39. Pozorne szczęście

    Dziś rano byłem gotów stawić czoła komendantowi, gdy, zadzwoniła do mnie aspirant Irena Dworna, by upewnić się, że dostałem pisemną prośbę (nie wezwanie, lecz prośbę! – tak powiedziała) oraz umówić mnie na przyszły tydzień. Właściwie konkretny termin powinien być już ustalony i podany w liście, ale z jakiś tam przyczyn niezależnych tudzież zależnych od innych kwestii, czyli w skrócie: bo tak, porę wizyty postanowiono umówić osobno. Ustaliliśmy więc ósmą trzydzieści w przyszłą środę. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony chciałbym już tam być, zdobyć dostęp do danych, sprawdzić ile i przede wszystkim, co wiedzą, z drugiej zaś trochę trzęsę portkami, bo nie wiem przecież, czego dokładnie ode mnie chcą i czuję ulgę, że to dopiero za kilka dni. Cóż, niespodziewanie wpadło mi trochę wolnego czasu, więc może choć raz zjem jakieś porządne, choć późne śniadanie. Może jajecznicę ze szczypiorkiem i pajdą świeżego chleba? Mmm… Przypomniałbym sobie smak dzieciństwa. Prosta potrawa, nie da się nic spieprzyć, toteż zawsze smakuje tak, jak u ciotki Izy, która przejęła gospodarstwo po dziadkach i zupełnie jak babcia zwykła częstować gości jajecznicą na śniadanie. Tak. Marzenie ściętej głowy. W lodówce mam zeschnięty i twardy jak kamień kawałek żółtego sera, kilka plasterków szynki, starą musztardę, ketchup i prawie pół kartonika całkiem jeszcze dobrego mleka. Z jaj zostało tylko opakowanie. Zjeść samą szynkę i popić resztką mleka czy jednak skoczyć do sklepu po jajka i chleb? Trudna decyzja. Kto wygra? Ochota na porządny posiłek czy zwyczajne lenistwo? Podskakuję mimowolnie, mało brakuje, a otwarty karton wypadłby mi z ręki i już tylko wędlina by została. Dzwonek. Rozpoznaję agresywny styl Kłopocińskiej. Zerkam za okno w dół – samochód stoi przykładnie na miejscu parkingowym, z pewnością nikomu nie przeszkadza. Czego ona chce tym razem? 

– No, jest pan! Co tak długo?! Panie Leopoldzie, w panu nadzieja! Chodził pan z psem, to może ma numer telefonu, bo nie reaguje na nic! Dzwonię, pukam, wołam, a ten nic! Coś się musiało stać, no chodź pan albo nie, dzwoń pan od razu! Ma numer, prawda? Na pewno ma, trzeba działać, bo ja chciałam na alarmowy, ale może lepiej najpierw samemu, bo jednak on samotny, no ale młody, taki wrażliwy...

– Chwileczkę, pani Anielo, niech się pani uspokoi – przerywam jej, niewiele rozumiejąc. Nie przypominam sobie, bym miał numeru telefonu do jakiegoś samotnego psa – O czym pani mówi?

– No jak o czym? O kim! O Rurzyckim przecież! To ma pan numer czy nie?

– Mam, ale…

– Nie ma czasu, panie, jemu się może co stało. Pan nie słyszy, jak ten pies szczeka? O, cicho, słuchaj pan – milknie, dając szansę na wyłapanie czegoś innego niż jej trajkotanie. Rzeczywiście przez klatkę niesie stłumione ni to szczekanie, ni skomlenie psa. To z pewnością Bimber. – Normalnie już by z nim dawno wyszedł, a tu nic! W dodatku to wołanie, czy tam szczekanie! Coś musiało się stać, bo nie otwiera.

Wracam do mieszkania po telefon, Kłopocińska pospiesznie drepcze za mną. Cały czas mówi, nakręcając się coraz bardziej, toteż uciszam ją powszechnie rozumianym gestem, a drugą ręką wybieram numer Grześka. Pewnie zwyczajnie wyszedł, a Bimbrowi coś odbiło, może nie lubi być sam. Upewnię się, zamiast dyskutować z tą pomyloną kobietą. Nie odbiera, ale jest wolny sygnał, więc próbuję ponownie. 

– Ta? – wreszcie słyszę słaby jakby zaspany głos.

