22. Na koniec (roku)

    Kto by przypuścił, że to właśnie nieznośna Kłopocińska, wtykająca bez przerwy nos w nie swoje sprawy, okaże się takim cennym źródłem informacji. Chociaż teraz widzę – przecież to do bólu logiczne: nikt inny jak naczelna plotkara osiedlowa nie może wiedzieć więcej. Ciekaw jestem, ile policja zebrała danych o dziewczynie z blizną. Ostatnia wizyta w komisariacie, choć była całkiem miłym doświadczeniem, to jednak dla mnie mało odkrywczym. Przynajmniej pod kątem samej kwestii tajemniczej denatki. 

    Nie dowiedziałem się absolutnie niczego ponadto, że policjantka Irena Dworna to ta sama, która podpisała się pod wezwaniem, rozmawiała ze mną przez telefon oraz wcześniej podczas pierwszego przesłuchania, a koledzy z pracy zwracają się do niej zdrobnieniem „Inka”. Pasuje do niej. Szczupła, wysoka i z pewnością wysportowana. Założę się, że ma silny uścisk dłoni. Niestety nie dane mi było to zweryfikować – czasy takie, że tej formy powitania raczej się unika. Za to z zadowoleniem zauważyłem, że zamiast maski nosi przezroczystą przyłbicę, chociaż jej idealnie skrojone usta trochę mnie rozpraszały i kilka razy byłem dosłownie krok od palnięcia czegoś idiotycznego. Pytała mnie w zasadzie o to samo, co poprzednio, odtworzyliśmy bieg wydarzeń z tamtego dnia, gdy znalazłem zwłoki Oriany bez wymieniania jej imienia oczywiście – pilnowałem się z sukcesem. Kilka razy próbowałem tak pokierować rozmową, by usłyszeć choć imię, wydusić jakąś okoliczność, małą informację o tym, czy choćby zidentyfikowali już dziewczynę, jednak pani aspirant nie dała się podejść. O mało sam nie wygadałem się z plotek Kłopocińskiej. Co, jeśli są tak samo wyssane z palca, jak to, że miałem być grasującym w okolicy gwałcicielem? Taką ewentualność przecież też muszę brać pod uwagę. Tylko bym się zbłaźnił albo by mnie oskarżyli o jakieś mataczenie.

    Rozmowa z policjantką była jednak bardzo pouczająca, bo choć wprost nie dowiedziałem się niczego nowego, to analizując wspólnie sytuację, przypominając sobie ją chwila po chwili, odkryłem, że prawdopodobnie wiem więcej, niż sobie uświadamiam. Rzeczywiście skądeś znam Orianę i pasuje mi do niej ukraińskie pochodzenie, jednak jestem prawie pewien, że to nie jest jej prawdziwe imię. Bywa czasem, że przypominamy sobie coś, już, już możemy to opisać, powiedzieć, zwizualizować sobie w pamięci, ale utknęliśmy w tym pustym pokoju "przed", obraz uparcie nie wyświetla się w świadomości, choć przecież czujemy, że już tam jest. Dręczące uczucie. Jak zapomniane słowo, które mamy na końcu języka i pocieramy skronie, by je ze siebie wypchnąć. Bezskutecznie.

Przyznałem się Dwornej, że miałem chwilę słabości, nim zadzwoniłem ze zgłoszeniem. Przeszła mi przez głowę myśl, by uciec, zapomnieć, co zobaczyłem. Może to głupie, ale poczułem autentyczną ulgę, gdy powiedziała, że to naturalna reakcja, nie ma powodu, bym sobie cokolwiek zarzucał, bo liczy się tylko to, co rzeczywiście zrobiłem, a postąpiłem właściwie. Owszem sytuacja przypominała trochę pocieszanie małolata, który ze wstydem wyznaje, że nie chciał przyznać się do wybitego okna, ale jednak mówi prawdę, przeprasza. I dobrze. Jestem tylko człowiekiem. A aspirant po tym wyznaniu była jakby bardziej mi przychylna. Choć może to mylne wrażenie. Uzupełniłem też, że Bimber wyczuł coś i zareagował na ruch nieopodal w krzakach, ale nie było nic widać. Zaprotokołowała, nie skomentowała. Miałem ogromną ochotę zaproponować jej jakąś kawę czy coś. Wciąż mam na to chęć. Muszę się dowiedzieć więcej na temat Oriany, jakoś odblokować się, bo na sto procent kiedyś, gdzieś ją spotkałem i mam przeczucie, że nie było to nic w stylu stania w sklepie w tej samej kolejce. Coś więcej. Z pewnością. Czuję, że muszę. Po co? Dlatego, że mnie to dręczy i po części, małej cząsteczce, by mieć pretekst do ponownego spotkania z Inką. Wiem, że to głupie, napytam sobie tylko biedy, ale jakaś wewnętrzna, a zarazem jakby niezależna siła mnie pcha ku temu. A może tylko próbuję usprawiedliwić jakoś moje samcze zapędy? O tak, z pewnością właśnie tak podsumowałaby to Grace. Jej jednak tu nie ma. Na szczęście. Miałaby mnóstwo uwag co do tego wszystkiego. Wyobrażam sobie jej oburzenie, gdyby mnie teraz zobaczyła. Święta spędzone z jakimiś kundlami, bez choinki, tradycji, skarpet na prezenty, indyka? Dramat. 

