20. Pierogi i makowiec

    Czasem myślę, że z Grace mogło się udać. Mogłoby, gdybym był z nią szczery. Problem tylko w tym, że gdybym powiedział jej całą prawdę, wszystko skończyłoby się, zanim się zaczęło. Może tak byłoby lepiej… ale potrzebowałem jej rozpaczliwie. Teraz wiem, jakie to było z mojej strony egoistyczne, jednak wtedy to nie mało znaczenia. Mój punkt widzenia był zupełnie inny. No i tkwiłem w kłamstwie, w które sam się uwikłałem dla ratowania własnej dupy. Nie było odwrotu. 


Z zamyślenia wyrywa mnie dzwonek. Jakże by inaczej, zawsze musi się ktoś przyplątać. Łapię odruchowo za słuchawkę domofonu.

– Kto tam? – cisza. Nieprzyjemnie natarczywy dźwięk dobiega bliżej. No tak. To bezpośredni dzwonek do drzwi.

– O! Jest pan! Wspaniale! Mogę na chwilunię? Bo ja mam taką gorącą prośbę do pana, sąsiedzie – Kłopocińska bezceremonialnie odsuwa mnie i wpycha się do przedpokoju, zamykając za sobą drzwi – Nie przeszkadzam? Jak pan się czuje? Słyszałam o tej kobiecie w lesie. Paskudna sprawa. Na pana takie paskudne sprawy spadają. Najpierw ta nieszczęsna Gwizdoniowa, potem Oriana. Paskudna sprawa.

– Oriana? – o czym ona mówi? Słowa wylatują z niej jak z karabinu maszynowego. Chyba przedawkowała leki na stawy.

– No ta, co to ją w lesie pan znalazłeś. No, ale mniejsza o to. Nie rozpamiętujmy, szkoda zdrowia. Stało się, to się stało, żyć trzeba dalej, a pan taki porządny człowiek jest. Naprawdę. Ja się na ludziach znam. A święta idą! Pan nie wyjeżdża aby do rodziny gdzie?

– Nie…

– A bliskich swoich, może rodziców pan zaprosił albo kogoś, dziewczynę może? Sam pan będzie?

– No… sam, a czemu...

– O, to wspaniale! Bo widzi pan, ja mam taką gorącą prośbę. No nie mam się do kogo zwrócić na piętrze, Słowaccy będą w komplecie, Nowaki też, na inne piętra nie chcę ryzykować. A to jednak święta. Ja, proszę pana, wnuków rok nie widziałam! Rok caluśki! Te święta to jedyna okazja, bo wie pan, oni mieszkają za Jelenią Górą, kawał świata, no i pracują na okrągło, nie ma kiedy się spotkać, zobaczyć. Tylko te święta jedyne. Ledwiem namówiła, bo bali się, że kłopot, sam pan rozumie. Świat na głowie stanął przez tę zarazę. A życie płynie, dzieci rosną. Tęskni się, prawda? Ja zawsze wysyłam dzieciom pieniądze na urodziny i…

– Pani Kłopocińska, o co chodzi?

– A no tak, właśnie. Chodzi o święta oczywiście. Pan słyszał na pewno o tych obostrzeniach? Ile osób może być? Słyszał pan?

– Coś tam słyszałem, ale co ja mam…

– No właśnie. I dlatego ja do pana z gorącą prośbą przyszłam. Nie za darmo! O nie! Ja zapłacę w razie co i pierogów panu z kapustą dam, o proszę, przyniosłam już, i makowca doniosę. Ja piekę najlepszy makowiec w okolicy! W żadnym sklepie pan takiego nie kupisz! – Mam ochotę wypchnąć ją na klatkę.

– Spieszę się, zaraz wychodzę do pracy – Robię krok w kierunku drzwi i łapię za klamkę. To znaczy, mam zamiar. Sąsiadka chwyta moją rękę i przyciąga do siebie.

– Kochany sąsiedzie! Ja bardzo pana proszę! Przecież ja nie mogę dzieciom odmówić! Raz w roku! Serce matki pęka na te okropności, co się dzieją! – oszalała jak nic. Jak mam się jej pozbyć? Przymykam na moment oczy. Tylko spokojnie.

– Dobrze. O co pani chodzi? Konkretnie.

– Konkretnie to jakby przyszła policja, to pan weźmie do siebie Jasię z dziećmi.

– Co?

– Nie co, tylko kogo. Jasię z dziećmi. Moją córkę Jasię i wnuczki: Gosię, Antosię i Józia. Pierogi teraz, makowiec potem.

– Co? – tu gdzieś musi być ukryta kamera.

– No jak to co? Co pan taki niekumaty? Przecież jakby ich u mnie policzyli, to, to… to ja nie wiem, co by było. Mandat może albo co? Może kazaliby im natychmiast wyjechać? Katastrofa! No i jak ja bym się potem ludziom na oczy pokazała? Aniela Kłopocińska i kłopoty z prawem? Pan sobie wyobraża? Kogo by obchodziło za co, zaraz by ze mnie kryminalistkę zrobili. Żeby pan wiedział, jak ludzie plotkują! No niechże pan zrozumie. Ja tylko raz do roku wnuczki…

– Chwila – przerywam zdecydowanie słowotok – Chce pani u mnie zakwaterować swoją rodzinę na święta, by obejść przepisy?

– A gdzie tam obejść. Zwyczajnie, umówić się chcę z panem, żeby pan w razie kontroli wpuścił do siebie córkę z dziećmi. Tylko tyle. Syn z ojcem, żoną i synami zostaną u mnie. Bo to ich piątka i ja z mężem może być, a Jaśka z dzieciakami u pana się zmieści, jeszcze by pan mógł jedną osobę zaprosić. My prawie drzwi w drzwi, nim ci z patrolu wjadą windą, przegrupujemy się. Oni sobie policzą, ile jest u mnie, ile u pana, wszystko się zgodzi i tyle. A jak pójdą, to pan… czego się pan śmieje? Ja panu pierogów przyniosłam…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...