25. Tajemnica Grace

Skoro tak już rozpamiętuję, to pójdę na całość. Doktor Johanson zawsze mawiał, że trzeba wyrzucić z siebie do końca. Co prawda wyrzuciłem już dawno i byłem pewien, że sprawa jest zamknięta nieodwołanie, ale jak widać, wspomnienia wróciły i znów przerabiam to samo, choć może teraz już na luzie, z dystansem, zupełnie inaczej. Wróciły, zatem widocznie mam potrzebę znów to przewałkować... tylko nie wiem po co... Nie, na pewno nie będę szukał nowego psychologa.

Grace przez okres naszego małżeństwa niesamowicie zmieniła się w moich oczach. Uświadomiłem sobie potem na jak wielu płaszczyznach. Oczywiście inaczej ją widziałem przez różowe okulary miłości, a inaczej przez pryzmat rosnących frustracji. Grace miała jednak dwa oblicza. Ludzie znali piękną, zgrabną, krótkowłosą brunetkę o bursztynowych, roześmianych oczach, która dla każdego miała promienny uśmiech, dobre słowo, imponowała zorganizowaniem, profesjonalnym podejściem do pracy, zawsze dobrym humorem. Tymczasem za zamkniętymi drzwiami, u siebie, dawała się poznać z innej, nieoficjalnej strony, gdy zdejmowała maskę i była sobą. Nikt, kto ją znał, nie uwierzyłby, gdybym powiedział, że łatwo traci cierpliwość, często bywa złośliwa, z sadystyczną rozkoszą stosuje wymyślne szantaże i jest po prostu nie do zniesienia.
Po drugiej w mym życiu „ucieczce” i pomocy uzyskanej u Johansona dopiero to wszystko sobie do końca uświadomiłem. Wcześniej myślałem, że to raczej ze mną jest coś nie tak, zatem starałem się dostosować, sprostać oczekiwaniom, tkwiłem w tym związku, ulegając jej, dając się manipulować, niszczyć i pewnie zjadłaby mnie do końca jak modliszka, gdybym nie odkrył jej drugiej "słabości", przy której ta pierwsza – alkohol – była niczym dziecinna igraszka. Wyszło dzięki prozie życia.

Stałym elementem życia mojej żony były sobotnie wyjazdy do Nottingham, gdzie odwiedzała swoją matkę, która mieszkała w domu opieki. Niestety nie  było mi dane nigdy poznać teściowej, gdyż podobno tolerowała jedynie wizyty córki i bardzo denerwowały ją inne osoby, a że była schorowana i mocno posunięta w latach należało akceptować jej wolę, nie ryzykować zdrowiem. Nie miałem nic przeciwko, znajdywałem lepsze pomysły na spędzanie sobót. Dla Grace był to dzień – odskocznia, jak mawiała. Nie tylko sprawdzała, czy u matki wszystko w porządku i przywoziła jej świeże owoce, również uzupełniała cotygodniowy zapas ulubionego wina (nigdy nie kupowała go w większej ilości w lokalnym sklepie u Alice, gdzie na co dzień chodziliśmy) i robiła shopping, co w jej przypadku oznaczało zwykle kilka nowych kosmetyków lub ciuch, a czasem nawet i mnie coś przywiozła. Aby nie spieszyć się i, co najważniejsze, spędzić z mamą odpowiednio dużo czasu, a także nie wracać nocą (Grace nigdy nie prowadziła po zmierzchu – jedna z jej żelaznych zasad), zatrzymywała się na noc u przyjaciółki lub w hotelu. Mówiąc krótko, to był jej dzień i szybko zrozumiałem, że nie mam szans, by kiedykolwiek pojechać razem z nią. 

Zdarzyła się jednak sytuacja, której moja małżonka nie przewidziała. Pewnego razu mieliśmy obsuwę z dostawą sadzonek, przez którą stracilibyśmy klienta, gdybym nie zaoferował swojej pomocy. Pracownik zaakceptował duże zamówienie roślin, nie sprawdziwszy, czy mamy taką ilość na stanie, a gdy ktoś inny się zorientował, było zbyt mało czasu na sprowadzenie brakujących sadzonek z innego oddziału firmy. Klient miał dowiedzieć się w poniedziałek, że nie otrzyma swojego towaru na czas. Zgodnie z procedurą zamówienia były dowożone z filii w Sheffield w czwartki i nikomu nie przyszło do głowy, by po prostu wyjątkowo pojechać po nie wcześniej, no bo przecież w weekend nie pracujemy. Mnie za to przyszło, więc się zaoferowałem, bo i tak nie miałem nic lepszego do roboty, a jeździć lubię. Nawet po godzinach. Ponadto był to czas, gdy w firmie już mało kto chciał ze mną rozmawiać, zatem nie mogłem odpuścić okazji do tego, by jakoś się wykazać. Wciąż wierzyłem, że wszystko się ułoży… 
    Grace nic nie wiedziała o podjętej na szybko decyzji o moim wyjeździe, wpadłem więc na genialny pomysł, by zrobić jej niespodziankę. Wczesnym sobotnim popołudniem odebrałem sadzonki, kupiłem żonie nową apaszkę w drogim sklepie oraz nową odżywkę dla kaktusów, o której niedawno wspominała i ruszyłem z powrotem, lecz nie prosto do domu. Wszak Nottingham miałem prawie po drodze. Byłem dobrej myśli. Grace, choć tak do bólu poukładana, lubiła niespodzianki (byle nieczęste) i prezenty. Między nami było kiepsko, ale wciąż tliła się nadzieja, że może jakoś przebrniemy, nauczymy się siebie, zaakceptujemy to, jacy jesteśmy. Przynajmniej we mnie się tliła. Rozpaczliwie potrzebowałem stabilizacji, punktu zaczepienia, myślałem, że ułożę sobie z nią życie na zawsze, naprawdę i nieodwołalnie będę już tylko Andym Hornem (tak się wówczas nazywałem) do końca moich dni. Sam w to uwierzę bez reszty. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że mógłbym to zrobić bez niej.

