33. Nowi znajomi

     „Nie ma problemu. Jutro wypełnię ankietę” – tylko tyle i aż tyle napisała Kate. Od razu zalogowałem się na profil Grace, mając przeczucie, że tam również   pojawi się wiadomość. Nie myliłem się. Kate najwyraźniej chciała sprawdzić, czy mówię prawdę. „Hej, dostałam ankietę od Luca Zee. Podobno z nim pracujesz. Zgadza się?” – napisała w prywatnej wiadomości do Grace. Naturalnie nie otrzyma odpowiedzi, co będzie w zasadzie potwierdzeniem moich słów, że urwała kontakt i jednocześnie pozwala założyć, iż Kate nie wie o jej rzeczywistym zniknięciu. Ciężko było mi zasnąć, zostawiając to wszystko. Miałem ogromną ochotę usiąść i odpisać czym prędzej jako Luc Zee, jednak co nagle to po diable jak mawiał dziadek Janek. 

    Z rana, niewyspany, obudzony przez zimne nosy i mokre jęzory, poganiany ogonami i stukotem niecierpliwych pazurów, wybiegłem czym prędzej w chłód poranka, by nie ulec i nie zasiąść do komputera. Po powrocie ze spaceru odpisałem i znowu czekałem na odpowiedź Kate niecierpliwie jak dzieciak na urodzinowy prezent. Zdecydowanie muszę wyluzować.

To cud, że nie dostałem dziś mandatu. Mnogość zamówień i kursów z żarciem sprawiły, iż dzień minął błyskawicznie. Ledwie zdążyłem wpaść do mieszkania, pognać znów z psami (sorry sierściuchy, że dziś tak krótko), wziąć prysznic i odpisać Kate, gdy Monika zaczęła popędzać mnie SMS-ami. 

Dawno nie byłem na domówce, zwłaszcza takiej, gdzie praktycznie nikogo nie znam, toteż czuję się dziwnie. Monika, obarczona wciąż gipsem, uwieszona na moim ramieniu przedstawiła mnie Uli, dzisiejszej solenizantce oraz ich wspólnym znajomym, których imiona usilnie próbowałem zapamiętać. Salon, w którym siedzimy, jest praktycznie takim samym pokojem, jak ten u mnie – tu podłużny stolik, rogówka, dwie pufy do siedzenia, wąski regał z książkami i szpargałami wypełniają skutecznie całą przestrzeń. Siedzimy z Moniką na krótszej części narożnika, ja wciśnięty praktycznie w róg, obok mnie Estera – siostra Ulki, dalej dziewczyna z imieniem na E (tyle pamiętam) i swoim chłopakiem Darkiem, potem siedzi Marcin, chyba Beata i jeszcze jedna dziewczyna, której z pewnością nie jest zbyt wygodnie na tym rozlewającym się stołku. Za naszymi głowami bezszelestnie i jakby w zwolnionym tempie przechadza się kot. Ula biega co chwilę do kuchni. Czekamy na pizzę (ta potrawa mnie prześladuje) domowej roboty, popijając piwo. W ciągu pierwszej godziny dowiedziałem się, że Monika, E. I Beata to koleżanki z pracy. Ciekawe, że dopiero teraz dowiaduję się, gdzie pracuje „moja” dziewczyna. Tak, chociaż na wstępie powiedziała im, że nie jesteśmy parą i tak jestem domyślnie traktowany jako jej nowy chłopak. Pracują w biurze tłumaczeń, gdzie Monika jest sekretarką, Ula tłumaczem niemieckiego, a ta trzecia zajmuje się finansami. Dziwne, że nie zapamiętałem jej imienia, jest najładniejsza z całego towarzystwa. Aromat dobiegający z kuchni wyraźnie mi mówi, że jedzenie jest już gotowe, zrywam się więc, by pomóc gospodyni w przyniesieniu pizzy, wszak nikt nie ma w tym takiej wprawy jak ja, a chciałbym zagadnąć ją na osobności.

