34. Kontakty

    Gdy wpadłem na pomysł pretekstu do nawiązania kontaktu z Kate, wydawał mi się rewelacyjny, teraz zupełnie zbladł w moich oczach i myślę, że jest daleki od ideału, właściwie głupawy i grubymi nićmi szyty. Cóż, zacząłem, to muszę brnąć. Luc Zee pisze pracę dyplomową z pedagogiki na temat psychologicznych aspektów utrzymania i rozwoju kontaktów pozaszkolnych w dorosłym życiu na podstawie konkretnego obszaru i typu szkół. Opracował nawet przydługawą, nieco pretensjonalną ankietę dla respondentów. W rzeczywistości jest to zlepek przerobionych, przeróżnych pytań pozbieranych w internecie plus moje wymysły. Kate pracowicie wypełniła dokument, a ja przy okazji podziękowania napomknąłem, że martwi mnie cisza ze strony Grace i tak od słowa do słowa rozwinęliśmy konwersację. Zasiałem w niewinnej dziewczynie niepokój, dowiadując się przy okazji, że moja eksżona dość długo robiła mnie w balona z tym nocowaniem u koleżanki. Kate już dawno wyprowadziła się z Nottingham. Faktycznie były dobrymi kumpelkami również przez kilka lat po ukończeniu wspólnej szkoły, mimo że ich drogi zawodowe się rozeszły. Były zżyte, regularnie spotykały się lub rozmawiały przez telefon niemal o wszystkim, lecz Grace zaczęła mieć jakieś tajemnice, zrobiła się drażliwa i niecierpliwiła się, gdy przyjaciółka pytała, czy coś ją dręczy. Z czasem coraz rzadziej się umawiały, Grace odwoływała spotkania w ostatniej chwili, przestała dbać o przyjaźń, choć Kate wylądowała właśnie na jakimś zakręcie życiowym, przynajmniej tak wywnioskowałem z jej pełnych przedawnionego żalu słów, potrzebowała bliskiej osoby jak nigdy dotąd. W efekcie długoletnia przyjaźń rozpadła się bezpowrotnie. Pomimo odrzucenia i urazy Kate najwyraźniej jednak niepokoi się o starą koleżankę, bo napisała, że popyta dawnych znajomych, poszuka. Korespondujemy od kilku wieczorów, ostatnie rozmowy to ona zaczęła inicjować, jest szczera, ufna, mam wyrzuty sumienia, że ukrywam się za maską Luca Zee i wielką ochotę zrzucić ją, przyznać kim jestem, powiedzieć Kate, że podobnie jak ona zostałem odrzucony, okłamany przez Grace. Wiem, że to byłoby głupie do kwadratu. Zapewne urwałaby kontakt natychmiast.

Z zamyślenia wyrywa mnie sygnał przychodzącej wiadomości: Nie wytrzymam dłużej z tym betonem! Strasznie mnie swędzi noga. Zostałem ostatnio piapisółkiem Moniki, pewnie Ula opieprzyła ją, że zawraca jej w pracy głowę pierdołami, więc wypisuje do mnie jakieś osiemset tysięcy SMS-ów dziennie, chociaż przychodzę do niej na prawie każde zawołanie. Żal mi jej, przyznaję, ten gips jest chyba gorszy niż kula u nogi. Mam wprawdzie ochotę odpisać jej, by nie zawracała mi głowy, bo zajęty jestem, jednak biorę głęboki oddech i odpowiadam pocieszająco: Jeszcze tylko tydzień do wizyty u lekarza, wytrzymaj. Jesteś megadzielna! W nagrodę dostaję kompozycję z uśmieszków, tulasków, całusów i innych kretyńskich emotek. Siedzenie w domu istotnie nie wpływa na nią korzystnie. Mam nadzieję, że zrosła się porządnie i zdejmą jej ten cholerny balast, by mogła jak najszybciej wrócić do swojego normalnego trybu życia, bo zdurnieje do reszty. W skrzynce Horna pojawia się nowy mail. To od Rafała. Przemyślał sprawę i chce się zaangażować. Zaraz, chwila… podnosi mi się ciśnienie, gdy czytam wiadomość.

