30. Z Moniką

    Robota! Zapomniałem na śmierć! Wibrujący telefon przypomina mi, że za pół godziny mam być w pizzerii. Zabiją mnie. Biorę głęboki oddech i wybieram numer. 
– Cześć Eliza, dziś mnie nie będzie, nagły wypadek, także kombinuj kogoś innego – mówię tonem nieznoszącym sprzeciwu – Tak, w pewnym sensie miałem wypadek i jestem teraz w szpitalu, może po południu dojadę, to go zmienię. No dzięki, pa.
Siedzimy już trzecią godzinę, czekając na ortopedę. Jest tylko jeden. Zajmuje się jednocześnie pacjentami na oddziale i tymi tutaj, na SORze. Paranoja. Okoliczności przyrody sprawiły, że nie tylko Monika trafiła tu w niedzielny poranek. Przed nami całkiem spory tłumek, a za nami ustawiają się następni. Nikt już nie dba o dystans i zajmowanie co drugiego krzesełka. 
Blada jak ściana Monika siedzi, opierając głowę o ścianę i gapi się bezmyślnie na przeciwległą. Widać, że ją boli. Wreszcie idzie lekarz. A w zasadzie biegnie, wie, że tu na dole czeka go huk roboty. W spojrzeniach pacjentów miesza się ulga – bo wreszcie przyszedł i może coś się ruszy – z potępieniem – jak on mógł kazać tak długo na siebie czekać. W pierwszej kolejności woła tych, którzy mają już wykonane zdjęcia RTG. 


– Jadła pani coś dzisiaj? – doktor zerka na Monikę znad nakładanego na nogę gipsu – Żeby nam tu pani nie zemdlała. Gosiu, zmierzysz pani ciśnienie, jak skończę – zwraca się do pielęgniarki – No, ładniej nie będzie.
– Pewnie cukier spadł, kiedy był posiłek? – pielęgniarka pyta ostro, patrząc na Monikę z góry. 
– Wczoraj wieczorem… – Monika zerka na mnie. Wie, że ja wiem: wino i paluszki.
– A śniadanie? Śniadania nie jadła? Dlaczego? Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia – starsza kobieta ściąga groźnie brwi po tym, jak Monika pokręciła przecząco głową. Pewnie czuje się teraz jak małe, karcone dziecko. Siedzę cicho, wszak i ja jestem na czczo. Swoją drogą głód zaczyna mi doskwierać z coraz większą mocą.
– Pan jej pomoże i pójdzie za mną. Skaranie boskie z tą młodzieżą. No już, inni pacjenci czekają – żwawo rusza do wyjścia, nawet nie oglądając się za siebie. Nie mam wyjścia, jak wziąć na siebie prawie cały ciężar skaczącej na jednej nodze dziewczyny i gnać za pigułą, nim zniknie nam gdzieś za zakrętem korytarza.
– Nie wolno wam tu być, jakby się oddziałowa dowiedziała, nawet nie myślę. No już śmiało – wpuszcza nas do pielęgniarskiej dyżurki – Wszystkie przepisy teraz łamię, zwłaszcza covidowe, skaranie z wami. No już, posadźże ją tu. Zaraz ci dam kochana…
No ładnie. Monika dostaje pokaźny kawał tortu czekoladowego i kawę z ekspresu. Mimowolnie przełykam głośno ślinę, a mój żołądek jak na komendę wydaje żałosny kwik, co nie uchodzi uwagi pielęgniarki, która wzdycha teatralnie i kręci głową, po czy odwraca się ponownie do małej lodówki, by wyjąć jeszcze jeden kawałek… dla mnie. 
– Kawy więcej nie mam. No, tylko szybko zjadać i sio mi zaraz na korytarz. Jak nabiorą sił, to mogą iść. No już, już, nie mam całego dnia – popędza, zapuszczając żurawia przez drzwi, czy aby ktoś nie idzie – Macie szczęście, że wczoraj Brygida rozwód dostała.
– Słucham? – wyrwało się Monice.
– Nie mówi się z pełnymi ustami, kochana. Koleżanka się rozwiodła i świętowała. Teraz nie wolno tak jedzenia przynosić i częstować, ale taka okazja. Trzydzieści lat się z dziadem męczyła. No już, kończcie. Muszę iść.

– To był najlepszy tort, jaki w życiu jadłem – mówię do Moniki, gdy siedzimy wygodnie w taksówce. Przyznaje mi rację, po czym oboje wybuchamy śmiechem.


– Powinni mi dać albo choćby wypożyczyć kule – marudzi Monika, gdy wreszcie dotarliśmy do domu.
– Może już nie mieli. Widziałaś, ilu dziś mieli takich połamańców jak ty.
– Dzięki za pomoc. Przeze mnie pewnie wylecisz z pracy – stwierdza ponuro.
– Nie, jeśli tam wreszcie pojadę – nie najlepiej to zabrzmiało – Masz tu mój numer telefonu, gdybyś czegoś potrzebowała, dzwoń.
– Leoś.
– Co?
– Dziękuję – tylko jedno słowo, a robi wrażenie. To jak je wypowiedziała… Patrzę na nią chyba odrobinę zbyt długo, bo się rumieni, ale nie odwraca wzroku. Uśmiecha się delikatnie. Ma śliczne, pełne usta. Kosmyk niesfornych włosów przywarł do policzka tuż przy nich i mam nieodpartą ochotę podejść, zdjąć go i dotknąć jej gładkiej skóry… Drrrryń! Mimowolnie podskakuję na dźwięk dzwonka.
– Siedź, otworzę – odchrząkam i mówię, widząc, że zaczyna się gramolić, by wstać.