– No pachnie, ale jeszcze minuta – ocenia przez szybkę piekarnika, obraca się w miejscu i sięga do lodówki po napoje – Monia mówiła, że to ty jesteś tym szczęśliwym znalazcą zwłok w lesie – o, jak miło, właśnie zastanawiałem się, jak podjąć temat.

– Tak, niezwykle szczęśliwym – uśmiecham się – to podobno była twoja sąsiadka.

– No, to chyba za dużo powiedziane, ale tak, mieszkała trzy klatki obok. To strasznie dziwne, że ktoś ją zamordował, wiesz ta świadomość, że kogoś, kogo widywałeś czasem na ulicy, zabito. Brr… Strach z domu wyjść. Ja bym na twoim i Moniki miejscu do tego lasu nie chodziła. Ciągle nie wiadomo kto to zrobił. Pewnie jakiś zwyrol. Przestaw te piwa może tam, bo muszę tu mieć miejsce. Tylko uważaj na tort. Nienawidzę tej cholernej małej kuchni, nie ma się gdzie ruszyć.

– Ona nie była stąd, prawda? – upycham butelki na parapecie i półce niebezpiecznie przy brzegu, po czym odsuwam się najbardziej, jak tylko się da, by zrobić jej miejsce, a jednocześnie pozostać w kuchni.

– Co? A ona. No nie, imigrantka, chyba z Ukrainy, tak mówią. Taka wiesz, cicha, spokojna, pomagała tu ludziom, zwłaszcza starszym. Przeróżne ploty o niej chodzą, ale wiesz, jak to ploty, przeważnie wyssane z palca, bo ludzie lubią szukać sensacji tam, gdzie ich nie ma. Jasna cholera, weź mi podaj tamtą ścierkę za tobą – syknęła dotknąwszy piekarnika – A ty podobno się nią interesujesz, tak?

– Przypomina mi kogoś.

– Nie mów! Znałeś ją osobiście?

– Nie, mówię tylko, że mi kogoś przypomina, no i trochę wstrząsnęło mną jej martwe ciało, chciałbym, żeby znaleźli tego, kto to zrobił. Znasz kobietę, u której mieszkała?

– No jasne. To znaczy jasne, że byś chciał, każdy by chciał, a tej to nie, nie znam. No tyle, co z widzenia, jak każdego z ulicy. Dobra, weź rękawice i zanieś pierwszą do pokoju – no to się dowiedziałem – Zróbcie tam miejsce, pizza idzie! 

– Ale wiesz, Darek powinien ją lepiej kojarzyć – mówi, gdy wracam po chwili.

– Darek – wskazuję ręką w kierunku pokoju – Ten Darek?

– No, chłopak Emilii, pracuje w opiece społecznej jak tamta. To znaczy on w biurze a ona w terenie raczej, inny dział, ale może będzie wiedział, skąd się Ukrainka u tej wzięła. Ta jest bez szynki, postaw bliżej Beaty i Aśki, one są wege.

    Jemy, pijemy, gadamy o pierdołach, w tle przyjemna muzyka, czekam na odpowiedni moment, by zagadać Darka, gdy już wszyscy będą bardziej wyluzowani, a dziewczyny przestaną przekrzykiwać się nawzajem. Darek nie wygląda mi na zbyt gadatliwego, niestety. Wlewam w siebie trzecie piwo, zakładam, że reszta podobnie, gdy znów Ulka przychodzi mi z pomocą (już ją lubię), przypominając sobie, o czym rozmawialiśmy w kuchni i zagadując Darka. Okazuje się, że wszyscy wiedzą o Orianie i każdy ma swoją teorię na ten temat, więc zanim Darek powie coś konkretnego, dyskusja o prawdopodobnych i zupełnie fantastycznych scenariuszach rozkręca się na dobre. Kot zwinął się w kłębek na moich kolanach.