    Pojechałem wczoraj do Birmingham, żeby zorientować się co i jak. Sorry stary, ale z tym pendrive’em to się nie uda, nie ma opcji, by główny mnie przyjął z moją sprawą, bo do takich mają osobną komórkę. Zresztą Owenem K. zajmują się kryminalni, a tam to już w ogóle nie mam co szukać. Mam lepszy pomysł. Musisz się zgodzić na współpracę z pewnym kolesiem.

Jasna cholera musiał wyjść przed orkiestrę. Czytam szybko dalej.

    Spotkałem kumpla, redaktora pomniejszego czasopisma. Gdy ostatnio gadaliśmy, zajmował się tropieniem nieprawidłowości w finansach lokalnych spółek związanych z hodowlą drobiu czy czymś takim. Koleś niby robi w lokalnej gazetce, a ciągle coś węszy i szuka dużego tematu. Od słowa do słowa doszliśmy do tego, że w zasadzie jesteśmy w mieście z podobnego powodu z tą różnicą, że on od lat próbuje znaleźć dość informacji, by zrobić solidny reportaż o działającym w hrabstwie West Midlands podziemiu. Postanowiłem zaryzykować i powiedziałem mu, że pomagam kumplowi, którego żona zaginęła, a wiele wskazuje związek ze sprawą prokuratora i Owena K. Od razu zorientował się, że mówię o Grace. Miałem nosa, bo chociaż się wahał, w końcu powiedział, że Owen K. jest mocno zamieszany w nielegalną prostytucję i też właśnie nim się interesuje. Mark koniecznie chce kontakt do ciebie, ale powiedziałem, że najpierw muszę zapytać, czy w to wchodzisz. 

Nie zważając na porę łapię za telefon. 

– Cześć, możesz gadać? Kim jest ten Mark?

– Pisałem ci, redaktorem. Facet godny zaufania, moim zdaniem, znamy się od lat. Zawsze był uczciwy.

– Redaktor uczciwy?

– Coraz rzadsza rzecz, co? Gdyby nie był, to już dawno błyszczałby u szczytu kariery, bo facet ma łeb. Mógłby wykorzystać niejedną sytuację. Jasne, że głowy za to nie dam, aż tak głupi nie jestem, ale on może sporo wiedzieć o tym, co cię interesuje. Jak trzeba, potrafi być dyskretny.

– I tak ot mi powie?

– No nie koniecznie ot tak, ale możecie sobie pomóc nawzajem. Jeśli ta twoja eks jest umoczona w coś grubszego, a skoro miała ratować dupę Owena, musi być, to znajduje się w kółku zainteresowań Marka.

– Czyli? Konkretnie mi mów.

– Czyli stręczycielstwo, handel ludźmi, porwania i tak dalej. On te tematy śledzi od lat, zbierał na przykład materiały na temat rozbitej kilka lat temu mafii działającej na Wyspach, której przywódcami było dwóch Polaków. Przyczynił się w pewnym stopniu do jej rozbicia. Policja odtrąbiła międzynarodowy sukces, ale według Marka to była tylko jedna z wielu takich grup i w dodatku pomniejsza. Owen Kasarley jest chyba zaangażowany w coś dużo grubszego.

– Chyba?

– Słuchaj, Mark jest moim długoletnim kumplem, ale nie jestem jego spowiednikiem czy bliskim współpracownikiem, a on nie chlapie ozorem. Oczy mu się jednak zaświeciły, gdy powiedziałem, kim się interesujesz, jakie informacje chcesz pozyskać i że Grace to twoja była żona.

– Sporo mu powiedziałeś – nie jestem zachwycony szczerością Rafała. Właściwie bardzo negatywnie zaskoczył mnie swoim brakiem dyskrecji.

– Spoko stary, nie wydałem cię komuś, kto mógłby ci zaszkodzić, zaufaj mi. No może trochę zaryzykowałem, ale tylko tak mogłem zainteresować Marka. Inaczej nie miałby powodu, by z tobą gadać. Jestem pewien, że możecie pomóc sobie nawzajem. Nie powiedziałem mu, gdzie jesteś, jak się nazywasz, chociaż to ostatnie już pewnie sobie znalazł bez trudu. Dam ci namiar, jeśli się zdecydujesz, skontaktuj się z nim. Jeśli nie, ja mu kontaktu do ciebie nie dam. Twoja sprawa. Pamiętaj tylko, że u glin nic nie wskórasz, przynajmniej nie za moim pośrednictwem. Nie, żebym nie chciał pomóc, po prostu jestem na to za krótki.

