24. Chwili ciąg dalszy

   Ciotka Weronika, rodzina, Sobakówny... To przez Grace ich wspominam. Ech, ta Gracie… Ciągle chodzi mi po głowie, chociaż tyle przecież minęło czasu… Przerobiłem to wszystko, zdystansowałem się, zostawiłem daleko w tyle – przynajmniej tak myślałem, a tu nagle znowu ona w mojej głowie. Musiała kolejny raz nawiedzić mnie we śnie i to w tym pierwszym noworocznym! W dodatku nie pamiętam tym razem niczego konkretnego, prócz jej osoby. To znaczy, pamiętałem przez dosłownie kilka sekund po przebudzeniu, potem Tosia wskoczyła na mnie z radością, jakbym wrócił z dalekiej podróży za oceanami – zawsze  tak mnie rano wita, chociaż śpi całą noc w tym samym łóżku, rozpychając się w dodatku bardziej niż Urwis. Gdy już uporałem się z nachalnym psem, sen wyparował. Dosłownie. Jakby był kroplą wody, która spadła na rozgrzaną upałem blachę. Dobrze, że nie zasyczało. 

Grace. Moja jedyna jak dotąd żona. Oszalałem na jej punkcie, jakbym był szczylem bez doświadczeń, a potem szybko się pobraliśmy i wtedy dałbym sobie obciąć głowę za to, że będziemy razem do końca życia. Cóż, nie miałbym teraz głowy. Gdy wtedy, na początku znajomości i naszego małżeństwa latałem tak kilka centymetrów nad ziemią, rozkwitając szczęściem, podejmowałem spontaniczne decyzje i byłem pewien, że oto zaczyna się najwspanialszy okres w moim życiu, które będzie proste, spokojne i wreszcie normalne, tak naprawdę coraz szybciej zbliżałem się do nowego bagna, a właściwie nieświadomie leciałem w jego kierunku, nabierając tempa. Nie z powodu poprzednich stresów przy Biance i ucieczki z ukradzioną kasą, nerwowego życia w ukryciu, gdy wciąż oglądałem się ze strachem za siebie, wylądowałem w końcu u psychoterapeuty, o nie. Tamto pomimo wszystko nie zniszczyło mojej psychiki. Możliwe, że nawet mnie w jakimś sensie wzmocniło. Tymczasem Grace wpędziła mnie niemal w szaleństwo. Co prawda sprawiła, iż coraz rzadziej myślałem o przeszłości, można powiedzieć – domykałem za nią drzwi i zacząłem w końcu normalnie funkcjonować bez oglądania się przez ramię, ale ta nowa rzeczywistość przeobraziła się w zupełnie inną, niż się spodziewałem. Grace ostatecznie okazała się toksyczną, manipulującą bez skrupułów osobą, robiła, co chciała i to przez nią zacząłem pić, tracić grunt pod nogami. Byłem tak blisko pogrążenia się, zniszczenia sobie życia do cna, że nawet teraz przechodzą mnie ciarki. Wystarczy, że o tym pomyślę. 

To było dawno, ale kiedy wracają wspomnienia, wydaje się, jakby wczoraj. 

