27. Powrót do teraz.

    Dochodzę do wniosku, że moi obecni bliscy to w gruncie rzeczy najmniej konfliktowe i najbardziej wierne istoty, z jakimi zdecydowałem się zamieszkać. Jak na ironię – kobiety, z którymi tak bardzo chciałem być, wpłynęły na mnie w efekcie destrukcyjnie, a psy, choć początkowo nie miałem najmniejszej ochoty widzieć ich w swoim mieszkaniu, dają mi więcej dobrego, niż mógłbym się kiedykolwiek spodziewać. Muszę skontaktować się z wnuczką Gwizdoniowej, jak jej tam było… coś z nogą… Udko? Nie. Chyba Kolanko. Niech da sobie spokój z szukaniem rozwiązań (choć pewnie wcale tego nie robi), psy zostają ze mną i sprawa zamknięta. Gdybym wiedział, że tak będzie, już dawno sprawiłbym sobie czworonoga. Być może jako właściciel psa nie poznałbym nigdy Blanki bliżej, a nawet jeśli, to z tego, co pamiętam, od wszelkich sierściowatych trzymała się z daleka, ewidentnie nie tolerowała w swoim otoczeniu psów. Nie pamiętam czy tak się ich bała, czy może miała inne powody. Wówczas nie doszłoby do tego, że muszę wiać i tak dalej. Moje życie mogłoby wyglądać zupełnie…

– Bierzesz to zamówienie czy nie? – zniecierpliwiony głos wyrywa mnie z zamyślenia. Najpierw każą czekać, bo nie nadążają z pieczeniem z powodu awarii jednego z trzech pieców, teraz znów poganiają.

– To ja się pytam, ile można czekać?

– Pakuj, ale czekaj jeszcze chwilę, weźmiesz od razu następne, bo to ta sama dzielnica.

– I znów nie dostanę napiwku za zimne żarcie – wzdycham teatralnie.

– Spoko loko, już się dopieka. Minuta.

I znów przełączam się w tryb oczekiwania. Na tak zwaną „minutę”. Dziwna sprawa z tym Grześkiem. Czasem spotykamy się na wieczornym spacerze, mniej więcej wychodzimy o podobnej porze i z czystej uprzejmości zapytałem go ostatnio o żonę, której jeszcze nie miałem przyjemności spotkać. Zamilkł, jakby był zaskoczony moim pytaniem, zamyślił się, właściwie odpłynął gdzieś myślami na dobre, bo przestał się odzywać na długą chwilę, po czym ocknął się i zaczął z jakimś takim nienaturalnym ożywieniem opowiadać o niej. O tym, jak ją kocha, jaka jest wspaniała, ambitna, zorganizowana, pracowita i tak dalej. Mimo pracy na uczelni ma czas dla dzieci, pomaga swoim rodzicom, jest wielką optymistką i szkoda, że jej nie poznałem. Z jednej strony mówił o kobiecie, z którą mieszka w tym samym budynku, co ja, a z drugiej miało się wrażenie, jakby opowiadał o kimś, kto jest nieuchwytny, daleki, kimś, za kim raczej się tęskni niż na niego czeka. Może to tylko moje wrażenie, bo jednak było już późno, ja zmęczony, a tematem rozmowy była jednak obca dla mnie osoba, która, powiedzmy sobie szczerze, nie za bardzo mnie interesowała. Trochę byłem zły na siebie, że zagaiłem akurat o niej, bo bardziej zależało mi, aby dowiedzieć się, czy Grzegorz słyszał cokolwiek o Orianie. Wizja kobiety z blizną wciąż tłucze się po mojej głowie. W dodatku z niewyjaśnionych przyczyn sprowadza męczące i wciąż trochę bolesne myśli o Grace. Tego wieczora miałem szansę na dłuższą rozmowę z Grześkiem, gdyż nasz wspólny spacer przedłużał się, jak to czasem bywa w soboty, a do tego jasna, spokojna noc, rozświetlona świeżym śniegiem zachęcała do spacerowania, zwłaszcza że psy świetnie się bawiły, ganiając w białym puchu. Dałem sobie jednak spokój. Grzegorz znów się zamyślił i resztę spaceru odbyliśmy w ciszy. 

Dziś przede mną ciężki dzień. Drugi kierowca zwolnił się, a trzeci, taki bardziej rezerwowy gość, który pomagał w razie potrzeby, jest chory. Teraz gdy większość klientów zamawia z dostawą, pięciu dostawców miałoby pełne ręce roboty, tymczasem zostałem sam na placu boju i wszelkie niezadowolenie skupia się na mnie. Nie moja wina, że piec nie działa, nie moja wina, że na pizzę trzeba czekać nawet ponad dwie godziny, nie roztroję się, ale i tak to ja jestem na pierwszej linii starcia z niezadowoleniem. 

