37. Wszystko pod kontrolą

    Gwałtownie i boleśnie wynurzam się na powierzchnię rzeczywistości. Dzwonek do drzwi niczym alarm rozbrzmiewa raz po raz. Irytująco. Kto do jasnej cholery tak się dobija? Zwlekam się zły z łóżka, a resztki snu, w którym jakieś kobiety krzyczały do mnie, czegoś chciały, a Grace szarpała się z jedną z nich, rozwiewają się niczym para nad kubkiem kawy, pozbawiając mnie szansy na uchwycenie jakiegokolwiek sensu tej sceny. Tak, kawy i może jakiegoś proszka przeciwbólowego mi trzeba, chociaż jeśli ten ktoś nie przestanie, to i podwójna dawka nie pomoże. Idę, już idę.
– Tak, pani Anielo? – za drzwiami stoi Kłopocińska. Tak alarmowała, a teraz stoi, gapi się i nic. Co z tymi ludźmi do cholery? Która to może być godzina? Szósta? Może siódma?  Spać poszedłem grubo po drugiej – Witam panią, słucham, o co chodzi?!
– Och! Ja… przepraszam najmocniej, nie chciałam obudzić, ale ten, no… bo pan zaparkował pod śmietnikiem – jąka się, oglądając mnie, jakbym był jakimś fascynującym eksponatem na wystawie osobliwości. Uświadamiam sobie, że moją jedyną garderobę stanowią slipy, w dodatku przyciasne jak zwykle po przebudzeniu. Wyrwała mnie z wyra, to nie moja wina. Sypiam w samych gaciach jak zapewne każdy, no może co drugi facet. Robi mi się chłodno.
– Tak? – nie rozumiem, co jej do mojego parkowania, ale sytuacja zaczyna mnie bawić.
– No bo śmieciarka przyjechała i… to znaczy po śmieci i oni chcą – z zimna kurczą mi się sutki, co nie umyka uwadze sąsiadki. Zamyka gwałtownie oczy, po czym je otwiera, tym razem skupiając z desperacją wzrok na mojej twarzy, zbiera się w sobie i bierze głęboki oddech. – Zastawił pan dojście, chcą dzwonić na straż. Powiedziałam im, że zaraz pan przestawi i nie będzie potrzeby. Rusz się pan, bo inaczej mandat dostanie albo może i odholują! Tylko się pan ubierz na litość boską! – wyrzuca z siebie jak z karabinu maszynowego na tym jednym oddechu, po czym obraca się na pięcie. 
– Dziękuję, pani Anielo kochana, już lecę! – wołam za nią. Wczoraj do późna dostarczałem zamówienia, potem jeszcze odwiozłem kucharza na drugi koniec miasta i gdy wróciłem, jedyne miejsce w promieniu kilometra, w które można było wcisnąć samochód, było pod wiatą śmietnikową. Parkowałem tam już kilka razy w weekendy, gdy nie opróżniają kontenerów, ale dziś jest wtorek, nie, środa… Jak przez mgłę przypominam sobie sens słów Leszka, najważniejszego naszego kucharza, który najlepiej przyrządza ciasto i wiecznie narzeka na jakość pomidorów. Rozmawialiśmy o jakimś jego koledze, który prowadzi chińską, czy może wietnamską knajpę i poszukuje na gwałt kierowców. Zgodziłem się czy nie? Nie potrafię sobie przypomnieć. Leszek jest chorobliwym wręcz typem gaduły, a że mam jednak co nieco do przemyślenia, słuchałem go z umiarkowaną uwagą, delikatnie mówiąc i nie jestem pewien, czy przez przypadek nie rzuciłem o jedno „dobra” za dużo. Muszę do niego zadzwonić. Potem. Ubrany we wczorajszą koszulkę oraz dresy, lecę po schodach, bo ktoś zablokował windę na parterze. Gdy wypadam na ulicę, goście ze śmieciarki siedzą na murku obok wiaty i jedzą śniadanie. Dobrze, że trafiłem na cierpliwych.

