36. Ana Janiv

    Albo śnię na jawie, albo właśnie odebrałem telefon od Arlety Wiązer i się z nią umówiłem w jej mieszkaniu. Dopiero myślałem, że zaczynam cokolwiek rozumieć, dowiadując się w ciągu ostatniej doby więcej niż przez cały zeszły kwartał, tymczasem znów zostałem zaskoczony. Sądziłem, że to ja się zasadzam, by podejść tę babkę, a tu ona… Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy może obawiać. Może jestem w Truman Show? Halo! Czy ktoś steruje moim życiem? Mam wolny dzień, Monika zwolniła mnie z zawiezienia jej do lekarza oraz siedzenia w poczekalni przez pół dnia i właśnie wybieram się do Wiązer, która sama mnie zaprosiła, podczas gdy od kilku dni opracowuję skomplikowane scenariusze do rozegrania, by ją jakoś podejść, nawiązać kontakt, a może nawet wycisnąć cokolwiek z kobiety, która rzekomo jest niezwykle skryta i ostrożna. Przeczuwam, że w tym perfekcyjnym zgraniu szczęśliwych zbiegów okoliczności zaraz coś pieprznie. 

    – Dzień dobry, Leopold Fikcyjny – uśmiecham się przyjaźnie, ale (mam nadzieję) nie za wesoło, w końcu tematem wizyty ma być zamordowana dziewczyna. Jednocześnie uświadamiam sobie, że to i tak nie ma znaczenia, ponieważ jestem w maseczce. 
– Dzień dobry, proszę, niech pan wejdzie – drobna, siwa kobieta wpuszcza mnie do środka, cofając się w wąskim przedpokoju. Wchodzę do niewielkiego, bardzo skromnie urządzonego pokoju i posłusznie siadam na wskazanym krześle. Głośne tykanie starego ściennego zegara wypełnia ciszę.
– Może kawy lub herbaty?
– Nie, dziękuję. Ja…
– To przyniosę chociaż wody. Mam nadzieję, że znalazł pan czas na dłuższą rozmowę – przerywa. Mimo swego niezwykle łagodnego oblicza zupełnie mnie dominuje i czuję się jak uczniak w obcej szkole. Nie czekając na moją reakcję, wychodzi do kuchni, dając mi możliwość zebrania myśli i rozejrzenia się. Drewniany stół i krzesła, komoda, idealnie gładka kapa na starej wersalce, okno całe w bujnych roślinach. Jak zwykle marnuję czas, zamiast zdecydować się szybko na jakąś strategię. Nie przyszedłem tu przecież na podwieczorek.

    – Pan znalazł Anę. Długo się zastanawiałam czy się do pana odezwać – stawia ostrożnie szklanki i butelkę z wodą na stole, po czym od razu przechodzi do rzeczy – Jeśli pan chce, może zdjąć maseczkę. Z mojej strony nic panu nie grozi, jako pracownik opieki muszę się często testować, a wczorajszy był negatywny – widząc mój niepewny wyraz twarzy, macha lekceważąco ręką – Swoje przechorowałam, a i zaszczepili. 
– I nadal panią testują?
– Nikt nie wie tak do końca, jak postępować, więc nasz OPS dmucha na zimne, bo jednak chodzę do ludzi. Pan chciał ze mną porozmawiać o Anie, prawda? Mam na myśli Orianę. Ana to jej prawdziwe imię. Nie musi się już nieszczęsna kryć za fałszywym, już i tak jej wszystko jedno... – dodała smutno. 
– Ja… tak, oczywiście, bardzo mnie ta tragedia poruszyła, ale…
– Skąd wiem? To nieważne. Widzi pan, ona była wyjątkową, dobrą osobą, jej śmierć nie powinna przejść bez echa, bez ukarania winnych. Ktoś powiedział mi, że pan interesuje się tym zabójstwem.

