21. Oriana

    Gdy wreszcie opanowałem swoje niepohamowane rechotanie, sąsiadki już nie było. Nim wyszła, wręczyła mi miskę z pierogami, co zapewne gwarantuje moją zgodę na idiotyczną umowę. Popłakałem się ze śmiechu. Jak nic spóźnię się do pracy. Co za pomysł! Musiało ją naprawdę przypilić, skoro przyszła z tym właśnie do mnie – domniemanego przestępcy – gwałciciela. No, chyba że nie jestem na bieżąco i w międzyczasie zostałem oczyszczony z plotkarskich zarzutów. Mówiła coś o kobiecie z lasu. Co to było za imię? Oj, obawiam się, że makowiec nie wystarczy. Nic to, najwyżej spóźnię się bardziej. Lecę do sąsiadki. 

– O, uspokoił się pan. Rozumiem, że się pan zgadza.

– Chciałbym o coś zapytać. Mogę wejść?

– Pierogów nie widzę, czyli mamy umowę – stoi twardo i nie otwiera szerzej.

– Niech będzie. W porządku – zachowuję pełną powagę, jakbyśmy umawiali się na skok stulecia. Przynajmniej.

– Wchodź pan – wpuszcza mnie, po czym rozląda się po korytarzu. Wczuła się w rolę – Co chce pan wiedzieć? Tylko szybko, mąż z zakupów zaraz wróci. Zaraz zacznie wypytywać. Jemu się mój pomysł wcale nie podoba, jęczy, że przecież się zorientują, bo niby co moja córka miałaby robić u pana i takie tam.

– Całkiem logicznie – przyznaję – Pani wspomniała o…

– Ale jakie tam logicznie! Właśnie wcale nie logicznie! Skąd oni niby mają wiedzieć, że to nasza córka?

– Słucham?

– Karol mi powiedział, że jeśli będą sprawdzać, to skierują do tego młodych, wie pan, tych takich no… posterunkowych czy jak ich tam zwą. A skąd oni niby mają znać moją córkę i wiedzieć, że to akurat ona?

– Może po nazwisku?

– Ha! A właśnie, że nie, bo ona ciągle nosi po mężu. A żeby go tfu! Gnojek jeden! Wie pan, że zostawił ją samą z dziećmi i wyjechał do tej swojej flądry, lafiryndy blondyny? To taki typ wampira, czytałam o tym, to wiem, wyssie człowieka ze wszystkiego, ale dobrze mu tak, nie go w skarpetach puści, a co! Jak durny, niech lezie. Mojej Jasi taki pajac niepotrzebny!

– Pani Anielo…

– A tak, tak, bo ja się tak tym denerwuję. To znaczy, denerwowałam kiedyś, bo mnie dzieci szkoda i córki, ona taka wrażliwa i dobra jest. Wie pan. Nie zasłużyła na taki los, ale nie słuchała matki, oj nie, a ja mówiłam…

– Pani Anielo – Chyba dziś w ogóle do roboty nie dotrę.

– No więc mówię panu. Oni się nie zorientują. Jasia nie posługuje się moim, czyli swoim panieńskim nazwiskiem. Może pan powiedzieć, że to pana koleżanka, albo nie, lepiej narzeczona, o. Może trochę starsza jest od pana – taksuje mnie wzrokiem – Ale teraz takie czasy, że nikogo nic nie dziwi. No. Do tego się nie przyczepią. Nic im do tego. Narzeczeni mogą spędzać razem święta. Będzie was tylko piątka.

– Co pani wie o kobiecie z lasu?

– Co? O tej tam, co ją znaleźli? Że w sensie nieżywą?

– Tak, dokładnie o tej. Pani podała jej imię.

– Pan siada – wchodzi do pokoju i wskazuje mi krzesło, sama zajmuje drugie naprzeciwko. Patrzy na mnie przez chwilę, mruży oczy – Pan tam był. Wtedy. Jak ją znaleźli.

– Ja ją znalazłem.

– A… to mnie Karol nie powiedział.

– Karol?

– Mój bratanek. Jest strażnikiem miejskim. To od niego właśnie się dowiedziałam, że… a właściwie nieważne – łypie na mnie i ucieka wzrokiem w bok – chłopak ma bujną wyobraźnię, coś usłyszy, coś dopowie, e, nieważne – macha ręką, jakby odganiała natrętną muchę. To pan znalazł Orianę? Wtedy w lesie to pan? Niech pan opowiada – rozpromienia się. Tego tylko brakowało, żebym jej zaczął opowiadać o tym, jak Bimber znalazł trupa podczas spaceru. Nie po to tu jestem.