Dzięki nieoczekiwanej, wczesnej pobudce, mam więcej czasu. Może  jestem niewyspany, lecz teraz i tak bym już nie zasnął, więc biorę prysznic, wlewam w siebie mocną kawę oraz zasiadam przed nowiutkim laptopem, który odpowiednio przygotowany służy do rozmów, poszukiwań i innych działań, jakich nie chciałbym ujawniać nikomu niewtajemniczonemu. Oczywiście nie robię nic złego, lecz lepiej dmuchać na zimne i nie zwracać na siebie uwagi wyszukiwaniem podejrzanych treści czy buszowaniem w darknecie. Jak zwykle maskuję IP i wybieram kolejny VPN, by połączyć się bezpiecznie z Markiem, który wymyślił nawet dodatkowe zabezpieczenie w postaci dość prymitywnego hasła. Zadaję umówione pytanie, a on odpowiada na nie zupełnie absurdalnym, ale wcześniej umówionym tekstem. Zabawny jest. Wiem, że aby uzyskać informacje, muszę też coś mieć, więc zaczynam od krótkiej relacji tego, czego dowiedziałem się od Wiązer. 
– To dobry kontakt – przyznaje Mark – Ale na pewno nie wie zbyt wiele, jeśli nie współpracuje ściśle z organami ścigania.
– Nie wygląda na taką, która by współpracowała – pracownica opieki społecznej? Nie sądzę.
– Pozory mylą. Wątpię, bym coś znalazł, ale poszukam, czy w hrabstwie wydarzyło się coś związanego z kobietą z blizną. Skoro spotkałeś kogoś takiego, znaczy, że zasięg działania tego konkretnego alfonsa rośnie. Spotkałem się już z takim oznaczaniem kobiet. Najprawdopodobniej jednak stręczyciel, który je stosował, wciąż jest nieuchwytny, od dawna nie ma żadnych nowych tropów.
– Może policja coś ma, tego nie wiesz – biorę go pod włos. Chciałbym, by trochę bardziej zaryzykował w celu wyciągnięcia nieoficjalnych informacji. Nie podejmuje kwestii, lecz zaczyna mówić o Owenie Kasarley, co również szalenie mnie interesuje.
Kasarley był przez dłuższy czas pod obserwacją policji i oficjalnie został aresztowany za posiadanie sporej ilości narkotyków. Miał być to jednak tylko pretekst do zatrzymania i przesłuchań oraz skontrolowania jego mieszkania w Birmingham. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, odkryto bowiem, że przetrzymywał w swoim domu dwie kobiety obcego pochodzenia. Zeznania dziewczyn wystarczyły, by go zatrzymać na dłużej i oskarżyć o dużo bardziej poważne przestępstwo niż posiadanie narkotyków. Według Marka prawdopodobnie nie miały przy sobie dokumentów, jednak dokładniej, co zeznały na temat uprowadzenia, pozostaje tajemnicą służb. Mark przyznał niechętnie, że na razie nie dowie się niczego więcej na temat informacji posiadanych przez policję czy postępów śledztwa, ponieważ, jak to oględnie ujął, stracił kontakt pomocny w pozyskiwaniu tych informacji. Tu znów nie omieszkałem mu wytknąć, że gdyby tylko chciał, mógłby dotrzeć do wielu danych, a środki do tego prowadzące w porównaniu ze skalą przestępstw Owena są maleńkim wykroczeniem. Mark jak się okazuje, nie jest aż tak bardzo uczciwy, skoro miał kogoś, kto wynosił dla niego wybrane newsy z policyjnych akt. Ciekawe, że tradycyjną metodę wykradania danych uznaje za bardziej uczciwą niż z wykorzystaniem technologii, a bez wikłania osób trzecich. W końcu przecież wychodzi na to samo. Nie namawiam, ale mam wrażenie, że moja sugestia ma szansę wykiełkować w jego głowie i urosnąć w odważniejszą myśl. 
– Niestety niczego nowego na temat twojej eks nie mam. Jeśli mają cokolwiek, niczego nie ujawniają, jednak z pewnością jej nie znaleźli. Zaraz ci prześlę lepsze zdjęcie Owena, może widziałeś go kiedyś z nią?