    Cały misterny plan utkany z przeplatanki wybiegów manipulacyjnych, koniecznych kłamstewek dotyczącym motywów mojego zaangażowania bierze w łeb. Nie mogę tej kobiecie wcisnąć łgarstw, po prostu nie jestem w stanie. Co ma być, to będzie, nie zastanawiam się i po prostu mówię, zdjąwszy wilgotną maseczkę z twarzy. Opowiadam jej o bliźnie, o tym, że spotkałem Orianę dwa lata temu w Anglii, była znajomą mojej żony, która ostatnio zaginęła. Robię trochę zbyt duży skrót, gdyż Arletę niepokoi moja tragedia, więc szybko wyjaśniam, że jesteśmy po rozwodzie już od dawna i tak dalej, jej niezwykła empatia zaś, pomimo tego, każe mi współczuć, gdyż według niej z pewnością jestem przerażony i martwię się o byłą małżonkę. Czuję się nieco niezręcznie. Gdy kończę swą opowieść, w której instynkt samozachowawczy nakazuje mi pominąć wiele informacji, nastaje cisza. Wiązer przygląda mi się. Nie nachalnie czy ciekawsko, raczej życzliwie, jakby zastanawiała się, co też ze mną począć, jak podejść, albo ile zdradzić informacji o Ukraince. Nalewa wodę do szklanek.

    – Oriana, a właściwie Ana Janiv miała przed sobą całe życie i wydawałoby się, że los się nad nią zlitował. Uciekła, a to nie zdarza się zbyt często. Trzeba mieć szczęście w nieszczęściu, jak to się mówi – milknie zamyślona, wpatrując się w szklankę, zapewne ma przed oczami zupełnie inny obraz – Ona pochodziła z małej ukraińskiej mieściny, takiej, jakich wiele, bardzo wiele. Zwykłe życie, przeważnie bieda, codzienność, znój, żadnych perspektyw. Dom rodzinny Any co rusz nawiedzały tragedie, jakby codzienna, niekończąca się walka o byt była za słabym doświadczeniem. Miała dwóch młodszych o kilka lat braci. To byli bliźniacy, obaj ciężko chorowali, obaj zmarli, nie dożywszy nawet dekady. Ojciec wiązał z synami wielkie nadzieje, toteż zupełnie nie poradził sobie z przegraną walką o ich życie. Pił. Matka zaś przeciążona pracą, nigdy nieleczoną depresją  znikała w ciszy z każdym dniem. Córka była przekonana, że matka chorowała, lecz ta nie chciała słyszeć o lekarzach, badaniach czy jakimkolwiek leczeniu. Nie ufała już medycynie po stracie dzieci, czy może winiła siebie za genetyczną przypadłość bliźniąt i uważała, że zasługuje na karę w postaci choroby, kto wie. W każdym razie to prawdopodobnie rak ją wykończył. Rak i rozpacz. Utrzymanie domu, gdzie wciąż mieszkał ojciec, który przepijał swoją maleńką rentę oraz niedołężna babka, jego matka, spadło na młodą Anę, która wtedy ledwie skończyła dwadzieścia lat. Pracowała ile sił, prócz prac dorywczych, takich sezonowych, które już wtedy wykonywała od lat, by wspomóc rodzinę, uczyła niemieckiego w szkole elementarnej, dawała korepetycje. Etat nauczycielski był coraz bardziej niepewny, z powodów finansowych zwalniano nauczycieli, a ona, młoda, bez znajomości i uzupełnionego wykształcenia stała w pierwszym szeregu do odstrzału. Trudno wyobrazić sobie jak musiało być ciężko tej dziewczynie. Wkrótce zmarła babka, a ojciec w przebłyskach świadomości między jedną flaszką bimbru a drugą namawiał córkę, by wyjechała z przeklętego miasta, ratowała swoje życie i nie oglądała się za siebie. Jemu i tak już nikt nie mógł pomóc. Nie chciała zostawiać ojca, jednak pod jego wpływem zaczęła szukać pracy za granicą. Wymyśliła sobie, że zarobi lepsze pieniądze, a potem wróci i zabierze ojca do siebie, gdziekolwiek to miałoby nie być. Miała duże życiowe doświadczenie w opiekowaniu się innymi, zdecydowała się więc zgłosić do pracy wyjazdowej do Niemiec jako opiekunka osób starszych. Jedna z firm rekrutujących takich pracowników odpowiedziała na jej anons, który napisała odręcznie