– Grzesiek? To ja, Leopold, wszystko w porządku u ciebie? Halo? – zamiast odpowiedzi, słyszę ni to trzaski, ni to szum, stłumione jęki, a na koniec jazgot Bimbra niczym w stereo – w słuchawce i jednocześnie od strony klatki schodowej przez otwarte drzwi. Połączenie zostało przerwane, więc dzwonię ponownie i od razu zgłasza się automatyczna sekretarka. Może poimprezował zwyczajnie i chce dłużej pospać.

– I? Dzwoń pan jeszcze.

– Nie ma sensu, chyba go obudziłem, może dajmy chłopu odpocząć.

– Co? Przecież już późno. Wie pan, mnie ten pies niepokoi, on nigdy tak nie skamle, nigdy! Coś musiało się stać! – Kłopocińska nie odpuszcza. Ma trochę racji co do Bimbra. 

– No a żona? – przypominam sobie opowieści Grześka o rodzinie, pewnie już dawno wrócili, chociaż zupełnie ich nie kojarzę. Może jest pracy, ostatecznie mamy piątek przed południem. 

– Czyja? Rurzyckiego? – wywala na mnie gały, a gdy kiwam twierdząco głową, dodaje – On przecie sam jak palec jest. Może ja jednak po pogotowie zadzwonię albo po policję, to nie może tak być!

– Spokojnie, pani Anielo. On ma żonę, tylko pewnie znowu wyjechała z dziećmi do rodziny – jednak ta Kłopocińska taka najbystrzejsza wcale nie jest, wszystkiego o wszystkich nie wie.

– A co też pan opowiada? Nowyś pan tu, nic nie wiesz. Dzwoń!

Wzdycham ciężko, chowam telefon do kieszeni, wychodzę, sąsiadka za mną jak przywiązana, i zamykam za sobą drzwi. Zamiast stać w przedpokoju czy jeszcze lepiej – na klatce i dzwonić do faceta, który siedzi w mieszkaniu dwa pięta niżej, kieruję się ku schodom, a Kłopocińska niczym cień rusza za mną. Coś mamrocze pod nosem o nieodpowiedzialności, znieczulicy i młodym pokoleniu.

Walę w drzwi nr 9, słyszę nerwowy stukot psich pazurów i szczekanie. Bimber jest wyraźnie zdenerwowany, biega, skacze, uderza w drzwi, nie przestając żałośnie ujadać. Cholera.

– Coś mu się stało! Źle z nim ostatnio jest, zupełnie jak kiedyś po tamtym strasznym wypadku – Aniela terkocze mi obok ucha – Pan zauważył, jak on się zapuścił? Od śmierci żony..., a bo on panu mówił o żonie! No teraz rozumiem wszystko, oczywiście!

– Grzesiek! To, ja, Leopold! Otwórz drzwi! – walę coraz mocniej, a do uszu trafia sens słów sąsiadki – Co takie jest oczywiste? – pytam z poirytowaniem,  bo to nie czas na plotkowanie. Chyba rzeczywiście coś mu się stało. 

– Nie powiedział panu, że jego żona i dzieci zginęli w wypadku samochodowym!

– Co? Kiedy?

– No, to już będzie pięć, nie, sześć lat, właściwie ponad sześć, bliżej siedmiu.

– Mówił, że wyjechali z powodu choroby, tymczasowo – baranieję, odwracam się do niej, przestając taranować drzwi – Przecież…

– Czyli to nawrót jest! Pan nic nie wie – łapie mnie za rękę i odciąga od drzwi w stronę schodów, po czym ścisza głos, jakby miała powierzyć mi jakąś tajemnicę – Pani Renia jechała razem z dziećmi, Magdą i Jackiem. Wracali od rodziny właśnie te blisko siedem lat temu. Jakiś pijany, bez prawa jazdy wyprzedzał ich i spowodował straszny wypadek. Auto zostało zepchnięte z drogi, staranowało barierki i spadło w przepaść! Bo to było w górach. Trzy trupy na miejscu! Straszna tragedia! My tu wszyscy płakaliśmy, a Rurzycki, szkoda gadać, to co się z nim potem działo – macha ręką i przybliża się do mnie tak, że czuję kwaskowaty zapach trawionej kawy, którą najwyraźniej piła do śniadania, kontynuuje teatralnym szeptem – Wył nocami, leczył się psychiatrycznie, zabić się próbował, co tu się działo! Ten pies praktycznie mu życie uratował.