– Bardzo wątpię, ale dawaj – odpisuję i otwieram plik ze zdjęciem zwyczajnego, nawet całkiem przystojnego, ale zupełnie przeciętnego faceta, który mógłby być równie dobrze Polakiem, co Anglikiem czy Amerykaninem. Nie wiem, jak spece z kolorowej prasy to robią, ale na fotce w internetowym wydaniu lokalnego pisma Kasarley wyglądał zdecydowanie bardziej zbirowato. Może to kwestia zasłoniętych oczu? – Nikogo mi ta gęba nie przypomina. Chyba trochę utknęliśmy.

Jeśli Anę i tę dziewczynę z pubu łączyła podobna historia, jeśli obie zgłosiły się do tej samej grupy ludzi, by znaleźć pracę za granicą, obie zostały sprzedane, oszpecone przez tego samego „właściciela”, lecz jedną z nich zajmuje się tutejsza policja, to czas zacząć działać. Nie mogę wymagać od Marka, by podrzucał pluskwy brytyjskiej policji, jednocześnie siedząc na tyłku i nie robiąc nic w kierunku zdobycie informacji, które być może mam pod nosem. Tylko sięgnąć. 
Zbieram się na spacer z psami, a w głowie układam plan reszty dnia. Od czegoś trzeba zacząć. Godzina wciąż jest w miarę wczesna, toteż po powrocie przygotuję zgrabnego trojana, którego trzeba będzie podrzucić komendantowi. Czy jest coś, z czym mógłbym do niego pójść? Mogłem sobie przypomnieć jakiś szczegół dotyczący denatki. Naturalnie wolałbym podzielić się nim, nawet zmyślonym, z aspirant Inką, ale wątpię, by miała dostęp do wszystkiego, co mogłoby mnie zainteresować. Na wiele nie liczę, nawet u głównego, bo w końcu to tylko lokalna komenda, jednak myślę, że warto zaryzykować. Jeśli uda się przekonać Marka… Telefon rozdziera ciszę klatki schodowej. Że też tu zawsze wszystko ma więcej decybeli. Oczywiście mam problem, bo psy zaczęły się plątać jak oszalałe na smyczach, widząc Hrabka, z którym ostatnimi czasy bardzo się zaprzyjaźniły. 
– Hej, dopiero wychodzisz? – Monika wchodzi za psem do przedsionka, utykając.
– Cześć, jak zwykle. Nie przeciążaj tej nogi. Jak się czujesz? – zagaduję, ignorując telefon, który przestał dzwonić. 
– Dzięki, całkiem nieźle. Wpadnij wieczorem po pracy, to pogadamy.
– Postaram się, ale nie mam pojęcia, kiedy skończę. Szykuje mi się drugi etat, chyba – przypominam sobie o Leszku, muszę do niego koniecznie zadzwonić – Trzymaj się ciepło.
Ledwie wyszedłem z klatki, zostawiając w tyle Monikę, prawie zderzam się z… Grzegorzem? To on? Minął mnie bez słowa, złapał domykające się drzwi i wszedł do bloku. Nie zauważył mnie czy nie poznał? Patrzę za nim przez szybę, ale pognał ku schodom. Wyglądał jakoś inaczej, nie jestem w stanie określić dlaczego. Telefon znowu ożywa – Leszek. Można się było spodziewać. 
– Stary, gdzie się podziewasz? – wita mnie nerwowo. Nie bardzo wiem, o co mu chodzi, przecież dziś zaczynam o trzynastej – Miałeś być u Taosa od godziny! Wydzwania do mnie, że klienci się dobijają, a on nie ma kim zawieźć. Stary, no… Przecież załatwiłem za ciebie na dziś Polinę, żebyś mógł...
– Spokojnie – przerywam mu pełnym pewności siebie głosem – Mam wszystko pod kontrolą. Na dwunastą miałem być, to zdążę. Adres wysłałeś? Bo właśnie wyjeżdżam.
– Na jaką dwunastą? Na dziesiątą! Mówiłeś, że wiesz gdzie. Nieważne, już wysyłam, a ty rusz dupę, jedź – i się rozłączył. Cholera, psy mi tego nie wybaczą. Znowu krótki spacer po osiedlu zamiast biegania po lesie. Wzdycham i wbrew logice pozwalam czternastu nogom (moim i psów) zanieść nas do lasu. Najwyżej powiem, że w korku stałem. Marny ze mnie kolega.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...