i powiesiła na tablicy ogłoszeń przy największym sklepie w mieście. Ktoś zadzwonił, ktoś inny zaprosił na rozmowę w prowizorycznym biurze, jakim było wynajęte w centrum, luksusowe, jak na standardy Any, mieszkanie. Powiedziano jej, że to spora firma, ale dopiero wchodzą na rynek w tej części kraju, więc jeszcze nie urządzili należycie siedziby. Rozmowa kwalifikacyjna wydała się Anie nieco dziwna, bo zrobiono jej kilka zdjęć, tłumacząc, że w Niemczech jest taki zwyczaj, bo pracodawca bardzo dba o wygląd swoich pracowników, którzy reprezentują firmę przed klientami, nawet jeśli ci ostatni niedosłyszą lub niedowidzą. Pełna obaw, ale i nadziei podpisała kilkanaście razy przeczytaną umowę, która nie tylko nie wzbudzała żadnych podejrzeń, ale była namacalnym dowodem na to, że życie dziewczyny wskoczy na zupełnie inny poziom. Dla niej wpisany w kontrakt miesięczny zarobek w wysokości tysiąca euro był czymś, co przyprawia o zawrót głowy. W krótkim czasie dostała informację o tym, że wszystkie pozwolenia i formalności są już załatwione, wystarczy uiścić opłatę za bilet i Berlin stoi przed nią otworem. Opowiadała, że zupełnie trzeźwy ojciec płakał w dniu jej wyjazdu. Płakał ze szczęścia. O bardzo wczesnej porze wsiadła wraz z kilkoma innymi dziewczynami do busa podstawionego w samym centrum miasteczka. Wszystkie były młode, śliczne i bardzo optymistycznie nastawione. Po drodze dosiadło się jeszcze kilka dziewcząt. Wówczas nie przyszło Anie do głowy, że to trochę podejrzane, iż do pracy w charakterze opiekunek jadą same młode, piękne dziewczyny o wyglądzie modelek. Gdyby wtedy to dostrzegła… Wiele razy wspominała ten moment, tę oślepiającą nadzieję – Arleta garbi się, jakby ciężar tej opowieści miał fizyczny wymiar. W sumie miał. Dolewa wody do mojej szklanki powoli, z uwagą, jakby uronienie kropli było kwestią życia lub śmierci. Nie mam śmiałości się odezwać.
    – Nie dojechali do Berlina, ale tego wtedy jeszcze nie wiedziała. Nie miała pojęcia co to za miasto. Nie wszystkie trafiły w to samo miejsce. Niektóre dziewczyny miały wysiąść wcześniej, inne zostały w busie, gdy Anę i jeszcze jedną pośrednik poprosił o zabranie bagaży. Zakwaterowano je w maleńkim mieszkaniu i kazano czekać. Nic nie wzbudziłoby ich podejrzeń, gdyby nie to, że nie mogły nigdzie wyjść. Pośrednik jednak zapewniał, że wszystko jest w porządku, taka jest procedura, gdy pracownicy są kwaterowani późnym wieczorem i nie znają okolicy. To dla bezpieczeństwa. Nad ranem przyszedł do nich ten sam mężczyzna z gotowymi zestawami śniadaniowymi. Przepraszał nawet, że nie otrzymały kolacji poprzedniego dnia, ale było już zbyt późno. Głodne dziewczyny szybko pochłonęły smaczny posiłek i czekały na dalsze instrukcje. To był koniec wielkich nadziei. Gdy Ana ocknęła się, było już zupełnie ciemno, a ona została w mieszkaniu sama. Szybko zorientowała się, że wraz z porannym posiłkiem dostała silne środki nasenne, bo nie tylko przespała cały dzień, ale czuła się wciąż otumaniona. Szybko zauważyła nieobecność koleżanki, okaleczenie szyi i wnioskując po tym, jak się czuła, gwałt. O tych chwilach, jak pewnie się domyślasz, bardzo ciężko było jej mówić, wolałaby zapomnieć. Jeszcze nie do końca wiedziała, co się stało, a przede wszystkim, dlaczego ktoś ją podstępem odurzył, okaleczył i zamknął. Nie miała pojęcia o procederze handlu żywym towarem, uprowadzaniu pięknych dziewcząt z Europy Wschodniej i sprzedawaniu ich jako prostytutek bossom, którzy na seksbiznesie robią ogromne pieniądze i nigdy nie jest im dość. Skąd miała wiedzieć? I tu właśnie uśmiechnęło się do niej szczęście, blado i nietrwale, ale