35. Im dalej w las, tym więcej drzew

    Zamiast zapamiętać, ewentualnie schować do supertajnego sejfu zapisany na karteczce  numer Arlety Wiązer, normalnie wklepałem do telefonu jako kontakt. Mam obmyślany plan, a nawet plany A, B i C, lecz najpierw muszę przyswoić i przemyśleć to, czego dowiedziałem się od Kate i Marka. 

Rozmowy pisane z Kate weszły na wyższy poziom. Dziewczyna mi wierzy, może nawet ufa. Martwi się zniknięciem Grace, chociaż niczego przydatnego  nie wie o jej ciemnej stronie. Nie szkodzi. Odświeżyła kontakty i przy okazji dowiedziałem się o… sobie. Dopiero teraz Kate zorientowała się, że Grace wyszła za mąż i się rozwiodła. To ma sens, nie było jej na ślubie. A skoro należała do grona najbliższych przyjaciół, to powinna była wiedzieć, ba, zostać zaproszoną. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem… Dobrze, że nie zwróciłem się do nikogo z Dudley. Do Kate doszły same negatywne informacje na temat Andyego Horna. Dwulicowy pozorant udawał miłego kolesia, a okazał się sukinsynem, który stosował przemoc psychiczną, w dodatku manipulant i oszust. Trzeba przyznać, że siła przekonywania to niewątpliwy atut Grace. W Dudley pomimo wszystko uważają, iż to ja jestem tym złym. Nie powiedziała swojej wieloletniej koleżance o ślubie ze mną? Andy jej zabronił! Według lokalnej opinii publicznej chciałem odciąć narzeczoną, a następnie żonę od jej przyjaciół, byłem chorobliwie zazdrosny i ograniczałem jej wolność. Skubana. Jako Luc Zee naturalnie mogę jedynie ubolewać. Biedna Grace. Co za skurwiel jej się trafił. Ktoś nie wiem kto, poszedł dalej i jest teoria, że to były mąż w zemście wmanewrował biedną Grace w nie wiadomo co. Wcale nie terroryzowała prokuratora, to ten Andy ją wrobił i kto wie, czy nie uprowadził. Takie ploty są wysoce niepokojące. Mam ogromną ochotę wziąć sam siebie w obronę, lecz jestem tylko obcym kolesiem, reflektuję się w porę. Naturalnie Luc nie ma o niczym zielonego pojęcia, podjął współpracę z Grace w pełni profesjonalnie i nic a nic nie wie o jej prywatnym życiu. 

Z tego, czego dowiedziała się Kate można wywnioskować, że Grace nie planowała urlopu czy wyjazdu. Nieoczekiwanie wyparowała z dnia na dzień, nie informując w pracy czy w ośrodku matki o swoich planach. Praktycznie zapadła się pod ziemię, co jest do niej zupełnie niepodobne. Coraz bardziej rosną w siłę plotki, jakoby miała zostać uprowadzona lub nawet zamordowana. 

W przeciwieństwie do błazenady z Kate w stosunku do Marka postanowiłem być całkowicie szczery, w takim mniej więcej zakresie, jak wobec Rafała. Nie wiem, może będę żałował, ale bez tego ryzyka nie ruszę do przodu. Mam trochę dosyć zabaw w ciuciubabkę, zwłaszcza że czekają mnie jeszcze podchody do Arlety Wiązer. Za pośrednictwem jednej z najbardziej szyfrowanych aplikacji do komunikowania się napisałem Markowi wszystko, czego dowiedziałem się o podwójnym życiu Grace, które jak się okazuje, nie miało nic wspólnego z realizowaniem wybujałych potrzeb nimfomanki, było zaś ściśle powiązane ze środowiskiem, z którym o związek mojej uroczej żony nigdy bym nie podejrzewał. O dokładniejszej jej roli w tym bajzlu Mark nie wie albo nie ma zamiaru mi powiedzieć, przynajmniej jeszcze nie teraz, niemniej zamieszana była w zasilanie Europy Zachodniej i nie tylko w niewolników, jakkolwiek idiotycznie to brzmi w naszych czasach. Domyślam się, że to, co pokrótce opisał mi Mark jest tylko maleńkim czubeczkiem góry lodowej, chociaż i tak brzmi, jak jakaś opowieść z krajów dalekiego wschodu lub z przeszłości. Rozległa i pozornie niespójna siatka przestępcza, a właściwie sieć złożona z wielu komórek, pomniejszych grupek, które dumnie w środowisku pretendują do miana mafii, zajmuje się pomaganiem ludziom, którzy na skrzydłach marzeń chcą robić karierę w bogatszych krajach albo po prostu szukają lepiej płatnej roboty. Bardziej lub mniej legalne metody, świetna organizacja i doinformowanie, mnóstwo „pracowników” na różnych etapach procesu doprowadzają do tego, że dyskretnym, choć nieprzerwanym strumieniem spływają nieświadomi swego przyszłego losu ludzie, którzy potem stają się niewolnikami innych. Jak nie trudno się domyślić większość stanowią młode, ładne dziewczyny, które lądują w burdelach nawet tam, gdzie zwykła prostytucja jest legalna. Od czasu do czasu rozpracowywane są poszczególne grupy, które reszta siatki natychmiast odcina i porzuca jak padalec swój ogon w sytuacji zagrożenia. Osoby takie jak Grace są jak plasterek na pomniejsze rany – mały, dyskretny, lecz konieczny, by nie wdało się zakażenie. Mają pilnować przepływu informacji tam, gdzie mogą one zagrażać danej grupie, korumpować jednostki, blokować zagrażające interesom akcje i zdobywać bieżącą wiedzę o aktualnych zamiarach czy operacjach policyjnych. Dlaczego to robią? Z różnych powodów zostały wciągnięte w proceder, a ich współpraca zapewnia im ochronę zleceniodawców przed nimi samymi. W skrócie można powiedzieć, że najprawdopodobniej Grace szantażowała, bo była szantażowana. Pewnie dostawała za to kasę, która tylko jeszcze bardziej wiązała ją z przestępcami. Wciąż nie rozumiem, dlaczego akurat ona wplątała się w taką historię. Nie była przecież biedną, przyciśniętą do muru dziewczyną, która na skróty chciałaby coś osiągnąć, wyrwać się z jakiejś patologii czy coś. Mark zasugerował, że to, co o niej wiedziałem ja, czy nawet całe Dudley włącznie z ludźmi, którzy znają ją od dziecka, wcale nie musi być jej prawdziwym życiem. No tak, ja, który rozmawiam z Markiem jako Andy, z Kate jako Luc, siedzę tu jako Leopold, a w prawdziwym akcie urodzenia mam zupełnie inne imię, powinienem coś o tym wiedzieć. Tę myśl naturalnie zachowałem dla siebie. Swoją drogą ciekawe, czy Mark jest aż tak dobry, by mnie prześwietlić i to wszystko odkryć. Czy jego uczciwość, tak zapewnianą przez Rafała, pozwoliłaby na dyskrecję, która też ponoć jest jego mocną stroną? 