Mam za to jeszcze kilka pierogów od sąsiadki. I tego makowca. Przyznaję, rzeczywiście jest dobry, chociaż chyba nie do końca zasłużony, bo nie było mi dane poznać Jasi i jej dzieci. Żaden policyjny patrol przez całe święta nie zainteresował się tym, kto i w jakiej ilości osobowej odwiedza państwa Kłopocińskich. Pani Aniela jednak nie poskąpiła mi ciasta. Gdyby była tu Grace, pewnie nie zostałby już nawet okruszek. Nie wiem, dlaczego akurat teraz musiała mi się przypomnieć. Może z powodu tej okropnej kłótni, którą rozpętała podczas naszych ostatnich wspólnych świąt? Cholerny Boxing Day. 

Grace, wówczas moja żona, zaserwowała mi swoją specjalność pokonfliktową, czyli ciche dni, które musiałem, przynajmniej wtedy byłem przekonany, że muszę, jakoś zwalczyć, przebłagać, znieść koniecznie, nim nastanie Sylwester. Zależało mi na tym dniu, tej nocy. Mieliśmy celebrować nadejście Nowego Roku z przyjaciółmi i ich wpływowymi znajomymi, świecąc przykładem idealnego małżeństwa. Teraz, na samo wspomnienie chce mi się śmiać. Takie nadzieje wiązaliśmy z tym dniem, ba, z owym nadchodzącym rokiem, który miał być naszą szansą, tak wspólną, jak i dla każdego z nas z osobna. Przypominam sobie tamte postanowienia, plany… A potem to zderzenie z rzeczywistością… 

Nie, dziś nie będę o tym myślał. Dziś, pierwszy raz, od nie pamiętam jak dawna, a właściwie pierwszy raz w życiu, spędzę Sylwestra sam na sam z winem musującym półwytrawnym, udającym szampana i nie będę wspominał poprzednich. 

2020 / 2021

    Cóż. Nie taki sam. Mam przecież troje kompanów, którzy na szczęście nie piją (jest więcej dla mnie), ale na nieszczęście boją się hałasów. Chociaż tym razem los jest dla nich łaskawy – odgłosów ludzkiej radości z powodu zmiany ostatniej cyferki w postaci wybuchów, rozbłysków i przeróżnych sylwestrowych „strzelaczy” jest tyle, co kot napłakał. 

– Daj spokój, Urwisie, w poprzednich latach z pewnością było gorzej – zaglądam pod krzesło, na którym siedzę, gdzie wcisnął się największy z moich lokatorów. – Popatrz na Fuśkę, śpi i niczym się nie przejmuje.

W tym momencie Tola wydała jęk spod sofy. Ciekawe czy uda się wyciągnąć ją stamtąd na spacer. Pewnie poczekam do drugiej. Mam nadzieję, że wtedy już naprawdę będzie spokój i cisza na zewnątrz. Mam dwie butelki szampana, przetrwam. Włączam streaming, by zobaczyć, jak tam bawią się ci, którzy mogą, a nawet muszą. O, przecieram oczy, czy to Maryla Rodowicz? To ona jeszcze żyje? Planowałem zobaczyć co tam w publicznej, ale chyba jednak się wstrzymam. Nie będę ryzykować. Film sobie puszczę.

– Wasze zdrowie sierściuchy – wznoszę noworoczny toast i patrzę na grzbiet śpiącej Fusi, jednocześnie drapiąc za uchem Urwisa pod krzesłem. Toli nie widać wcale. – I więcej odwagi w przyszłym roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...