jednak się uśmiechnęło. W którymś z mieszkań wyżej pojawił się ogień, ktoś zadzwonił po straż pożarną. Ana była zamknięta, nie wiedziała, co się dzieje, ale usłyszała krzyki ludzi, głosy strażaków, dym za oknem i zrozumiała, że to jej jedyna szansa. Zaczęła walić w drzwi, krzyczeć, że jest zamknięta. Zgodnie z procedurą trzeba było ewakuować ludzi z budynku, a skoro jedna z osób nie mogła wyjść, wyważono drzwi. Ana bynajmniej nie czekała z innymi lokatorami na ulicy w oczekiwaniu na rozwój wypadków. Tak, jak stała, uciekła. I znów miała szczęście: było lato, przyjazna pogoda i mniej niż 50 kilometrów do granicy z Polską, gdzie trafiła na życzliwego człowieka, który skierował ją tam, gdzie trzeba. Mogła właściwie bliżej poszukać pomocy, odnaleźć posterunek policji lub ambasadę, tłumaczyła, że chciała uciec jak najdalej, a najlepiej do domu... Koniec końców wylądowała u mnie. Tutaj miała być bezpieczna. Nowe imię, wsparcie, czujność. I tak ją dorwali. Pierwszy raz coś takiego... – aksamitny, kojący głos Arlety zaczyna drżeć, oczy wilgotnieją – Przepraszam. Ja się angażuję w takie sprawy od wielu lat, pomagam ofiarom zacząć nowe życie, całkowicie od zera, różnie bywało, ale nigdy wcześniej nie zamordowano żadnego mojego podopiecznego. Nigdy – podnosi głos, który w jednej chwili traci drżenie na rzecz siły i choć łzy nadal błyszczą w oczach, widzę w nich gniew. Patrzy wprost na mnie, aż przechodzą ciarki. Ta niepozorna kobieta ma w sobie zaskakującą siłę.
– Chciałeś poznać Orianę, poznałeś Anę. Nie była nigdy w Anglii, pomyliłeś ją z inną.
– Ale blizna na szyi…
– To znak rozpoznawczy. Jak tatuaż. Znakują je jak bydło. Na pewno o tym słyszałeś, a tu masz do czynienia z niezwykłym zbiegiem okoliczności. Spotkałeś dwie dziewczyny od tego samego stręczyciela.
– Nie jestem do końca pewien, czy to do końca zbieg okoliczności. Obawiam się, że moja żona może mieć z Aną więcej wspólnego niż można przypuścić. Nie bezpośrednio, pewnie nawet się nigdy nie spotkały, jeśli rzeczywiście tamta kobieta z pubu była inną ofiarą – mówię spontanicznie.
– Zapewne była, jeżeli dobrze pamiętasz i rzeczywiście była oznakowana taką samą raną,  tylko jeśli sama pojawiła się tam wtedy i zaczepiła twoją żonę, jak mówiłeś, to być może oczekiwała pomocy, ufała jej. Do kogo jednak została odesłana? Obawiam się, że być może byłeś nieświadomym świadkiem próby ucieczki dziewczyny, którą mógł spotkać potem ten sam los co Anę. Nie mogłeś nic zrobić, niczego nie wiedziałeś, jeśli jest tak, jak mówisz…
– Dlaczego opowiedziała mi pani to wszystko? Tak naprawdę? – choć poznana historia huczy mi w głowie, muszę o to zapytać.
– Jesteś szczery wobec mnie, więc…
– Nie wiedziała pani czy będę, gdy mnie pani tu zaprosiła.
– Mam na imię Arleta. Mówmy sobie po imieniu – wrzuca nagle. Czekam na wyjaśnienie, więc wzdycha. – Mówią, że mam nosa do ludzi, wyczuwam i wiem, komu można zaufać. Po całej tej tragedii, gdy rozmawiałam z policjantami…, sama nie wiem. Jej śmierć nadal jest zagadką, ogólnie można domyślać się, kto zlecił to zabójstwo, ale wciąż nie znaleziono winnych. To nie jest jedyna taka historia, ale nigdy wcześniej nie spotkałam się z tym, by…, chodzi o to, że odpuszczali, uciekła, to uciekła, zniewalają ich tyle, że jedna, w dodatku taka, która niczego nie wie, nie robi im różnicy, nie ryzykują zabójstw, to im się zwyczajnie nie opłaca – Arleta wstaje. Moja wizyta najwyraźniej dobiegła końca. Nie uzyskałem jasnej odpowiedzi na ostatnie pytanie, ale to, czego się dowiedziałem, z pewnością nie pozwoli mi dziś spokojnie zasnąć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...