– OK. Jak się nazywa?

– Mark Odonsky.

Oczywiście po rozmowie z Rafałem pierwszą rzeczą, jaką robię, jest wrzucenie do wyszukiwarki nazwiska redaktora. On, poznawszy moje, z pewnością bez najmniejszej zwłoki szybko zrobił to samo. Swoją drogą ciekawe, ile można znaleźć na temat Andyego Horna. Otwieram drugą zakładkę, by się tego dowiedzieć. Na szczęście wykreowałem tak nudną postać, że niewiele się znalazło, aczkolwiek z pewnością Mark potwierdził prawdziwość słów Rafała, co do mojego nieszczęsnego małżeństwa zakończonego rozwodem. Zastanawiające. Niby prywatne informacje szarego człowieka, a jednak tak łatwo do nich dotrzeć. 

    O Marku Odonskym natomiast znajduję kilka ciekawych informacji. Rzeczywiście jego nazwisko pojawia się, choć śladowo, w związku z zatrzymaniami sprzed kilku lat. Napisał o tym kilka artykułów, choć artykuł to chyba za duże słowo. Na pewno nie jest redaktorem z parciem na szkło. Co interesujące, ma polskie korzenie, chociaż urodził się w Anglii. Po tym, do czego się dokopałem, mogę zaryzykować stwierdzenie, że facet jest pracowity, inteligentny i skrupulatny, a jednocześnie ostrożny i bardzo dba o ochronę swojej prywatności. Ciekaw jestem czy wie coś o Grace i jej mrocznej stronie. W trzeciej zakładce wpisuję nazwisko zbira, które jakby nie było, Rafał zdobył od Marka i o tę informację jestem z pewnością do przodu. 

    Owen Kasarley. Nieciekawy typ. Klasyczna zakazana morda idealnie pasująca do roli przestępcy. Skazany za handel narkotykami odsiedział swoje, ale jak widać, z oferty resocjalizacyjnej nie skorzystał i raczej nie jest zbyt rozgarnięty, skoro dał się znowu złapać z dragami. Tyle oficjalnie. O, jeszcze dochodzą rozboje, drobne kradzieże sprzed lat i podejrzenie o sutenerstwo, jakieś pośrednictwo w załatwianiu lewej, niemal niewolniczej pracy nielegalnym imigrantom. Same ogólniki. Co dumna i zadzierająca nosa perfekcjonistka Grace mogła mieć wspólnego z takim indywiduum? Zobaczmy, czego mogę dowiedzieć się od Marka. 


– Mógłbyś mi wysłać SMS-em?

– Co? Nie ma mowy! Żadnych śladów. Gdyby ktoś się dowiedział… Zapisz sobie na jakiejś karteczce, a najlepiej po prostu zapamiętaj i zapomnij, że znasz ten numer ode mnie – nerwowo zaproponował Darek ściszonym głosem, jakby dawał mi namiary co najmniej na płatnego mordercę, a nie koleżankę z pracy.

– Czekaj chwilę, nie mam jak, zaraz będą światła.

– Jedziesz samochodem?

– Tak, a co?

– Sam? – z nerwów zaczyna mówić falsetem, aż zawibrowało mi w uchu. 

– Sam, sam, spokojnie, bez świadków – no może jeden jest. Siedzi obok mnie, ale wolę nie wspominać o tym Darkowi, bo jeszcze gotów uznać, że pies na niego doniesie. Tymczasem zadowolony Urwis zapamiętale świni nosem szybę. Właśnie jedziemy do weterynarza z rozwaloną łapą – Dobra mów – szczęśliwie dla sytuacji jest czerwone światło, wygrzebuję więc ze schowka długopis i z braku jakiegokolwiek papieru podciągam rękaw kurtki, by zapisać numer na ręce. Jest dobrze. Złapię trzy sroki za ogon: Kate, Marka i Arletę. Po zakończeniu rozmowy z Darkiem sprawdzam wiadomości. Jest odpowiedź Marka. Chce się spotkać. Dobre sobie! Chętnie, ale w grę wchodzi co najwyżej meeting online. Kierowcy z tyłu informują mnie swoimi klaksonami, że bardziej zielone nie będzie. No to ruszamy, mam nadzieję, że u lekarza nie będzie kolejki i zdążę przed pracą skontaktować się z Markiem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...