42. Wieści z Wysp

    – Cześć, przekaż szefowi, że dziś mnie nie będzie – wydałem polecenie bez zbędnych wstępów dziewczynie, która odebrała telefon w pizzerii. – Jak to, jak to. Tak to. Źle się czuję. Tak. Nie wiem, może i Covid, skąd mam wiedzieć, nie jestem lekarzem. Nie, nie chcę gadać z Benkiem – rzuciłem szybko, gdy słuchawka już wędrowała do ręki szefa. – Cholera – mruknąłem pod nosem, po czym kontynuowałem tonem nieznoszącym sprzeciwu. –  Tak, no witam szefie. Zgadza się, muszę wziąć kilka dni wolnego, fatalnie się czuję, mam dreszcze i… i chyba straciłem węch. W takim stanie wozić jedzenie… Tak? Dam znać, jasne, zrobię test. Tydzień powinien wystarczyć. Dziękuję – tak oto gładko nakłamałem podczas jazdy z komendy do domu.

Benek dużo lepiej przyjął kit o mojej chorobie od Taosa, który niemal rozpłakał się do słuchawki. Trochę mi ich żal, przyznaję, wyskoczyłem z tym zwolnieniem znienacka, no, ale gdybym faktycznie się rozchorował, wyglądałoby identycznie.

 Potrzebuję czasu. 

    Wpadam jak burza do mieszkania i lecę prosto do mojego małego centrum dowodzenia. Loguję się do drugiego laptopa, by uruchomić program, dzięki któremu połączę się z komputerem komisarza i otworzą się przede mną wrota do tajemnej wiedzy. Wrota komisarza Wroty. Hmm… długo to trwa… Brak połączenia. Ciekawe… Spróbujmy jeszcze raz. Nie rozumiem. Albo do tej pory nikt nie zalogował się na tamtym kompie, albo zorientowali się i wyjęli pendrive’a. Mam nadzieję, że Wrota po prostu musiał wyjść. Sprawdzę może jeszcze tylko… 

– Zaraz, zaczekaj – nie odrywając wzroku od ekranu, mówię do Urwisa, który trąca mnie zimnym nosem. Już powinno się połączyć. Dlaczego nie odpowiada? Coraz szybciej walę w klawisze. Muszę to sprawdzić. Wygląda na to, że malware zadziałał, próbował się łączyć, czyli jednak komisarz usiadł do komputera. W takim razie, dlaczego nie mam dostępów?  Cholera jasna!

    No nic. Przyjrzę się temu jeszcze za chwilę. Może ten trojan był wadliwy? Sprawdzę, czy Mark coś napisał. Uruchamiam komunikator. Atakują mnie nowe wiadomości. 

    Grace się odnalazła! Mam ochotę ostro skarcić się za to, co czuję. Przecież ta kobieta to samo zło, tymczasem czuję ulgę, że żyje, nic jej nie jest. Chwila, na pewno nic? Zgarnęli ją we wschodnim Londynie. Szła nad ranem środkiem ulicy, prawie naga. Odezwij się. – napisał Mark. Stary, o twojej byłej piszą w newsach z ostatniej chwili! Znalazła się, ale kiepsko z nią. Odezwij się! – to od Rafała. 


    – Mam raport o odnalezieniu Grace Latison w Canning Town. Kobieta rasy białej, pasująca rysopisem do poszukiwanej, bez dokumentów, utrudniony kontakt, prawdopodobnie pod wpływem narkotyków – Mark uderza mnie informacją zaraz po tym, jak się połączyliśmy. Chwilę czekam, bo ściągam sporych rozmiarów plik. To zdjęcie. Obraz powoli się wczytuje. Mimowolnie odsuwam się od ekranu. Z monitora patrzy na mnie Grace. Jej oczy, twarz, lecz nie uśmiechnięta, piękna czy wściekła ze zmarszczonymi brwiami i ostrzegawczym błyskiem w oku, jaką ją pamiętam. Patrzę na zapadnięte policzki, głębokie cienie pod oczami, skołtunione włosy, błędny wzrok na wpół przymkniętych powiek. Szczęka luźno opuszczona rozciąga spękane, suche i blade usta. Matko jedyna… Wysoka jakość zdjęcia jest bezlitosna.

