38. Sajgonki z salami i szczyptą cyfrowego wirusa

    Właściciel restauracji Nhà Rồng zwany przez wszystkich Taosem to w rzeczywistości po prostu Przemek, blondyn o nordyckiej urodzie, który chyba bardzo chciałby być prawdziwym Wietnamczykiem, ale niestety wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że szanse ma mniejsze niż zerowe, przynajmniej wizualnie. Podobno kiedyś pracowały u niego dwie prawdziwe Wietnamki, które swą rodzimą kuchnię miały w małym paluszku. Osobiście i nie bez trudu ściągnął je z dalekiego kraju, obiecując dobrobyt, świetne zarobki oraz perspektywy. To było dawno. Dziewczyny popracowały, znalazły mężów i ruszyły w swoją stronę, traktując restaurację Przemka jak zwyczajny, niezbyt długi etap w życiu. Jedna z nich teraz ponoć nawet często wpada do niego z rodziną na obiad, druga zaś znalazła pracę w jakieś warszawskiej korporacji, gdzie jest tłumaczką. Przemek tymczasem, nauczywszy się od nich co nieco, stał się znanym w okolicy Taosem – lokalnym ekspertem od wietnamskiej kuchni, który posiadł tajemną wiedzę przyrządzania najlepszych potraw wprost od znawczyń tematu. Rzeczywiście chłop siedzi w kuchni całymi dniami, częściowo sam przyrządza posiłki, a częściowo pilnuje pracowników, by przestrzegali oryginalnych przepisów i nie próbowali oszukiwać. Widać, że ma fioła na tym punkcie. Gdy dotarłem w południe do lokalu, szefa nie było, gdyż osobiście postanowił rozwieźć dania do głodnych klientów. Nawet nie miał do mnie pretensji, ba, myślałem, że rzuci mi się z radością na szyję, kiedy zaparkowałem pod lokalem. Właśnie uświadomiłem sobie, iż zobowiązałem się dzisiaj jeździć z wietnamskim żarciem do osiemnastej, a jednocześnie o tej samej godzinie zaczynam zmianę u Benka. Muszę ostro popracować nad asertywnością choćby dla dobra moich psów. Pierwszym krokiem jest zatem telefon do Leszka, gdy zawożę ostatnią dziś porcję sajgonek oraz cielęciny w pięciu smakach. Wiem, że dojeżdża do pracy samochodem.




– Leszek, melduję, że jest dobrze. Wszyscy głodni klienci twojego przyjaciela są zadowoleni i dadzą po pięć gwiazdek, ale jest sprawa, bo jeszcze jeżdżę. Nie ma szans, żebym zdążył do nas na osiemnastą. W razie czego zastąp mnie albo coś wymyśl – mówię najbardziej zdecydowanym tonem, na jaki mnie stać. Cisza w słuchawce oznacza, że Leszka chyba zatkało, nigdy nie woził zamówień, ale postawiłem go w sytuacji bez wyjścia. Jeśli odmówi, nikt nie dostarczy na czas żarcia, zrobią się obsuwy, będzie na mnie i na niego w sumie też, bo choć nigdy nie jestem jedynym dostawcą na zmianie, to nawet przy pełnym składzie ledwie się wyrabiamy. Tymczasem ja przecież wożę kurczaki w warzywach z trawą cytrynową za namową naczelnego kucharza włoskiej kuchni. Czekam cierpliwie.

– Dobra. Benka nie ma, najwyżej młody ogarnie kuchnię w razie potrzeby, ale ruchy stary, bo się nie rozdwoję – słyszę, oddając z uśmiechem ostatnią papierową torbę do rąk obłędnie seksownej, choć starszej ode mnie co najmniej o dekadę klientki. Oto kupiłem czas na powrót do domu i ogarnięcie psów.

Jak burza wpadam do mieszkania. Urwis i Tola szaleją z radości się, jakbym wrócił po latach z wojny w Wietnamie, co w zasadzie wcale nie jest tak bardzo dalekie od prawdy przynajmniej w przenośni, Fusia zaś śpi na kanapie, nie racząc nawet spojrzeć w moją stronę. Wszystko po staremu.

– Zaraz pójdziemy – rzucam do psów w biegu do komputera. Przedzieram się przez warstwy logowań i zabezpieczeń, by sprawdzić, czy czeka na mnie coś nowego. Kate milczy. Mark napisał jedno zdanie: Wchodzę w to, przygotuj program. Świetnie! Wychodzę, zamykam, chowam sprzęt – Spacerek! – i nawet Fuśka łaskawie złazi na podłogę.

