43. Coraz jaśniej, a może odwrotnie...

    Musiałbym sobie to wszystko rozpisać. Jak w filmach. Może na ścianie nad łóżkiem? Mapa, kolorowe karteczki, pinezki. Jeśli Kłopocińska mnie nawiedzi, wystarczy, że nie domknę pokoju, a  wszystko zobaczy. Tutaj każdy kąt jest łatwo dostępny dla wścibskich oczu. Może lepsza byłaby apka? Na przykład Miro. Muszę to jakoś poukładać, przeanalizować. Wczoraj spędziłem kawał czasu na rozmowie z Markiem, który chyba wcale nie spał zeszłej doby. Za to przejrzał i przeczytał mnóstwo bardziej lub mniej wartościowych materiałów, notatek z obserwacji, podczas których przeważnie nic się nie działo i raportów niekoniecznie związanych ze sprawą Kasarleya czy Grace. Z tego wszystkiego wynika, że długo i skrupulatnie obserwowano Owena. Ten jest jednak wyjątkowo cwany, bo o przetrzymywanych dziewczynach dowiedziano się dopiero po wejściu do domów. Mnogość kontaktów, powiązań, przypuszczeń i poszlak dotyczących tego drania przyprawia mnie o mętlik w głowie. Wynika jednak z tego niezbicie, że kaleczył tylko kobiety przeznaczone dla konkretnego alfonsa, dlatego Mołdawiance nie sprezentował rany na szyi. Po prostu była dla kogoś innego. Na temat Grace natomiast angielscy śledczy mają zdumiewająco mało informacji. Jakby dopiero teraz, podczas wpadki z Owenem, pojawiła się na radarze. Mark znalazł jej niedawno opracowany profil wraz z całym życiorysem, w którym, a jakże, jestem oczywiście również i ja. 

Idę do kuchni, by zaparzyć sobie nową, dużą kawę, chociaż do tej lektury zapewne dużo bardziej odpowiednia byłaby melisa albo inne zioło na ukojenie nerwów. Za chwilę się dowiem, ile moja urocza eksmałżonka nakłamała mi o sobie. Bo, że nakłamała jestem pewien. 

Grace Ann Latison, córka Melindy Brown i Johna Latisona, urodzona osiemnastego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym roku w Sheffield. Szkoły, kursy… to akurat wiem. Co tam dalej… O, jest coś o ojcu. Nie żyje, to by się zgadzało. Był hazardzistą, nadużywał przemocy domowej, zostawił po sobie długi, które Melinda mozolnie spłacała z marnym skutkiem. Musiała oddać dom, podupadła na zdrowiu. Grace będąc tuż po szkole, podjęła pracę w lokalnym sklepie, jednak szybko zwolniła się i wyjechała. Tu brak informacji o okresie mniej więcej półrocznym. Według oficjalnych informacji, jakie zebrano od znajomych i sąsiadów (matka nie była w stanie odpowiedzieć na pytania policji) Grace wyjechała na studia. Tylko że nic tego nie potwierdza. Żadnych dokumentów, śladów na uczelniach, nic. Po prostu zniknęła, by równie nagle pojawić się z powrotem i… spłacić narastające długi oraz rozpocząć starania o odzyskanie domu rodziców. 

    Z czasem ponownie zaczęła nawiązywać kontakty ze znajomymi, rozpoczęła pracę w Dudley, opiekowała się coraz bardziej schorowaną matką, z którą mieszkała w Birmingham i zwykłe życie toczyło się dalej. Według zeznań koleżanek i kolegów wszystko było jak dawniej. Prawie wszystko. Grace trochę rzadziej chodziła na imprezy, mniej mówiła o sobie, była bardziej zdystansowana, jakby bardziej powierzchowna, choć jak zawsze wesoła i serdeczna. Nikogo to jednak nie dziwiło. W końcu wydoroślała, miała na głowie matkę, pracę, od pewnego czasu to ona przejęła rolę dorosłej, odpowiedzialnej osoby w domu. Gdy stan Melindy znowu się pogorszył i całodobowa opieka stała się niezbędną, Grace wybrała dla niej ośrodek, gdzie w ładnym, luksusowym otoczeniu objęta troskliwą, profesjonalną opieką personelu miała spędzić resztą życia. To prawdopodobnie najdroższy taki dom w hrabstwie albo przynajmniej jeden z najdroższych, jak sądzę. W dokumentacji jest nawet wyliczenie kosztów, których Grace raczej nie pokrywała wyłącznie z własnej wypłaty. Pieniądze matki też nie wystarczyłyby nawet na podstawowy pakiet usług. 

