40. Przesłuchanie

    Poważna mina pani aspirant sprawia, że zaczynam się denerwować. Po wstępie z obowiązkowym przedstawieniem się, podaniem aktualnych danych oraz okazaniem dowodu osobistego  podpisuję pouczenie o konsekwencjach składania fałszywych zeznań, RODO i czekam, co dalej. Policjantka wyraźnie unika mojego wzroku, nie ma w niej nic z przyjaznego podejścia do obywatela, którym uraczyła mnie poprzednim razem, a w gabinecie zapada złowroga cisza. 


– Komisarz czeka na pana, proszę za mną – Dworna wstaje i prowadzi mnie do pokoju na końcu korytarza. To nieco większe, ale i bardziej zagracone pomieszczenie, wcale nie robi lepszego wrażenia, chociaż stacjonarny komputer w plątaninie kabli pod starym, drewnianym biurkiem z pewnością jest tym, którego szukam.

– Dzień dobry, komisarz Antoni Wrota. Proszę usiąść – po przedstawieniu się, obrzuca mnie pospiesznie wzrokiem i zaczyna przeglądać papiery. Policjantka kładzie mu podpisane przeze mnie dokumenty na biurku i przysuwa sobie krzesło, by usiąść obok. Ok, robi się dziwnie, przedtem rozmawiałem tylko z jedną osobą. Może to jakieś bardziej zaawansowane przesłuchanie? Kobieta otwiera laptopa, którego nawet nie zauważyłem na wielkim, zabałaganionym biurku. No i zaczynamy. Znowu podaję dowód osobisty, chociaż przecież przed chwilą moje dane już były weryfikowane. Komisarz z uwagą przygląda się plastikowi, odwraca, znowu sprawdza dane, zupełnie mu się nie spieszy. Zawiesza na mnie wzrok.

– Pan Leopold Fikcyjny. Syn Przemysławy z domu Głaz oraz Jana Fikcyjnego, urodzony w Krakowie siedemnastego lipca 1985 roku – nie wiem, czy mam przytaknąć, czy co, bo komisarz nie czekając, powoli mówi dalej. /z ekranu monitora wyczytuje mój adres zamieszkania, miejsca pracy z datami, od kiedy mieszkam i pracuję, wreszcie przechodzi do pamiętnego dnia znalezienia ciała, przy czym cały czas badawczo przygląda się mojej twarzy, aż zasycha mi w gardle. Dworna notuje.

– Czy chciałby pan coś dodać? Coś pominąłem?

– Yyy, nie, chyba nie.

– Chyba? Proszę się zastanowić – przewierca mnie wzrokiem tak, że jestem pewien, iż na ścianie za moją głową właśnie tworzy się okopcony punkt – Może coś pan sobie przypomniał, ma pan jakieś przemyślenia w sprawie, wnioski – wiem, że wie, iż zaprzeczę. O co mu może chodzić? – Dobrze. Wobec tego proszę powiedzieć, gdzie mieszkał pan przed wynajęciem mieszkania przy Akacjowej 54 przez 16.

Wie, że trafił. Cholera. Mam opracowaną historię o Leopoldzie Fikcyjnym, oczywiście, ale po co mnie o to pyta? Powinienem zwyczajnie odpowiedzieć czy odmówić, zapytać, jaki to ma związek, jeśli zacznę się wykręcać czy dopytywać, nie będzie to wyglądało podejrzanie, że mam coś do ukrycia? Cholera jasna, muszę otworzyć gębę, dwie pary oczu mi się przyglądają, czekają. 

– A więc – zaczynam nieporadnie, odchrząkuję – byłem przez pewien czas, to znaczy ostatnie… trzy lata za granicą. W Londynie.

– Mieszkał pan w Wielkiej Brytanii, rozumiem. Pracował pan?

– Tak, oczywiście. Jako dostawca, podobnie jak teraz, ale umowy czasowe, nie zagrzałem nigdzie miejsca na dłużej. Czy to jest istotne dla sprawy?

– Proszę pana, wszystko jest istotne. Jest pan ważnym świadkiem, chciałbym pana lepiej poznać. – Wrota mówi uprzejmym głosem, jakby uśmiechał się do przedszkolaka, któremu opowiada o zawodzie dzielnych policjantów, oczy jednak pozostają poważne i uważne. Niełatwo wytrzymać, uciekam zatem wzrokiem w bok – W jakim mieście pan mieszkał i pracował?

