29. Zimowy spacer ekstremalny

    I co teraz? – to pytanie tłukło mi się po głowie przez całą noc i bynajmniej dotąd nic się nie zmieniło. Zamiast spać, dopiłem przeklęty gin i myślałem do świtu. Kompletnie nic mi z tego nie przyszło pozytywnego, jedynie ból łba i zmęczenie, a dziś niedziela, co oznacza dla mnie, że od południa zaczynam pracę. Czy ja w ogóle wytrzeźwieję do tego czasu? Odbicie w łazienkowym lustrze mówi, że wyglądam fatalnie, czyli adekwatnie do tego, jak się czuję. 

    Może i robiłem to już pierdyliard razy, ale ustalmy fakty ponownie: po pierwsze mam wiedzę, która może być istotna dla śledztwa dotyczącego babki z lasu, po drugie cholerna Grace to pieprzona enigma, coraz bardziej niezrozumiała i niebezpieczna. Jeśli pójdę na policję i opowiem o tym, jak moja eksżona gawędziła sobie z obecnie nieżyjącą, bo zamordowaną Ukrainką, to może wniosę coś nowego, a może nie, bo w sumie nikt nikomu nie zabrania znać ludzi i rozmawiać z nimi, ale z pewnością mocno zaryzykuję, bo raczej nie przejdą do porządku dziennego nad tym, że łżę jak pies co do własnego życia, ba, własnej tożsamości. To by było po trzecie. Sprawdzą Grace, zaczną zadawać pytania, może i coś to pomoże, ale mnie z pewnością zaszkodzi. Odpada, definitywnie. Cholera, a może coś mi się popieprzyło, wyobraźnia robi mi na złość? Nie, no przecież pamiętam dobrze… Nie mogłem sobie tego uroić. Może i jestem porąbany, ale nie aż tak. No dobrze, czyli policja absolutnie nie wchodzi w grę, dzielenie się tym z kimkolwiek nie wchodzi w grę. Co mam zatem zrobić? Zapomnieć. Olać to. Nie moja sprawa. Nawet nie znałem tej dziewczyny, a to, że pies sąsiada wytopił jej trupa w lesie, jeszcze mnie nie obliguje do tego, by się tym w jakikolwiek sposób zajmować. A za Grace przecież definitywnie zamknąłem drzwi i absolutnie nic, co z nią związane, nie powinno mnie interesować dla mojego psychicznego choćby zdrowia. 

    Odrywam się od mojego żałosnego odbicia w lustrze i włażę pod prysznic z nikłą nadzieją zmycia ze siebie nocnego kaca wraz z dręczącymi wspomnieniami. Trzeba się odświeżyć, łyknąć procha przeciwbólowego, zjeść jajecznicę i wyprowadzić sforę, a potem zadzwonić do Krystiana, żeby zamienił się ze mną i przyszedł dziś do pracy na dwunastą. Trzeba zająć się swoim życiem i kropka. 

    Ciepła woda przyjemnie spływa po skórze, zamykam oczy i podstawiam twarz pod łaskoczący strumień prysznicowych kropel. Pod powiekami wysoka blondynka… jasna cholera. Skąd u licha Grace ją znała? Czego tamta mogła od niej chcieć? Dlaczego zwyczajnie nie przedstawiła koleżanki, tylko uciekła z nią przed lokal i pozbyła się jej. No właśnie. Grace się jej pozbyła. Dokładnie tak to wyglądało. Tamta przecież czekała na nią, była zdenerwowana, koniecznie czegoś chciała, widziałem przecież, jak szybko poruszała ustami, coś tłumaczyła, ale jednocześnie gięła się, jakby błagała o coś, a Grace władczym ruchem położyła rękę na jej ramieniu, ułożyła włosy, by zasłoniły bliznę, kiwała głową raz na tak, raz na nie, a potem najwyraźniej kazała tamtej sobie pójść. Tak. Jak najszybciej. Pogoniła ją. I ten niepokój, gdy zobaczyła, że je obserwuję… Ałłł! Co jest?! Gorąca woda szczypie boleśnie. Tu trzeba ciągle pilnować i regulować, bo ciśnienie wariuje, temperatura skacze. Zwłaszcza w weekend, jakby nagle wszyscy w bloku przypomnieli sobie o higienie. Zakręcam kurki i wyskakuję z kabiny na zimną posadzkę. Szczęśliwie łapię równowagę. Kiedyś to mi się nie uda i rozwalę sobie łeb. Muszę kupić jakiś dywanik czy matę, czy co się tam w łazience kładzie, by nie było tak ślisko. No jasne – ręcznik spadł i leży mokry. Przechodzę po nim w akcie zemsty i  idę goły do pokoju po czysty. Cholera, ale zimno…  Muszę dowiedzieć się, kim była ta kobieta, inaczej nigdy nie da mi to spokoju. 

