno. Drzwi za sąsiadką zamykają się z jęknięciem. Chciałem tylko jej zaproponować kontakt do Kasi, psiej behawiorystki, która z pewnością nauczyłaby ją jak opiekować się psem, tymczasem z trudem oswajam się z myślą, że oto mam cztery psy… Jak do tego doszło?

 
    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...