Po kilku latach czajenia się za granicą z lewymi dokumentami postanowiłem uporządkować swoje życie, zwłaszcza że sprawa przycichła. Pilnowałem jej, śledziłem źródła, wiedziałem kto i kiedy ma rozprawę, jakie wyroki zapadły i tak dalej. Przy okazji uświadomiłem sobie skąd tak naprawdę brały się pieniądze, które pomagałem prać i częściowo mam w posiadaniu. Przedtem niby też wiedziałem, ale nie do końca, nieoficjalnie i mogłem udawać, nawet przed samym sobą, że mnie ta część "biznesu" zupełnie nie dotyczy. Pytali o mnie, a jakże, ale tylko dlatego, że kręciłem z Blanką lub siostry o mnie powiedziały. Problem w tym, że nie miały wystarczających dowodów. Owszem, ludzie wiedzieli, że byłem z młodszą, bywałem w pobliżu, miałem kasę, lecz pracowałem zawsze sam, niczego nie podpisywałem, nie zostawiałem śladów. Nie wiem skąd wówczas wzięła się we mnie – młodym, gniewnym, podbijającym świat wbrew zasadom – ta ostrożność. Może miałem przeczucie, jakiś dodatkowy zmysł nakazywał strzec się w tej nielegalnej robocie… Równie dobrze na moim miejscu mógł być ktokolwiek inny. Choćby sama Natasza. Nie chwaliłem się rodzinie, jak zarabiałem te większe pieniądze, ile tak naprawdę ich mam i nie mieli podstaw, by podejrzewać jakiekolwiek nielegalne źródła. Dodatkowo jeździłem na taksówce po zrobieniu licencji i to była moja mała „przykrywka”. W efekcie policja stosunkowo szybko straciła mną zainteresowanie, nawet mnie nie wezwali, pewnie wyglądałem na kogoś, kto nie ma nic z tym wszystkim wspólnego, a Sobak chcą mnie wrobić, chociaż nie mają żadnych dowodów na to, że kiedykolwiek cokolwiek dla nich zrobiłem. A może nic o mnie nie powiedziały, jeśli w porę zorientowały się, jak „czysta” i bezśladowa była moja część „brudnej” roboty? Ważne, że stróże prawa kupili historię, którą uprzednio sprzedałem rodzicom i w zasadzie nie musiałbym się ukrywać, gdyby nie widmo zemsty Nataszy. Może naoglądałem się zbyt dużo filmów, a może strach był uzasadniony, bo w końcu naraziłem się ludziom, którzy zawsze szli po trupach do celu i na pewno chcieliby odzyskać kasę i uciszyć kogoś, kto mógłby w zasadzie pogrążyć ich jeszcze bardziej, gdyby na przykład wpadł na pomysł, by zgłosić się na świadka i uzyskał jakoś status koronnego. Wolność Nataszy skończyłaby się na długo z chwilą, kiedy zacząłbym śpiewać. Jakoś bardzo mściwy nie jestem, ale chętnie zobaczyłbym obie siostry za kratami, gdzie gniłyby bez tych swoich szpileczek. Wolałem i nadal wolę zatrzymać kasę, nie ryzykować. W końcu to właśnie ja spadłem najbezpieczniej na cztery łapy. Głupotą byłoby to zaprzepaścić. Nie miałem zamiaru wiecznie ciągnąć zabawy w ukrywanie się. W końcu życie płynie dalej, myślałem, że przestaną mnie szukać, dadzą sobie spokój. Dobrze się jednak stało, że Grace zupełnie nieświadomie zatrzymała mnie i opóźniła beztroską drogę powrotną, bo nie zapomnieli. Czekali.

Ożeniłem się z Grace w Dudley niedaleko Birmingham, gdzie oboje pracowaliśmy wówczas w centrum ogrodniczym. Ona od dawna, ja na okresie próbnym. Byłem zachwycony jej niezwykłą dokładnością, pieczołowitością, z jaką robiła… wszystko. Była pedantką w każdym calu, a jej uporządkowane – znów to powiem – wszystko imponowało i zachwycało mnie, dopóki z nią nie zamieszkałem. Doskonałe zorganizowanie i precyzja zaczęły dosłownie brzydnąć w oczach, zamieniając się w upierdliwość i nonsensowną drobiazgowość. No, bo wszystko byłoby super, gdyby we wspólnym po ślubie domu owo maniakalne zamiłowanie do układania wszystkiego od linijki nie było wymagane i ode mnie. Zapewne nie trzeba być Sherlockiem, by to przewidzieć, ale taki matoł jak ja jakoś nie wpadł na to. Czasem myślę, że pracując dla Nataszy, znajdowałem się u szczytu moich zdolności intelektualnych, a potem spryt i przezorność gdzieś wyparowały. Może zużyłem zapasy na całe życie? 

    Wynajęliśmy z Grace wspólnie mieszkanie, gdy małżeństwo trwało już ponad dwa miesiące. Trochę zajęły nam poszukiwania takiego, które spełniłoby wszystkie wymagania. W końcu, po obejrzeniu nie pamiętam ilu, jedno zaakceptowała. Nic wielkiego, ale gniazdko było urocze i zawsze idealnie wysprzątane, jakby lada chwila miała nas odwiedzić Anthea Turner z programu The Perfect Housewife uzbrojona w swoją śnieżnobiałą rękawiczkę. Musiało takie być. Grace potrafiła strzelić fochem za krzywo odstawiony but, a okruszki pozostawione w kuchennym zlewie gwarantowały awanturę i wykład o insektach, bakteriach i końcu świata. Starałem się. Naprawdę się starałem. Nigdy nie byłem bałaganiarzem, też lubię porządek i czystość, ale to było dla mnie wyzwanie niczym K2 dla kogoś, kto dostaje zadyszki po wejściu na trzecie piętro. 

To jeszcze nic. Z czasem okazało się, że moja żona ma pewną słabość, a właściwie dwie słabości, które skrywała przede mną wcześniej.  Pierwszą był „tylko” alkohol. Grace nie zasypiała bez solidnej dawki wina. Można powiedzieć, że po ślubie poznawałem ją na nowo. Oczywiście zamiłowanie do procentów wieczorową porą wcale mnie nie przeszkadzało. Ot, byłem zaskoczony i tyle. Gdy byliśmy jeszcze nieformalną parą i zaczęliśmy spędzać razem niektóre wieczory, normą było to, że prócz dobrego filmu, kolacji i łóżka dzieliliśmy butelkę. Uwielbiałem wówczas spędzać z nią czas, miała podobny gust, jeśli chodzi o kino, literaturę i jedzenie. W łóżku też byliśmy jak stworzeni dla siebie. 