Tajemnica Grace

Miałem zamiar najpierw odwiedzić jej przyjaciółkę, a jeśli tam bym nie zastał żony, zwyczajnie zapytać, w którym hotelu mogła się zatrzymać. Może to dziwne, że jako mąż o tym nie wiedziałem? Troszkę zaniepokoiłem się, gdy drzwi otworzył młody mężczyzna i poinformował mnie, że Kate, do której przyszedłem, nie mieszka tam od kilku lat. Zgłupiałem, bo przecież Grace nocowała u niej trzy weekendy temu. Tak mi powiedziała. Jak każdy w takiej sytuacji, nabrałem podejrzeń i silnej potrzeby odnalezienia za wszelką cenę żony oraz uzyskania wyjaśnień. Chociaż w Nottingham jest od cholery hoteli, szybko wyeliminowałem te, których z pewnością by nie wybrała, czyli najdroższe, najtańsze, na obrzeżach, a zwłaszcza w północno-wschodniej części miasta oraz z kiepskimi opiniami w sieci. Zostało kilka. Najbliżej miałem Linden Leaf, który początkowo chciałem wykluczyć z listy. Jakie było moje zdziwienie, gdy jadąc, zobaczyłem znajomą sukienkę, a nad nią te zadziorne, sterczące niczym igły kaktusa włosy. Oto skręciła za róg i minęła niski, wiekowy murek, by wejść do hotelu. Zaparkowałem na pierwszym wolnym miejscu i pobiegłem za nią. Potem wszystko zaczęło się dziać jak na przyspieszonym filmie. 
    Oczywiście była z innym facetem. Oczywiście widać było, że to bynajmniej nie zwyczajny kolega lub znajomy. Stałem jak dureń przy wejściu, gdy ona zapamiętale go całowała. Co zrobiłem? Uciekłem. Zanim ktokolwiek się zorientował, zwyczajnie zwiałem. Wsiadłem do samochodu i czekałem, aż moje dłonie przestaną się trząść, odzyskam zdolność do prowadzenia go i w ogóle do czegokolwiek, choćby podstaw myślenia. Najpierw postanowiłem natychmiast wrócić i ją zabić, ewentualnie jego zabić, a jej zrobić awanturę stulecia. Następnie – zabić oboje. Nim pomyślałem o ewentualnych konsekwencjach, trzeźwo zauważyłem, że zwyczajnie nie mam czym spełnić zamiarów. Gołe ręce odpadały. Dosłownie i w przenośni, można rzec. Osłupienie, odrętwienie i niemoc w tamtym momencie były chyba moimi sprzymierzeńcami, tak to widzę z perspektywy czasu, bo gdybym zamiast tego po prostu wparzył tam bez zastanowienia, pewnie nie wyszedłbym jako wolny człowiek. Siedziałem więc bezradnie w samochodzie, nawet nie wiem jak długo, zastanawiając się, jak to możliwe, dlaczego mi to robi, czemu nic wcześniej nie zauważyłem, jak mogę być takim głupcem i wreszcie – co mam teraz z tym nowym, zmieniającym wszystko faktem począć? Wreszcie ochłonąłem nieco i zdyscyplinowałem swoje szare komórki do tego, by pomyśleć na najbardziej elementarny i sensowny w tamtej chwili temat: Co dalej?

    W efekcie ruszyłem po prostu do domu, a plan powolutku układał się w mojej głowie. Wiadomo, że z Grace niczego nie można „na gorąco”, bo za chwilę okazałoby się, że to ja mam romans z tym sukinsynem, a jej tam wcale nie było. Byłem pewien, że oto zawalił się mój świat tak, jak nigdy dotąd. Nie wiedziałem, że tamtego dnia odkryłem zaledwie wierzchołek góry lodowej. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...