28. Blizna

– Dobry wieczór – mówię, do wielkiego futrzanego kaptura Moniki, która stoi w kolejce przede mną. Sklepik jest maleńki, ale wypchany do granic możliwości alkoholem, więc wieczorami cieszy się sporym zainteresowaniem. W środku już są dwie osoby, czyli przepisowe maksimum, zatem dołączyłem do luźnego, kilkuosobowego ogonka na zewnątrz – Chru… Hrabek wolał zostać w domu?

– O cześć. Dla niego zbyt zimno. Dla mnie też – nie mogę się nie zgodzić, ledwie ją widać spod tej grubej, długaśnej kurtki z absurdalnie ogromnym obszyciem z nastroszonego bojowo futra w nienaturalnym kolorze. Dziwnie mruga, chyba jej ta sztuczna sierść przy twarzy włazi do oczu. Drzwi sklepu otwierają się, wypluwają szczęśliwego nabywcę towaru i pochłaniają kolejnego klienta, a my przesuwamy się dwa kroczki do przodu. Tym razem chyba kupię sobie coś mocniejszego, jeśli mam zamiar przeżyć jakoś ostatni dzisiejszy spacer. Straszyli, że w nocy ma być…

– Zapowiadali minus dwadzieścia stopni – sąsiadka czyta mi w myślach, przestępując z nogi na nogę – Nienawidzę zimy. A co u ciebie?

– Dzięki, jakoś leci – odpowiadam oryginalnie oraz inteligentnie. Może to nie jest dobry moment, ale co tam. Przed nami jeszcze kilka minut stania – Zimno, ale jakoś żyjemy. A słyszałaś, że ta znaleziona w lesie, to podobno dziewczyna z naszego osiedla? – przysuwam się nieco i zagaduję bez zbędnych wstępów, niczym wzorowy uczeń plotkary Kłopocińskiej.

– Wszyscy słyszeli. Biedna dziewczyna. To zdaje się była Rosjanka.

– A nie Ukrainka?

– Możliwe, jeden pies – wzrusza ramionami, co powoduje, że wełniany szal podchodzi do góry i maseczka nasuwa się jej na oczy.

– Nie znałaś jej pewnie – raczej niczego się nie dowiem.

– Skąd. Dopiero się głośno zrobiło, jak ją znaleźli – odwraca się do mnie tyłem i znowu robi krok do przodu. To chyba tyle. Cóż, spróbowałem – Ale wiesz – podejmuje po chwili – moja koleżanka opowiadała mi o babce, u której podobno tamta mieszkała. Są z tego samego ciągu bloków. Nie zna jej osobiście, ale to dość charakterystyczna osoba, trochę szurnięta. 

– O, a koleżanka wie dokładniej, gdzie ona mieszka?

– Nie wiem, mogę zapytać – Monika odsuwa się nieco i spogląda na mnie badawczo – A mogę wiedzieć dlaczego…

– Teraz ty – uff… akurat jej kolej, by wejść do sklepu. Nie wiem, jak miałbym wytłumaczyć swoją ciekawość bez wzbudzania podejrzeń. Minutę później dołączam do Moniki, która wybiera wermut w litrowej butelce. Sięga na półkę obok kasy i dokłada paluszki słone. Zerka na mnie – Wezmę paluszki, żeby nie było, że po sam alkohol przyszłam – puszcza mi oko.

– Polecam babkę cytrynową – znudzonym głosem wita mnie sprzedawczyni – Co podać?

– Może… – przesuwam wzrokiem po baterii butelek za plecami kasjerki. Właściwie nie  mam smaka na nic konkretnego.

– Polecam gin. W zestawie z tonikiem i w promocyjnej cenie.


Przyjemne ciepło rozchodzi się promieniście z żołądka, dopełniając to zewnętrzne, pochodzące od dwóch chrapiących psów. Tola ulokowała się pod moim tyłkiem w zgięciu kolan, a Urwis rozciągnął wzdłuż klatki piersiowej. Jestem zaklinowany na kanapie między nimi i kurcze, jest mi błogo. Na razie przynajmniej. Gdy już zdrętwieje mi lewy pośladek i zechcę zmienić pozycję, będę musiał zaburzyć tę kanapową sielankę. Całe wieki nie piłem ginu. Kostki lodu zatopione w alkoholu z odrobiną toniku, który szybko traci gaz w takim towarzystwie, przyjemnie grzechoczą. To niesamowite jak zimny napój błyskawicznie przechodzi transformację w rozgrzewający balsam. Czuję przyjemne rozluźnienie. Powieki zaczynają mi ciążyć, ale walczę, by nie stracić wątku oglądanego właśnie filmu na Netflixie. Cholera, jednak muszę przewinąć kilka minut. 