– Udało ci się dostać do zasobów policji? – pytam. To właściwie oczywiste, bo skąd miałby zdjęcie, ale i tak pytam. Dla postawienia kropki nad i.

– Tak. To był świetny pomysł Leopoldzie. Na pewno nie ma tu wszystkiego, chyba wciąż lubią bardziej papier od wirtualnych plików, ale mnóstwo dokumentów, raportów i notatek mam teraz w zasięgu ręki! Niesamowite, czyż nie? Czekam na wyniki badań Latison. Jest notatka z badania wstępnego, z której wynika, że nie odpowiada na pytania, nie mogą się z nią porozumieć, jest mocno odwodniona i osłabiona…

– Mark, kiedy ją znaleźli? Dziś nad ranem? – przerywam mu, bo się powtarza. Jest bardzo podekscytowany.  

– No dziś, dziś! Wczoraj podrzuciłem im twój program i zadziałało! – Mark cieszy się jak dziecko. Podejrzewam, że wypił morze kawy i nie spał całą noc, czytając z wypiekami na twarzy policyjną dokumentację. Czuję maleńkie ukłucie zazdrości, gdy po ponownym sprawdzeniu programu czekającego wciąż w tle, nie widzę żadnego postępu – Od wczoraj nie zmrużyłem oka, Andy, tu jest wszystko! – kontynuuje Mark, a ja uśmiecham się pod nosem. 


    Idąc z psami do lasu, zmieniam zwyczajową trasę, gdyż zobaczyłem Monikę. Zauważyłaby mnie, gdybym skręcił za parkingiem i resztę spaceru odbylibyśmy zapewne razem. Choć bardzo ją lubię, tym razem muszę pobyć sam. Po tym, co dowiedziałem się dosłownie kilka minut wcześniej, potrzebuję ochłonąć, przemyśleć i ani trochę nie mam ochoty na towarzystwo rozgadanej dziewczyny. Wędrujemy zatem dłuższą drogą, mijamy pasaż handlowy po lewej, plac budowy, gdzie wznosi się nowy apartamentowiec po prawej, następnie okrążamy teren szkoły, by wreszcie trafić na zarośniętą, zapomnianą przez świat i ludzi alejkę. Tu i ówdzie ze szpar spękanej nawierzchni uparcie wyrastają żółte mlecze i źdźbła trawy. Tola zawzięcie skubie zielone rośliny. 

    Z policyjnych akt dowiedzieliśmy się z Markiem trochę więcej o Owenie Kasarley. Rzeczywiście przetrzymywał dwie kobiety. Były to Białorusinki, które przyjechały do Anglii, myśląc, że dostały pracę w charakterze opiekunek osób starszych. Owen wpakował je do swojego mieszkania i kazał czekać. Jednocześnie faszerował dziewczyny narkotykami poupychanymi prawdopodobnie w jedzeniu, więc ciągle były senne i nawet nie wiedziały, ile dni tam siedzą. Problem w tym, że w międzyczasie zgarnęli Owena i zostały tam zamknięte, a potem znalezione. To było w Birmingham. Według tego, co wyczytał Mark, Owen miał jeszcze inne lokale, gdzie prowadził swój proceder. Na przykład dom w Marlow, niewielkiej miejscowości niedaleko Londynu. Nieduża, zwyczajna posiadłość, jak setki innych. Z ogródkiem i garażem oraz drewnianym, schludnym płotem. Owen to dobry sąsiad, który uchodzi za kulturalnego i uczciwego. Sąsiedzi myślą, że pracuje w stolicy, dlatego często go nie ma. Mieszka sam, przedstawia się jako wdowiec, co w zasadzie jest prawdą. Dom połączony jest wewnętrznie z garażem. Policja, wkraczając na teren posiadłości, odkryła interesujące pomieszczenie w piwnicy.  Dźwiękoszczelne, bez okna, składające się z małego pokoju i łazienki z prysznicem oraz toaletą. Ów wewnętrzny osobliwy apartamencik nie był pusty. Przebywała tam dziewczyna, Mołdawianka, która niczego nieświadoma po prostu czekała. Choć tkwiła w zamknięciu kilka dni sama, nie wzywała pomocy ani nie próbowała uciec, uwierzyła bowiem Owenowi, który obiecał jej lukratywną pracę w charakterze hostessy, musiała tylko poczekać na swoje nowe dokumenty. Czekała więc, żywiąc się tym, co gospodarz zostawił w lodówce. Była dla niego tylko towarem, ale musiał ją polubić bardziej niż inne, gdyż nie zdecydował się jej oznakować, choć w zamkniętej, niewielkiej szafce policja znalazła zestaw, który jak podejrzewano, miał służyć do okaleczania, celem pozostawienia charakterystycznej blizny. Taki sam zestaw, tylko brudny, znaleziono w Londynie wraz z innymi dowodami wskazującymi na Owena.  Trzecią własnością Kasarliego było właśnie owo mieszkanie w centrum Londynu. A zatem Anglicy wiedzą, że charakterystyczna blizna na szyi ma związek z tym typem spod ciemnej gwiazdy, a więc i z Grace. Nie odpuszczą jej. Mark pokrótce streścił mi też powiązania Owena z różnymi sutenerami, większymi i mniejszymi pośrednikami czy firmami – przykrywkami, które są pod obserwacją policji, lecz tak sprytne lawirują, prowadząc swoje interesy, że wciąż wymykają się sprawiedliwości. 