Jak na zwołanie Bimber ze zdwojonymi siłami wznowił atak na drzwi, aż oboje podskakujemy. Odruchowo łapię za klamkę i… nawet nie jest zamknięte. Tylko staroświecki łańcuszek od wewnątrz blokuje skrzydło. Cofam się, by z całej siły uderzyć ramieniem, gotów powtórzyć ten zabieg, lecz jeden raz wystarczył. Uradowany pies natychmiast biegnie do pokoju. Za nim ja, a za mną Aniela. Opuszczone rolety znacznie blokują dopływ światła, po krótkiej chwili dostrzegam jednak postać na podłodze. 

– Grzesiek? – dopadam do niego i potrząsam, widzę, że żyje, ale jest w fatalnym stanie. Sąsiadka odsłania okno. Grzesiek leży nieprzytomny na podłodze w brudnym, zarzyganym ubraniu, a telefon, przez który niedawno usiłował się ze mną porozumieć, najwyraźniej wypadł mu z ręki i tkwi w resztkach zasychających i niesamowicie cuchnących treści żołądkowych. Jeden rzut oka wystarczy, by zorientować się w sytuacji. Wśród mętnych rzygowin łatwo można dostrzec małe, białe, na wpół rozpuszczone tabletki. Klęcząc obok, w lepkich wymiocinach, których nie zauważyłem w ciemności, wybieram pospiesznie numer pogotowia.


Chociaż słońce mocno świeci, zimny, przejmujący wiatr niweczy wszelkie jego wysiłki, toteż oboje, ja i Monika, siedzimy skuleni z naciągniętymi na oczy kapturami na ławce wewnątrz wybiegu dla psów. Tola szaleje razem z Bimbrem, Urwis zapamiętale tarza się w piachu, a Fusia i Hrabek zażywają spaceru, leżąc pod drzewem. Mimo chłodu nie chce mi się iść nigdzie dalej. Godzinę temu pogotowie zabrało Grześka, który najprawdopodobniej usiłował popełnić samobójstwo, łykając wszystko, jak leci, co miał w domowej apteczce. Gdyby organizm sam nie zdecydował wyrzucić części mieszanki tą samą drogą, jaką ją otrzymał, zapewne już by Grześka z nami nie było. Od Kłopocińskiej dowiedziałem się, że wkrótce po tragicznej śmierci jego żony i dzieci podciął sobie żyły. Wówczas też mało brakowało. Brat niedawno pochowanej Renaty akurat przyjechał po jakieś papiery. Myślał, że Grzegorza nie ma, więc użył kluczy, które siostra zostawiła w domu rodziców i dzięki temu w ostatniej chwili udało się odratować niedoszłego samobójcę. Szwagier nie doczekał się bynajmniej wdzięczności. Grzesiek zerwał wszelkie kontakty z rodziną żony. Po długim leczeniu zdawało się, że wrócił do siebie, kupił psa, który stał się jego codziennym kompanem, terapeutą, strażnikiem normalności i rytmu dni, wrócił do pracy, wyremontował mieszkanie, znowu zaczął o siebie dbać i kłaniać się sąsiadom. 

– Smutna historia. Myślałam, że ma to wszystko już za sobą – Monika mówi cicho ni to do mnie, ni do siebie. – Skoro opowiadał ci o nich, jakby nadal żyli, to znaczy, że tak naprawdę nigdy się nie otrząsnął. Wszystko to były tylko pozory, jakby żył w dwóch światach naraz.

– Może.


Gonię, nie wiadomo za czym, szukam powiązań z dziewczyną, a nawet nie poznałem jej za życia, próbuję dociec przyczyny zniknięcia byłej żony, która zdeptała kawałek mojego życia, trzęsę się o to, czy odkryte zostaną moje przekręty z tożsamością, bawię się jednocześnie w godnego pożałowania hakera i przykładnego obywatela, a kilka metrów niżej mieszka człowiek, który przeżywa dramat, do jakiego ja sam miałem szczęście nawet nigdy się nie zbliżyć. Czym wobec tego są moje problemy? Kurcze. Gadaliśmy tyle razy, wydawał się taki spokojny, zadowolony z życia, zrównoważony. Zazdrościłem mu nawet trochę rodziny, tego, co łączyło go z żoną, normalności i stabilizacji, obrazu, który kreował dla mnie podczas spontanicznych wizyt czy spotkań na spacerach. Myślałem nieraz, cholera, ten facet ma dobre, proste, prawdziwe życie… 

A może by tak rzucić to wszystko, wrócić do domu?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...