– A co ty myślisz? W końcu to ty ją znalazłeś – nieoczekiwanie pada pytanie i wszyscy milkną, patrząc na mnie.

– Zgadza się. To było przykre wydarzenie – nie bardzo wiem, czego ode mnie oczekują. Szczegółów?

– Kurcze, nigdy nie widziałam trupa, w sensie, żeby na żywo, yyy… to znaczy oczywiście nie żeby żywego, bo jednak trup, ale wiecie tak no… z bliska – siostra Ulki najwyraźniej już nieźle ma w czubie – sorry, że tak zapytam, ale miała otwarte oczy?

– Opanuj się Estera, będzie Leoś miał potem koszmary. I bez tego pewnie ma traumę. Ty jej Darek nie znałeś? – Ula zwalnia mnie z odpowiedzi.

– Ja? A niby skąd? – zaskoczony pytaniem Darek prostuje się na tyle, ile pozwala zapadająca się pod nim sofa. Poprawia okulary i pociąga łyk piwa.

– Pracowałeś z tą, jak jej tam, no wiesz, tą taką, co zajmuje się imigrantami. Dziewczyna Leosia u niej mieszkała – niezły skrót, przyznaję.

– Arletą Wiązer? Nie pracuję z nią. Ja w kadrach siedzę.

– No wiem przecież, ale chyba ją kojarzysz, nazwisko nawet znasz – Ulka się niecierpliwi – co o niej wiesz?

– No… nie wiem. Ona rzadko bywa. Jako pracownik socjalny opiekuje się kilkoma rodzinami, tyle wiem. Mało ma podopiecznych, bo zdaje się na pół etatu.

– No a ta Ukrainka?

– Co z nią? – Darek wzrusza ramionami – Nie była od nas. Gdyby była i by została zamordowana, całe biuro by huczało. Ja nic nie wiem, nie interesuję się życiem prywatnym…

– No dobra, dobra, czyli ona nie mieszkała u tej Wiązer z ramienia OPS-u.

– Nie no, skąd. Tak się nie robi. Nie mamy jej w rejestrze, a co Wiązer robi w swoim prywatnym czasie i kogo gości w domu, to przecież nie nasza sprawa – wzrusza ramionami, jakby urażony insynuacjami.

– Znasz może kogoś, kto mógłby wiedzieć, dlaczego tamta dziewczyna u niej mieszkała? – pytam.

– Trudno powiedzieć, mogę popytać, ale ona raczej się w pracy z nikim nie przyjaźni, to taka cicha kobieta, której praktycznie nie widać. Gdyby nie to wydarzenie, pies z kulawą nogą, by się nią nie zainteresował. Teraz w sumie ludzie trochę ją na języki biorą – Darek otwiera następne piwo, rozkręca się – Nie wiem, czy ona teraz nie odejdzie, bo jest właściwie od kilku lat w wieku emerytalnym, a ta sensacja na pewno nie stawia jej w dobrym świetle.

– Dlaczego? Co ona ma z tym wspólnego? Przecież tylko pomagała dziewczynie – oburza się Marta, aż postukuje gipsem. Kot obudził się, wyprężył, fuknął i zwinął z powrotem, tym razem odwracając do niej tyłem. Jest niesamowicie lekki, ale grzeje zupełnie jak Tola.  

– No tak, ale szum się zrobił, ludzie plotkują, a ona to raczej nie jest typ, co lubi być na cenzurowanym – dodaje Ulka.

– No a co policja na to? – dziewczyna Darka, jak jej było… na E., wtrąca pytanie.