Jajecznica będzie musiała poczekać. Tola siedzi już przy drzwiach i patrzy na mnie z wyrzutem. Ile można kisnąć w łazience? – zdają się pytać jej oczy. 

– No już, już, tylko się ogarnę. Człowiek czasem musi pomyśleć – tłumaczę się psu jak idiota.


No proszę. Idealnie! Dostrzegam postać z nienaturalnie wielką głową za białą połacią, która zwykle jest osiedlowym boiskiem. Nie jest łatwo biec po śnieżnej nawierzchni, zwłaszcza gdy jeszcze trzeba ciągnąć za sobą trzy psy, które akurat teraz koniecznie muszą co dwa kroki zatrzymywać się i obwąchiwać z uwagą żółte podpisy innych czworonogów. Pędzę w zwolnionym tempie. Tymczasem Monika stoi i jak to zwykle ona przebiera palcami po ekranie telefonu, podczas gdy jej ubrany w idiotyczne fioletowo – zielone wdzianko z (a jakże) wielkim kapturem obszytym kicią piesek ryje nosem w śniegu, spokojnie coś zajadając. Docieram do niej zziajany. 

– O, Leoś, cześć – zerka na mnie, nie przestając pisać na telefonie – Nie mów, że idziesz do lasu. Utkniesz tam w tych zaspach.

– Hej, myślałem bardziej o wybiegu dla psów, dojście powinno być odśnieżone. Przejdziemy się?

– Powinno, co nie znaczy, że jest. Nie wiem, nie chce mi się – chowa komórkę razem z ręką do kieszeni.

– Bardziej zmarzniesz, stojąc tu bez ruchu, chodź, Hrabkowi należy się porządny spacer przy niedzieli – namawiam, aby spędzić z nią więcej czasu i być może czegoś się dowiedzieć, chociaż nie przemyślałem jeszcze, jak ugryźć temat. Jedno jest pewne – wbrew rozsądkowi muszę znaleźć sposób, by dowiedzieć się czegoś więcej o Orianie, inaczej nie przestanie mnie to nurtować.

– W sumie masz rację – przyznaje niechętnie – za mało ostatnio poświęcam mu czasu i biedaczek chodzi tylko na krótkie spacery. A zobacz, jaki dziś elegancki – wskazuje na koszmarny psi kubrak – Od razu chętniej wychodzi, nie jest mu już tak zimno. Wiesz, nie obraź się, ale trochę się tobie dziwię. Urwis jest mocno włochaty, Tola chyba też sobie radzi, ale Fusia to już naprawdę powinna mieć jakieś ubranie. Na sto procent jest jej bardzo zimno.

    Patrzę na najmniejszego z moich psów, który w tym momencie leży na plecach i z rozkoszą robi orła na śniegu. No, może orzeł z tego nie wyszedł. Nie wyobrażam sobie Fuśki w psiej kurtce, ale cholera, może rzeczywiście wypadałoby ją ubrać. Wszystkie małe teraz chodzą w odzieży. Rozmawiamy więc o psiej modzie. Monika poleca sklepik na drugim końcu miasta, gdzie mają ponoć jakieś markowe, wysokiej jakości produkty dla psów. Nie komentuję i nie dopytuję, zerka więc na mnie badawczo.

– Wiem, że pewnie dużo nie zarabiasz, a utrzymanie trzech psów kosztuje, ale naprawdę warto zainwestować – zerka na mnie badawczo, pewnie ma mnie za biedaka, który ledwo wiąże koniec z końcem – Sorry, nie chciałam cię urazić, czy coś – dodaje nieporadnie i... rozbrajająco.