– W Londynie, jak mówiłem. 

– Sam pan mieszkał?

– Nie do końca, właściwie kątem u znajomego, wynajmowałem pokój. To był czas poszukiwania, wie pan, szukałem swojego miejsca na ziemi – strategia nawijania o sobie chyba będzie tu najlepsza, niech myślą, że nie mam nic do ukrycia – Studiowałem wcześniej ekonomię w Swansei, jeszcze wcześniej mieszkałem i uczyłem się w Kielcach, ale chciałem zwyczajnie poznać życie, pracować i jakoś budować swój świat. Musiałem sam się utrzymywać, nie miałem supportu od rodziny, jak moi koledzy. Jestem jedynakiem, a moi rodzice wyemigrowali do Danii, gdzie ojciec podpisał wieloletni kontrakt. Nie dogadywaliśmy się najlepiej, a gdy odmówiłem wyjazdu razem z rodzicami, pokłóciliśmy się i praktycznie nie mam z nimi kontaktu. – Całkiem nieźle mi idzie. 

– Hmm. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. A co sprawiło, że wrócił pan do Polski i akurat tu, do naszego miasta?

– Zatęskniłem, zatłoczony Londyn, gdzie ciągle trzeba rozpychać się łokciami, znudził mi się, a na domiar złego kolega, u którego mieszkałem, postanowił wyjechać do Stanów, więc musiałbym szukać nowego lokum. Nigdzie nie znalazłbym nic tak taniego, jak tamten pokój. Nic mnie tam nie trzymało. – Jestem zwykłym szarym facetem, jakich tysiące, tak, świetnie mi idzie, jestem pewien, że zaraz dadzą mi spokój. Teraz trzeba będzie jakoś wpiąć pendrive’a. Komputer stoi pod biurkiem i w zasadzie wystarczy się schylić, nawet nie muszą wychodzić czy się odwracać, udam, że poprawiam sznurowadło czy coś w tym sty…

– Andy Horn.

Ja pierdolę, co? Mózg ścisnął mi się do wielkości orzecha włoskiego, język przylepił do podniebienia, a czas zatrzymał się. Nie, to niemożliwe, przesłyszałem się. Patrzę na komisarza, kątem oka widzę utkwiony we mnie wzrok Dwornej, która przestała zajmować się swoim laptopem. Czekam.  Oni czekają. Co jest? Co teraz? 

– Piękna historia panie Andy, a może Andrzeju? Tak by to było po polsku? Londyn czy może Poole? Może chce pan coś skorygować w swojej opowieści? – pogodny ton, a w ręku moje oświadczenie o tym, że wiem co grozi za składanie fałszywych zeznań. Wzrok komisarza wymownie zjeżdża z tekstu na mój podpis. Podpis Leopolda Fikcyjnego.

    Nic więcej nie powiem! Zażądam adwokata. O! Albo nie, bo w sumie to będzie oznaczało, że się boję, że coś przeskrobałem, a oni mnie mają. Na dobrą sprawę właściwie jako Horn niczego złego nie zrobiłem. A jednak... przed chwilą nakłamałem. Widzę absurdalność mojej decyzji co do tej idiotycznej zmiany nazwiska ostatnim razem, przecież mogłem dać sobie spokój z tymi symbolicznymi pierdołami o zaczynaniu od nowa i zwyczajnie być tu nadal Andym, czy tym cholernym Andrzejem nawet!

– Ma pan rację, komisarzu. Nazywam się Andy Horn – zbieram się w sobie, próbuję przełknąć ślinę przez zaschnięte gardło i zaczynam moją wielką improwizację, robiąc skruszoną minę niewiniątka, czym oczywiście na nikim tutaj nie mam szans zrobić wrażenia. – Zmieniłem nazwisko, bo chciałem zacząć wszystko od nowa. Odciąć się od przeszłości – Wrota nie potrafi ukryć satysfakcji, która maluje się na jego twarzy, choć widać tylko jej górną połowę, myśli, że mnie ma, przejrzał i zdemaskował. Pozostaje trzymać się nadziei, że jego policyjny nos zatrzymał się na Andym i głębiej nawet nie próbował węszyć. Biorę głęboki oddech, co nie jest łatwe w dusznym pomieszczeniu z ciężką atmosferą, rozpoczynam opowieść niczym pacjent u psychoterapeuty. Tak, to w tej chwili jedyne, co przychodzi mi do głowy. Jestem przecież tylko Andym Hornem, niewinnym facetem po przejściach.