Kwiaty dla Moniki

    Za drzwiami stoi facet z bukietem kwiatów. Czerwone róże zjeżdżają w dół, po czym zostają schowane za plecami. Gość gapi się na mnie i mruga nerwowo.
– Pan do Moniki? – to raczej oczywiste, Hrabkowi tych róż nie przyniósł, ale pytam, by go jakś odblokować. Udaje się, przestaje mrugać i mierzy mnie wzrokiem.
– Leoś, masz ochotę na spaghetti? Podgrzałbyś? Nie wstanę dziś chyba z łóżka – słyszymy przymilny głos Moniki.
Facet przestaje mnie oglądać jak eksponat na wystawie i wwierca się wzrokiem w moje oczy. Zaskoczenie zmieszane z zainteresowaniem ulatnia się, ustępując wściekłości wypełzającej na jego twarz w pełnej napięcia ciszy. Otwiera usta, by coś powiedzieć, po czym zaciska szczęki, uderza bukietem o kant drzwi, sypiąc pod moje nogi płatkami i liśćmi, następnie gwałtownie obraca się na pięcie i w furii zbiega po schodach. 
– To co? Zjemy? Jest gotowe w lodówce, wystarczy podgrzać w mikrofali. Kto to był?
– Wysoki blondyn z różami, ale sobie poszedł. Gdzie trzymasz talerze? – wychodząc do kuchni, słyszę za sobą, jak Monika gwałtownie wciąga powietrze.
– O cholera! Zupełnie zapomniałam!
Sam znajduję talerze, sztućce, podgrzewam żarcie w głośnej jak cholera mikrofalówce. Co to jest? Jakiś radziecki prototyp? A nie, po prostu krzywo stoi. W tle słyszę jakieś dziwne dźwięki, które nie są w stanie przebić się na tyle przez hałas sprzętu kuchennego, bym mógł je zidentyfikować, ale podejrzewam, że Monika płacze. Cholera, chyba spędzę tu cały dzień. 
Owszem, płacze, ale zdaje się ze śmiechu. Może to histeria? Stawiam parujące talerze na stoliku kawowym stojącym przy sofie i jeden przysuwam bliżej niej. Mieszam widelcem swój makaron, obserwując dziewczynę. Dać odreagować, czy może pocieszyć? 
– Powiedział coś? – wreszcie trochę się opanowuje, ale szeroki uśmiech nadal zdobi jej twarz. Wyciera oczy wierzchem dłoni.
– Nie, wygapił się na mnie, rozpieprzył kwiatki o drzwi i poszedł.
– Wściekł się! Ha! – ona wyraźnie się cieszy – Teraz już więcej nie przylezie. Dzięki Leoś! – próbuje wstać, nie wiem, może chciała mi się rzucić na szyję w przypływie wdzięczności, ale gips skutecznie ją hamuje i opada z powrotem na kanapę – Ale numer! Bo ty nic nie wiesz. To był Tymon, mój były, strasznie upierdliwy typ. Z gatunku tych, co to nie rozumieją słowa „koniec”. W zeszłym tygodniu wypisywał do mnie idiotyczne walentynkowe SMS-y i się zapowiadał na dziś. Nie odpisałam, ale najwyraźniej nie zrozumiał. Haha! Kwiaty miał? A to dobre!
Może dziwny jestem, ale mnie jakoś ta sytuacja nie bawi. Grzebię w talerzu, zupełnie nie mam ochoty na obiad, chociaż pachnie smakowicie. Przyprowadziłem poszkodowaną do domu, dałem jej jeść, humor ma przedni. Chyba wystarczy. 
– Na mnie czas. Jakbyś czegoś potrzebowała, to jak mówiłem – dzwoń, ale uprzedzam, zaraz jadę do pracy, więc dziś nie pomogę zbyt wiele. Możesz mi dołożyć Hrabka na nocny spacer z psami, podejdę.
– A nie, spoko, dam sobie z nim radę. Poproszę koleżankę. Leoś, zaczekaj chwilę, naprawdę jestem ci ogromnie wdzięczna za troskę. Dziękuję – znowu ślicznie się uśmiecha i znowu wcale nie mam ochoty nigdzie iść – Może zechciałbyś pójść ze mną w przyszły piątek na urodziny do Uli?
– No nie wiem, czy dam radę, piątkowe wieczory mam zwykle zawalone – chyba trochę przesadza, holowanko na imprezę i co jeszcze?
– Zdaje się, wspominałam ci o Uli, mieszka obok tej dziwnej kobiety od tamtej zamordowanej Rosjanki.
– Ukrainki – poprawiam odruchowo. To zmienia nieco postać rzeczy – Zobaczę, co da się zrobić, zorientuję się w dyżurach i dam ci wieczorem znać.

Wydarzenia dnia sprawiły, że zupełnie zapomniałem o podchodach celem zdobycia informacji. No, może o tym trochę myślałem, gdy nudziliśmy się na SORze, ale niczego konstruktywnego nie wymyśliłem. Kto by pomyślał, że samo przyjdzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...