– Może masz rację. A ile takie wdzianko kosztuje? – rzeczywiście żyję teraz z bieżącej pensji i szału nie ma, ale bez przesady.

– Zależy, co chcesz kupić. Sweterki od razu odradzam, wyglądają na ciepłe, jednak są zupełnie niepraktyczne, wełna zaraz będzie mokra i tylko wyziębi ci psa. Najlepiej zainwestować w puchówkę na taką porę. Dobrą jakościowo kurtkę można kupić już za jakieś trzy, cztery stówy.

– Mam kupić psu kurtkę za cztery stówy? – coraz bardziej jestem rozbawiony.

– No… za dwieście też dostaniesz całkiem porządną, tylko pewnie bez kapturka. W zasadzie kaptur nie jest konieczny, psy raczej i tak nie noszą ich na głowie.

– To po co im?

– Dla ozdoby naturalnie. Przecież… aaa! Hrabek! – Monika w jednej chwili wykonała nieoczekiwany skok i znalazła się na ziemi. Szybko dopadam do niej i pomagam się podnieść. Hrabek zobaczył innego psa, z radości wyrwał się dziewczynie, a ta, niespodziewanie szarpnięta, straciła równowagę i runęła jak długa. Klasyk.



– Ałłł! – wrzeszczy mi prosto do ucha – Moja noga! – Monika całym ciężarem wisi na mnie, w efekcie muszę walczyć o równowagę, bo miota się przy tym okropnie – Hrabek!!! Ała, ała… chyba złamałam nogę, boliiii…

– Dobra, trzymam cię, tylko stój i nie kręć się tak, bo…

– Jak mam stać? Nie mogę stać! Hrabek, ty łajzo!

    Podprowadzam, a właściwie wlokę Monikę do ławki, która na szczęście stoi w pobliżu. Oczywiście dziewczyna protestuje i nie chce usiąść na kupie śniegu, ale raczej nie ma wyjścia. Nie jestem w stanie trzymać jej, trzech smyczy i jeszcze czyścić ławeczkę. Puszczam ją zwyczajnie, siłą rzeczy wpada tyłkiem w puch ze skrzypnięciem. Przynajmniej ją zamortyzowało. Podnoszę z ziemi koniec smyczy zadowolonego z siebie psa w durnym kubraku. Przywitał się z jakąś suczką i wrócił jakby nigdy nic, merdając ogonem. 

– Jeśli nie możesz iść, to trzeba wezwać pogotowie – mówię – Dzwoń, ja nie mam jak – pokazuję jej pęk smyczy, gdyby nie zauważyła, że naprawdę mam zajęte ręce.

– Zwariowałeś? Zanim przyjedzie karetka, zamarznę tu na śmierć! To pewnie tylko zwichnięcie. Pomóż mi trochę – zaczyna się gramolić z ławki.


Po karkołomnym powrocie do domu sadzam Monikę na najbliższym krześle i z ulgą zdzieram z siebie kurtkę, zrzucam ją na podłogę. Puszczam smycze, nie zawracając sobie nawet głowy z odpinaniem ich od obroży. Doholowanie jęczącej dziewczyny i czterech plączących się ze sobą oraz pod nogami czworonogów dało mi w kość, choć przecież ułomkiem nie jestem. 

– Dobra, ściągaj buta.

– Co ściągaj, jak? Ty mi zdejm, nie mam siły… Tylko ostrożnie! Ałłłła!

Może kurtka Moniki jest wielka i niezgrabna, czyli w sam raz na srogie mrozy, ale producent kozaczków najwyraźniej bardziej dbał o trafienie w gusta estetyczne klientek podążających za modą niż o funkcjonalność obuwia. Jak można coś takiego założyć na mróz i śnieg?

– W takich butach, to ja się nie dziwię – mamroczę pod nosem. Dziki wrzask rozlega się nad moją głową, zagłuszając mój komentarz, gdy najdelikatniej jak potrafię, zsuwam obuwie, a potem skarpetę ze stopy – Puchnie w oczach – stwierdzam. Nie ma na co czekać, wzywam taksówkę z zamiarem zawiezienia Moniki na SOR. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...