    Nim zapytałem go o sprawę Owena Kasarleya, uprzedził mnie mówiąc, że Owen to temat na inną noc, sugerując, iż wie o nim znacznie więcej niż ja. Pomysł z programem szpiegowskim ewidentnie mu się nie spodobał, choć jestem przekonany, że gdybym mógł widzieć swego rozmówcę, dostrzegłbym oznaki zainteresowania. 

    Po nocnym pisaniu z Markiem głowa pulsuje mi od zmęczenia, natłoku myśli i kofeiny. Wiem, że długi spacer po lesie z psami byłby dla mojego umęczonego umysłu i ciała jak balsam, ale nie mam czasu. Jak często ostatnio. Dni są coraz dłuższe, obiecuję więc sierściuchom, że po południu powałęsamy się i z dwie godziny, teraz jednak mam coś pilniejszego do załatwienia. W układance ewidentne tyły ma Oriana. Opowiedziałem Markowi zarówno o spotkaniu jej żywej niegdyś w Birmingham, jak i znalezieniu martwej w polskim lesie. Wiem, że to sprawdzi i pewnie dowie się, iż wezwanie przyjęto nie od Andyego Horna, lecz Leopolda Fikcyjnego. To absolutnie szalone, ale chodzi mi po głowie natrętna myśl, by wtajemniczyć tego faceta do końca w moje sprawy. Ostatecznie w świetle tego, co jest tematem jego zainteresowania, moje przestępstwa z czasów współpracy z Nataszą wydają się dziecinną igraszką. 

    Jasna cholera. Przecież miałem zawieźć Monikę. Nie no, jeszcze to… Niby mam dziś wolne, a i tak nie ogarniam rzeczywistości. 

– Tak wiem, zaraz po ciebie będę – pospiesznie zaczynam, odbierając od niej telefon.

– Cześć, no właśnie Leoś, nie obrazisz się, jak mnie zawiezie Ulka? Wiem, że się umawialiśmy…

– Co? – tak mnie zaskoczyła, że nie wiem jak opanować radość.

– No przepraszam cię, ona ma dziś wolne i przyniosła mi zakupy. Myślała, że jutro mam wizytę, ale jak jej powiedziałam, że dziś to… – tłumaczy się jakby to ona mnie pomagała, a nie ja jej i właśnie próbowała się wykręcić.

– No nie wiem, mieliśmy jechać razem – udaję urażonego, usilnie próbując się nie roześmiać.

– To może razem pojedziemy? – Monika wpada nieoczekiwanie na pomysł, a moje rozbawienie wyparowuje w jednej chwili jak… Grace.

– Daj spokój, mnie to nawet na rękę, muszę coś załatwić i… z Urwisem jeszcze zdążyć na kontrolę – cholera byłem wczoraj, tylko czy jej o tym mówiłem?

– Nie byliście wczoraj?

– No… tak, ale dzisiaj jeszcze ma jakiś zastrzyk dostać – wyrabiam się, nie ma co – Jedź z Ulą.

– Gadałeś z tą Arletą? – pyta mnie jeszcze najwyraźniej pod wpływem koleżanki, bo słyszę jej przytłumiony głos.

– Nie, ale mam plan. Nie martwcie się, wszystko wam opowiem, jak się czegoś dowiem. Miłego ściągania gipsu!

– Oby. Dzięki Leoś.

Rozłączam się dokładnie w momencie, gdy telefon znów zaczyna dzwonić. W połowie drogi palca do zielonej słuchawki zamieram i gapię się w ekran kompletnie zaskoczony. Numer, który podał mi Darek, czeka na połączenie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...