– Nowe nazwisko miało mi zagwarantować, że moja była żona mnie nie znajdzie, a ja… ja zacznę wszystko od nowa, pozbieram się wreszcie psychicznie i zapomnę to, co z nią, przez nią przeszedłem – w sumie to szczera prawda, właśnie o to mi chodziło. Gdybym nie miał maseczki naciągniętej pod same oczy, może dostrzegliby moją zbolałą minę i szczerość. Mikroekspresja – Lie to me – to nie może dziać się tylko w filmach. Ale jeśli rzeczywiście... Cierpnie mi skóra na karku. Przecież nadal łżę!

– Dała popalić? – sam nie wiem, czy kpi, czy nie – Jak na Anglika, panie Andy, wspaniale mówi pan po polsku. W której szkole uczą tak znakomitego akcentu?

– Wychowywałem się w sierocińcu, panie komisarzu. Prawda jest taka, że trochę zabrakło szczęścia na starcie a los obdarzył mnie matką narkomanką, która prawdopodobnie sama nie wiedziała, kto jest ojcem jej syna – to akurat może sprawdzić i potwierdzić. Wykosztowałem się swego czasu mocno na starannie dobraną tożsamość Horna, który rzeczywiście istniał i miał za sobą smutną historię. Po opuszczeniu sierocińca prawdziwy młody Andy poszedł w swoją stronę i prawdopodobnie podzielił los matki. Jego dokumenty może skradzione, może przehandlowane przez właściciela za działkę, trafiły na czarny rynek, a po prawdziwym Hornie ślad zaginał. Zapewne się zaćpał, utopił w łyżce wody albo ktoś sprzedał mu kosę w ciemnej ulicy i pochowali go jako NN.  Tego nigdy się nie dowiem. Snuję więc prawdziwą opowieść o jego/mojej przeszłości, mając nadzieję, że tego Wrota nie zakwalifikuje do zbioru bajek. – Matka nie radziła sobie, niewiele pamiętam, ale i te szczątkowe wspomnienia nie są w stylu takich, które wywołują nostalgię tudzież jakiekolwiek inne ciepłe uczucia. Miałem sześć lat, gdy zabrali mnie od niej. Pamiętam, że okropnie tęskniłem, chociaż w domu zaznałem tylko głodu, strachu i niepewności. Sierociniec był przytłaczający, a ja nie potrafiłem sobie znaleźć w nim miejsca czy przyjaciół. Bardzo pomogła mi tam pewna Polka, która pracowała w kuchni. Wzięła mnie pod swoje skrzydła, można powiedzieć, to do niej uciekałem, gdy dokuczali mi starsi. Całe lata zachodziłem do niej, gdy tylko miała dyżur, rozmawialiśmy z czasem coraz więcej po polsku, bo jak się okazało, mnie łatwiej było nauczyć się obcego języka, niż jej angielskiego. Nie potrafiła przezwyciężyć blokady językowej i z czasem nawet stałem się jej tłumaczem, a ona uczyła mnie polskiej gramatyki, która szczerze powiedziawszy fascynuje mnie do dziś. Pożyczałem od niej książki, oglądaliśmy filmy Wajdy, Pasikowskiego czy Machulskiego. Seksmisja była jej ulubioną komedią, dziesiątki razy płakaliśmy przy niej ze śmiechu. To dzięki Janinie potem przyjechałem tutaj, mieszkałem kilka lat w Warszawie, ale szczerze powiedziawszy, nie radziłem sobie za bardzo. To były lata dużo wyższego niż dziś bezrobocia, umów śmieciowych, zatrudnień na czarno, a ja nie grzeszyłem jakimś wybitnym wykształceniem, nikogo tu nie znałem. Wolny czas spędzałem na forach internetowych w kafejkach, bo nawet nie miałem swojego sprzętu. Tak dowiedziałem się o pracy w rozwijającej się firmie ogrodniczej w Dudley, w Anglii. Szukali kierowców, pomocników, ludzi bez specjalnego wykształcenia, którzy będą pracować za niską pensję, ale legalnie, na umowie. Pojechałem, zatrudniłem się, poznałem Grace, zakochałem się i byłem przekonany, że wreszcie szczęście szeroko się do mnie uśmiechnęło.  No, a potem wszystko zaczęło się sypać – zawieszam głos, patrząc smutno w porysowany fragment blatu biurka, zaglądający spomiędzy niemych teczek i papierów.  


c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...