    W raportach nie ma domysłów czy wniosków, jedynie suche fakty, ale wyraźnie z nich wynika, że Grace musiała mieć dodatkowe źródło dochodów. Domu matki nie sprzedała. Z dalszych notatek dowiaduję się, że Grace z nikim się nie wiązała, nikogo nie dopuszczała do swojej prywatnej strefy, aż wreszcie poznała w pracy niejakiego Horna, nowego pracownika. Stałem się człowiekiem zagadką. Przykro mi się zrobi, gdy czytam zeznania kilkorga ludzi, których lubiłem, pracowałem z nimi, świętowałem na przykład Nowy Rok, czy zasuwałem ramię w ramię na targach ogrodniczych Glee. Przerabiałem to już, więc wiem, że wielu uwierzyło Grace i trzymało jej stronę, jednak co innego wiedzieć, wnioskować po zachowaniu, a co innego przeczytać we fragmentach spisanych zeznań słowa pełne niechęci, oskarżeń, a nawet nienawiści. Nic dziwnego, że znalezienie mnie było jednym z ważniejszych zadań w związku ze zniknięciem Grace. 


Kate. Jak mogłem zapomnieć! Teraz gdy widzę jej nazwisko w raportach, przypominam sobie doskonale. Straciłem zainteresowanie, bo zwyczajnie niczego więcej nie mogłem od niej wyciągnąć, a i ona zamilkła. Tymczasem śledczy dotarli i do niej, a szczera i niczego nieświadoma dziewczyna opowiedziała im o sympatycznym Lucu Zee… pokazała nasze dialogi… Ale jak…? Gorączkowo biegam wzrokiem po dokumentach, otwieram pliki, szukam w tym chaosie… Jak powiązali Horna z Zee? Słyszę sygnały przychodzących SMS-ów, lecz nie mam najmniejszego zamiaru im teraz poświecić ani chwili. O, jest! Jak mogłem być taki głupi. Wyśledzili mnie, zwyczajnie wytropili po adresie IP. Musiałem stracić czujność i zwyczajnie zapomnieć o szyfrowaniu. Raz jeden jedyny. O ten jeden raz za dużo.  A może więcej niż raz? To i tak bez znaczenia. Zimy pot występuje mi na czoło. Cholera jasna! To stąd Wrota wie, że Fikcyjny i Horn to ta sama osoba, do tego musi wiedzieć, że udawałem też Zee, a to wszystko stawia mnie w cholernie kiepskim świetle. Jeszcze chwila i zapukają do mych drzwi, dzierżąc międzynarodowy list gończy. Co robić? 



    Muszę iść na policję, ot co. Muszę to wszystko jakoś wyjaśnić! Zrywam się, chwytam telefon, lecz ten wyślizguje się z wilgotnej od potu dłoni i ląduje pod  krzesłem. Przesuwam je gwałtownie, by szybko po niego sięgnąć, po czym miażdżę ekran jedną z nóg, gdyż aby złapać równowagę muszę oprzeć się na nim całym ciężarem. Potok bluzgów wyrywa się z moich ust, płosząc gołębie, które po drugiej stronie okna siedziały na parapecie. Wściekłość każe mi rzucić tym przeklętym krzesłem, ale w porę się powstrzymuję, gdyż albo wybiłbym okno, albo rozwalił sprzęt, albo trafił w Urwisa, który stoi na środku pokoju i gapi się na mnie, jak na szaleńca. Zaciskając do bólu szczęki, odstawiam mebel i powoli idę do łazienki. Wkładam łeb do umywalki i puszczam zimną wodę. Kiedyś, po kłótni z Grace pomogło. Tylko spokój… Seria SMS-ów podnosi mi ciśnienie, więc wycieram głowę byle jak i wracam do pobojowiska. Smartfon ze zmiażdżonym ekranem o dziwo nadal działa. Przynajmniej takie sprawia wrażenie. Widzę, że to wiadomości od Moniki, ale nie mogę ich otworzyć. Zadzwonić też się nie da. Szlag!