– Leoś, chodź do mnie na chwilę, sprawa jest – tak, najlepiej niech mnie jeszcze szef zatrzyma na pogawędkę, przecież mamy czas. Robię stosowną minę do Elizy, która właśnie wkłada trzy gorące kartony do mojej torby termoizolacyjnej, i rozkładam ręce w geście mówiącym „cóż ja mogę?”. Idę na zaplecze. 

– No, jesteś. Weźmiesz ich dzisiaj ze sobą. Zrób ze trzy, cztery kursy, pokaż co i jak, wieczorem będą już sami jeździć – szef, wiecznie zalatany Benek, oficjalnie zwany panem Benedyktem, wydał właśnie rozporządzenie w takim tempie, że wszystkie słowa zlały się w jedno.

– Mam robić im szkolenie z dostarczania pizzy? – pytam zaskoczony, patrząc na dwójkę wystraszonych dzieciaków, no może nie do końca dzieciaków, ale z pewnością dowody osobiste dostali nie dawniej niż ze dwa lata temu.

– Ty nie potrzebowałeś, ale im się przyda. Żeby głupot mi nie porobili. To jest Leopold, pokaże wam, co i jak – zwraca się do nowych, nawet na nich nie patrząc – No już, już, nie mam czasu!

– No to idziemy. Torby są już załadowane.

Jedziemy, a mnie coś dudni z tyłu głowy, jakiś niepokój, dręcząca, zapomniana myśl, która usiłuje się wydostać. Nowi dostarczyciele to Krystian i Polina. Oboje małomówni, z tym że chłopak chyba jest cichy z natury, a dziewczyna nie zna polskiego. Noszą mi z auta i do auta torby, patrzą, jak pracuję, ale nie wiem z jakim efektem, bo nic nie mówią. Przytakują, gdy pytam, czy wszystko jasne. Komedia jakaś. 

– Będziecie pamiętali, jak obsłużyć terminal? To proste, tylko pilnujcie, by dobrze kwotę wprowadzić i zawsze się upewnić, że go macie przy sobie, jeśli klient wybrał płatność kartą – dziewczynie dodatkowo pokazuję na migi. Nie wiem, jak ona sobie poradzi. Może niech ją puszczają na razie na przedpłacone. Wystarczy podać, powiedzieć „smacznego” i tyle – Acha, jakby było gotówką, radzę mieć przy sobie drobne, jeśli nie zadbacie o to sami, będziecie w dupie, gdy przyjdzie wydać na przykład ze stówy przy jednej pizzy. Rozumiesz?

– Ni… – Polina rozkłada ręce i patrzy na mnie z bezradnością.

– Długo tu jesteś? – odruchowo pytam, jednocześnie grzebiąc w telefonie za przeglądarką, by odnaleźć słownik i napisać jej pokrótce to, co powiedziałem.

– Ya prybuv u vivtorok. Dlya roboty – odpowiada – Ya trokhy tse rozumiyu, tilʹky ty hovorysh zanadto bahato vidrazu.

– No tak… Smartfona z internetem masz? – rzeczywiście za dużo gadam, poradzi sobie. Macham jej swoim telefonem przed nosem.

– Tak.

– To korzystaj ze słownika w razie czego – pokazuję jej moje przetłumaczone porady do przeczytania. Od razu rozjaśniła się jej twarz.

– Tozh budu. Dyakuyu – uśmiecha się i natychmiast z przeciętnej staje się śliczna.

Moje ostatnie cztery dzisiejsze zamówienia załatwili sami włącznie z ustawianiem nawigacji (dziewczynę rozumiem, ale Krystian ponoć mieszka tu od dziecka, a kompletnie nie zna miasta), obsługą klientów, kasowaniem i przyjmowaniem na siebie tłumaczeń, dlaczego to tak długo trwało. Dostali po pstrokatym Seicento i teraz muszą radzić sobie sami. 

    Wracam do domu, niby wyluzowany, zadowolony niczym stary belfer, który wykształcił pokolenia młodzieży, ale w głowie wciąż brzmi mi to jej Tozh budu. Dyakuyu. Nie znam żadnych innych Ukraińców, w zasadzie pierwszy raz rozmawiałem z kimś zza wschodniej granicy, kto mówiłby do mnie w swoim języku. Skąd więc to osobliwe deja vu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...