– Pytają, na pewno Wiązer wezwali więcej niż raz, bo kierowniczkę rejonową też, ale oni przecież nic nikomu nie powiedzą – Darek chyba jest najtrzeźwiejszy z towarzystwa, patrzy na mnie badawczo, jakby zastanawiał się, co mi powiedzieć – Jeśli chcesz coś wiedzieć, musiałbyś z nią bezpośrednio porozmawiać. Tylko nie wiem, czy cokolwiek ci powie. Wiesz, to nieoficjalne i w zasadzie cholera wie, czy jest w tym jakakolwiek prawda, ale słyszałem, że Wiązer kiedyś była mocno zaangażowana w pomoc uchodźcom, ale nie takim zwyczajnym, tylko ofiarom przemocy, dziewczynom zmuszanym do pracy prostytutek i tak dalej, współpracowała z policją. Chodzą słuchy, że ta dziewczyna uciekła z jakiegoś burdelu, ukrywała się u niej, ale nie wiem, na jakich zasadach i czy w ogóle tak było.


– Takie samo? – pytam Darka w kuchni, jakie piwo wyjąć mu z lodówki, gdzie wyciągnąłem go pod pretekstem wymiany pustego szkła na pełne – Ta dziewczyna mi kogoś przypominała, jakbym ją już kiedyś gdzieś widział, dlatego nie daje mi to spokoju.

– Mówiłeś o tym policji?

– Jasne – kłamię – ale samo wrażenie niczego nie wnosi. Może gdybym porozmawiał z tą babką… Monika twierdzi, że nawet mi drzwi nie otworzy.

– Ma rację. To bardzo nieufna kobieta, taka megazamknięta w sobie. Nie powinienem, teraz są takie przepisy, że… ale jak ci bardzo zależy, mogę załatwić jej numer, a ty już sam wymyślisz, żeby nie rozłączyła się od razu. Tylko nie mów, że ode mnie masz. Mógłbym mieć kłopoty.

– Kurcze, stary, to by było coś. Trapi mnie ta sprawa. Może pomogłaby mi sobie przypomnieć i wnieść coś do sprawy. Dzięki wielkie.

– No spoko, tylko jakby co, to ja nic nie wiem. Za wynoszenie danych pracowników z pracy…

– Jasna sprawa – przerywam mu – Możesz na mnie polegać. Wklep sobie mój numer.


Jestem niemal zupełnie trzeźwy po przyholowaniu Moniki do domu. Prowadzić człowieka z nogą w gipsie oraz tylko jedną kulą, bo „po co brać drugą, skoro jedziemy autem”, to sztuka i kawałek, a jeśli ów człowiek do tego jest nawalony jak ruski plecak, a w dodatku wymachuje swoim szczudłem jak Gene Kelly w Deszczowej piosence parasolkąto wyczyn godny medalu. Jakoś nie przyszło nam do głowy wcześniej, że wracać już przecież nie będziemy samochodem. Ulka miała iść z nami i wyprowadzić Hrabka, ale zdecydowała, że odprowadzi siostrę na przystanek, bo ta, choć ma sprawne wszystkie kończyny, to ledwie stała, a uparła się jak wół, że nie chce taksówki, bo ma jakiś uraz czy coś. Dzięki temu mam jeszcze na głowie psa Moniki. 

– Pójdziemy raaazem, soo będziesz dwa razy latał – Monika ani myśli zdjąć płaszcza – Mosze i mam nogę w gipsie, ale nie jesem kaleką!

– Dobra, dobra, skorzystam z twojej toalety i idę z psem – sadzam ją na kanapie, jak wielką lalę.

– A proszsz cię bardzo. Zaszekam tu, ale idziemy razem – grozi mi palcem – Wiesz, Leoś, ty jesteś taaaki kochany… Nawet Kita cie polubiła.

Spędziłem w kiblu jakieś dwie minuty, podczas których zdążyła zasnąć i chrapie w najlepsze. Przykładam palec do ust, patrząc na uradowanego Hrabka. Nie ma opcji, bym go ubierał w te fatałaszki, biorę obrożę i smycz. Pies, który zwykle skacze i szczeka przed wyjściem na spacer, tym razem doskonale mnie rozumie i tylko zawzięcie merda ogonem. Chociaż pewnie teraz nawet seria wybuchów nie obudziłaby Moniki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...