– Cześć, nie mogę… – zaczynam mówić do Moniki, gdy tylko otworzyła drzwi, lecz mi przerywa.

– No jesteś! Czemu nie odbierasz?

– Właśnie, bo…

– Czy ty wiesz, co tu się dzieje? Człowieku! Jesteś teraz jego jedynym kolegą, a zupełnie się nie interesujesz!

– Ale co…?

– Nie co, tylko kto! Grzegorz! Grzegorz jest podejrzany o zamordowanie tej Rosjanki!

– Ukrainki. Co? Przecież to absurd!

– Absurd czy nie, podobno są jakieś dowody, tylko on teraz w tym psychiatryku trochę posiedzi. A potem co? Prosto do celi! – zaaferowana Monika macha rękami i patrzy na mnie z wyrzutem, jakbym to ja był winien takiego obrotu spraw.

– Skąd wiesz to wszystko?

– Od Kłopocińskiej oczywiście. Słuchaj, ona sobie zupełnie nie radzi z Bimbrem, chociaż z tego, co widziałam, jest odwrotnie, to pies z nią sobie nie radzi. W każdym razie jest przerażona, bo myślała, że jej wielkoduszna pomoc sąsiedzka będzie trwała maksymalnie kilka dni, a tu masz babo placek! Grzesiek może wcale nie wrócić do domu! Czego się tak gapisz na mnie?

– Czekam, aż skończysz – odpowiadam spokojnie – Czego ode mnie oczekujesz?

– No nie wiem, zrób coś! – rozkłada ręce i patrzy na mnie wyczekująco. 

– Słuchaj, Monia, to na pewno wyssana z palca plotka. Grzesiek jest w głębokiej depresji, nie ma pojęcia co się wokół niego dzieje. Może policja się zainteresowała nim, bo jednak próba samobójcza to poważna sprawa, ale to wcale nie znaczy, że… o, czekaj – Połamany telefon zaczyna wibrować mi w kieszeni. Numer Dwornej. Uszkodzony ekran nadal nie pozwala mi odebrać połączenia – O, widzisz, dlatego od ciebie też nie odebrałem – podstawiam Monice aparat pod nos – Nie masz jakiegoś zapasowego smartfona?

– Nie, skakałeś po nim?

– Bardzo śmieszne. Lecę. Muszę kupić nowy i skontaktować się z policją, spróbuję się dowiedzieć, czego mogą chcieć od Grześka, ale szczerze wątpię, by to miało związek z Aną.

– Jaką Aną?

– Orianą. Tą Ukrainką, którą nazywasz Rosjanką – wyjaśniam na odchodne.


    – O, jest pan! – Nie, tylko nie ona. Kłopocińska, która mieszka na tym samym piętrze co Monika, wyskakuje na klatkę, gdy tylko drzwi tamtej się zamknęły – Policja pana szuka! O, zaraz odjadą! – pędzi do okna i zagląda przez wąską, wysoką szybę na zewnątrz. Podążam za jej wzrokiem. Rzeczywiście. Aspirant Dworna powoli przechodzi na drugą stronę ulicy i idzie w kierunku zaparkowanego nieopodal radiowozu. Trzyma rękę przy uchu. Mój telefon znów ożywa. Jasna cholera! Zerkam na wyświetlacz przy windzie. Jest na dole. Nie ma sensu czekać. Puszczam się galopem schodami. Kłopocińska coś woła, ale echo moich kroków skutecznie ją tłumi.

W momencie, gdy wybiegam na ulicę, radiowóz odjeżdża. Wołam i macham rękami. Bezskutecznie. Kluczyki! Macam się po tylnych kieszeniach spodni. Są! Pędzę więc do samochodu. Nie ma rady, trzeba gonić policję! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...