    Kłopocińska ściąga mnie wzrokiem, gdy wracam z psami ze spaceru. Nigdy tego nie robię, ale tym razem patrzę do góry na okna i widzę uroczą Anielę nad jakimiś doniczkowymi kwiatkami, stojącymi na parapecie. Obserwuje mnie. Zobaczyła, że zadarłem łeb, więc odrobinę wycofała się za firankę, ale i tak wiem, że tam jest i się gapi. Cholera, może powinienem wstąpić do niej, podziękować, że mnie wtedy uratowała przed nalotem groźnej straży miejskiej? Ostatecznie, gdyby nie ona, goście od śmieci po skonsumowaniu śniadania, zadzwoniliby po straż, która prawdopodobnie załatwiłaby mi wycieczkę po odholowane auto. Nawet nie mógłbym mieć pretensji, bo rzeczywiście zaparkowałem wtedy jak skończony kretyn. Potem. Leszek nie może w nieskończoność wozić pizzy, musi ją przyrządzać. Jestem pewien, że młody nie potrafi tak kręcić ciastem, jak on. 


    Padam na pysk, więc znów nie mam wyjścia i parkuję pod tym nieszczęsnym śmietnikiem. Naprawdę, nikt nie mógł pojechać na jakąś nocną zmianę, do rodziny albo choćby do kochanki i zostawić mi normalnego miejsca do zaparkowania? Jak tylko wejdę, podłączę padniętego smartfona do ładowania i ustawię budzenie na szóstą, by przestawić auto. Rano na pewno coś znajdę.  


    Psy, kolacja, szczurek dla Marka i spać – plan był prosty i szybki w teorii. Rozmowa z nowym wspólnikiem jednak trochę się przedłużyła, więc zastanawiam się, czy warto się w ogóle kłaść. Nie tylko wysłałem odpowiednio zabezpieczony malware, wytłumaczyłem Markowi jak bez strachu i śladu ma sobie go ściągnąć z sieci Tor, jak zadziała i dlaczego zupełnie nic mu nie grozi, pod warunkiem, że nikt nie przyłapie go na gorącym uczynku podczas wpinania pendrive’a do nieswojego komputera. Nie przypuszczałem, że taki gość jak on nie ma zielonego pojęcia o darknecie i nawet nie ma cebulowej przeglądarki. Musiałem poprowadzić go za rękę, krok po kroku zapewniając, że to jedyny naprawdę bezpieczny sposób przekazania nielegalnego programu zakupionego swoją drogą również na internetowym czarnym rynku. Mark początkowo myślał, że po prostu wyślę mu robaka mailem albo komunikatorem i zwykłe szyfrowanie VPN-a wystarczy. Przyznaję, że przeszło mi to przez myśl, z pewnością było szybciej, łatwiej i mógłbym położyć się spać dużo wcześniej, jednak im mniej śladów a więcej zabezpieczeń, tym lepiej. Jeśli coś poszłoby nie tak..., nawet nie chcę o tym myśleć. Od razu przygotowałem też sztukę dla siebie, gdyż zgodnie z pomysłem również miałem zamiar dowiedzieć się, co też ciekawego mają nasi dzielni dochodzeniowcy. Wszystko fajnie, tylko zaraz zacznie świtać.


Serio? To musi być sen… A może nie? Podnoszę się i pocieram intensywnie twarz. Dzwonek nie ustaje. Mam deja vu. Już, kurde, pali się czy co? Ludzie nie mają litości. Zabiję tego, kto stoi za drzwiami. 

– O, dzień dobry pani Anielo – czego to babsko znowu chce? Stoi i patrzy. A niech sobie popatrzy, pókim piękny i młody. Wiszę na drzwiach, ale ona tym razem ma minę zaciętą i wcale nie podziwia mojego ciała. Cholera, miałem auto przestawić! Walę się otwartą dłonią w czoło, aż plasnęło. 

– Już, pani Anielo, już! Późno wróciłem, miejsca nie było. Już się ubieram.


– List z policji – podskakuję na dźwięk głosu Kłopocińskiej. Czy ta kobieta mnie śledzi? Samochód przestawiłem i wyjmuję pocztę ze skrzynki, gdy ona wyrasta bezszelestnie obok mnie i nie może powstrzymać się od komentarza. Właściwie to nawet nie komentarz, zaledwie trzy wyrazy stwierdzające fakt, lecz jej wymowne spojrzenie wystarczy za całe przemowy nasycone osądem.

– Miłego dnia, pani Anielo – rozpływam się w uśmiechu i niemal zginam w pół, co na sąsiadce nie robi żadnego wrażenia. Odwraca się z godnie uniesioną głową, po czym odchodzi w stronę wyjścia z budynku. List z policji? Rzeczywiście. Koperta jak koperta. Jest pieczątka nadawcy, ale jakoś w oczy się nie rzuca. Może ja Kłopocińską zatrudnię do wyszukiwania informacji? Jakimś cudem wszystko wie. Na wszelki wypadek otworzę to w mieszkaniu.