– Pani znała tę Orianę?

– Oczywiście. To znaczy nie, ja jej nie znałam.

– Kojarzyła ją pani? – bardzo się staram zachować cierpliwość.

– No… wszyscy ją kojarzyli. Wie pan, ludzie gadają – wzrusza ramionami.

– Tak? Mieszkała tu?

– Tu? A nie tu nie. W naszym bloku są sami porządni ludzie. Ale, wie pan, niekoniecznie na całym osiedlu. Ona mieszkała w tym skrajnym, obok skrzyżowania. Tam generalnie sami tacy szemrani, rozumie pan. Na przykład jest taki jeden rzekomy inwalida, co...

– Pani Anielo, co ludzie gadali o Orianie?

– Och, panie kochany! Czego nie gadali! – chyba wreszcie zadałem odpowiednie pytanie – Ona tu była nielegalnie, niezameldowana. Mieszkała u takiej samotnej kobiety, dziwnej trochę. Ludzie nawet mówili, że one, no wie pan, razem żyły. Ja tam nie wiem, nie wtrącam się w życie innych, to nie moja sprawa – robi niewinną minę i podnosi ręce, powstrzymuję się od komentarza – Ja nie wiem, skąd ona tę dziewczynę sprowadziła, ale razem mieszkały, to pewne. Raczej nie przyjechała bezpośrednio z Ukrainy, bo całkiem dobrze mówiła po polsku. Sprzątała tu na osiedlu u starszych osób, zakupy im robiła i takie tam. Wie pan, tu u nas jest dużo samotnych, starych, zapomnianych przez rodziny. Na przykład taki Jacenty. Nawet nikt nie wie, ile ma lat. Schorowany, nie wychodzi, trzeba mu zakupy zrobić, obiad ugotować, do lekarza zawieźć. Gdyby nie dobrzy ludzie… – zerka na mnie – Oriana do niego chodziła, do innych też, pomagała, a on jej coś tam płacił z renty, grosze jakieś, ale skąd miał brać? Jej to wystarczało. Chodziła tak do co najmniej kilku staruszków na osiedlu. Jedni płacili gotówką, inni obiadem, który gotowali z tego, co ona kupiła. Jakoś się utrzymywała.

– A u kogo mieszkała?

– A nie, nie, niech pan nawet tam nie idzie. Nic panu nie powie. To wariatka. Do siebie gada na ulicy, a jak człowieka zobaczy, to w tył zwrot! Nawet drzwi panu nie otworzy. Ludzie mówili, że ona czasem kogoś sobie sprowadza, a potem te osoby znikają. Może to ona zabiła Orianę? Słyszałam też co innego. Jest taka teoria, że pomaga ludziom, wyciąga z kłopotów. A Oriana może uciekła skądeś i ona dała jej schronienie. Ja nawet słyszałam, że Oriana była prostytutką, która uciekła jakiemuś alfonsowi. To by pasowało, bo pracowała tylko na czarno, nigdzie się nie ruszała i taka cichutka, zlękniona była – głos Kłopocińskiej przybrał kształt teatralnego szeptu – Wyobraża pan sobie? Herbatą bym pana poczęstowała, ale mąż zaraz wróci.

– Hmmm, mówiła pani o tym policji?

– Ja? A skądże! Nikt mnie nie pytał. Może tych z tamtego bloku pytają, mnie nie. A pan jak myśli? Ktoś ją zamordował? No tak, na pewno, tylko kto? Sama by do lasu nie poszła i nie umarła. W jakim stanie było ciało? Bo wie pan, ja słyszałam, że tu jakiś gwałciciel był, Karol mi mówił, ale wie pan, on ma bujną wyobraźnię, plecie trzy po trzy. Ja się w każdym razie do lasu nie wybieram, trzeba przezornym być – i słusznie, dla własnego i innych dobra, nie wiem, kto wyszedłby gorzej na spotkaniu z Kłopocińską, ona czy gwałciciel, którego mogłaby zagadać na śmierć.

– I ma pani rację, pani Anielo. Dziękuję pani. Muszę lecieć do pracy. Do widzenia.

– Ale w wigilię pan będzie w domu i dwa dni świąt też? – spieszy za mną.

– Tak, oczywiście, jesteśmy umówieni – puszczam jej oczko, a ona rozpływa się w uśmiechu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...