    Z blizną związane są też inne zwłoki. Niespełna kilka kilometrów od Marlow, w głębokim lesie znaleziono szczątki, które powiązano ze sprawą właśnie ze względu na tę przeklętą bliznę. Z akt wynika, że była ona bezpośrednio wiązana z samym Kaserleyem, ale w toku śledztwa wykazano, że nie tylko on znaczył kobiety w ten sposób, a zatem nie "należały" do niego, był jedynie pośrednikiem, który oznaczał je dla konkretnego klienta. Mnóstwo poszlak bez twardych dowodów wskazuje na jednego z najbardziej wpływowych w Europie Zachodniej mafioza, który od lat ukrywa się nie wiadomo gdzie, za to odpowiednich ludzi ma wszędzie. Jeśli Owen to jego bezpośredni dostawca i kontakt, to muszą zrobić wszystko, by wydusić z niego prawdę. Dlatego tak go pilnują i za nic nie chcą wypuścić. Prokurator był gotów poświęcić swoje prywatne życie. No, no. 

    Gdy Mark przekopie się przez dokumentację, być może dowiemy się czegoś więcej o szczątkach kobiety zza Marlow. A może to była ta, którą widziałem w Birmingham? Nagły dreszcz wstrząsa moim ciałem. Czy to chłodny wiatr, czy może lodowata myśl? 

    Dobrze. Podsumujmy. Kasarley to handlarz żywym towarem, siedzi. Grace, miała go wyciągnąć, ale zniknęła i odnalazła się w dziwnym stanie. Mamy Anę z blizną zamordowaną tutaj, jakąś kobietę z blizną, zamordowaną na trasie z Londynu lub Marlow w kierunku Birmingham, gdzie na własne oczy widziałem tę cholerną skazę na atrakcyjnej kobiecie w towarzystwie Grace. Jasna cholera, gdzie jest Tola? Rozglądam się za psem, który właśnie pomknął w krzaki, szczekając zajadle. Nim zdążę nabrać powietrza i krzyknąć, Urwis daje susa za Tolą. Jedynie Fusia jest obok i coś zawzięcie gryzie, jak zwykle olewając tamtą dwójkę.

    – Fuśka, fe, zostaw to! – warczę przez zęby na psa. – Tola, Urwis! Do nogi! – drę się zupełnie bez efektu. Jeśli znajdą tu kolejne zwłoki, przysięgam, że sam położę się i poczekam, aż umrę. – Urwis! Tooooola! Do mnie! – mrużę oczy, by wypatrzyć jakiś ruch między zielenią a... zielenią. W ciągu ostatnich kilku dni wiosna wybuchnęła milionem młodych listków i stara, bura szarość została zdominowana przez młodą, energiczną roślinność, zza której nic nie widać. Biegną. Słyszę miękki tupot psich łap. To pewnie była tylko wiewiórka. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...