I znowu wszechświat mi sprzyja! Wzywają mnie na komendę akurat, gdy potrzebuję się tam znaleźć, w dodatku mam się zgłosić jak poprzednio w charakterze świadka, lecz tym razem do komendanta Wroty, chociaż wezwanie podpisała moja ulubiona aspirant Dworna. Wspaniale. Świeżutki, zwykły, jak miliony innych takich, tani pendrive ze sprytnym, małym i praktycznie niewidocznym programem szpiegowskim, który po zainstalowaniu ulega samozniszczeniu na nośniku, czeka na swoje pięć minut albo raczej pięć sekund. Wystarczy, że uda mi się dyskretnie wpiąć skubańca do portu komputera, na którym jest zalogowany lub zaloguje się jako pierwszy nasz wspaniały komendant i mam dostęp do tego wszystkiego, co on, niczym cichy, nieuchwytny cień, a nawet lepiej, bo i bez jego udziału będę mógł przeszukiwać dane. Jeśli uda się wpiąć. W innym przypadku pozostaje podrzucić pędraka i liczyć, że Wrota sam z ciekawości go wpakuje do portu, by sprawdzić, co to. Oczywiście niczego nie znajdzie, ot pusty nośnik. Może ktoś zapomniał lub odłożył przez przypadek. Nawet nie zauważy, kiedy istotna zawartość wśliźnie się do jego komputera. Jak rzadko cieszę się na wizytę w psiarni i nawet nie specjalnie zastanawiam, czego ode mnie chcą. Jak znam życie, coś właśnie mają nowego i muszą dopytać, czy aby nie przeoczyłem ważnego szczegółu albo zwyczajnie trzeba w papierach coś uzupełnić. Dziś nie dam rady, ale myślę, że jutro spokojnie mogę się stawić, bo choć Taos piał podobno na mój temat z zachwytu, że mu tyłek uratowałem i szybko dowożę własnym samochodem, zamiast cisnąć na rowerze, jak ci z firmy zewnętrznej, to powiedziałem wyraźnie: jeśli robię dniówkę w pizzerii, to robię dniówkę w pizzerii, a jak mam jeździć z wietnamskim, musi to być osobny dzień. Taos wypytywał Leszka o ulubiony alkohol Benka, by go najść i przekupić, celem podebrania pracownika. Zaaferowany kucharz opowiadał mi o tym z wypiekami na twarzy. Nie wiem, jak to możliwe, że takie podchody dotyczą zwyczajnego rozwoziciela żarcia, ale ubawiłem się setnie, a gdy opowiedziałem o tym Monice, to płakała ze śmiechu i jestem pewien, że potem pruły razem z Ulką. Swoją drogą muszę wstąpić do Moni. Obiecałem. 


Zastój jakiś. Kate zamilkła, Mark się nie odzywa, w ogóle nic się nie dzieje. Wpadłem do Moniki po robocie, gdy towarzystwo właśnie wychodziło. Nawet nie wiedziałem, że będą, podobno spontan wyszedł, bo miały przyjść tylko Ula i Emilia, ale ta druga przybyła z Darkiem, okazało się przy tym, że Beata ma jakieś pilne kwestie sercowe, które miała zamiar obgadać z Moniką i zrobiła się z tego wieczorna posiadówa w środku tygodnia. Wykorzystałem okazję, dopadłem Darka, by zapytać, po co ta cała konspira była, skoro i tak wypaplał Arlecie, że o nią pytam. Darek zrobił wielkie oczy, uderzył się w pierś i przysiągł, iż nikomu nic, a Arleta to absolutnie nie ma prawa wiedzieć. By nie ryzykować zawałem, uspokoiłem go, mówiąc, że widocznie coś mi się pokręciło, nie ma tematu i wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie przypuszczałem, że uda mi się tak łatwo wycofać rakiem, lecz najwyraźniej Darek był już na tyle zmęczony, iż dał Emilii zagadać się na zupełnie inny temat i po chwili chyba zupełnie zapomniał, o czym ze mną rozmawiał. Ja natomiast nie mogę pozbyć się dziwnego uczucia, że coś tu nie do końca pasuje, jak w tych puzzlach, którymi mnie ojciec mordował, gdy… ech nieważne. Koniecznie muszę sprawdzić, czy na pewno wszystko jest dobrze przygotowane na wizytę u ludzi w mundurach o odcieniu navy blue.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...