Klucz do wspomnienia

Ciepło, miło, gin przyjemnie szumi w głowie. Uśmiecham się do niej, a ona do mnie. To część gry. Wokół nas są wszak znajomi, a my jesteśmy zakochaną parą, której wszyscy zazdroszczą szczęścia i wciąż zachwycają się, jak idealnie do siebie pasujemy. Joe mówi jakiś kawał, ale ogólny gwar nie pozwala mi wychwycić znaczenia słów. Gwar i po trosze alkohol. Śmieję się jednak, jak inni i bynajmniej nie jest to radość fałszywa. Całkiem dobrze się bawię. Mam ukochaną, fajnych ludzi wokół, niech ten wieczór trwa jak najdłużej. Wsłuchuję się w monolog Lindy opowiadającej jakąś anegdotę z pracy. Siedzi bliżej niż Joe, więc słyszę ją dużo lepiej, a i tak sens jakoś się rwie. Linda ma zaczerwienione policzki i błyszczące oczy. Tusz nieco jej się rozmazał, ale nikt nic nie mówi. W sumie nawet dodaje jej to uroku. Zwykle nie jest taka wyluzowana i rozgadana. Pracuje w księgowości i, jak na księgową przystało, na co dzień jest raczej poważna i zasadnicza. Jaka miła odmiana… Zerkam na Grace, gdy wybucha salwą śmiechu. Dotykam jej ramienia, mam ogromną ochotę ją przytulić. Teraz wszystko wydaje się takie proste, dobre, nieskomplikowane. Tymczasem ona spogląda na mnie i wstając, posyła mi buziaka. Odchodzi roztańczonym krokiem w kierunku toalety. Patrzę za nią rozanielony. Jak lekko… Jakaś kobieta podchodzi do niej szybko i zaczepia. Grace coś mówi i kręci głową, nie zatrzymując się. Dziewczyna przysiada na hokerze, sprawia wrażenie zmartwionej. Co chwilę sięga dłonią do szyi i pociera ją uparcie. Jasna cholera! No tak! Przytomnieję w mgnieniu oka i zrywam się, budząc psy. 

    To było w Birmingham, w pubie… jak on się nazywał… nieważne, to było tak dawno, byliśmy wtedy z Grace świeżo upieczonym małżeństwem, a tamtego wieczoru imprezowaliśmy zaproszeni przez Ann, naszą wspólną koleżankę z firmy. Świętowała podwójnie – urodziny i awans. Siedzieliśmy tam z Grace niczym dwa gołąbki, a ja żłopałem gin jak durny… Patrzę na swoją prawie opróżnioną szklankę i nie mogę się zdecydować – odsunąć ją z obrzydzeniem, czy może dolać sobie i wypić, by wyostrzyć wspomnienia. Decyduję się na to drugie. Tamta kobieta miała taką samą bliznę jak… Czy to możliwe? Jak?! Pocieram skronie i wytężam pamięć. Wysoka, bardzo szczupła, miała długie, bardzo jasne włosy, może tlenione? Zwracały uwagę. Była zdenerwowana, na pewno. Myślałem, że może chciała coś, no nie wiem…, nie wiem, co myślałem, zdaje się, że uznałem, iż to jakaś znajoma Grace, bo gdy ta wyszła z łazienki i wróciła do stolika, blondynka znowu do niej podeszła, a wtedy Grace przeprosiła nas i wyszła z tamtą przed lokal. To była ciepła, letnia pora. Siedzieliśmy blisko wejścia, tuż przy przeszklonej ścianie zewnętrznej. Pamiętam, że nim wybraliśmy miejsce, chcieliśmy rozlokować się na tarasie, na zewnątrz, ale tam były zbyt małe stoliki, dlatego zdecydowaliśmy się jednak usiąść w środku. Joe się śmiał, że im bliżej baru, tym lepiej. Blondynka była wyższa od Grace, ale i tak wydawała się bardziej krucha i jakby jej podległa. Widziałem, jak coś tłumaczyła, jakby usprawiedliwiała się czy o coś prosiła. Oczywiście niczego nie słyszałem, a i widziałem niewiele ponad głowami siedzących na tarasie. Nie pamiętam już czy coś mnie zaniepokoiło, czy może chciałem zaproponować, aby jej znajoma przysiadła się do nas. Wstałem i wyszedłem do nich. Gdy byłem już blisko, Grace coś do tamtej mówiła, zasłaniając jej szyję włosami. Chwilę wcześniej dziewczyna pokazywała jej co na niej ma. Byłem już na tyle blisko, by dostrzec czerwoną szramę, jeszcze nie do końca zabliźnioną, choć już zagojoną ranę. Zobaczywszy mnie Grace, zrobiła kilka kroków, trzymając tamtą za ramię, jakby chciała z nią uciec. Była ewidentnie zaniepokojona. Zerknęła na mnie wrogo. Już znałem to spojrzenie. Przystanąłem więc zbity z tropu, nie wiedząc co ze sobą zrobić, ale trwało to tylko chwilkę. Kobieta w ogóle nie zwracała na mnie uwagi, skupiała się wyłącznie na Grace. Ta chyba ją uspokoiła, blondynka bowiem wyglądała jakby dostała to, czego oczekiwała. Ruszyłem znowu w ich kierunku i dosłyszałem „Thank you so much, tozh budu, dyakuyu, thank you”. Grace odwróciła się w moją stronę, a tamta ruszyła pospiesznie w przeciwną. Zapytałem oczywiście, kto to był, lecz nie pamiętam już, co Grace mi odpowiedziała. Zbyła mnie czymś, oczarowała uśmiechem i wróciliśmy do środka. To wszystko trwało może kilka minut i praktycznie zapomniałem tę mikroscenkę z życia, by teraz smak drinka przywołał ją niczym ciasteczko zanurzone w herbacie z powieści Prousta. Siedzę sztywno, z szeroko otwartymi oczami, kompletnie rozbudzony i trzeźwy. Widzę ją, choć obraz przeszłości, ta stopklatka, blednie mi w wyobraźni, wiem, że to tam, w Birmigham, kilka ładnych lat temu spotkałem kobietę z blizną. Kobietę, którą Bimber znalazł w lesie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...