Po pewnym czasie jej wieczorna rutyna zaczęła udzielać się i mnie. Nawet gdy nie oglądaliśmy nic razem, bo obraziła się na przykład za zostawioną wieczorem na krześle brudną koszulkę (Na pewno nie byłeś aż tak zmęczony, by nie móc jej poskładać i włożyć do kosza na pranie!), ona piła swoje wino, ja swoje piwo. Codziennie. Problem nawet nie polegał na tym regularnym piciu, ale na tym, że zawsze odwracała kota ogonem. Robiła awantury o byle co coraz częściej, zarzucała mi, że jestem pijakiem i niechlujem, podczas gdy sama po alkoholu traciła gdzieś ten swój pedantyzm, kładła rzeczy byle gdzie, zostawiała brudne naczynia, a po otrzeźwieniu wszystkiego się wypierała, wmawiając, że to ja robię jej na złość i przestawiam przedmioty, zostawiam wszędzie syf. Zaczęła zwierzać się koleżankom w pracy, o czym dowiedziałem się jakiś czas później, że jestem brudasem, alkoholikiem i wzniecam kłótnie. Nim się zorientowałem, nie wiedziałem, co się dzieje, dlaczego zwykle życzliwe mi osoby nagle zaczęły mnie unikać, traktować zdawkowo i nawet stary Edward, okropny gaduła, nie zatrzymuje się, by pogadać, jak zwykł robić praktycznie codzienne. 

Sukulent kaktus

Oczywiście mieliśmy z Grace i lepsze dni, ale jedynie wtedy, gdy sprostałem oczekiwaniom. Problem w tym, że coraz mniej mnie się chciało, robiłem się coraz bardziej sfrustrowany, poirytowany i przygnębiony. Nie było miejsca, gdzie mógłbym czuć się dobrze, nie miałem nikogo, z kim bym mógł o tym pogadać. Za to coraz częściej nachodziła mnie upiorna myśl, by któregoś dnia na jej oczach strącić z parapetów na podłogę te jej wszystkie kaktusy. Jeśli nie dostałaby zawału, to rozszarpałaby mnie prawdopodobnie na strzępy i chyba tylko instynkt samozachowawczy powstrzymywał mnie przed tym czynem. 

Namiętnością Grace prócz wieczornego kielicha były sukulenty. Miała tego chyba z kilkadziesiąt. Wszystkie w błyszczących doniczuniach, wychuchane, odpowiednio nawilżane, odżywiane, hodowane w odpowiedniej temperaturze i nasłonecznieniu. Nawet mieszkanie wybieraliśmy pod te cholerne kaktusy. Warunki musiały być optymalne. Przyznaję, że wyglądały imponująco, jednak od pewnego czasu przyprawiały mnie o mdłości. Na urodziny i z każdej innej większej okazji dostawała kolejne. Zawsze piała z zachwytu, chociaż doskonale wiedziała, który dokładnie okaz otrzyma, bo to było wcześniej skrupulatnie omówione z darczyńcą. Sam podarowałem jej na jednej z pierwszych randek kaktusa i to był prawdopodobnie jedyny niespodziewany prezent w jej kolekcji. Czasem się zastanawiam, czy aby to ta spontanicznie nabyta roślina nie przypieczętowała wówczas mojej najbliższej przyszłości, trafiłem bowiem w dziesiątkę. Kupiłem go w niezwykle oryginalnej kwiaciarni na drugim końcu miasta, zaopatrywanej przez konkurencyjną do naszej firmę. Byłem tam w zupełnie innym celu, ale zwróciłem uwagę na nietypową witrynę, potem zobaczyłem ciekawe sukulenty i po prostu wziąłem pierwszego lepszego z myślą o Grace. Dla mnie wyglądał jak… kaktus. Tani nie był, ale nic nadzwyczajnego. Po prostu ładny maleńki kaktusek w niebieskiej doniczce. Okazało się jednak, że to jakaś rzadka odmiana, o której moja ówczesna dziewczyna marzyła od lat. Tym sposobem otworzyłem kolczastą kulką niczym kluczem drzwi do jej serca, nie wiedząc, że to wejście do raczej mrocznego świata.

    Zdominowany, stłamszony przez własną żonę, odseparowany od ludzkiej życzliwości, użalałem się nad sobą nieraz, utwierdzając w przekonaniu, że czego się tknę, zamienia się po prostu w syf, a moje życie to koszmar. Tymczasem gdy odkryłem wreszcie drugą słabość Grace, wszystko to zbladło i wydało się nic nieznaczące, jak złamany paznokieć w obliczu raka złośliwego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...